sobota, 9 listopada 2019

proste słowo: dziękuję

W zeszłym roku mniej więcej o tej porze, w kilku miejscach w internecie spotkałam się z pomysłem, aby jedenastego listopada upiec szarlotkę, zaprosić sąsiadów i również w taki sposób - integrujący i sprzyjający pogłębianiu więzi - świętować niepodległość. Do pieczenia nie trzeba mnie jakoś szczególnie zachęcać, dlatego również dziś - na niedzielę i na świąteczny poniedziałek - przygotuję ciasto, które dzięki zapachowi jabłek i cynamonu sprawi, że w domu będzie naprawdę ciepło i przytulnie...

Taki chwile jak ta, gdy spokojnie płynie sobie kolejny zwyczajny dzień, są dla mnie okazją do refleksji. Dużo we mnie ostatnio wdzięczności... Jestem oczywiście wdzięczna za to, że żyję w wolnym kraju i że będę mogła świętować sto pierwszą rocznicę odzyskania niepodległości. Ale cieszę się również tym, co składa się na moją codzienność i co jest dużo bardziej zwyczajne...

Najprościej jest zawsze wyliczyć to, czego nie mamy - zwłaszcza gdy bardzo czegoś pragniemy, gdy za czymś tęsknimy. Gdy w sercu pojawia się ukłucie żalu, że coś nie wyszło... I gdy zagląda się przez płot do ogródka sąsiada, a tam trawa jest bardziej zielona, a życie prostsze i jakoś tak chyba bardziej udane..



Najprościej wyliczyć to, czego się nie posiada. Nieco trudniej - znaleźć radość w tym, co nasze i docenić smak codzienności. Nazwać marzenia i pragnienia, i żyć nimi, dążyć do ich spełnienia, ale nie na zasadzie narzekania, że gwiazdka jeszcze nam nie spadła z nieba. Zanim spadnie, minie trochę czasu. Zamiast marnować go na wzdychanie z żalem, fajnie jest ucieszyć się tym, czego na co dzień nie doceniamy.

Nie piszę tego, żeby wywierać jakąkolwiek presję czy wpędzać kogoś w wyrzuty sumienia. Nie chcę pisać: "ciesz się, bo inni mają gorzej" ani tym bardziej: "ciesz się, bo kiedyś sama będziesz miała gorzej". Bardzo dobrze wiem, że są takie dni, gdy widzi się wszystko w czarnych barwach i wcale nie trzeba do tego listopada za oknem. Takie dni też są potrzebne. Dobrze jednak traktować je jako przystanek na drodze, a nie miejsce stałego pobytu. I dobrze jest w takich chwilach popatrzeć nie tylko na to, co dzieje się teraz, ale na to, co było i do czego zmierzamy.

W wielu miejscach w Biblii wspominane jest wyjście Izraelitów z Egiptu i cuda, jakich doświadczali w drodze przez pustynię. Większość z nas ma w swoim życiu takie wydarzenia: swój Egipt i udrękę niewoli, niepewność drogi, cud Bożej opieki i radość bycia odnalezionym. To historia, która pisała się i pisze w naszej codzienności. Wracając do tego, co było doświadczeniem mocy Miłości, przypominamy sobie nie tylko tym, w jaki sposób sposób działa Bóg, ale również o tym, kim naprawdę jesteśmy. Jeśli więc masz poczucie, że zgubiłaś w życiu drogę, mapę, kompas i radość, może warto wrócić po samego początku? Zobaczyć, Kto powiedział Ci: "chodź za mną, będzie pięknie"? I zamiast patrzeć pod nogi, z rezygnacją, spojrzeć w kierunku, który On chce Ci pokazać?...

Wdzięczność jest drogowskazem, który nie zawsze łatwo jest zauważyć. Czasami jednak proste słowo: "dziękuję" jest dobrym początkiem. Od tego warto zacząć nawet gdy wydaje się, że wszystko się skończyło.

piątek, 1 listopada 2019

Elżbieta i jej najdroższy niedowiarek


„Elżbieto, znasz moje nastawienie, przysiągłem Bogu nienawiść, żyję tą nienawiścią i w niej umrę!” – krzyczał. Zadziwiał go jej spokój i pogodne spojrzenie, od zdziwienia silniejszy był jednak wszechogarniający gniew spotęgowany całkowitą bezsilnością. Jego ukochana żona odchodziła. Nie mógł z tym absolutnie nic zrobić.

