niedziela, 17 listopada 2019

O kobiecie, która potrafiła czekać

Dwudziesty pierwszy dzień pierwszy marca roku Pańskiego 1818 niósł w sobie obietnicę wiosny, albo przynajmniej nowej nadziei. Tego dnia, w porcie Bordeaux, pewna czterdziestodziewięcioletnia kobieta wpatrywała się w linię horyzontu, jakby starała się upewnić, że to nie sen. Wiedziała, że przed nią jeszcze długa podróż. Wiedziała, że musi poczekać. A jednak czekanie już nie było jej straszne. Zdążyła je już oswoić…

Święta Filipina Duchesne, bo o niej mowa, przeszła długą drogę, zanim znalazła się w tym właśnie punkcie życia. Urodziła się w Grenoble w roku 1769. Jej ojciec był prawnikiem, a matka - oddaną rodzinie i pełną wiary kobietą. Filipina zdobywała wykształcenie w klasztorze sióstr Wizytek i to właśnie tam odczytała głos powołania - pragnęła poświęcić swoje życie tylko i wyłącznie Panu Bogu. Gdy miała osiemnaście lat, wstąpiła do klasztoru mimo początkowego braku aprobaty ze strony ojca. To była pierwsza przeszkoda, którą musiała pokonać na swojej drodze podążania za pragnieniami, jakie nosiła w sercu…

Niedługo później wybuchła Wielka Rewolucja Francuska. Klasztory zostały zamknięte, podobnie jak katolickie szkoły czy sierocińce. Dla Filipiny oznaczało to koniec życia, jakie wiodła do tej pory - a przynajmniej na to wskazywały okoliczności zewnętrzne. Wróciła do rodziny przebywającej w Grannes, a jednak mimo wszystko starała się prowadzić życie zbliżone do tego, jakie wiodła w klasztornych murach. Próbowała na tyle, na ile było to możliwe, żyć zgodnie z regułą zakonną, a jednocześnie pomagać tym, którzy na skutek rewolucyjnej zawieruchy doświadczali biedy i braku opieki, w tym dzieciom, pozbawionym pomocy, jakiej wcześniej udzielał im Kościół. Później zakupiła nawet budynek klasztorny, mając nadzieję na odbudowanie wspólnoty. Jej pragnienie spełniło się jednak w zupełnie inny sposób.

Rok 1804 był kolejnym rokiem jej oczekiwania na zmianę. Filipina nie wiedziała, jakim punktem zwrotnym będzie spotkanie z dziesięć lat od niej młodszą Magdaleną Zofią Barat, która cztery lata wcześniej założyła przy współpracy z o. Varin nowe zgromadzenie zakonne. Był to początek niezwykłej przyjaźni i wspólnego zaangażowania sił po to, by głosić światu miłość Serca Jezusa. Filipina przyłączyła się do Magdaleny Zofii i rozpoczęła nowy rozdział w swoim podążaniu za Jezusem - tym razem jako jedna z zakonnic Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa.

Pewnego dnia do Grenoble, gdzie przebywała nasza bohaterka, przybył misjonarz, który opowiadał o trudnym losie ludów z okolic Missisipi i Missouri. Jego przemówienie bardzo poruszyło Filipinę, która zaczęła odczytywać nowe pragnienie, rodzące się w jej sercu - wyjazd na misje. Podzieliła się tym w jednym z listów do Magdaleny Zofii, w którym wyrażała swój zapał w sposób, który jest mi bliski, bo przecież ja też, jeśli czegoś pragnę, to już, teraz, zaraz… Filipina pisała: Dobra Matko, gdy Matka mi powie: «Oto cię posyłam», odpowiem prędko: «Jadę!» Och! Gdyby to mogło być przed końcem tego roku!

