sobota, 29 sierpnia 2020

I got you babe, czyli pięć słów na kryzys

Kryzys ma to do siebie, że zmienia nasze postrzeganie rzeczywistości. Szklanka jest nie tylko  do połowy pusta, ale i brudna, odrapana, brzydka jak noc, a noc z kolei zdaje się ciągnąć bez końca... Kryzys zmienia nie tylko nasze patrzenie. Czasami pozbawia też umiejętności słuchania.

Wróciłam ostatnio do sceny z rajskiego ogrodu i zastanowiło mnie to, co mówią tam Adam i Ewa. On mówi o tym, co usłyszał od niej. Ona - o tym, co powiedział jej wąż. Wygląda na to, że żadne z nich nie słucha ani siebie, ani tym bardziej głosu Stwórcy. I chyba tak samo dzieje się czasem również w mojej codzienności. Raj przestaje być rajem, gdy nie potrafię słuchać. 

Raj przestaje być rajem, a codzienność przestaje smakować, gdy słucham tylko swojego strachu albo cudzych lęków serwowanych mi różny sposób, a często opakowanych w powinności. Noc ciągnie się bez końca, gdy słucham pokusy, nie dając jednocześnie dojść do głosu ani sobie, ani Duchowi, który przychodzi po cichu, w lekkim powiewie. 

Znasz ten stan? Taki dziwny stan, gdy słuchasz:

głosu, który mówi Ci, że do niczego się nie nadajesz

głosu, który mówi Ci, że ludzie wokół Ciebie też do niczego się nie nadają

zatrważających wiadomości

głośnych - takich na sto decybeli - nawoływań do tego, co powinnaś i musisz, bo powinnaś i musisz i koniec

obietnic kuszących drogami na skróty

czarnych scenariuszy

i wielu wyrażeń zaczynających się od ja, moje, mnie...

Można od tego stracić głowę. Ba! Można też stracić serce do wszystkiego, co wcześniej uważało się za ważne. Ale jest na to sposób. I czasem, gdy noc ciągnie się bez końca, warto poszukać podpowiedzi w Słowie.  

«Wstań i zejdź do domu garncarza; tam usłyszysz moje słowa». Zstąpiłem więc do domu garncarza, on zaś pracował właśnie przy kole. Jeżeli naczynie, które wyrabiał, uległo zniekształceniu, jak to się zdarza z gliną w ręku garncarza, wyrabiał z niego inne naczynie, jak tylko podobało się garncarzowi. 

Bardzo przemawia do mnie ten obraz - glina w ręku garncarza. Glina miękka lub twarda i oporna, zawsze jednak - cenna. Nie ze względu na to, jakie tworzy naczynie, ale ze względu na to, że... jest gliną! Jeśli naczynie ulega zniekształceniu, to jest to jedynie pewien etap, będący częścią dłuższego procesu. A sam proces... no cóż, obstawiam, że garncarz wie, co robi, a jego dłonie są jednocześnie delikatne i stanowcze, pełne siły, ale i niesamowitej troski.

Cokolwiek się dzieje, to jeszcze nie koniec. To pewien etap. Jesteś w dobrych rękach, nawet jeśli wydaje Ci się, że nie ma już nadziei, bo wykorzystałaś sto jeden pomysłów na to, by coś zmienić. Jesteś w dobrych rękach. On ma sto jeden pomysłów razy nieskończoność. Czym ryzykujesz, próbując jeszcze jeden raz?... :)


Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico, 

oczarowałaś me serce

jednym spojrzeniem twych oczu,

jednym paciorkiem twych naszyjników.


Co było na początku? Tak, tak, "na początku Bóg stworzył niebo i ziemię...", ale gdyby nie sięgać tak daleko, można by odnaleźć początki Waszej wspólnej historii. Na początku była Miłość i to taka Miłość, która nie boi się marzyć. Ta Miłość stworzyła: Twoje serce, myśli, uczucia. Miłość, która sobie Ciebie wymarzyła, nauczyła Cię jak mieć wielkie pragnienia. A potem dzień po dniu, rok po roku prowadziła - czasem ku zielonym pastwiskom, a czasem przez pustynie, na których się gubiłaś. Niezmiennie z tym samym pragnieniem bliskości.

Jeśli szukasz sposobu na kryzys, wróć do początku. Pozwól sobie na zachwyt. Od jednej takiej iskry może na nowo zapłonąć serce. I chyba o to właśnie chodzi...

 

Usunąłem twe grzechy jak chmurę

i twoje wykroczenia jak obłok.

Powróć do Mnie, bom cię odkupił.


Czasem trudno uwierzyć, że to takie proste - że On jest pierwszy w wybaczaniu, dawaniu, kochaniu. Wydaje nam się niekiedy, że możemy wrócić za trzy miesiące, jak już się poprawimy, albo za pięćdziesiąt zdrowasiek czy trzy litanie, bo tak od razu to raczej nie można. Nie ma nic za darmo. 

A jednak w tej relacji to On jest pierwszy w wybaczaniu, dawaniu, kochaniu. Mistrz Wszechświata w tym, co dobre. Nie stawia warunków, tylko zdaje się mówić: "Ej, zostaw już to wszystko i chodź do mnie, bo chcę Cię uczyć wybaczania, dawania, kochania. Za darmo". I co Ty na to?


Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja,

bo od Niego pochodzi moja nadzieja.

Modlitwa jest prosta. A jeśli ktoś mówi Ci o niej w sposób, który przypomina instrukcję składania piętrowego łóżka z Ikei, to poszukaj innego kogoś, serio :)

W cytowanym powyżej psalmie 62 są takie słowa: "Przed Nim serca wasze wylejcie!". Mam wrażenie że problem pojawia się wtedy, gdy próbujemy zbudować "tamę selektywną", to znaczy: wylać, owszem, możemy przed Nim to, co pobożne. To co trudne, brzydkie, niezrozumiałe lepiej zostawić dla siebie. No i tak, wtedy to faktycznie nie bardzo działa, a im większe zapory (nawet bardzo pobożne, bo zbudowane ze słów tych najbardziej "skutecznych" i polecanych modlitw), tym większy opór i co za tym idzie, większe zmęczenie.

Wróć do tego, co proste. Do zwykłej rozmowy, bez tematów tabu.

W sumie - kto ma zrozumieć to, co niezrozumiałe, jeśli nie On?...


Nauczał raz w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy». Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. 

Co widzi człowiek, który dźwiga jakiś duży ciężar? Widzi swoje nogi, z każdym krokiem coraz bardziej zmęczone. Widzi drogę pod swoimi stopami. Czasem, gdy zdobędzie się na większy wysiłek i podniesie głowę, może nawet przez chwilę zobaczyć horyzont. Tylko że to wcale nie o to chodzi. Nie chodzi o to, żeby jakoś to było, żeby przebiedować, żeby jakoś przetrwać. Chodzi o to, by móc spojrzeć w niebo, zachwycić się, zapragnąć czegoś więcej. I nie, nie zawsze mamy do tego siły same z siebie.

"Niewiasto, jesteś wolna od swojej niemocy". To nie są słowa, które ktoś kiedyś wypowiedział, a ktoś inny zapisał. To obietnica dla Ciebie i dla mnie. Słowo żywe i mające moc przemiany serca i życia. Wiem to, bo tego doświadczam (choć równie mocno doświadczam też swojej niemocy :) ). I chociaż z czasem znowu wracam do gapienia się na kamienie pod stopami, tęsknie za chwilami, gdy patrzę w niebo i oddycham pełną piersią. Do tego zostałam stworzona.