czwartek, 31 października 2019

Czego uczy mnie Halloween?

Zadałyście sobie kiedyś takie pytanie? Ja chyba nie, ale uświadomiłam sobie dzisiaj, że wszystko, co spotyka mnie w życiu, wywołuje jakąś moją reakcję ( bo brak reakcji też jest jakąś reakcją). Nie zawsze się nad tym nie zastanawiam, bo nie jestem w stanie zatrzymywać się nad każdym drobiazgiem, który w jakiś sposób mnie porusza. A jednak wszystko, co się dzieje, może mnie czegoś uczyć. WSZYSTKO :) Dlatego warto czasem zrobić sobie przerwę w oburzaniu się (na innych, na świat, albo na Halloween) i prowadzeniu gorących dyskusji, a zamiast tego zapytać siebie - no dobrze, ale czy w tym wszystkim jest coś, co może pomóc mi lepiej poznać świat, ludzi i siebie?...

Wierzcie lub nie - Halloween uczy mnie tego, że:

1. It's all 'bout money

Halloween dobrze się sprzedaje, a nawet jeśli nie, to zawsze można spróbować to zmienić. I tak właśnie się dzieje. Dekoracje, kostiumy, słodycze i dynie królują w sklepach i kuszą promocyjnymi cenami. Im głośniej jest o Halloween (nieważne w jakim kontekście), tym lepiej, bo to przecież reklama. A reklama, jak wiadomo, jest dźwignią handlu.

Z Bożym Narodzeniem wcale nie jest inaczej. Gdy ze sklepowych półek znikną znicze, natychmiast pojawi się na nich plastikowa chińszczyzna w setkach przeróżnych form, od atrap świerkowych gałązek, przez bombki, po zabawki.

Co mogę z tym zrobić? Niewiele :) Mogę być tego świadoma - to już połowa sukcesu. Mogę kupować z głową i  wybierać mądrze. Z tego powodu na Halloween wybrałam dynię. Serio, serio. Zapas dyniowego puree oznacza pyszne pancakes albo ciasto dyniowe. Mniam! Całą resztę strasznej i straszącej brzydoty omijam szerokim łukiem.



2. Będziemy się kłócić.

Zaciekli przeciwnicy Halloween z umiarkowanymi. Umiarkowani z niezbyt umiarkowanymi. Widzowie TVNu z widzami wszystkiego-byle-nie-TVNu. Wegetarianie z mięsożercami, weganie z wegetarianami itede itepe.

Wiecie, co jest najlepsze w tym wszystkim? I jednocześnie najgorsze? To że wszyscy mają rację. Wszyscy absolutnie, bo moja racja, cytując klasyka, jest zawsze najmojsza.

Tak przy okazji - 31 października Roku Pańskiego 1517 w Wittenberdze Marcin Luter ogłosił tezy, mające być początkiem religijnej dyskusji. Co działo się dalej, wie z grubsza każdy z nas. Ta data w kalendarzu przypomina mi, że w każdym sporze i niejasności warto nie tylko mówić (czy krzyczeć) ale też słuchać. I że niekończące się kłótnie nie prowadzą do jedności...

3. Dzieci są mądrzejsze niż myślimy...

Zdarza mi się słyszeć, że Halloween jest niebezpieczne dlatego, że może prowadzić u dzieci do "popkulturowego" podejścia do śmierci i braku szacunku dla zmarłych. W związku z tym dzieciaki miałyby nie odróżniać świata haloweenowych straszydeł i tego, co należy do naszej spuścizny kulturowej i duchowej. I być może faktycznie istnieje takie niebezpieczeństwo - albo istniałoby, gdyby był to jedyny element, który sprawia, że dzieci słyszą o tym, czym jest śmierć.

W tym roku cała nasza rodzina musiała przerobić trudną lekcję pożegnania z bliską osobą. Zmarło nasze nienarodzone dziecko, czyli młodsze rodzeństwo moich dzieci. To pokazało mi, że moje dzieciaki są mądre. Widzą i wiedzą więcej niż nam się wydaje. Dzieci, odpowiednio pokierowane (i dorastające w rodzinie, w której przecież dzieją się różne rzeczy, również trudne) są w stanie zrozumieć śmierć czasem lepiej niż my. Takie są przynajmniej nasze doświadczenia. Dzieci bardzo dobrze rozróżniają to, co jest zabawą - mój syn przebrany na balu karnawałowym za pirata nie zaciągnie się przecież na okręt, mimo że do portu w Gdyni mamy niedaleko. Na podobnej zasadzie widok jakiegoś duszyska w zamczysku potraktuje jak fikcję, a nie wyobrażenie życia po śmierci. Ja to wiem, bo z nim rozmawiam. I daleko mi do lekceważenia tematu, bo to ważne sprawy. Nie banalizuję, ale uspokajam. Dzieci są mądre.

Czasem wystarczy po prostu pogadać z dzieckiem. I to może być rozmowa, która otworzy nowe horyzonty nie tylko przed naszą pociechą, ale również przed nami.

4. To świat wirtualny...

...przynajmniej częściowo. Uświadomiłam sobie w tym roku, że większość gorących dyskusji czy wątpliwej jakości grafik dociera do mnie za pośrednictwem internetu. Niewirtualne są imprezy "Holy Wins" i Bale Wszystkich Świętych - czyli to, co jest bardzo pozytywne i budujące. Ani razu nie spotkałam się z manifestacją przeciwników Halloween na żywo... za to w internecie - oj dzieje się. Są zdjęcia na których niemalże płoną już stosy ;) I tak, przyznaję szczerze - mi to przeszkadza.

To pokazuje mi, że warto czasem wyłączyć komputer i skupić się na tym, co tu i teraz. A u mnie dzisiaj niewirtualny i całkiem realny jest pyszny, cynamonowy zapach ciasta marchewkowego. Jest zmęczenie po pracy, ale i przytulne ciepło spędzonego z dziećmi popołudnia (piekliśmy ciasteczka :) ). Są również te refleksje - moje, najmojsze. Nie zmuszam do tego, by się z nimi zgadzać. Zamiast tego proponuję niewirtualnie zajrzeć w swoje serca, pragnienia, oczekiwania. Zejść w głąb. Zapytać, co mogę wyciągnąć dla siebie z tego, co dzisiaj dzieje się wokół mnie i we mnie.

5. Nie lubię Halloween :)

Ale lubię dynię. I ciasteczka, które dzieci dekorowały dzisiaj czekoladą. Lubię jesień, zadumę i zmrok rozświetlony przez światełka zniczy na cmentarzu.

Jutro zerwę kartkę z kalendarza wchodząc w nowy dzień i nowy miesiąc. Dzień Wszystkich Świętych oznacza też nową nadzieję. A Halloween? To tylko jeden dzień w roku. Naprawdę jest taki ważny?...


poniedziałek, 14 października 2019

Radość spotkania

o. Grzegorz Ginter SJ

Radość spotkania

Śmierć zawsze przychodzi nie w porę. Burzy to, co mamy w życiu poukładane, pod kontrolą. To nie w porządku. Najlepiej, żeby jej w ogóle nie było. Ale jest. I nie da się jej poukładać, mieć pod kontrolą. Śmierć może najbardziej ze wszystkiego na tym świecie obnaża to, że próba kontroli wszystkiego prowadzi do niczego.

Kiedy śmierć zabiera nam kogoś bliskiego, bardzo nas to boli. A boli szczególnie, kiedy zabiera dziecko. Rozdarcie, jakie robi się na sercu, jest nie do zacerowania. Tym bowiem, co jest najważniejsze w naszym życiu, są więzi. Chcemy mieć coraz lepsze, coraz głębsze więzi z tymi, którzy są blisko. Dziecko jest krwią z naszej krwi, ciałem z naszego ciała. Jest miłością z naszej miłości. Śmierć rozdziera więź, jaka jest między nami. Tę więź fizyczną, cielesną, głębokiej bliskości. Czujemy brak, którego nikt i nic nie jest w stanie zastąpić.

Dla mnie więzi są tym, co nas zbawia, co prowadzi ostatecznie do pełni miłości. Wierzę, że tam, w niebie, jakkolwiek je sobie wyobrażam, nie będę oddzielony od bliskich, lecz wszyscy będziemy trwać w wiecznej radości bycia razem - w głębokich więziach bliskości, intymności. Tego właśnie pragnę, za tym tęsknię. I pewnie nie tylko ja.