Przed końcem roku? Nie… Miało minąć długich 13 lat, zanim Filipina ruszy w drogę, choć w jakimś sensie już się do tej drogi przygotowywała. Niezmiennie jednak na swoje prośby i pytania otrzymywała podobną odpowiedź: czekaj cierpliwie. „Twoje nadzieje się spełnią. Dużo rzeczy na to wskazuje. Bądź więc spokojna i czekaj cierpliwie, a przede wszystkim zgadzaj się, jak we wszystkim tak i w tym, z wolą Bożą, którą w swoim czasie pokaże.”- pisała do niej jej przyjaciółka i przełożona. Ale czekanie nie było łatwe dla kogoś, kto miał serce rozpalone wielkimi pragnieniami…

W końcu jednak nadszedł ten dzień. W Wielki Czwartek, 19 marca 1818 Filipina wraz z czterema towarzyszkami, stanęła na pokładzie statku, 21 marca ruszyła w drogę, a dzień później, w Wielkanoc, straciła z oczu Francję, do której miała już nigdy nie wrócić. Rozpoczęła się długa podróż.

W podobną trasę, choć z innego portu, niemal sto lat później wypłynie najbardziej znany transatlantyk, Titanic. Wygody czekające na luksusowym statku będą nieporównywalnie większe od tych, jakie czekały na pokładzie czteromasztowca “Rebecca”. W Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa (czy to nie wymowne?), po siedemdziesięciu dniach uciążliwej i niebezpiecznej morskiej podróży, Filipina wraz z trzema towarzyszkami przybyła do Nowego Orleanu. Stamtąd trafiła do… szpitala, czy raczej infirmerii prowadzonej przez siostry Urszulanki. Po tym krótkim przystanku czekało ją kolejne 40 dni podróży, tym razem na wolnym jak ślimak parostatku “Franklin”, również bez wygód, w tłoku i upale. W jednej z miejscowości, w których zatrzymał się statek, proboszcz przyjął zakonnice na plebani, która była bardzo uboga. W dzienniku z podróży zapisały one jednak coś, co bardzo mnie porusza: „Tam rozkoszowałyśmy się obecnością Pana Jezusa. Pięć tygodni spędzonych z dala od  Niego dało nam żywo odczuć, że jedna godzina u Jego stóp więcej warta niż tysiące na świecie.”  

W końcu, 22 sierpnia, parowiec dotarł do Saint Louis, gdzie Filipina i jej towarzyszki spotkały się z miejscowym biskupem. Zgodnie z jego wskazówkami, udały się do pobliskiej miejscowości Saint Charles, gdzie założyły pierwszą pierwszą poza Europą szkołę Najświętszego Serca Jezusa. Jej prowadzenie było jednak bardzo trudne z powodu warunków lokalowych i finansowych. Ludność zamieszkująca tamte tereny stanowiła mieszankę różnych kultur i narodowości, a wiele dzieci nie potrafiło czytać, pisać i praktycznie nie znało Jezusa i nauczania Kościoła. Było to duże wyzwanie - i takim wyzwaniom przez kolejne lata Filipina musiała stawiać czoła. W tym wszystkim znowu czekała - wprawdzie aktywnie, modląc się i działając tam, gdzie aktualnie była taka potrzeba, a jednak przecież życie, które prowadziła po przyjeździe do Ameryki to wciąż było zbyt mało. Pragnęła zanieść Dobrą Nowinę pierwotnym mieszkańcom tamtych ziem. Musiała na to czekać jednak kolejnych kilkadziesiąt lat, do roku 1841. Miała wtedy 72 lata, a stan jej zdrowia nie sprzyjał kolejnym podróżom. Podążanie za głosem pragnienia wydawało się szaleństwem. A jednak Filipina, zmierzając ku temu, za czym tak bardzo tęskniła, wyglądała ponoć, jakby ubyło jej połowę lat - tak przynajmniej opisywano jej podróż rzeką Missisipi ku ziemiom Indian Potomatowi.



„Oto, moje dzieci, kobieta, która od 35 lat nie przestaje prosić Boga, by mogła do was przyjść” - w ten sposób została przedstawiona przez księdza, który również współpracował z ludnością zamieszkującą miejscowość, do której dotarli, czyli Sugar Creek. Filipina wraz z towarzyszącymi jej zakonnicami otworzyły tam małą szkołę i uczestniczyły w życiu wioski. Niestety zakonnica nie była w stanie opanować języka Indian, który był bardzo skomplikowany i na który składały się długie, 8-10 sylabowe słowa. Nie mogła więc robić tego, czego tak bardzo pragnęła - opowiadać o Jezusie. A przynajmniej nie mogła robić tego wprost… Filipina znalazła jednak inny sposób na dzielenie się wiarą. Robiła to, co od zawsze wypełniało jej życie - po prostu modliła się. Indianie, obserwując ją trwającą nieruchomo i w milczeniu, patrzyli na nią z szacunkiem i nazywali ją “kobietą, która zawsze się modli”.

Ja  nazywam ją kobietą, która potrafiła czekać nawet wtedy, gdy wydawało jej się to zadaniem niewykonalnym… Kobietą odwagi i nadziei. Kobietą, która potrafiła nazwać swoje pragnienia i uwierzyć w to, że one są prawdziwe i dobre, że są sposobem, w jaki mówi do niej Bóg. Potrafiła też w Jego dłoniach złożyć to, czego tak bardzo pragnęła.

Nie umiem czekać - to dla mnie bardzo trudne. Patrząc na Filipinę, uczę się od niej cierpliwości i zaufania, bo trwać w oczekiwaniu może tylko ten, który wierzy, że na końcu oczekiwania czeka go coś dobrego. Chciałabym też tak jak ona trwać w zasłuchaniu i modlitwie niezależnie od okoliczności, bo wydaje się, że właśnie dzięki temu można działać mądrze i dobrze. Nie wiem, jakie imię nadaliby mi ludzie, którzy idą wraz ze mną przez życie. Ja sama wiem, że czasem jestem “kobietą, która nie umie czekać”... albo “kobietą, która dopiero uczy się miłości”. Nie wiem, czy kiedyś moje życie będzie można podsumować w tych prostych, pięknych słowach - “zawsze się modli”. Filipina pokazuje mi jednak, że coś takiego nie jest efektem jednorazowego wysiłku, ale wierności temu, co czasem nazywamy drobiazgami. Do tego co wielkie, piękne, wytęsknione, prowadzą nas wysiłki każdego dnia. Prowadzi nas wierność.

Wiem, że nie odkryję Ameryki - i kto wie, może Ty też słyszałaś takie słowa. Nie odkryjesz Ameryki, to prawda, tak jak nie zrobiła tego Filipina. Zrobiła za to coś więcej - zostawiła tam część siebie. Zostawiła tam swoje serce i zapał. Nie zawsze trzeba odkrywać nowe lądy i przemierzać nieznane wcześniej szlaki. Wystarczy, że na każdej z tych dróg będzie niosło się miłość, tak zwyczajnie, po prostu. 

Kto wie, może Twoja “Rebecca” już czeka w porcie, a może dopiero kreślisz mapę swoich pragnień i szukasz odwagi, by ruszyć własną drogą za tym, co podpowiada serce. Niezależnie od wszystkiego, niech Cię prowadzą te same słowa, który wyznaczały szlak świętej Filipiny i które być może pomagały jej trwać w oczekiwaniu, choć było to tak trudne: “Odwagi i ufności”.

Odwagi i ufności. 
To wystarczy.

(pisząc korzystałam ze źródeł:
https://www.siostry-sc.pl/kim-jestesmy/osobowosci-zgromadzenia/sw-filipina-duchesne/91-zycie-sw-filipiny-duchesne-baunard - stąd pochodzą też wszystkie cytaty;
https://www.siostry-sc.pl/kim-jestesmy/osobowosci-zgromadzenia/sw-filipina-duchesne/256-krotki-zyciorys-sw-filipiny-duchesne-rscj
 Mademoiselle Duchesne: Mere Duchesne, Rscj Theresa Riley Shaw 2018)

sobota, 9 listopada 2019

proste słowo: dziękuję

W zeszłym roku mniej więcej o tej porze, w kilku miejscach w internecie spotkałam się z pomysłem, aby jedenastego listopada upiec szarlotkę, zaprosić sąsiadów i również w taki sposób - integrujący i sprzyjający pogłębianiu więzi - świętować niepodległość. Do pieczenia nie trzeba mnie jakoś szczególnie zachęcać, dlatego również dziś - na niedzielę i na świąteczny poniedziałek - przygotuję ciasto, które dzięki zapachowi jabłek i cynamonu sprawi, że w domu będzie naprawdę ciepło i przytulnie...

Taki chwile jak ta, gdy spokojnie płynie sobie kolejny zwyczajny dzień, są dla mnie okazją do refleksji. Dużo we mnie ostatnio wdzięczności... Jestem oczywiście wdzięczna za to, że żyję w wolnym kraju i że będę mogła świętować sto pierwszą rocznicę odzyskania niepodległości. Ale cieszę się również tym, co składa się na moją codzienność i co jest dużo bardziej zwyczajne...

Najprościej jest zawsze wyliczyć to, czego nie mamy - zwłaszcza gdy bardzo czegoś pragniemy, gdy za czymś tęsknimy. Gdy w sercu pojawia się ukłucie żalu, że coś nie wyszło... I gdy zagląda się przez płot do ogródka sąsiada, a tam trawa jest bardziej zielona, a życie prostsze i jakoś tak chyba bardziej udane..



Najprościej wyliczyć to, czego się nie posiada. Nieco trudniej - znaleźć radość w tym, co nasze i docenić smak codzienności. Nazwać marzenia i pragnienia, i żyć nimi, dążyć do ich spełnienia, ale nie na zasadzie narzekania, że gwiazdka jeszcze nam nie spadła z nieba. Zanim spadnie, minie trochę czasu. Zamiast marnować go na wzdychanie z żalem, fajnie jest ucieszyć się tym, czego na co dzień nie doceniamy.

Nie piszę tego, żeby wywierać jakąkolwiek presję czy wpędzać kogoś w wyrzuty sumienia. Nie chcę pisać: "ciesz się, bo inni mają gorzej" ani tym bardziej: "ciesz się, bo kiedyś sama będziesz miała gorzej". Bardzo dobrze wiem, że są takie dni, gdy widzi się wszystko w czarnych barwach i wcale nie trzeba do tego listopada za oknem. Takie dni też są potrzebne. Dobrze jednak traktować je jako przystanek na drodze, a nie miejsce stałego pobytu. I dobrze jest w takich chwilach popatrzeć nie tylko na to, co dzieje się teraz, ale na to, co było i do czego zmierzamy.

W wielu miejscach w Biblii wspominane jest wyjście Izraelitów z Egiptu i cuda, jakich doświadczali w drodze przez pustynię. Większość z nas ma w swoim życiu takie wydarzenia: swój Egipt i udrękę niewoli, niepewność drogi, cud Bożej opieki i radość bycia odnalezionym. To historia, która pisała się i pisze w naszej codzienności. Wracając do tego, co było doświadczeniem mocy Miłości, przypominamy sobie nie tylko tym, w jaki sposób sposób działa Bóg, ale również o tym, kim naprawdę jesteśmy. Jeśli więc masz poczucie, że zgubiłaś w życiu drogę, mapę, kompas i radość, może warto wrócić po samego początku? Zobaczyć, Kto powiedział Ci: "chodź za mną, będzie pięknie"? I zamiast patrzeć pod nogi, z rezygnacją, spojrzeć w kierunku, który On chce Ci pokazać?...

Wdzięczność jest drogowskazem, który nie zawsze łatwo jest zauważyć. Czasami jednak proste słowo: "dziękuję" jest dobrym początkiem. Od tego warto zacząć nawet gdy wydaje się, że wszystko się skończyło.

piątek, 1 listopada 2019

Elżbieta i jej najdroższy niedowiarek


„Elżbieto, znasz moje nastawienie, przysiągłem Bogu nienawiść, żyję tą nienawiścią i w niej umrę!” – krzyczał. Zadziwiał go jej spokój i pogodne spojrzenie, od zdziwienia silniejszy był jednak wszechogarniający gniew spotęgowany całkowitą bezsilnością. Jego ukochana żona odchodziła. Nie mógł z tym absolutnie nic zrobić.

