środa, 15 lipca 2020

Ten cud możemy zrobić razem...


Jaś ma tylko 11 miesięcy, a w szpitalu spędził więcej czasu niż niejedna z nas... Jak każdemu maluchowi, nie trzeba mu wiele: wystarczy bliskość mamy i taty, bezpieczny dom, poznawanie świata. Jego małe serduszko potrzebuje jednak  dużo więcej: potrzebuje operacji. 
Ogromne serce jego rodziców to tak wiele... a jednak za mało. Jeśli jednak im pomożemy, może wspólnie uda nam się zrobić ten cud? :)

Zapraszam Was na krótką rozmowę z Anią, mamą Jasia.



Maja: Jest lato, za kilka dni jadę na urlop, myślami wybiegam już do wypoczynku… W głowie pojawiają się też inne plany i marzenia, które w jakiś sposób nadają kierunek moim działaniom. Gdy przeczytałam o Twojej historii, pomyślałam, że u Ciebie pewnie zatrzymała się całą rozpędzona codzienność, a zostało to jedno, najważniejsze marzenie…

Ania: Tak to prawda nasze myśli skupiają się na jednym, na uzbieraniu pieniędzy na ratowanie życia naszego synka. Zbiórka trwa od prawie 2 miesięcy. Od początku jestem bardzo zaangażowana w zbieranie funduszy. Napisałam wiele maili, wiadomości na Facebooku, Instagramie z prośbą o udostępnienie zbiórki lub przekazanie fantów na licytacje. Często niestety odbijałam się od ściany, odpowiedź była odmowna lub nie było jej wcale. To trochę podcinało skrzydła. Ale wtedy wspierali mnie znajomi, rodzina, zapewniali, że pieniądze uda się uzbierać, tylko trzeba działać dalej. Tak też robiłam. Oni zresztą ze swojej strony robili to samo. Każdego dnia ja i znajomi, którzy włączyli się w tą akcję spędzaliśmy po kilka godzin dziennie starając się pozyskać fundusze na operację. Żeby zwiększyć zasięg informacji o zbiórce 3 razy była u nas telewizja, aby nakręcić materiał. Nie było to łatwe aby obnażyć się przed kamerą, ale wiedzieliśmy po co to robimy.

Zbiórka nadal trwa, póki co skupiamy się tylko na niej. Jeśli zakończy się z sukcesem, będziemy myśleć o wyjeździe do Stanów. Gdyby nasz synek nie był chory, nasze życie i tak byłoby skupione wokół niego, tylko w trochę inny, weselszy sposób, mielibyśmy zwyczajne problemy rodzicielskie. My mamy na głowie jeszcze jeden poważny problem i to trochę odciąga nas od codzienności.



M: A kiedy dowiedziałaś się, że te “zwyczajne problemy rodzicielskie” będą musiały zejść na dalszy plan? W czasie ciąży czy już po narodzinach Jasia?

A: O tym, że coś jest nie tak z sercem dziecka dowiedziałam się już w 12 tygodniu ciąży. Wówczas nie można było podać konkretów. Na dokładną diagnozę musieliśmy zaczekać aż 8 tygodni. To były bardzo długie i ciężkie dni. Nie było chwili żebym nie myślała o tym co się okaże, wymyślając różne scenariusze ale przede wszystkim bardzo obawiając się tego co nas czeka. Płakałam codziennie, zastanawiając się dlaczego właśnie mnie i moje nienarodzone dziecko to spotkało. To była moja pierwsza i w planach ostatnia ciąża, więc tym bardziej czułam się bardzo doświadczona przez los.

W 20 tygodniu podano nam diagnozę, skorygowane przełożenie pni tętniczych. Lekarka wyjaśniła, na czym polega ta wada, że ma dobre rokowanie i że być może synek nie będzie wymagał operacji przez wiele lat. To był najbardziej optymistyczny scenariusz i razem z Mężem bardzo się jego trzymaliśmy. Trochę odetchnęliśmy, zaczęliśmy bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość i wyczekiwać naszego malucha.