Feliks Leseur, bo o nim mowa, był francuskim dziennikarzem i lekarzem. Jego małżeństwo z piękną, pogodną i pełną elegancji Elżbietą było bardzo szczęśliwe. Tylko jednego nie potrafił w niej rozumieć. To jedno ich dzieliło: jej wiara.

Nie mieściło mu się w głowie, że te „przesądy” można brać na poważnie. Na krótki okres nawet udało mu się zachwiać wiarą Elżbiety. Podsuwał jej antyreligijne książki, dyskutował z nią, aż w końcu prawie się złamała. Potem jednak sama zaczęła dociekać, czytać, szukać odpowiedzi na pytania budzące jej wątpliwości. Nie tylko wyszła z tej próby zwycięsko, ale jej wiara tak się umocniła, że nawet pomimo osamotnienia i cierpienia więcej nie zwątpiła. Mimo trudności zaufała Jezusowi tak mocno, że tej wiary starczyło nie tylko dla niej, ale i dla jej męża. Jego nawrócenie jest jednym z najbardziej spektakularnych nawróceń, o których słyszałam. Zanim do niego doszło, Feliks przeszedł wspólnie ze swoją żoną długą drogę.

Elżbieta urodziła się w zamożnej paryskiej rodzinie w 1866 roku. Jej ojciec był znanym adwokatem, matka prowadziła dom i dbała o wychowanie dzieci, przekazując im również swoją miłość do Boga. Być może to właśnie dzięki świadectwu mamy Elżbieta już od wczesnych lat trwała w relacji z Jezusem.

Możliwe też, że wzięła sobie do serca to, co usłyszała od jednego ze swoich krewnych – że jej imię znaczy po hebrajsku „dom Boży”. I to chyba właśnie widać w jej życiu: Bóg nie był w nim gościem, nawet najdostojniejszym i przyjmowanym z honorami. On był dla niej Domownikiem – kimś, kto szedł z nią przez codzienność i swoją obecnością przemieniał nawet to co po ludzku nie dawało nadziei na zmianę.

Dzienniczek młodej Elżbiety pełen jest opisów codzienności i małych zmagań, takich jak kłótnie z bratem czy odmawianie zrobienia tego, o co ją proszono: „Gdy mnie o coś proszą, to zawsze odmawiam przez przekorę; to bardzo brzydko i postaram się z tego poprawić; proszę Boga, aby mi dał łaskę potrzebną, abym się poprawiła”

Tuż obok znajdują się jednak zapiski, które zdumiewają i zachwycają dojrzałością. Młoda
Elżbieta pisze o komunii: „Nic mówić nie mogłam, zanadto byłam szczęśliwa. Słuchałam Boga, który przemawiał do mej duszy, który mi wciąż powtarzał: «Jestem z tobą, posiadasz
mnie!»”


Codzienność dorastającej Elżbiety wypełniał czas spędzany z rodziną i nauka na prywatnej pensji. Choć atmosfera panująca w domu była pełna życzliwości i ciepła, w młodości Elżbiety nie brakowało trudnych wydarzeń. Jednym z nich była śmierć jej młodszej siostrzyczki, Marii, która zmarła niedługo po uroczystości pierwszej komunii świętej Elżuni.

W wieku dwudziestu lat Elżbieta poznała swojego przyszłego męża, Feliksa Leseura. Połączyło ich zainteresowanie muzyką i literaturą. Wydaje się, że naprawdę do siebie pasowali - on kulturalny i wykształcony, ona miła, elegancka i również z bardzo dobrym wykształceniem. Pobrali się w roku 1889 i wtedy zaczęło się ich wspólne życie.

Elżbieta była szczęśliwa w swojej roli. Należała do elity towarzyskiej tamtych czasów, zawsze
wytworna, taktowna i uprzejma. Nikt nie wiedział, że ta światowa dama w sercu była skupiona na Bogu, zatopiona w modlitwie i żyła duchem ofiarowania.
Kilka miesięcy po ślubie zapadła na przewlekłą chorobę, która z czasem sprawiała jej coraz więcej cierpienia. Elżbieta oddawała je Bogu wraz z modlitwą za swoich niewierzących przyjaciół. Przeczuwając być może, w jaki sposób rozwinie się jej choroba, prosiła Boga również za swojego ukochanego. Prosiła w sposób niezwykły, mówiąc Bogu, że oddaje swoje życie w intencji powrotu Feliksa do wiary. A na co dzień, zwyczajnie i po cichu, chciała opowiadać o Bogu, nie wymawiając Jego imienia, tak by przybliżać Go mężowi. „Najdroższy niedowiarek” – pisała o Leseurze z czułością.



Nie prowadziła krucjat. Nie manifestowała swojej dezaprobaty dla jego wyborów. Wybrała inną drogę: bycia blisko, z troską, czułością i modlitwą. Czuła, że właśnie do tego zaprasza ją Bóg:

Bóg dał mi tę łaskę, że widzę, jakie mam szczególne przeznaczenie. Kazał mi Bóg żyć wśród ludzi, którzy przeczą prawdom wiary, którzy prawd tych nie znają. Chciał On zapewne, abym poznała i zrozumiała najróżnorodniejsze stany dusz, abym mogła z niemi współczuć i z większą miłością i wyrozumieniem potrafiła pochylać się nad niewiarą lub zwątpieniem. Być dobrym Samarytaninem względem tylu zgorzkniałych serc, umysłów niespokojnych, zmąconych sumień; okazywać poszanowanie, delikatność, zrozumienie dla dusz; z całą łagodnością starać się przenikać do ich wnętrz, wlewając do nich po kropli, stosownie do stanu ich słabości lub rany, kojący balsam lub wzmacniające wino; ukazywać im Boga, promieniującego niejako z duszy naszej, w której On przebywa; wszystkim służyć i tym sposobem zdobywać serca dla Jezusa – oto zadanie apostoła, które przyjmuję od Ciebie, Panie mój, pomimo mej niegodności.
.

Elżbieta pisze o „zadaniu apostoła”. Ja jednak widzę w tym zadanie matki – duchowej matki, z troską i delikatnością dbającej o zagubionych. Elżbieta wybrała drogę, która jest mi bliska.
Wybrała zacieśnianie relacji z Jezusem i wiarę, że On może działać również dzięki niej. Czuję, że to dobra podpowiedź zwłaszcza dla tych, którzy mają wokół siebie osoby niewierzą- ce. Co zrobić w takiej sytuacji? Jak dawać świadectwo i autentycznie głosić Ewangelię, a jednocześnie nie wznosić murów między sobą a ludźmi, którzy myślą i czują inaczej?

Ojciec Ronald Rolheiser, autor książki Duchowość seksualności genialnie ubrał to w słowa:

Co zrobić, gdy ci, których kochamy, nie podzielają już naszej wiary, nie kierują się naszymi wartościami i zasadami moralnymi?
Oczywiście można się modlić i żyć dalej zgodnie z własnymi przekonaniami z nadzieją, że nasze życie będzie dla nich lepszą zachętą niż nasze słowa. Ale można zrobić coś jeszcze. Można ich nadal kochać i przebaczać im, wiedząc, że jak długo będą otrzymywać miłość i przebaczenie od nas, będą otrzymywać miłość i przebaczenie od Boga. My jesteśmy częścią ciała Chrystusa, a oni nas dotykają.
Będąc członkami ciała Chrystusa, gdy obejmujemy kogoś w miłości, obejmuje go ciało Chrystusa


Elżbieta obejmowała swojego męża w miłości, pozwalając jednocześnie, by dzięki niej obejmował go swoją miłością sam Jezus. Pozostawiała przy tym przestrzeń i dawała wolność, wierząc, że Bóg sam znajdzie najlepszy czas i sposób działania, bo „to, co dzieje się między duszą ludzką a Bogiem, jest rzeczą świętą i nikt nie ma prawa niebacznie tego dotykać”
.
Z biegiem czasu Elżbieta doświadczała coraz większych cierpień fizycznych, choć długo ukrywała je przed otoczeniem. Codzienność niosła również inne wyzwania. W 1905 roku umarła jej kolejna młodsza siostra, Julia, którą Elżbieta otaczała niemalże macierzyńską miłością. Elżbieta gorąco modliła się o jej uzdrowienie, a po jej odejściu boleśnie przeżywała stratę, choć wiara była jej w tym pomocą. Później postanowiła duchowo zaopiekować się chrześniaczką Julii (a jednocześnie swoją siostrzenicą). Przed uroczystością pierwszej komunii napisała dla niej rozprawkę na temat życia chrześcijanki. Pisze tam o relacji z Bogiem w sposób daleki od sztywnych regułek katechizmu. Pisze od serca, podkreślając, że duch jest ważniej szy niż litera prawa, a autentyczna wiara i miłość znaczą więcej niż zewnętrzne postawy: „Nie sądź bynajmniej, iż mówiąc to, potępiam praktyki religijne. Daleka jestem od tego. Lecz praktyki owe powinny być jedynie wyrazem głębokich uczuć
duszy: musimy być najpierw przeniknięte Prawdą, harmonią owej wielkiej całości, jaką stanowi Kościół, żywotnością i skutecznością dogmatów chrześcijańskich oraz wartością moralną i społeczną nauki katolickiej”

Podobny tekst Elżbieta napisała również z myślą o swoim
siostrzeńcu. Mimo pragnienia macierzyństwa nie miała dzieci, ale otaczała sercem i troską dzieci swoich najbliższych, spędzając z nimi czas i dbając o ich rozwój duchowy.

Można się tylko domyślić, jak bardzo czuła się osamotniona w wierze, nie mogąc dzielić się tym, co dla niej cenne, ze swoim mężem. Po wspomnianym już kryzysie wiary w 1899 roku Elżbieta zaczęła systematycznie zapisywać swoje przeżycia w pamiętniku. Kilka lat później, w 1910 roku, otrzymała w końcu wsparcie duchowe po nawiązaniu kontaktu z siostrą zakonną, Marie Goby. W listach do niej mogła opowiedzieć o tym, co czuła i przeżywała, o swoich najgłębszych pragnieniach. Po jej śmierci korespondencja ta została zebrana i wydana pod wymownym tytułem Listy o cierpieniu.

A cierpienie z biegiem czasu się nasilało. Choroba Elżbiety stopniowo wyniszczała jej organizm. Kobieta przechodziła kolejne operacje, do jej przewlekłych dolegliwości dołączył nowotwór i została niemalże przykuta do łóżka. Zmarła 3 maja 1914 roku, pozostawiając ukochanych przyjaciół, rodzinę oraz pełnego goryczy i rozpaczy męża. Po pogrzebie Amelia, siostra Elżbiety, wskazała mu skrytkę w biurku, a w niej zapiski żony. Feliks odczytywał kolejne kartki i ze zdumieniem odkrywał znane fakty z życia żony w zupełnie innym świetle. Dwa lata później pisma te ukazały się drukiem i mimo szalejącej we Francji wojny były przekazywane z rąk do rąk i czytane z wielkim zainteresowaniem.

A Feliks? Feliks w pewnym sensie również umarł, przynajmniej dla świata. Nie tylko w końcu zrozumiał swoją żonę, nie tylko uwierzył, ale w wieku pięćdziesięciu sześciu lat wstąpił do nowicjatu dominikanów. Przeżył dwadzieścia siedem lat jako kapłan, do końca życia opowiadając o historii Elżbiety i dając świadectwo swojego nawrócenia
.
„Każda dusza, która wznosi się ku Bogu, wznosi również ku Niemu cały świat” – napisał Jan Paweł II. Elżbieta uniosła ku niebu swojego męża. Trudno o piękniejsze wypełnienie słów małżeńskiej przysięgi.

(fragment mojej książki "O matko święta!", Wydawnictwo WAM 2019; pełna bibliografia - w książce :) tu podam tylko, że tekst powstał po lekturze książki: Suchodolska Felicja, Niewiasta mężna: Elżbieta Leseur, Katowice 1935)

czwartek, 31 października 2019

Czego uczy mnie Halloween?

Zadałyście sobie kiedyś takie pytanie? Ja chyba nie, ale uświadomiłam sobie dzisiaj, że wszystko, co spotyka mnie w życiu, wywołuje jakąś moją reakcję ( bo brak reakcji też jest jakąś reakcją). Nie zawsze się nad tym nie zastanawiam, bo nie jestem w stanie zatrzymywać się nad każdym drobiazgiem, który w jakiś sposób mnie porusza. A jednak wszystko, co się dzieje, może mnie czegoś uczyć. WSZYSTKO :) Dlatego warto czasem zrobić sobie przerwę w oburzaniu się (na innych, na świat, albo na Halloween) i prowadzeniu gorących dyskusji, a zamiast tego zapytać siebie - no dobrze, ale czy w tym wszystkim jest coś, co może pomóc mi lepiej poznać świat, ludzi i siebie?...

Wierzcie lub nie - Halloween uczy mnie tego, że:

1. It's all 'bout money

Halloween dobrze się sprzedaje, a nawet jeśli nie, to zawsze można spróbować to zmienić. I tak właśnie się dzieje. Dekoracje, kostiumy, słodycze i dynie królują w sklepach i kuszą promocyjnymi cenami. Im głośniej jest o Halloween (nieważne w jakim kontekście), tym lepiej, bo to przecież reklama. A reklama, jak wiadomo, jest dźwignią handlu.

Z Bożym Narodzeniem wcale nie jest inaczej. Gdy ze sklepowych półek znikną znicze, natychmiast pojawi się na nich plastikowa chińszczyzna w setkach przeróżnych form, od atrap świerkowych gałązek, przez bombki, po zabawki.

Co mogę z tym zrobić? Niewiele :) Mogę być tego świadoma - to już połowa sukcesu. Mogę kupować z głową i  wybierać mądrze. Z tego powodu na Halloween wybrałam dynię. Serio, serio. Zapas dyniowego puree oznacza pyszne pancakes albo ciasto dyniowe. Mniam! Całą resztę strasznej i straszącej brzydoty omijam szerokim łukiem.



2. Będziemy się kłócić.

Zaciekli przeciwnicy Halloween z umiarkowanymi. Umiarkowani z niezbyt umiarkowanymi. Widzowie TVNu z widzami wszystkiego-byle-nie-TVNu. Wegetarianie z mięsożercami, weganie z wegetarianami itede itepe.

Wiecie, co jest najlepsze w tym wszystkim? I jednocześnie najgorsze? To że wszyscy mają rację. Wszyscy absolutnie, bo moja racja, cytując klasyka, jest zawsze najmojsza.

Tak przy okazji - 31 października Roku Pańskiego 1517 w Wittenberdze Marcin Luter ogłosił tezy, mające być początkiem religijnej dyskusji. Co działo się dalej, wie z grubsza każdy z nas. Ta data w kalendarzu przypomina mi, że w każdym sporze i niejasności warto nie tylko mówić (czy krzyczeć) ale też słuchać. I że niekończące się kłótnie nie prowadzą do jedności...

3. Dzieci są mądrzejsze niż myślimy...

Zdarza mi się słyszeć, że Halloween jest niebezpieczne dlatego, że może prowadzić u dzieci do "popkulturowego" podejścia do śmierci i braku szacunku dla zmarłych. W związku z tym dzieciaki miałyby nie odróżniać świata haloweenowych straszydeł i tego, co należy do naszej spuścizny kulturowej i duchowej. I być może faktycznie istnieje takie niebezpieczeństwo - albo istniałoby, gdyby był to jedyny element, który sprawia, że dzieci słyszą o tym, czym jest śmierć.

W tym roku cała nasza rodzina musiała przerobić trudną lekcję pożegnania z bliską osobą. Zmarło nasze nienarodzone dziecko, czyli młodsze rodzeństwo moich dzieci. To pokazało mi, że moje dzieciaki są mądre. Widzą i wiedzą więcej niż nam się wydaje. Dzieci, odpowiednio pokierowane (i dorastające w rodzinie, w której przecież dzieją się różne rzeczy, również trudne) są w stanie zrozumieć śmierć czasem lepiej niż my. Takie są przynajmniej nasze doświadczenia. Dzieci bardzo dobrze rozróżniają to, co jest zabawą - mój syn przebrany na balu karnawałowym za pirata nie zaciągnie się przecież na okręt, mimo że do portu w Gdyni mamy niedaleko. Na podobnej zasadzie widok jakiegoś duszyska w zamczysku potraktuje jak fikcję, a nie wyobrażenie życia po śmierci. Ja to wiem, bo z nim rozmawiam. I daleko mi do lekceważenia tematu, bo to ważne sprawy. Nie banalizuję, ale uspokajam. Dzieci są mądre.

Czasem wystarczy po prostu pogadać z dzieckiem. I to może być rozmowa, która otworzy nowe horyzonty nie tylko przed naszą pociechą, ale również przed nami.