Ta tęsknota i te pragnienia są moją nadzieją. Bez nich nic nie miałoby sensu. W tym znaczeniu również strata, która mi kogoś zabiera, niesie w sobie obdarowanie. Wydaje się to paradoksem, ale tak jest. Zaprasza do wdzięczności w tak niewdzięcznym czasie. Śmierć i związana z nią strata wydaje się bez sensu. Ale gdyby to życie się nie pojawiło - tej konkretnej osoby, tego dziecka - czy sens byłby większy? Strata obdarowuje głęboką tęsknotą i pragnieniem spotkania. A skoro jest pragnienie, jest i jego spełnienie.

Poruszający dla mnie jest kanon Taize, którego słowa brzmią: “W ciemności idziemy, w ciemności, do źródła Twojego życia. Tylko pragnienie jest światłem”. Pragnienie jest mocnym i jasnym światłem dla mnie, kiedy idę po omacku doczesności. Bo właśnie śmierć, a szczególnie śmierć dziecka uświadamia mi bardzo, że nic na tym świecie nie jest w stanie mnie nasycić. Nic, oprócz głębokich więzi miłości, których spełnienia spodziewam się w Miłości trwającej wiecznie - w Bogu. Jak Jezus na krzyżu wołam: Pragnę! Jego pragnienie przechodzi przez śmierć; moje też przez nią ostatecznie przejdzie. Ale tylko ono jest światłem, które śmierć zwycięża. Pragnienie bliskości i więzi, które nie przemijają. Tam się wszyscy spotkamy. Tam nie będzie płaczu, ani cierpienia.
Tam będzie radość Spotkania.

Tyle, że owo “tam” jest już tutaj. Bo choć odchodzi ktoś bliski, jednak nie tracimy z nim więzi. Ona staje się inna, głębsza, bardziej dojrzała, niedostrzegalna. Ta więź jest wtedy karmiona przez naszą tęsknotę, pobudza nasze pragnienia. Ona może sprawić, że chcemy iść po omacku naszej doczesności ku światłu spotkania. Wtedy pragnienie stanie się rzeczywistością. Wtedy oczekiwanie stanie się spotkaniem. Nadzieja wyznacza szlak. Wtedy pojawia się radość.
Wieczna radość wiecznego spotkania.



Jestem niewidzialna.

Marta Mital:

Opowiem Wam o tym, jak stałam się niewidzialna.

Byłam w dwudziestym tygodniu ciąży, gdy moi nienarodzeni synowie nagle i niespodziewanie zmarli w moim łonie. Urodziłam dwóch maleńkich, martwych chłopców. I wtedy stałam się dla wielu ludzi niewidzialna. Nie spodziewałam się tego.
Z natury jestem dosyć szczupła, więc moja dwudziestotygodniowa bliźniacza ciąża była bardzo widoczna.

A tu nagle brzucha nie ma, zniknął razem z moimi synami.

O śmierci chłopców mówiliśmy jasno i wyraźnie wszystkim. Dostaliśmy mnóstwo wsparcia i ciepła od wielu osób. Były telefony, maile, przyniesione nam obiady, spacery, rozmowy albo po prostu zwykłe – niezwykłe ludzkie gesty życzliwości – przytulenie, pogłaskanie po policzku, wspólne milczenie…

Mam takie wspomnienie z tego sierpnia 2018 roku - idę sobie taka niespodziewanie wyszczuplona uliczkami mojej dzielnicy i co rusz natykam się na tych, dla których stałam się niewidzialna. Nie wiedzą, jak się zachować, bo wiedzą o mojej stracie, więc albo szybko skręcają w boczną uliczkę, albo omijają mnie wzrokiem, albo udają, że nic się nie stało, zagadują o pogodę a po chwili poklepują po ramieniu i konspiracyjnie szepczą – Macie przecież już pięcioro dzieci. Wystarczy.
Na początku bardzo mnie takie zachowania bolały. A potem uświadomiłam sobie, że ci ludzie boją się dwóch rzeczy: że mnie zranią swoim współczuciem i że okazując mi je, będą musieli zmierzyć się z tematem śmierci i cierpienia a tematy te do łatwych nie należą.

Minął rok od śmierci Franka i Edmunda. Za mną, moim mężem, naszymi czterema córkami i synem cały bagaż doświadczeń składających się na okres żałoby. Te doświadczenia były dla nas bardzo trudne, ale myślę, że jeszcze bardziej nas ze sobą związały.