Niestety zaraz po urodzeniu, w pierwszym badaniu echo zdiagnozowano dodatkowo anomalię Ebsteina czyli niedomykalność zastawki trójdzielnej. Dopiero po kilku miesiącach dowiedziałam się, że to znacznie pogarsza rokowanie i że na pewno w którymś momencie jego serduszko nie będzie mogło bić. To był kolejny cios, bo przecież miało być dobrze. W szpitalu gdzie się leczymy nie operują dzieci z taką złożoną wadą. Zaczęłam więc informacji czy coś da się zrobić szukać na własną rękę. Na jednej grupie na facebooku odezwała się do mnie Mama chłopca z tą samą wadą, którą ma Jaś. Powiedziała, że on jest już po dwóch operacjach w Bostonie i że to jest jedyna droga żeby uratować serduszko. Przystąpiłam więc do działania. Sprawdziłam wszystkie informację, napisałam do kliniki w Bostonie i otrzymaliśmy odpowiedź, że nasz syn jest dobry kandydatem do operacji. Wiedziałam więc, że taką drogę należy obrać.

M: Domyślam się, że zorganizowanie wyjazdu i leczenia pochłania teraz większość Waszego czasu i energii… Czy to mocno wpływa na Waszą domową rzeczywistość?

A: Poza zbiórką nasza codzienność jest taka jak w innych domach. Bawimy się z Jasiem, wychodzimy na spacer, oczywiście przewijamy i usypiamy. Dzięki temu, że Jaś jest bardzo wesołym i uśmiechniętym dzieckiem, daje nam na co dzień choć na chwilę zapomnieć o naszych problemach, o tym, że jest chory. Rozwija się prawidłowo, właśnie mając 11 miesięcy wstaje na nóżki i stawia pierwsze kroczki. Dużo rzeczy go cieszy i dzięki temu my też odkrywamy życie na nowo.



Pobyt w szpitalu to był bardzo ciężki czas i staram się go wymazać z pamięci. Pomogła świadomość, że byliśmy w dobrych, profesjonalnych rękach. Niestety czeka nas to po raz kolejny. Mam chociaż nadzieję, że jeśli chodzi o operację będzie to ostatni raz.

M: Mówisz o szpitalu i sama też jesteś lekarzem, Wybrałaś zawód, w którym stajesz do walki z chorobą, ramię w ramię z pacjentem i jego rodziną. Czy studia i doświadczenie medyczne pomaga Ci w walce o zdrowie Jasia?

A: Bycie lekarzem z jednej strony pomaga w takiej sytuacji a z drugiej przeszkadza. Na pewno jest mi łatwiej zrozumieć co mówią do mnie specjaliści, co nas czeka. Dzięki temu, że mam wiedzę medyczną szukałam sama informacji na temat wady Jasia, drążyłam temat. Z  drugiej strony ta pełna świadomość jest też utrudnieniem. Wiem, że w medycynie nie wszystko się udaje, nie każda operacja kończy się sukcesem. Obserwowanie Jasia po operacji z pełną świadomością, jakie leki dostaje i co się z nim dzieje było bardzo trudne. Będąc lekarzem wierzę  w medycynę i lekarzy, i wiem, że nie zdałabym się na los w kwestii zdrowia mojego synka.

M: Z chorobą zmaga się Jaś, ale też w pewnym sensie cała Wasza rodzina. Jak to na Was wpływa? Czy coś Cię zaskoczyło, też pozytywnie?

To faktycznie trudny czas dla nas wszystkich. W domu jest więcej nerwowości, napięcia. Ale wspieramy się bo mamy ten sam cel do osiągnięcia i to nas trzyma razem. Jest to na pewno sprawdzian dla naszej rodziny. Wspólnie się cieszymy, gdy pieniędzy na liczniku przybywa, wspólnie też wymyślamy co jeszcze zrobić. Mam nadzieję, że w dłuższej perspektywie złączy to nas bardziej a nie rozdzieli.

M: A jak wygląda wsparcie ze strony innych osób? Pytam, bo wydaje mi się, że kiedy widzimy czyjeś nieszczęście, czasem nie wiemy, jak się zachować. Pojawiają się dobre rady, czasem ktoś zapewnia, że “wszystko będzie dobrze”. Może chciałabyś podzielić się tym, co jest ważne dla mamy, zmagającej się z chorobą dziecka? Co jest potrzebne w takim doświadczeniu? Czego Ci brakuje i jak inni mogą pomagać w tej sytuacji?



A: Mnie drażniły komentarze, że wszystko będzie dobrze. Przecież nikt tego nie może wiedzieć. Bardziej potrzebne mi były słowa wsparcia, poczucie że ktoś będzie pomagał i że mogę na niego liczyć. Warto też nie zadawać za dużo pytań, pozwolić Mamie która ma problem, aby mówiła tyle ile chce, nie starać się za wszelką cenę wypytać ją o wszystko. Ważne żeby czuła, że zawsze może się do kogoś zwrócić w potrzebie.
W trakcie zbiórki ważne były dla mnie oznaki, że znajomi wspierają zbiórkę, że udostępniają, że widać ich zaangażowanie. Wspaniałe było też to, gdy ludzie sami oferowali swoją pomoc, znajomi i nieznajomi. To bardzo trudne, gdy bliskich znajomych trzeba prosić o wsparcie. Bo przecież wydaje mi się to oczywiste, że potrzebujemy pomocy i każdy powinien ją zaoferować sam jeśli ma taką chęć.
Brakowało mi natomiast wsparcia w szpitalu po urodzeniu Jasia, gdy byliśmy rozdzieleni, bo on przebywał na obserwacji na Intensywnej Terapii. Ja w tym czasie zmagałam się z odciąganiem pokarmu laktatorem, byłam zmęczona bo robiłam to co 3 godziny, również w nocy, jednocześnie chodząc do Jasia żeby go nakarmić butelką i przewinąć. To był dla mnie trudny czas psychicznie a wsparcia ze strony psychologa nie miałam. Wówczas w szpitalu bardzo by mi to pomogło. Każda kobieta po urodzeniu dziecka ma huśtawkę hormonalną, czasem dziwnie i nadmiernie reaguje, jest bardziej wrażliwa i płaczliwa. Dla mnie z powodu rozłąki z nowonarodzonym dzieckiem było to jeszcze trudniejsze.

M: Aniu, bardzo Ci dziękuję za naszą rozmowę i podzielenie się sobą, tym co przeżywasz. W Twoim imieniu chciałabym poprosić wszystkich czytających te słowa, o wsparcie dla Jasia i jego rodziny.

Jeśli możecie, udostępnijcie stronę, na której przeprowadzana jest zbiórka: https://www.siepomaga.pl/uratuj-serce-jasia
Jeśli macie taką możliwość, proszę Was również o wpłaty, również te najmniejsze (liczba wpłat wpływa na pozycjonowanie strony ze zbiórką i jej widoczność - to ważne).

Zapraszam do dołączenia do grupy z licytacjami dla Jasia - można wylicytować m.in. komplet moich książek :) klik :)

Założyłam również skarbonkę: 
https://www.siepomaga.pl/chrzescijanskamama
Każdy, kto wpłaci choćby najmniejszą sumę, otrzyma (po kontakcie mailowym) zestaw trzech plakatów do samodzielnego wydruku (pliki graficzne, możliwość wydruku w formacie A4).



Bardzo Wam dziękuję za każdy okruch dobra :)

czwartek, 7 maja 2020

Będę prawdziwą kobietą

Podobno prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna, zasadzić drzewo i zbudować dom. A prawdziwa kobieta? Co powinna zrobić, by dowieść, że zasługuje na to miano?