Feliks Leseur, bo o nim mowa, był francuskim dziennikarzem i lekarzem. Jego małżeństwo z piękną, pogodną i pełną elegancji Elżbietą było bardzo szczęśliwe. Tylko jednego nie potrafił w niej rozumieć. To jedno ich dzieliło: jej wiara.

Nie mieściło mu się w głowie, że te „przesądy” można brać na poważnie. Na krótki okres nawet udało mu się zachwiać wiarą Elżbiety. Podsuwał jej antyreligijne książki, dyskutował z nią, aż w końcu prawie się złamała. Potem jednak sama zaczęła dociekać, czytać, szukać odpowiedzi na pytania budzące jej wątpliwości. Nie tylko wyszła z tej próby zwycięsko, ale jej wiara tak się umocniła, że nawet pomimo osamotnienia i cierpienia więcej nie zwątpiła. Mimo trudności zaufała Jezusowi tak mocno, że tej wiary starczyło nie tylko dla niej, ale i dla jej męża. Jego nawrócenie jest jednym z najbardziej spektakularnych nawróceń, o których słyszałam. Zanim do niego doszło, Feliks przeszedł wspólnie ze swoją żoną długą drogę.

Elżbieta urodziła się w zamożnej paryskiej rodzinie w 1866 roku. Jej ojciec był znanym adwokatem, matka prowadziła dom i dbała o wychowanie dzieci, przekazując im również swoją miłość do Boga. Być może to właśnie dzięki świadectwu mamy Elżbieta już od wczesnych lat trwała w relacji z Jezusem.

Możliwe też, że wzięła sobie do serca to, co usłyszała od jednego ze swoich krewnych – że jej imię znaczy po hebrajsku „dom Boży”. I to chyba właśnie widać w jej życiu: Bóg nie był w nim gościem, nawet najdostojniejszym i przyjmowanym z honorami. On był dla niej Domownikiem – kimś, kto szedł z nią przez codzienność i swoją obecnością przemieniał nawet to co po ludzku nie dawało nadziei na zmianę.

Dzienniczek młodej Elżbiety pełen jest opisów codzienności i małych zmagań, takich jak kłótnie z bratem czy odmawianie zrobienia tego, o co ją proszono: „Gdy mnie o coś proszą, to zawsze odmawiam przez przekorę; to bardzo brzydko i postaram się z tego poprawić; proszę Boga, aby mi dał łaskę potrzebną, abym się poprawiła”

Tuż obok znajdują się jednak zapiski, które zdumiewają i zachwycają dojrzałością. Młoda
Elżbieta pisze o komunii: „Nic mówić nie mogłam, zanadto byłam szczęśliwa. Słuchałam Boga, który przemawiał do mej duszy, który mi wciąż powtarzał: «Jestem z tobą, posiadasz
mnie!»”


Codzienność dorastającej Elżbiety wypełniał czas spędzany z rodziną i nauka na prywatnej pensji. Choć atmosfera panująca w domu była pełna życzliwości i ciepła, w młodości Elżbiety nie brakowało trudnych wydarzeń. Jednym z nich była śmierć jej młodszej siostrzyczki, Marii, która zmarła niedługo po uroczystości pierwszej komunii świętej Elżuni.

W wieku dwudziestu lat Elżbieta poznała swojego przyszłego męża, Feliksa Leseura. Połączyło ich zainteresowanie muzyką i literaturą. Wydaje się, że naprawdę do siebie pasowali - on kulturalny i wykształcony, ona miła, elegancka i również z bardzo dobrym wykształceniem. Pobrali się w roku 1889 i wtedy zaczęło się ich wspólne życie.