Jestem niezmiernie wdzięczna wszystkim bliższym i dalszym znajomym, którzy w tym trudnym okresie okazywali nam współczucie. Jakież to piękne słowo „współ – czucie”, współodczuwanie, czy to gestem przytulenia, pogłaskania, słowem, rozmową czy propozycją zaopiekowania się naszymi młodszymi dziećmi. Bardzo tego potrzebowaliśmy.

Pamiętam, jak w takim trudnym czasie, pomyślałam że Jezus przecież również prosił uczniów, by trwali, gdy On modlił się w Ogrodzie Oliwnym. Ucieszył się spotkawszy na swojej drodze krzyżowej płaczące niewiasty. Wcześniej z taką radością i tkliwością zjadł z apostołami Ostatnią Wieczerzę. Chciał mieć w tym trudnym czasie bliskich wokół siebie.

Co z tymi, dla których byłam niewidzialna?

Omijanie tematu, udawanie że nic się nie stało, ucieczka od czyjegoś cierpienia, to tak naprawdę ucieczka od siebie i od swoich lęków.

Nie uciekajmy. Nie uciekam, staram się towarzyszyć, gdy widzę czyjeś cierpienie. Tego wszystkiego nauczyli mnie i moją siedmioosobową rodzinę Franek i Edmund, moi synkowie, którzy żyli tylko dwadzieścia tygodni pod moim sercem.


Szukam serc na niebie...

MAJA:

Miłość

W jaki sposób zmierzyć miłość? Nie da się jej zważyć. Nie da się jej opisać. Można próbować liczyć dobre uczynki i konkretnie działania, które prowadzą do jej pomnożenia - czy wtedy jednak ocenimy, kto kocha bardziej, a kto mniej? …

Większość z nas wyda jej owoc w ciągu wielu lat starań i zmagań. I wtedy, pod koniec życia, zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża, będziemy sądzeni z miłości. Niektórym jednak wystarczy tylko chwila, by sprawić w sercach innych ludzi cud rozmnożenia wiary, nadziei i miłości.

Tak jest z naszymi nienarodzonymi dziećmi. Ich obecność, choć tak boleśnie krótka, była błogosławieństwem. One były miłością.
One wciąż są miłością w nas.

Nasza historia

Szpitalne korytarze są zbudowane głównie z oczekiwania. Najpierw czekałam w kolejce na izbie przyjęć. Później czekałam na pielęgniarkę. Potem na położną, później z kolei na lekarza.

Nie czekałam jednak na cud. Słowa lekarza, które spadły na mnie godzinę wcześniej jak grom z jasnego nieba, nie pozostawiały złudzeń: “Bardzo mi przykro, pani dziecko nie żyje…”. Nie wiedziałam wtedy, że jak bardzo przeciągnie się oczekiwanie na narodziny naszego Maleństwa. Nie wiedziałam wielu rzeczy - i dobrze, bo ta wiedza nie przyniosłaby ulgi. Tymczasem - był szpitalny korytarz. Było coraz głośniejsze: “dlaczego?”. I pełne łez rozmyślania o tym, co było przed i co będzie po. I czego nie będzie już nigdy więcej…

Kiedy leżałam już w szpitalnym łóżku, bezskutecznie próbowałam zasnąć. Wpatrywałam się w okno, najpierw zupełnie ciemne, potem pokazujące kolejne odcienie wstającego dnia.
Niebo stawało się nieco jaśniejsze, potem granatowe, w końcu błękitne.
Ciszę panującą na korytarzach przerwały pierwsze odgłosy szpitalnego poranka. Co jakiś czas wracało poczucie, że to jakaś totalnie abstrakcyjna sytuacja. To się nie dzieje. To niemożliwe. To nie może być prawda, nie może, nie może…

To była moja pierwsza z czterech nieprzespanych nocy.

Inaczej

“Urodziłyśmy dzieci do życia wiecznego” - napisała do mnie Marta, również mama po stracie. Chwyciłam się tych słów, szukając w nich ukojenia. W nocy, głaszcząc brzuch, pozwoliłam mojej córeczce odejść. Powiedziałam: jesteś wolna, idź. Wypuściłam ją z dłoni, jak motyla który przysiadł na chwilę i uniósł się znowu ku niebu, ku pięknu.



Jestem mamą.

Jestem mamą.
Moje ciało wie o tym lepiej, niż ja sama. Moje ciało czuje - i to jest dobre.
Kiedy straciłam pierwszą ciążę, nie mogłam wybaczyć mojemu ciału, że mogło mi to zrobić. Czułam się, jakbym nosiła w sobie śmierć - to była moja wina. Nie byłam wystarczająco silna i dobra, by utrzymać przy życiu swoje dziecko.

Tym razem jest inaczej. Moje ciało jest dobre. Moje ciało dało życie. Moje ciało czuje. I to pierwsze błogosławieństwo, które udaje mi się zauważyć.

Obecność mojego męża - to błogosławieństwo. Wsparcie rodziny i modlitwa przyjaciół - to błogosławieństwo. Pełne empatii towarzyszenie położnej - błogosławieństwo. Chwila, w której przez łzy patrzymy na naszą Kruszynkę i możemy się z nią pożegnać - błogosławieństwo.

Jestem
Czuję.
Moje ciało będzie pamiętać to wszystko lepiej niż ja sama.

Potem nastaje cisza. Życie toczy się dalej. Z korytarza dochodzą odgłosy wydawania posiłku, kroków położnych, obchodu. Słońce zachodzi i następnego dnia wstaje w ten sam sposób co zawsze. A w szpitalnej żałobie czarna jest tylko kawa w moim kubku.
Szpitalna żałoba jest biała. Białe ściany, białe prześcieradło, biały lekarski fartuch.
Biel i cisza pożegnań.
I ciężar pytań, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi...

Są pytania, na które odpowiedzieć może ci albo echo twojego płaczu, albo cisza wiary. Na razie słyszę to pierwsze, ale nasłuchuję. Nie tracę nadziei.


Liczę błogosławieństwa

Byłaś pięknem.
Jesteś pięknem. To o Tobie pomyślałam od razu, gdy zachwycił mnie intensywny kolor hortensji. Myślę o Tobie patrząc na lawendę i motyle, które na niej przysiadają - lekkie jak marzenie, wolne, ulotne.
Tak bardzo chciałam Ci to wszystko pokazać…
A może nie muszę? Może zachwycasz się tym bardziej niż ja? Bo jesteś bardziej - czysta, niewinna, radosna. Żywa.

Od samego początku smutek przeplata się z wdzięcznością. Za nieustanną obecność mojego Męża i jego miłość. Za pomoc rodziny, wsparcie przyjaciół, potok dobrych słów i modlitwy. Po kilku dniach postanawiam zacząć liczyć te błogosławieństwa i skupiać się na tym, co jest dzisiaj. Co dzisiaj pozwala mi żyć.

Bicie serca mojego Męża, które słyszę tak dobrze, gdy się do niego przytulam. Śmiech naszych dzieci. Zapach lawendy. Nadzieja na nowe życie. Miłość, jaka rozlała się w naszej rodzinie dzięki obecności tej małej Istotki, która rosła pod moim sercem. Nasz mały rodzinny świat zaczął się zmieniać. Zmieniało się moje serce - dzięki Tobie, Córeczko.

Wypatruję

“Mamo, poprosiłam Boga żeby dał mi znak, czy Iga jest tak szczęśliwa.” - mówi do mnie po kilku dniach moja starsza córka, nieco roztrzepana, ale bardzo mądra dziewięciolatka. “Jeśli tak, chciałam dziś zobaczyć albo kawałek nieba w kształcie serca, albo taką chmurę. I teraz co chwilę widzę na niebie chmury w kształcie serca, patrz.”

Patrzę.
Od tamtej chwili też wypatruję serc na niebie.

Jestem mamą.

Jestem mamą po stracie. A skoro dla miłości nie ma granic, mieszkam jednocześnie tu i trochę w niebie, z moim dzieckiem. To rozdarcie może stać się raną nie do uleczenia albo doświadczeniem, które otwiera serce. I jeszcze nie wiem, czy będzie jednym czy drugim, ale mam nadzieję.

Mam nadzieję.