Nikt nie powiedział nam tego wprost, a przynajmniej nie potrafię sobie tego przypomnieć. Nie dostałam na osiemnaste urodziny książki w stylu "Instrukcja obsługi kobiecości" albo "Kobieta idealna: zasady i reguły". Nie było też takiego przedmiotu na lekcjach. A jednak w jakiś dziwny sposób w moim krwiobiegu zaczęły kiedyś krążyć przeróżne "powinnam", nieodłącznie związane z porównywaniem się. Zadomowiły się we mnie. Poznały mnie od środka i nauczyły się idealnie naśladować głos moich tęsknot i pragnień, udając jednocześnie, że są prawdą o mnie i mojej kobiecości.

Sączyły we mnie po cichu...
... będziesz prawdziwą kobietą gdy będziesz się zawsze uśmiechać
... będziesz prawdziwą kobietą gdy nigdy nie będziesz narzekać
... będziesz prawdziwą kobietą gdy pokażesz światu swoją pewność siebie
... będziesz prawdziwą kobietą gdy nie utracisz przy tym skromności
... będziesz prawdziwą kobietą gdy wyjdziesz za mąż
... będziesz prawdziwą kobietą gdy będziesz miała dłuższy staż małżeński
... będziesz prawdziwą kobietą gdy urodzisz dziecko
... będziesz prawdziwą kobietą gdy urodzisz więcej dzieci
... będziesz prawdziwą kobietą gdy zawsze będziesz zadbana i elegancka
... będziesz prawdziwą kobietą gdy pokażesz, że umiesz dawać sobie radę ze wszystkim...

Będziesz prawdziwą kobietą... no właśnie - kiedy?
Co jeszcze musisz zrobić?
Czyje są te wymagania, które w sobie słyszysz? Bo wiesz, nawet jeśli mówi je do Ciebie Twój wewnętrzny głos, to one niekoniecznie są Twoje. I niekoniecznie są Boże...

Bóg, który stworzył Ciebie i mnie kobietą... stworzył Ciebie i mnie kobietą. To już się dokonało. To dar, który jest do odkrywania dziś, teraz, w tym co się dzieje w Tobie i wokół Ciebie. Aby to robić, nie musisz czekać do czasu gdy już wystawisz sobie bardzo dobrą ocenę z zachowania, wyglądu i pobożności...

Kobiety w Biblii to zarówno "dająca życie" - Ewa, jak i przez długi czas bezdzietna Elżbieta. To królowa Estera, ale i żyjąca w ciszy i skromności prorokini Anna. To bogactwo pokazuje nie tylko różne możliwości wyboru życiowych dróg i zaangażowań, ale również to, co kryje się w każdej z nas (w jednej z książek pisał o tym świetnie o. Anselm Grun, polecam - "Królowa i dzika kobieta"). Goniąc za tym, co powinnaś zrobić, możesz łatwo przegapić to, co masz teraz. A nawet jeśli wydaje Ci się, że nosisz w sobie sprzeczności, których nie potrafić zrozumieć - kto powiedział, że to w czymś przeszkadza?
Wszystko, co masz, jest bogactwem.
Wszystko jest darem.
Jesteś kobietą, dziełem Bożej miłości.
Jego głos z czułością wypowiada Twoje imię, właśnie teraz. 
Może jedyne, co powinnaś zrobić, to posłuchać?...


piątek, 3 kwietnia 2020

Niecodziennik w czasach zarazy (3)

Z roku osiemdziesiątego dziewiątego (poprzedniego stulecia) pamiętam wybory - ale tylko tyle, że było wtedy zimno. Pamiętam też kolejki, wszechobecne i wpisane w codzienny krajobraz jako coś zupełnie normalnego. Za to zapach ciepłego chleba i smak jego chrupiącej skórki, gdy już odstało się swoje w kolejce - ech, to było coś...

foto: http://extraswiecie.pl/wiadomosc/swieta-spod-lady-jak-wygladaly-bozonarodzeniowe-zakupy-w-prl-u


Dzisiaj też stałam w kolejce. Stałam w kolejce trzy razy, niezłomnie ;) i wytrwale poszukując w różnych sklepach produktu, który stał się obiektem pożądania wielu gospodyń domowych w ostatnim czasie - mąki żytniej. Stałam cierpliwie, bo czasu mam ostatnio bardzo dużo. Pomyślałam jednak, że nawet stać w kolejce można w różny sposób.