Elżbieta była szczęśliwa w swojej roli. Należała do elity towarzyskiej tamtych czasów, zawsze
wytworna, taktowna i uprzejma. Nikt nie wiedział, że ta światowa dama w sercu była skupiona na Bogu, zatopiona w modlitwie i żyła duchem ofiarowania.
Kilka miesięcy po ślubie zapadła na przewlekłą chorobę, która z czasem sprawiała jej coraz więcej cierpienia. Elżbieta oddawała je Bogu wraz z modlitwą za swoich niewierzących przyjaciół. Przeczuwając być może, w jaki sposób rozwinie się jej choroba, prosiła Boga również za swojego ukochanego. Prosiła w sposób niezwykły, mówiąc Bogu, że oddaje swoje życie w intencji powrotu Feliksa do wiary. A na co dzień, zwyczajnie i po cichu, chciała opowiadać o Bogu, nie wymawiając Jego imienia, tak by przybliżać Go mężowi. „Najdroższy niedowiarek” – pisała o Leseurze z czułością.



Nie prowadziła krucjat. Nie manifestowała swojej dezaprobaty dla jego wyborów. Wybrała inną drogę: bycia blisko, z troską, czułością i modlitwą. Czuła, że właśnie do tego zaprasza ją Bóg:

Bóg dał mi tę łaskę, że widzę, jakie mam szczególne przeznaczenie. Kazał mi Bóg żyć wśród ludzi, którzy przeczą prawdom wiary, którzy prawd tych nie znają. Chciał On zapewne, abym poznała i zrozumiała najróżnorodniejsze stany dusz, abym mogła z niemi współczuć i z większą miłością i wyrozumieniem potrafiła pochylać się nad niewiarą lub zwątpieniem. Być dobrym Samarytaninem względem tylu zgorzkniałych serc, umysłów niespokojnych, zmąconych sumień; okazywać poszanowanie, delikatność, zrozumienie dla dusz; z całą łagodnością starać się przenikać do ich wnętrz, wlewając do nich po kropli, stosownie do stanu ich słabości lub rany, kojący balsam lub wzmacniające wino; ukazywać im Boga, promieniującego niejako z duszy naszej, w której On przebywa; wszystkim służyć i tym sposobem zdobywać serca dla Jezusa – oto zadanie apostoła, które przyjmuję od Ciebie, Panie mój, pomimo mej niegodności.
.

Elżbieta pisze o „zadaniu apostoła”. Ja jednak widzę w tym zadanie matki – duchowej matki, z troską i delikatnością dbającej o zagubionych. Elżbieta wybrała drogę, która jest mi bliska.
Wybrała zacieśnianie relacji z Jezusem i wiarę, że On może działać również dzięki niej. Czuję, że to dobra podpowiedź zwłaszcza dla tych, którzy mają wokół siebie osoby niewierzą- ce. Co zrobić w takiej sytuacji? Jak dawać świadectwo i autentycznie głosić Ewangelię, a jednocześnie nie wznosić murów między sobą a ludźmi, którzy myślą i czują inaczej?

Ojciec Ronald Rolheiser, autor książki Duchowość seksualności genialnie ubrał to w słowa:

Co zrobić, gdy ci, których kochamy, nie podzielają już naszej wiary, nie kierują się naszymi wartościami i zasadami moralnymi?
Oczywiście można się modlić i żyć dalej zgodnie z własnymi przekonaniami z nadzieją, że nasze życie będzie dla nich lepszą zachętą niż nasze słowa. Ale można zrobić coś jeszcze. Można ich nadal kochać i przebaczać im, wiedząc, że jak długo będą otrzymywać miłość i przebaczenie od nas, będą otrzymywać miłość i przebaczenie od Boga. My jesteśmy częścią ciała Chrystusa, a oni nas dotykają.
Będąc członkami ciała Chrystusa, gdy obejmujemy kogoś w miłości, obejmuje go ciało Chrystusa


