sobota, 12 stycznia 2019

Chciałam napisać o WOŚP...

Chciałam napisać o WOŚP. O pompie insulinowej, którą od nich dostałam. O moich dzieciach w inkubatorze i o finansowanych przez Orkiestrę przesiewowych badaniach słuchu. Chciałam napisać o moich wspomnieniach sprzed lat ponad dwudziestu, kiedy było mi tak strasznie, strasznie zimno, ale dzielnie trwałam na posterunku i zbierałam datki do puszki. Zamiast naklejek mieliśmy wycięte z kolorowego papieru serduszka, które przyczepialiśmy szpilkami - to były trochę inne czasy. A miejscem, w którym mogliśmy się ogrzać, była salka parafialna.

Chciałam o tym wszystkim napisać, ale jestem zmęczona przepychankami. Wszystkimi przepychankami. Jestem zmęczona czytaniem o tym, że pan X powiedział to, a pan Y tamto. Jestem zniesmaczona wszystkimi manipulacjami, które się nam serwuje, przemycając je w atrakcyjnie wyglądającej informacyjnej papce. Wkurza mnie to, że z aferami kojarzy mi się nawet Brzechwa! Bo "dzik jest dziki, dzik jest zły...".

Dlatego nie będę pisać o WOŚP, choć nie ukrywam, że jutro na pewno włączę się w tę akcję, dorzucając od siebie kilka groszy i kilka ciepłych słów dla (zapewne zmarzniętych) wolontariuszy. Napiszę o czymś innym. Bez zbędnych komentarzy. Do przemyślenia.

Łatwo jest oceniać ludzi. Łatwo jest wywlekać takie fakty z ich przeszłości, które świadczą o tym, że są złymi ludźmi, a więc ich słowa, pomysły, działania automatycznie powinny zostać potępione. Tak stało się kilka dni temu, gdy na facebookowym profilu Chrześcijańskiej Mamy grafikę ze słowami Meryl Streep: "Minuta, w której zaczynasz myśleć, jak odbierają cię inni, jest minutą, w której przestajesz być sobą". Dowiedziałam się wtedy, że aktorka była obecna na imprezie organizowanej przez Planned Parenthood. No i oczywiście - jestem przeciwniczką aborcji! Nie popieram działalności ani Planned Parenthood, ani żadnej innej organizacji tego typu. Ale znowu - to nie o tym chcę pisać. Tylko o ocenianiu. O tej wszechwiedzy, która pojawia się w nas, gdy widzimy zachowanie innych i wyrokujemy: na stos!...

To zabrzmi mocno, ale nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była Meryl Streep. Gdybym urodziła się na innym kontynencie, w innej rodzinie, jako wyznawca innej religii. Gdyby mój narzeczony - jak narzeczony Meryl Streep - zmarł na raka. Gdybym gdzieś po drodze zgubiła Pana Boga. Nie wiem, jakich wyborów bym dokonywała. Lepszych niż ci, których mam pokusę oceniać? Daj Panie Boże! A jeśli gorszych?...

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym przyszła na świat w niepełnej rodzinie. Gdyby mój bunt nastolatka przybrał mniej grzeczną formę, niż to się stało w moim przypadku. Gdybym mieszkała w jakiejś wiosce na końcu świata albo pośrodku miejskiej pustyni. Gdybym była dzieckiem patologicznie zaniedbanym albo otoczonym patologiczną nadopiekuńczością.

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była tym młodym gościem na Woodstoku, który po prostu przyjechał posłuchać tam dobrej muzyki. Albo tym, który upił się w sztok i bełkotał do kamery. Albo wykrzykiwał swój bunt, przyzwyczajony do tego, że gdy mówi szeptem, nikt go nie słyszy. Więc krzyczy: głosem, zachowaniem, ubiorem. Nie wiem.

A Ty - wiesz?
Jesteś tego pewna?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz