czwartek, 14 lutego 2019

zwyczajność

Błogosławiony bądź, Boże mojej codzienności
Boże rzeczy zwyczajnych,
Boże nie tylko Abrahama, Izraela, Jakuba
nie tylko Faustyny i Wielkiej Teresy
ale też każdej Anki, Marysi czy Kasi,
które w żaden sposób nie zapisały się w historii świata.

W żaden sposób oprócz miłości...



Lubię moją zwyczajność. Ciepły szlafrok, w którym siedzę, pisząc te słowa. Ulubiony kubek z ulubioną kawą, której zawsze mi mało. Leniwą modlitwę, która łączy te wszystkie elementy. I one nie stają się przez to mniej zwyczajne. Po prostu - więcej w nich światła. I jakiejś takiej lekkości nie do opisania.

Całkiem niedawno zaczytałam się w jednej z wielu dyskusji dotyczących zagrożeń duchowych, potencjalnych amuletów i takich tam. Nie znam się, pewnie czytam za mało pobożnych pism, a na youtubie oglądam tylko Nie Ma Go Tu, i to mój błąd. Nie jestem na czasie. Ale chyba nigdy nie byłam, bo nie umiem odnaleźć się w poszukiwaniach achów i ochów (tych pozytywnych i negatywnych). Może się mylę, ale widzę w tym pogoń za "cudownością". I chyba nawet rozumiem, że niektórzy mają taką potrzebę. Do mnie jednak Bóg mówi inaczej. Bóg mojej codzienności, Bóg rzeczy zwyczajnych, jest dyskretny jak cichy wielbiciel (nie tylko w Walentynki). Dzięki temu doświadczam cudów na co dzień - tyle że w tych cudach nie ma niczego nadzwyczajnego. "Mędrca szkiełko i oko" od razu znalazłoby na ich wytłumaczenie milion dowodów. Ale ja ich nie potrzebuję, bo zgadzam się, że to rzeczy zwyczajne. Tyle że mi ta zwyczajność wystarcza.

Zwykła łza po spowiedzi. Zwyczajny poranek pachnący herbatą i jajecznicą (no ok, dla mnie kawą). I bałagan w kuchni. Zwyczajna Biblia, ze słowami które pozornie też wydają się zwyczajne, a jednak mają moc dotykania mojego serca nie dlatego, że akurat wylosowałam takie naj naj, ale dlatego, że daję im czas. I ciszę - zwyczajną. Zwykła Eucharystia w zwykłym kościele - niesamowita nie z powodu sławnego kaznodziei, ale dlatego, że mogę w jej czasie spotkać Boga. W zwyczajnym kawałku chleba...

Mój Bóg jest potężny w mocy swej, cytując klasyka ;) Jest Stwórcą i Artystą w jednym - skoro wymyślił nie tylko budowę atomu, ale i wszystkie kolory zachodzącego słońca. Jest Miłością, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje. Jest Miłością, która po trzydziestu latach zwyczajnego życia w Nazarecie i trzech latach głoszenia Dobrej Nowiny gdzieś na totalnej prowincji, dała się ukrzyżować...

Mój Bóg jest Bogiem rzeczy zwyczajnych. Nie dlatego, że nie umie inaczej, ale dlatego, że właśnie tam możemy się spotykać najczęściej i najpełniej. Bo mój Bóg nie jest Bogiem od święta. Nie jest Bogiem jednego cudu i wielu wspomnień "ech, jak to kiedyś było cudownie". Jest tu i teraz, zawsze. Idzie krok w krok ze mną i - mam nadzieję - nie obraża się, gdy piję z Nim kawę.

Czy to nie jest cudowne? :)

1 komentarz:

  1. Niesamowite, że piszesz o Bogu i kawie...ja ostatnio do medytacji zaparzam dobrą herbatę i...dobrze mi z tym, więc mam nadzieję, że Jemu też. Chwała Panu, że jest Bogiem niezwykłym w naszych codziennych zwyczajnościach!!!

    OdpowiedzUsuń