Sposób numer jeden, czyli na bomisia. Bo mi się należy - wejście do sklepu już i teraz. Bo pani tu nie stała. Bo ktoś sobie wymyślił i ja teraz muszę marznąć. I w ogóle - panie kochany, widział pan kiedyś jakiegoś wirusa? No widział pan? Bo ja nie.

[Swoją drogą, mimo 60 godzin mikrobiologii na studiach, ja też nie. Widziałam za to bakterie, sama je wybarwiałam i są piękne! A to, że podpaliłam sobie włosy, próbując wyżarzyć ezę*, pominę
milczeniem...]

Sposób numer dwa, czyli na przeczekanie lub dzięcioła. Dlaczego dzięcioła? Ano dlatego, że zwolennicy tego sposobu w dość charakterystyczny sposób pochylają szyję, próbując w oślepiającym niekiedy wiosennym słońcu dojrzeć wszystkie szczegóły kolejnej słitfoci wrzuconej właśnie na fejsa.

Sposób numer trzy, czyli na kontemplację. Bo można w tej kolejce mimo wszystko spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa i dalej niż w ekran telefonu. Można rozejrzeć się wokół. Można spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Można temu spojrzeniu pozwolić być modlitwą.

Zastanowiło mnie dzisiaj to, co zobaczyłam - zamknięte centra handlowe. Odzieżowe sieciówki, jeszcze nie tak dawno kuszące wyprzedażami i krzyczące w każdy możliwy sposób: MUSISZ to mieć, dzisiaj jakby spokorniały. W ciemnych szybach witryn widzę już nie najnowsze stylizacje i korzystne ceny, ale swoje odbicie. Patrzę sobie prosto w oczy. Dociera do mnie jeszcze mocniej: nie potrzebuję kolejnej pary spodni. Nie potrzebuję szałowej sukienki. Potrzebuję... mąki żytniej, żeby upiec chleb, który lubi moja rodzina. I który ja lubię piec, którego zapach wypełnia cały dom.
To takie proste.

Zobaczyłam dziś dużo więcej. Zobaczyłam ludzi - tych w kolejce i w pracy. Dziękuję Ci, nieznajoma pani kasjerko, która zapakowałaś moje zakupy w dodatkową siatkę, bo zrobiłam shake'a z ogórków kiszonych, czego skutkiem była mała awaria... no wyobraźcie sobie :) Dziękuję Ci, panie ochroniarzu, który wypuściłeś mnie bocznym wyjściem z kolejnego sklepu, gdzie nie dostałam mąki, dzięki czemu nie musiałam stać w kolejce. To takie drobne gesty, ale doceniam je podwójnie. Dostrzegam. Doceniam.

Nie zmienię rzeczywistości, która w tym momencie jest właśnie taka, a nie inna. Ale mogę zmieniać moje spojrzenie. I to już coś, To już dużo.

*Eza to taki wihajster, którego używa się do przenoszenia próbki pobranej z kolonii mikrobiologicznej. Między kolejnymi użyciami, trzeba ją umieścić nad płomieniem palnika. Czasami nad palnikiem znajduje się jeszcze coś innego i wtedy... no. Mam barwne wspomnienia. I te barwy dotyczą nie tylko barwienia metodą Grama ;)

środa, 1 kwietnia 2020

Niecodziennik w czasach zarazy (2)

Dzień dwudziesty pierwszy.

Nauczanie zdalne jest już trochę bardziej oswojone - na tyle, że zaczynamy dostrzegać pewne zalety. Po pierwsze, w tej sytuacji widać, że najważniejszą umiejętnością, jaką powinny trenować dzieci, jest czytanie ze zrozumieniem. Dotyczy to zresztą nie tylko tekstów, ale również tabeli i wykresów. No i oczywiście poleceń w dzienniku elektronicznym (choć to ostatnie dotyczy nie tylko dzieci, ale i mamy).

