środa, 29 maja 2019

W koronie.

Przyznałam się kiedyś tutaj, na blogu, że z sentymentem wspominam pochód pierwszomajowy. Nie musiałam długo czekać na komentarz - przeczytałam sporo o precz-z-komuną i lewactwie... Odwiedzającemu tę stronę patriocie umknął fakt, że miałam wtedy jakieś sześć lat i - przepraszam za wyrażenie - naprawdę jarałam się tym, że będę mogła machać moim pięknym gołąbkiem pokoju w czasie pochodu. Dodajcie do tego piękną pogodę i dzień wolny od pracy, więc spędzony z rodzicami, a otrzymacie odpowiedź - w siermiężnym świecie sprzed 1989 roku, w świecie, w którym bajki Disneya puszczano w telewizji dwa razy do roku (i mniej więcej tak samo często na stole pojawiał się rarytas w formie wyrobu czekoladopodobnego) taki dzień dla kilkulatka to była pewnego rodzaju atrakcja.

W ten sposób mogła zacząć się moja kariera pochodowicza, aktywisty i wymachującego transparentem bojownika o wartości przeróżne. Tak się jednak nie stało. Przyznam, że od tamtego czasu trudno jest mi znaleźć w pamięci jakąkolwiek manifestację czy pochód, w którym brałam udział. Jakoś tak się nie złożyło. Jakoś mnie nie ciągnęło - ani na czarne, ani na białe marsze, na maniferstacje, kontrmanifestacje i tym podobne. Może to dlatego, że bardzo lubię ludzi, ale unikam tłumu. A może dlatego, że naiwnie i wciąż na nowo staram się szukać tego, co łączy.

Dlatego mimo, że często aż się we mnie gotowało od emocji, ostatnio wybierałam milczenie. Nie pisałam tu po wstrząsającym dla mnie filmie Sekielskiego. Nie wypowiadałam się, gdy temat tęczy wokół Matki Bożej rozpalał do czerwoności fora internetowe, choć przyznam - budziło to mój niesmak. Tym razem jednak nie wytrzymałam...

W Gdańsku, w moim Gdańsku, mieście Heweliusza, Solidarności i wielkich ideałów, zdarzyło się coś, w co trudno mi było uwierzyć. Tak zresztą na początku pomyślałam - że to chyba niemożliwe. Albo że nie może być tak źle. Po tym jednak, jak zobaczyłam zdjęcia z Marszu Równości, stwierdziłam że owszem - jest tak źle. Albo i gorzej...

Niedowierzanie ustąpiło miejsca oburzeniu i złości, zataczając koło - wracając znów do niedowierzania. Potem jednak zrobiło mi się żal manifestujących. Stwierdziłam, że im współczuję. I  to nie jest ten typ współczucia, w którym patrzę na drugiego człowieka z góry, pokazując jednocześnie, że uważam się za kogoś lepszego. Nie - naprawdę, szczerze i autentycznie współczuję, że są ludzie, którzy nie znajdują innych form wyrażenia tego kim są. Że swoją tożsamość, czyli to KIM JESTEM muszą budować, przekreślając innych - wyśmiewając, raniąc, negując. Ukoronowana wagina z Marszu Równości budzi moje oburzenie, owszem, ale na dziesięć minut. Potem jednak zostaje we mnie tylko współczucie dla osób, które czują się zmuszone wyrażać swoją kobiecość w ten sposób. Co kryje się za taką desperacją? Jaki brak miłości, szczęścia i treści w życiu?...

Po raz kolejny dochodzę do podobnej refleksji - oburzenie i kontratak to nie sposób na naprawę świata. Zamiast walczyć z tymi, którzy protestują  manifestują, proponuję coś innego - dumę z tego, kim jestem. Świadomość tego, jaką jestem kobietą - co mam w sercu, jakie doświadczenia składają się na to, kim dzisiaj jestem, jaka jest moja mądrość. I ciche świadectwo - zwyczajne, ale karmiące ludzi bardziej niż protesty i puste słowa...



Zamiast walczyć z walczącymi, wolę dziś dumnie unieść głowę i bez manifestowania czegokolwiek, ale w pełni świadomie żyć w taki sposób, jaki wybrałam. Nie wyjdę na ulicę z transparentem, ale gdybym miała przedstawić to, co wyraża mnie w pełni, mogłabym z dumą zaprezentować obraz kobiety w ciąży, z czułością obejmującej rosnący brzuch i kochającej swoje zmieniające się ciało. Mogłabym pokazać matkę z dzieckiem na ręku, a nawet - pal licho - tę samą matką smażącą naleśniki w kuchni. Bo matce wtedy korona z głowy nie spada, wręcz przeciwnie. I matka sama siebie koronować nie musi. Ona ma tę godność. Ona to czuje, a przynajmniej może to poczuć. (I piszę to oczywiście z własnej perspektywy, więc jeśli czytasz mnie: żono, singielko, kobieto poszukująca, to chciałabym wyrazić to jasno - tę godność ma każda z nas i każda z nas, niezależnie od swojej drogi życiowej, może ją odkrywać).

Najlepszym sposobem na zmienianie świata nie jest zmienianie świata (czyli innych), ale bycie coraz bardziej sobą. Z dumą, ze zgodą na to, co niedoskonałe, z wewnętrznym spokojem. To nasze kobiece zadanie. Do tego możemy dorastać, ucząc się na błędach. Ucząc się siebie. I ciesząc się sobą. Żaden, nawet najbardziej obrazoburczy transparent nie jest w stanie tego zmienić. Przynajmniej taką mam dzisiaj nadzieję i tej nadziei chciałabym się trzymać...


6 komentarzy:

  1. We mnie dużo smutku z tym wydarzeniem związanego. Jestem tolerancyjna, nie przeszkadza mi ktoś, kto ma inne wartości niż moje, ale dlaczego tak mnie traktuje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem tolerancyjna, dlatego tak długo nie mogłam uwierzyć, że coś takiego faktycznie mialo miejsce... to naprawdę smutne jest :(

      Usuń
  2. Mnie poza wyżej wymienionymi uczuciami dopada jeszcze jefno. Ciekawość! Niezmiernie mnie ciekawi jak walcząc o tolerancję można tak mocno nie!tolerować drugiego człowieka, obrażać go i znieważać jego samego i symbole dla niego ważne. Wybieram się na Marsz dla Życia w Gdańsku. Tam nikt nikogo obrażać nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo trafnie ujęłaś tą sprawę, te emocje i sposób na rozwiązanie z samym sobą tego "problemu". Dziękuję za ten wpis, dla mnie naprawdę ważny. Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne i mądre słowa, pod którymi podpisuję się obiema rękami. I dodam, ja też uwielbiałam pochody pierwszomajowe:))) Monika

    OdpowiedzUsuń