MARTA:

- Pamiętam, napisałaś do mnie: Marta … myślę, że bardzo będę potrzebowała rozmowy z Tobą … - Byłaś wtedy w szpitalu. Niedługo wcześniej dowiedziałaś się, że Iga nie żyje. To była godzina 23:09. Czekałaś na leki. Przed Tobą była długa noc w szpitalu. Ja wtedy byłam daleko, za Kołem Podbiegunowym. Wiesz, tam latem nie zachodzi słońce. Jest cały czas jasno. Siedziałam w tej jasności, w namiocie, wtulona w śpiwór, z tym telefonem w garści, czytałam raz za razem wiadomość od Ciebie i cofnął mi się czas…

Bo właśnie mijał rok od śmierci Franka i Edmunda. Zmarli w 20 tygodniu ciąży, byli dwujajowymi bliźniętami. Napisałaś do mnie, bo wiedziałaś, że ja wiem, co czujesz. Wiedziałam. Na ten telefon w dłoni kapały wielkie łzy.

- Jezu, jakie to trudne … jakie niespodziewane – pisałaś a ja w tej polarnej nocy prosiłam moich synów bliźniaków, żeby wstawiali się za Tobą, za Twoją rodziną, żeby to cierpienie Was nie przygniotło.

Bo ja rok wcześniej, po niespodziewanej śmierci moich synów dokonałam odkrycia, że łzy się nie kończą. Na kilka dni straciłam zmysł smaku, nie odczuwałam potrzeby jedzenia. Cierpiałam.
Napisałam Tobie wtedy – Wiesz, myśl o tym, że urodzisz je do życia w Niebie, w Wieczności. – No dobra, wiem jakie to trudne, ale wiesz, ta myśl o Niebie wyrwała mnie z rozpaczy. Życie bez perspektywy Nieba byłoby takie puste i płaskie. Muszę tak żyć, by tych chłopców kiedyś spotkać. Ich życie nie było bez sensu. Byli błogosławieństwem dla mnie, mojego męża, naszych czterech córek, syna i całej rodziny. Ja tkam moje życie dzień po dniu, oni są już po drugiej stronie. Bardzo za nimi tęsknię.

Szpitalne korytarze, tak ja je też pamiętam. Odgłosy KTG, stukot chodaków położnych, lekarzy i pielęgniarek. I wiesz, pamiętam księdza, który przyszedł z Jezusem w komunii. Zastukał, uchylił lekko drzwi szpitalnej sali i patrząc mi prosto w oczy powiedział: - Pani nie chce Jezusa? - Nie mam pojęcia dlaczego tak powiedział. Widziałam go pierwszy raz w życiu. Już chciał uciec za drzwi, gdy wrzasnęłam za nim – Chcę, chcę Jezusa .- I od tego momentu było mi już łatwiej, zrozumiałam że bez Jezusa nie dam rady.

Napisałaś, że Iga odeszła razem z twoimi marzeniami. Pamiętam wizyty u ginekologa i ekran aparatu usg .To był widok! Wiesz, ja od zawsze wiedziałam, że to chłopcy. Na usg wciąż się kopali, wymieniali ciosy. Byli bardzo aktywni. A ja w myślach zastanawiałam się, czy poza moim brzuchem też będą tacy waleczni.
- Czy pani chce zobaczyć synów? – pamiętam to pytanie lekarza po wybudzeniu z narkozy. Pisałaś, że pożegnałaś Igę dwukrotnie – pierwszy raz czekając na poród i modląc się i potem po urodzeniu. Ja i mój mąż też mogliśmy pożegnać chłopców. Byli tacy maleńcy. I tacy piękni.

Jesteśmy mamami.
Doświadczyłyśmy cudu narodzin i rozpaczy śmierci. Doświadczamy na co dzień bycia żonami i mamami. Pakujemy kanapki do śniadaniówek, pomagamy w lekcjach, sztorcujemy za wybryki, dyskutujemy o modzie, gnamy za dziećmi na nartach, rowerach, podcieramy zakatarzone nosy, pokazujemy świat, wskazujemy Boga.

(Marta Mital)


czwartek, 3 października 2019

Życie to nie bajka

Życie ma dla mnie różne bajki. I choć gdy myślę o bajce, w mojej głowie automatycznie pojawia się przytojny książę ratujący z opresji piękną księżniczkę, życie czyta chyba inne scenariusze baśniowych opowieści.

Rzadko czuję się jak księżniczka. Zdarza mi się być za to dziewczynką z zapałkami, próbującą desperacko ogrzać się przy nikłym płomieniu. Zdarza mi się błądzić jak Czerwony Kapturek albo Małgosia bez Jasia, w ciemnym lesie. Zdarza mi się uciekać przed rozpaczą  jak przed złą czarownicą. I w tym wszystkim - naprawdę bajkowo doświadczam pomocy dobrych ludzi. Oni ratują mi życie, a przynajmniej - kolejny jego dzień, kiedy zamiast stanąć w drodzę, postanawiam iść dalej, mimo przeciwności...

Od pewnego czasu czekam na dodruk książki "Nieplanowane", autorstwa Abby Johnson. Do kin wchodzi niebawem film, opisujący losy autorki, która była kiedyś dyrektorką jednek z aborcyjnych klinki sieci Planned Parenthood. Dzisiaj Abby nie tylko wprost mówi o tym, że aborcja oznacza nie "zabieg", ale śmierć dziecka. Jest również szczęśliwą mamą sporej gromadki - ma ośmioro dzieci. A jaki wpływ na losy innych kobiet oraz ich dzieci ma jej świadectwo? Trudno to ocenić, ale na pewno ogromne.

Abby pokazuje mi coś, co staram się powoli odkrywać - dobre zakończenie mojej bajki wcale nie zależy od scenografii, innych bohaterów i tego, jakie karty dostałam od życia do rozegrania tej partii, która jest przede mną. Nasze bajki są różne. Nasze bajki układają się czasem w bardzo zawirowany sposób. Nie mamy na to wpływu, ale to, co dzisiaj wydaje nam się ciężarem i trudem, to co jest częścią naszej historii, jest wyjątkowe. Możemy na to narzekać i odrzucić to jako coś, czego nie rozumiemy i co nie ma sensu. Możemy też przyjąć to, jako coś co nas kształtuje - tak jak Abby przyjęła trudne konsekwencje swoich złych wyborów, ale nie pozwoliła, by to one były jej ostatnim słowem.

Wydaje mi się czasem, że nie mamy dużego wpływu na to, co dzieje się w świecie. Czuję się tak  słuchając kolejnych wiadomości, budzących we mnie lęk i sprawiających, że zastanawiam się, dokąd tak naprawdę zmierzamy jako ludzkość... Nie mamy wpływu na to, co globalne, ale mamy wpływ na to, co lokalne, na świat wokół nas.

Brzmi banalnie? Być może, ale przecież "zło w świecie" to nie jest bliżej nieokreślona siła, której zwykły człowiek nie ma możliwości stawić czoła. Zło zaczyna się od pojedynczych, zwyczajnych decyzji. Od tego, że ktoś (również ja!) wybiera egoizm, wygodę, chciwość czy dążenie do władzy za wszelką cenę. Skoro "zło na świecie" rozpoczyna się od zwyczajnych decyzji zwyczajnych ludzi, to czy z dobrem nie jest podobnie? Jeśli tak, ono ma szansę urzeczywistniać się już teraz, choć może wyglądać tak zwyczajnie, jak kubek herbaty, którą wypijesz z przyjacielem czy uśmiech, którym powitasz swoje dzieci...

Nie jestem lektorem z amerykańskiego filmu. Nie zamierzam optymistycznym tonem zagrzewać do walki i mówić, że zawsze damy radę. Nie mam żadnych łatwych recept, również dla siebie. Mam za to nadzieję. Cichą, nieśmiałą, niezmiennie obecną. Nadzieję na to, że można błądzić w ciemnym lesie, ale potem znaleźć w sobie i innych okruchy dobra - i dotrzeć do celu. Że można spotkać swój naczarniejszy smutek i wyjść z tego spotkania mądrzejszym. I że każda z nas ma tu, na ziemi, swoje zadanie. Swoją misję. Każda z nas może przyjąć to, z czym dzisiaj się zmaga i uznać to za część swojego życiowego doświadczenia, dzięki któremu staje kimś mądrzejszym i bardziej wrażliwym. Kimś kto czuje więcej i otwiera się na innych.

"Żyli długo i szczęśliwie" to zakończenie, które każda z nas definiuje w inny sposób. Ale kto wie, może Ty i ja, razem... może Ty i ja i nasze niedokończone baśnie i niewyśnione marzenia... może Ty i ja możemy razem walczyć o to, żeby w świecie było trochę więcej dobra?  I razem się tym dobrem dzielić. Na przekór temu, co gasi w nas chęć życia w pełni. Na przekór złym wiadomościom, które docierają do nas z gazet czy ekranu telewizora.

To nie bajka. To rzeczywistość. To moc ściągania nieba na ziemię.
Siła nadziei...