Po drugie,  widać że fajnie byłoby zmienić myślenie wyrażające się w słowach: "ale tego nie było na lekcji" (więc w domyśle: nie trzeba się tego uczyć) na "ale to ciekawe!". Staramy się więc jak możemy, wykorzystując youtuby do nauki historii, wyjście do ogrodu na powtórkę z biologii i gotowanie jako formę lekcji angielskiego.

I tak oto mija nam dzień dwudziesty pierwszy...

... a także dwadzieścia różnie przespanych nocy. Nasiliła się dolegliwość, która towarzyszy mi od wielu lat - caruselioris chronica, czyli karuzelioza. Na czym polega? Przyłożenie głowy do poduszki i zamknięcie oczu powoduje u mnie przesunięcie włącznika z off na on. I rusza karuzela myśli wszelakich. Bombardują mnie pomysły na dzień jutrzejszy i gonią widma przeszłości. Zastanawiam się, o czym zapomniała, co przeoczyłam i czego nie dopilnowałam. Myślę o tym, jaki skutek przyniesie wszystko to, na co niestety nie mam wpływu (niestety - bo ja przecież urządziłabym to, jak reklamie Ikei, najlepiej na świecie). Ostatecznie też, wraz z upływem czasu, coraz intensywniej myślę nad tym, co mam zrobić, żeby przestać myśleć i w końcu zasnąć.
A to wszystko w powtarzający się rytm: co to będzie. Co. To. Będzie. Co-to-bę-dzie...

Po jakimś czasie przychodzi do mnie taka myśl, że noc to też dobry czas na spotkanie. Że jestem trochę jak Nikodem - albo przynajmniej mogę być jak on. Może jedynym lekarstwem na karuzeliozę, jedynym sposobem, by nie dać się porwać w wir jałowych rozmyślań, jest pytanie, które rozpoczyna się od: "Rabbi...".
I może nawet nieważne o co się pyta, ale do kogo się to pytanie adresuje.
Nieważne, jak poprawnie dobiera się słowa, ale co słyszy się w odpowiedzi. I czy chce się ją usłyszeć.

grafika: https://i.pinimg.com/originals/7f/84/51/7f845100f613e977fe1ed25304ba5d9d.jpg

sobota, 28 marca 2020

Niecodziennik w czasach zarazy (1)

Na jednej ze stron internetowych zobaczyłam ostatnio zachętę do tego, by pisać dziennik. Kto wie, może to faktycznie dobry pomysł?

Dzień siedemnasty.

Pogoda sprzyjała kopaniu piłki w ogrodzie (co bardziej odważni kopali też grządki). Dzieci wybiegane, brudne i szczęśliwe. Po myciu rąk (trzydzieści sekund ofkors) i zjedzeniu jakichś trzystu pięćdziesięciu rogalików z dżemem, co to miały być na niedzielę, usłyszałam - ofkors - że nudzi się. Przewidziałam tę okoliczność, ha! Taka jestem cwana bestia. Dziesięć lat doświadczenia na stanowisku: "mama" robi swoje. Zadowolona z siebie wyciągnęłam cekiny, szpilki dekoracyjne i styropianowe jajka. Jajka po chwili okazały się być zbyt okrągłe jak na ozdoby wielkanocne, ale zgodnym głosem stwierdziliśmy, że kule też są wielce okej i że możemy robić bombki. Może w tym roku to my jako pierwsi zaśpiewamy "Last Christmas"?

"Mam piłkę! - z entuzjazmem stwierdził mój syn, kopiąc styropianową bombkę po dywanie. A ja po raz kolejny przekonałam się, że kwarantanna wpływa na kreatywność.

Jedna z wielu przezacnych grafik, które powstały ostatnio dzięki tejże kreatywności, przyciągnęła moją uwagę takim bardzo życiowym hasłem:

Pamiętacie te urocze różnice, które tak was kręciły na początku związku? Po 2 dniach kwarantanny Policja nazywa je "motywem"...

Wiem coś o tym. Chociaż każdy nasz dzień sponsoruje literka W jak Wdzięczność, zdarza się też F jak Frustracja czy Z jak Zaraz wyjdę z siebie i stanę obok. Żeby więc nie zwariować, staram się czasami uciekać... uciekać nie tylko od tego, co mi ciąży, ale przede wszystkim uciekać do - do siebie.

Niekiedy udaje się to tylko na chwilę. Niekiedy uciekam, a rzeczywistość nie tylko mnie goni, ale wręcz wyprzedza - jak wczoraj, gdy chciałam się pomodlić, wyciszyć, wiecie - pobożnie westchnąć do Nieba. I prawie się to udało  (Już był w ogródku, już witał się z gąską.) Zamknęłam oczy, rozkoszując się dziesięcioma sekundami ciszy. I wtedy usłyszałam dochodzące z drugiego pokoju:
"Muuuuuuu! Muuuuu! Jestem krową!"

Nie wiem, w co się bawili.
Wiem za to, że o mało nie zakrztusiłam się ze śmiechu.
Wiem też jeszcze jedno - Bóg, którego dzięki Jezusowi możemy nazywać Ojcem, patrzy z równie wielką czułością na pobożne westchnięcia i wybuchy śmiechu. Do tych drugich być może się przyłącza. I może bardziej od litanii czy automatycznie recytowanych zdrowasiek woli te chwile, kiedy mówię, próbując przekrzyczeć kipiącą hałasem codzienność:

"Strasznie tu głośno, więc nie będę dużo mówić. Możesz po prostu dziś ze mną posiedzieć?"

P.S. Złota rada nie tylko na czas epidemii: jeśli uda Wam się zdobyć maseczkę chirurgiczną, nie próbujcie sterylizować jej w mikrofali... Przetestowaliśmy to dla Was ;)



piątek, 3 stycznia 2020

Panna Desperacja

Przywiózł mi jeden z moich ulubionych kubków i kilka torebek herbaty z pudełka, które przygotowywałam na jedno z naszych gdyńskich spotkań kobiet. Naklejałam wtedy na etykiety różne kobiece cytaty. Tym razem jeden z nich trafił do mnie. Kiedy siedziałam na szpitalnym łóżku, w białej pościeli, gapiąc się na biały sufit, mój wzrok padł na słowa: "Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!" (Łk 8, 48).

To nie było nasze pierwsze spotkanie. Było to jednak spotkanie ważne. Spotkanie osób, które znają taki stan, kiedy nie ma się nic do stracenia. Spotkanie dwóch kobiet, które jeśli nie jako drugie, to jako trzecie, czwarte lub dziesiąte imię mogłyby wpisać Desperacja. Panna Desperacja.

Kobieta cierpiąca na krwotok. To do niej Jezus wypowiedział słowa, które wciąż chcę słyszeć.
To ona daje mi nadzieję.
Bo ta nadzieja jest - dla każdej z nas.
Dla tej, której drogi tylko przypadkowo przetną się z Jego drogami, nawet jeśli się jednocześnie poKRZYŻują.
Dla tej, która w kościele staje zawsze z tyłu i nie ma śmiałości wejść dalej.
Dla tej, która przerobiła już wszystko życiowe scenariusze i pomysły na coś nowego i lepszego, od A do Z, od początku do końca, od boku do boku i w poprzek. I nic.

I dla tej, której wydaje się, że Bóg odwrócił się od niej plecami.
Nawet jeśli tak jest, to tak nie jest. Bo w tym dotknięciu frędzli płaszcza, w tym spotkaniu na drodze, wśród tłumu, więcej jest prawdziwej bliskości niż w całym oceanie instagrama i facebooka.
Nawet jeśli On odwrócił się od niej plecami.
Nawet jeśli odwróciła się ona.

Do tego cudu trzeba tylko odrobiny wiary.
My, desperatki, nie mamy czasem niczego innego.