Elżbieta obejmowała swojego męża w miłości, pozwalając jednocześnie, by dzięki niej obejmował go swoją miłością sam Jezus. Pozostawiała przy tym przestrzeń i dawała wolność, wierząc, że Bóg sam znajdzie najlepszy czas i sposób działania, bo „to, co dzieje się między duszą ludzką a Bogiem, jest rzeczą świętą i nikt nie ma prawa niebacznie tego dotykać”
.
Z biegiem czasu Elżbieta doświadczała coraz większych cierpień fizycznych, choć długo ukrywała je przed otoczeniem. Codzienność niosła również inne wyzwania. W 1905 roku umarła jej kolejna młodsza siostra, Julia, którą Elżbieta otaczała niemalże macierzyńską miłością. Elżbieta gorąco modliła się o jej uzdrowienie, a po jej odejściu boleśnie przeżywała stratę, choć wiara była jej w tym pomocą. Później postanowiła duchowo zaopiekować się chrześniaczką Julii (a jednocześnie swoją siostrzenicą). Przed uroczystością pierwszej komunii napisała dla niej rozprawkę na temat życia chrześcijanki. Pisze tam o relacji z Bogiem w sposób daleki od sztywnych regułek katechizmu. Pisze od serca, podkreślając, że duch jest ważniej szy niż litera prawa, a autentyczna wiara i miłość znaczą więcej niż zewnętrzne postawy: „Nie sądź bynajmniej, iż mówiąc to, potępiam praktyki religijne. Daleka jestem od tego. Lecz praktyki owe powinny być jedynie wyrazem głębokich uczuć
duszy: musimy być najpierw przeniknięte Prawdą, harmonią owej wielkiej całości, jaką stanowi Kościół, żywotnością i skutecznością dogmatów chrześcijańskich oraz wartością moralną i społeczną nauki katolickiej”

Podobny tekst Elżbieta napisała również z myślą o swoim
siostrzeńcu. Mimo pragnienia macierzyństwa nie miała dzieci, ale otaczała sercem i troską dzieci swoich najbliższych, spędzając z nimi czas i dbając o ich rozwój duchowy.

Można się tylko domyślić, jak bardzo czuła się osamotniona w wierze, nie mogąc dzielić się tym, co dla niej cenne, ze swoim mężem. Po wspomnianym już kryzysie wiary w 1899 roku Elżbieta zaczęła systematycznie zapisywać swoje przeżycia w pamiętniku. Kilka lat później, w 1910 roku, otrzymała w końcu wsparcie duchowe po nawiązaniu kontaktu z siostrą zakonną, Marie Goby. W listach do niej mogła opowiedzieć o tym, co czuła i przeżywała, o swoich najgłębszych pragnieniach. Po jej śmierci korespondencja ta została zebrana i wydana pod wymownym tytułem Listy o cierpieniu.

A cierpienie z biegiem czasu się nasilało. Choroba Elżbiety stopniowo wyniszczała jej organizm. Kobieta przechodziła kolejne operacje, do jej przewlekłych dolegliwości dołączył nowotwór i została niemalże przykuta do łóżka. Zmarła 3 maja 1914 roku, pozostawiając ukochanych przyjaciół, rodzinę oraz pełnego goryczy i rozpaczy męża. Po pogrzebie Amelia, siostra Elżbiety, wskazała mu skrytkę w biurku, a w niej zapiski żony. Feliks odczytywał kolejne kartki i ze zdumieniem odkrywał znane fakty z życia żony w zupełnie innym świetle. Dwa lata później pisma te ukazały się drukiem i mimo szalejącej we Francji wojny były przekazywane z rąk do rąk i czytane z wielkim zainteresowaniem.

A Feliks? Feliks w pewnym sensie również umarł, przynajmniej dla świata. Nie tylko w końcu zrozumiał swoją żonę, nie tylko uwierzył, ale w wieku pięćdziesięciu sześciu lat wstąpił do nowicjatu dominikanów. Przeżył dwadzieścia siedem lat jako kapłan, do końca życia opowiadając o historii Elżbiety i dając świadectwo swojego nawrócenia
.
„Każda dusza, która wznosi się ku Bogu, wznosi również ku Niemu cały świat” – napisał Jan Paweł II. Elżbieta uniosła ku niebu swojego męża. Trudno o piękniejsze wypełnienie słów małżeńskiej przysięgi.

(fragment mojej książki "O matko święta!", Wydawnictwo WAM 2019; pełna bibliografia - w książce :) tu podam tylko, że tekst powstał po lekturze książki: Suchodolska Felicja, Niewiasta mężna: Elżbieta Leseur, Katowice 1935)