poniedziałek, 14 października 2019

Szukam serc na niebie...

MAJA:

Miłość

W jaki sposób zmierzyć miłość? Nie da się jej zważyć. Nie da się jej opisać. Można próbować liczyć dobre uczynki i konkretnie działania, które prowadzą do jej pomnożenia - czy wtedy jednak ocenimy, kto kocha bardziej, a kto mniej? …

Większość z nas wyda jej owoc w ciągu wielu lat starań i zmagań. I wtedy, pod koniec życia, zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża, będziemy sądzeni z miłości. Niektórym jednak wystarczy tylko chwila, by sprawić w sercach innych ludzi cud rozmnożenia wiary, nadziei i miłości.

Tak jest z naszymi nienarodzonymi dziećmi. Ich obecność, choć tak boleśnie krótka, była błogosławieństwem. One były miłością.
One wciąż są miłością w nas.

Nasza historia

Szpitalne korytarze są zbudowane głównie z oczekiwania. Najpierw czekałam w kolejce na izbie przyjęć. Później czekałam na pielęgniarkę. Potem na położną, później z kolei na lekarza.

Nie czekałam jednak na cud. Słowa lekarza, które spadły na mnie godzinę wcześniej jak grom z jasnego nieba, nie pozostawiały złudzeń: “Bardzo mi przykro, pani dziecko nie żyje…”. Nie wiedziałam wtedy, że jak bardzo przeciągnie się oczekiwanie na narodziny naszego Maleństwa. Nie wiedziałam wielu rzeczy - i dobrze, bo ta wiedza nie przyniosłaby ulgi. Tymczasem - był szpitalny korytarz. Było coraz głośniejsze: “dlaczego?”. I pełne łez rozmyślania o tym, co było przed i co będzie po. I czego nie będzie już nigdy więcej…

Kiedy leżałam już w szpitalnym łóżku, bezskutecznie próbowałam zasnąć. Wpatrywałam się w okno, najpierw zupełnie ciemne, potem pokazujące kolejne odcienie wstającego dnia.
Niebo stawało się nieco jaśniejsze, potem granatowe, w końcu błękitne.
Ciszę panującą na korytarzach przerwały pierwsze odgłosy szpitalnego poranka. Co jakiś czas wracało poczucie, że to jakaś totalnie abstrakcyjna sytuacja. To się nie dzieje. To niemożliwe. To nie może być prawda, nie może, nie może…

To była moja pierwsza z czterech nieprzespanych nocy.

Inaczej

“Urodziłyśmy dzieci do życia wiecznego” - napisała do mnie Marta, również mama po stracie. Chwyciłam się tych słów, szukając w nich ukojenia. W nocy, głaszcząc brzuch, pozwoliłam mojej córeczce odejść. Powiedziałam: jesteś wolna, idź. Wypuściłam ją z dłoni, jak motyla który przysiadł na chwilę i uniósł się znowu ku niebu, ku pięknu.



Jestem mamą.

Jestem mamą.
Moje ciało wie o tym lepiej, niż ja sama. Moje ciało czuje - i to jest dobre.
Kiedy straciłam pierwszą ciążę, nie mogłam wybaczyć mojemu ciału, że mogło mi to zrobić. Czułam się, jakbym nosiła w sobie śmierć - to była moja wina. Nie byłam wystarczająco silna i dobra, by utrzymać przy życiu swoje dziecko.

Tym razem jest inaczej. Moje ciało jest dobre. Moje ciało dało życie. Moje ciało czuje. I to pierwsze błogosławieństwo, które udaje mi się zauważyć.

Obecność mojego męża - to błogosławieństwo. Wsparcie rodziny i modlitwa przyjaciół - to błogosławieństwo. Pełne empatii towarzyszenie położnej - błogosławieństwo. Chwila, w której przez łzy patrzymy na naszą Kruszynkę i możemy się z nią pożegnać - błogosławieństwo.

Jestem
Czuję.
Moje ciało będzie pamiętać to wszystko lepiej niż ja sama.

Potem nastaje cisza. Życie toczy się dalej. Z korytarza dochodzą odgłosy wydawania posiłku, kroków położnych, obchodu. Słońce zachodzi i następnego dnia wstaje w ten sam sposób co zawsze. A w szpitalnej żałobie czarna jest tylko kawa w moim kubku.
Szpitalna żałoba jest biała. Białe ściany, białe prześcieradło, biały lekarski fartuch.
Biel i cisza pożegnań.
I ciężar pytań, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi...

Są pytania, na które odpowiedzieć może ci albo echo twojego płaczu, albo cisza wiary. Na razie słyszę to pierwsze, ale nasłuchuję. Nie tracę nadziei.


Liczę błogosławieństwa

Byłaś pięknem.
Jesteś pięknem. To o Tobie pomyślałam od razu, gdy zachwycił mnie intensywny kolor hortensji. Myślę o Tobie patrząc na lawendę i motyle, które na niej przysiadają - lekkie jak marzenie, wolne, ulotne.
Tak bardzo chciałam Ci to wszystko pokazać…
A może nie muszę? Może zachwycasz się tym bardziej niż ja? Bo jesteś bardziej - czysta, niewinna, radosna. Żywa.

Od samego początku smutek przeplata się z wdzięcznością. Za nieustanną obecność mojego Męża i jego miłość. Za pomoc rodziny, wsparcie przyjaciół, potok dobrych słów i modlitwy. Po kilku dniach postanawiam zacząć liczyć te błogosławieństwa i skupiać się na tym, co jest dzisiaj. Co dzisiaj pozwala mi żyć.

Bicie serca mojego Męża, które słyszę tak dobrze, gdy się do niego przytulam. Śmiech naszych dzieci. Zapach lawendy. Nadzieja na nowe życie. Miłość, jaka rozlała się w naszej rodzinie dzięki obecności tej małej Istotki, która rosła pod moim sercem. Nasz mały rodzinny świat zaczął się zmieniać. Zmieniało się moje serce - dzięki Tobie, Córeczko.

Wypatruję

“Mamo, poprosiłam Boga żeby dał mi znak, czy Iga jest tak szczęśliwa.” - mówi do mnie po kilku dniach moja starsza córka, nieco roztrzepana, ale bardzo mądra dziewięciolatka. “Jeśli tak, chciałam dziś zobaczyć albo kawałek nieba w kształcie serca, albo taką chmurę. I teraz co chwilę widzę na niebie chmury w kształcie serca, patrz.”

Patrzę.
Od tamtej chwili też wypatruję serc na niebie.

Jestem mamą.

Jestem mamą po stracie. A skoro dla miłości nie ma granic, mieszkam jednocześnie tu i trochę w niebie, z moim dzieckiem. To rozdarcie może stać się raną nie do uleczenia albo doświadczeniem, które otwiera serce. I jeszcze nie wiem, czy będzie jednym czy drugim, ale mam nadzieję.

Mam nadzieję.



MARTA:

- Pamiętam, napisałaś do mnie: Marta … myślę, że bardzo będę potrzebowała rozmowy z Tobą … - Byłaś wtedy w szpitalu. Niedługo wcześniej dowiedziałaś się, że Iga nie żyje. To była godzina 23:09. Czekałaś na leki. Przed Tobą była długa noc w szpitalu. Ja wtedy byłam daleko, za Kołem Podbiegunowym. Wiesz, tam latem nie zachodzi słońce. Jest cały czas jasno. Siedziałam w tej jasności, w namiocie, wtulona w śpiwór, z tym telefonem w garści, czytałam raz za razem wiadomość od Ciebie i cofnął mi się czas…

Bo właśnie mijał rok od śmierci Franka i Edmunda. Zmarli w 20 tygodniu ciąży, byli dwujajowymi bliźniętami. Napisałaś do mnie, bo wiedziałaś, że ja wiem, co czujesz. Wiedziałam. Na ten telefon w dłoni kapały wielkie łzy.

- Jezu, jakie to trudne … jakie niespodziewane – pisałaś a ja w tej polarnej nocy prosiłam moich synów bliźniaków, żeby wstawiali się za Tobą, za Twoją rodziną, żeby to cierpienie Was nie przygniotło.

Bo ja rok wcześniej, po niespodziewanej śmierci moich synów dokonałam odkrycia, że łzy się nie kończą. Na kilka dni straciłam zmysł smaku, nie odczuwałam potrzeby jedzenia. Cierpiałam.
Napisałam Tobie wtedy – Wiesz, myśl o tym, że urodzisz je do życia w Niebie, w Wieczności. – No dobra, wiem jakie to trudne, ale wiesz, ta myśl o Niebie wyrwała mnie z rozpaczy. Życie bez perspektywy Nieba byłoby takie puste i płaskie. Muszę tak żyć, by tych chłopców kiedyś spotkać. Ich życie nie było bez sensu. Byli błogosławieństwem dla mnie, mojego męża, naszych czterech córek, syna i całej rodziny. Ja tkam moje życie dzień po dniu, oni są już po drugiej stronie. Bardzo za nimi tęsknię.

Szpitalne korytarze, tak ja je też pamiętam. Odgłosy KTG, stukot chodaków położnych, lekarzy i pielęgniarek. I wiesz, pamiętam księdza, który przyszedł z Jezusem w komunii. Zastukał, uchylił lekko drzwi szpitalnej sali i patrząc mi prosto w oczy powiedział: - Pani nie chce Jezusa? - Nie mam pojęcia dlaczego tak powiedział. Widziałam go pierwszy raz w życiu. Już chciał uciec za drzwi, gdy wrzasnęłam za nim – Chcę, chcę Jezusa .- I od tego momentu było mi już łatwiej, zrozumiałam że bez Jezusa nie dam rady.

Napisałaś, że Iga odeszła razem z twoimi marzeniami. Pamiętam wizyty u ginekologa i ekran aparatu usg .To był widok! Wiesz, ja od zawsze wiedziałam, że to chłopcy. Na usg wciąż się kopali, wymieniali ciosy. Byli bardzo aktywni. A ja w myślach zastanawiałam się, czy poza moim brzuchem też będą tacy waleczni.
- Czy pani chce zobaczyć synów? – pamiętam to pytanie lekarza po wybudzeniu z narkozy. Pisałaś, że pożegnałaś Igę dwukrotnie – pierwszy raz czekając na poród i modląc się i potem po urodzeniu. Ja i mój mąż też mogliśmy pożegnać chłopców. Byli tacy maleńcy. I tacy piękni.

Jesteśmy mamami.
Doświadczyłyśmy cudu narodzin i rozpaczy śmierci. Doświadczamy na co dzień bycia żonami i mamami. Pakujemy kanapki do śniadaniówek, pomagamy w lekcjach, sztorcujemy za wybryki, dyskutujemy o modzie, gnamy za dziećmi na nartach, rowerach, podcieramy zakatarzone nosy, pokazujemy świat, wskazujemy Boga.

(Marta Mital)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz