piątek, 12 kwietnia 2019

Co wybuchnie, jeśli zwolnisz?

Pamiętacie kultowy już chyba film "Speed. Niebezpieczna prędkość"? Zwyczajny dzień, zwyczajny autobus i nadzwyczajne niebezpieczeństwo - okazuje się, że jeśli autobus zwolni do prędkości mniejszej niż 50 mil na godzinę, eksploduje ukryta w nim bomba. Obecni na pokładzie Sandra Bullock i Keanu Reeves (eeeeech! :) ) robią wszystko, by temu zapobiec. I rzeczywiście historia kończy się dobrze.

"Niebezpieczna prędkość" to również tytuł, jaki mogłabym czasem nadać swojej codzienności. Czy Wam też Wielki Post śmignął przed nosem ot tak?


Czasem pędzę przez codzienność z taką determinacją, jakby zależały od tego losy świata, albo przynajmniej autobusu - jeśli by wrócić do obrazu Sandy Bullock za kierownicą. Czujesz się czasem podobnie? Jak sądzisz - co stanie się, jesli jednak... zwolnisz?

Może się tego boisz? Może jest tak, że faktycznie coś wybuchnie albo coś się rozsypie, kiedy wciśniesz hamulec? A może trzeba się będzie z czymś skonfrontować? Poświęcić uwagę temu, co na co dzień uciszasz wygodnym: "Później się tym zajmę"?...

Mam takie pokusy, żeby te ostatnie dni Wielkiego Postu wypełnić działaniem: więcej się modlić, pójść na drogę krzyżową, przygotować upominki dla dzieci, doprowadzić dom do porządku. I to wszystko jest dobre, oczywiście. Zastanawiam się jednak, czy na pewno tego chcę. I czy On tego chce ode mnie...

Próbuję zamknąć oczy i wyobrazić sobie taką Wielkanoc, jakiej pragnę. Żeby to zrobić, muszę pozbyć się tego, co napływa do mnie ze wszystkich stron: zajączków i jajeczek. Plakatów z kiełbachą i żurkiem, krzyczących o promocji, a milczących na temat kolejek w sklepach. Obrazków z sympatyczną kurką i jej pisklakami oraz reklam środków czyszczących, które pokazują efekt ich działania, ale ani słowem nie wspominają o tym, jak łatwo zrobić z domu muzeum, w którym nie można dotykać eksponatów.

Zostawiam też wszystkie moje wewnętrzne "muszę", "powinnam", "nie zdążyłam". Wielki Czwartek to nie deadline, a Kościół (wbrew temu, co sugerują niektórzy) to nie korpo. Nie udało mi się, nie zdążyłam, daleko mi do ideału - przyznaję, mea culpa.  Ale wiem, że i tak mogę być blisko Jezusa. Blisko jak jawnogrzesznica, obmywająca Mu stopy. Blisko jak grzesznicy i celnicy, z którymi jadł i pił - jak oburzali się faryzeusze. Do których się uśmiechał, jak nieśmiało wierzę. Za których umarł.

Zostało dziewięć dni do świętowania. To ciekawa liczba - kojarzy się z nowenną, z przygotowaniem. Już samo słowo "przygotowania" jest dla mnie najczęściej impulsem do działania. Dużo trudniej jest zwolnić. Dużo trudniej! Bo może czegoś nie dopilnuję, albo może odkryję w sobie coś, co w ogóle mi się nie podoba. A jednak do tego właśnie czuję się zaproszona: do ciszy, skupienia, zostawienia na boku tego wszystkiego, co mnie nakręca, napędza i sprawia, że nie zauważam w sobie i wokół siebie tego, co ważne.

Będę jednak chciała później - pobiec. Nie iść, nie dreptać, ale rzucić się w biegu razem z Marią Magdaleną, Janem i Piotrem. Do grobu - po Dobrą Nowinę o ŻYCIU. Żebym jednak mogła to zrobić, muszę mieć siły. Muszę spotkać się z Nim i z sobą. Muszę zwolnić, choć to niełatwe, bo trochę strach, prawda?...

A Ty? Zaryzykujesz?


1 komentarz:

  1. Bardzo trudno jest zwolnić, kiedy cały świat krzyczy, że TRZEBA działać. Terminy świąt to dla mnie deadline'y - na posprzątanie, ugotowanie, udekorowanie... Zgadzam się z Tobą - należy zmniejszyć tempo. To jednak, wbrew pozorom, nie takie łatwe. Chyba jednak potrzebne, żeby wejść w relację z Nim - ukrzyżowanym, a następnie zmartwychwstałym.

    OdpowiedzUsuń