4. To świat wirtualny...

...przynajmniej częściowo. Uświadomiłam sobie w tym roku, że większość gorących dyskusji czy wątpliwej jakości grafik dociera do mnie za pośrednictwem internetu. Niewirtualne są imprezy "Holy Wins" i Bale Wszystkich Świętych - czyli to, co jest bardzo pozytywne i budujące. Ani razu nie spotkałam się z manifestacją przeciwników Halloween na żywo... za to w internecie - oj dzieje się. Są zdjęcia na których niemalże płoną już stosy ;) I tak, przyznaję szczerze - mi to przeszkadza.

To pokazuje mi, że warto czasem wyłączyć komputer i skupić się na tym, co tu i teraz. A u mnie dzisiaj niewirtualny i całkiem realny jest pyszny, cynamonowy zapach ciasta marchewkowego. Jest zmęczenie po pracy, ale i przytulne ciepło spędzonego z dziećmi popołudnia (piekliśmy ciasteczka :) ). Są również te refleksje - moje, najmojsze. Nie zmuszam do tego, by się z nimi zgadzać. Zamiast tego proponuję niewirtualnie zajrzeć w swoje serca, pragnienia, oczekiwania. Zejść w głąb. Zapytać, co mogę wyciągnąć dla siebie z tego, co dzisiaj dzieje się wokół mnie i we mnie.

5. Nie lubię Halloween :)

Ale lubię dynię. I ciasteczka, które dzieci dekorowały dzisiaj czekoladą. Lubię jesień, zadumę i zmrok rozświetlony przez światełka zniczy na cmentarzu.

Jutro zerwę kartkę z kalendarza wchodząc w nowy dzień i nowy miesiąc. Dzień Wszystkich Świętych oznacza też nową nadzieję. A Halloween? To tylko jeden dzień w roku. Naprawdę jest taki ważny?...


poniedziałek, 14 października 2019

Radość spotkania

o. Grzegorz Ginter SJ

Radość spotkania

Śmierć zawsze przychodzi nie w porę. Burzy to, co mamy w życiu poukładane, pod kontrolą. To nie w porządku. Najlepiej, żeby jej w ogóle nie było. Ale jest. I nie da się jej poukładać, mieć pod kontrolą. Śmierć może najbardziej ze wszystkiego na tym świecie obnaża to, że próba kontroli wszystkiego prowadzi do niczego.

Kiedy śmierć zabiera nam kogoś bliskiego, bardzo nas to boli. A boli szczególnie, kiedy zabiera dziecko. Rozdarcie, jakie robi się na sercu, jest nie do zacerowania. Tym bowiem, co jest najważniejsze w naszym życiu, są więzi. Chcemy mieć coraz lepsze, coraz głębsze więzi z tymi, którzy są blisko. Dziecko jest krwią z naszej krwi, ciałem z naszego ciała. Jest miłością z naszej miłości. Śmierć rozdziera więź, jaka jest między nami. Tę więź fizyczną, cielesną, głębokiej bliskości. Czujemy brak, którego nikt i nic nie jest w stanie zastąpić.

Dla mnie więzi są tym, co nas zbawia, co prowadzi ostatecznie do pełni miłości. Wierzę, że tam, w niebie, jakkolwiek je sobie wyobrażam, nie będę oddzielony od bliskich, lecz wszyscy będziemy trwać w wiecznej radości bycia razem - w głębokich więziach bliskości, intymności. Tego właśnie pragnę, za tym tęsknię. I pewnie nie tylko ja.

Ta tęsknota i te pragnienia są moją nadzieją. Bez nich nic nie miałoby sensu. W tym znaczeniu również strata, która mi kogoś zabiera, niesie w sobie obdarowanie. Wydaje się to paradoksem, ale tak jest. Zaprasza do wdzięczności w tak niewdzięcznym czasie. Śmierć i związana z nią strata wydaje się bez sensu. Ale gdyby to życie się nie pojawiło - tej konkretnej osoby, tego dziecka - czy sens byłby większy? Strata obdarowuje głęboką tęsknotą i pragnieniem spotkania. A skoro jest pragnienie, jest i jego spełnienie.

Poruszający dla mnie jest kanon Taize, którego słowa brzmią: “W ciemności idziemy, w ciemności, do źródła Twojego życia. Tylko pragnienie jest światłem”. Pragnienie jest mocnym i jasnym światłem dla mnie, kiedy idę po omacku doczesności. Bo właśnie śmierć, a szczególnie śmierć dziecka uświadamia mi bardzo, że nic na tym świecie nie jest w stanie mnie nasycić. Nic, oprócz głębokich więzi miłości, których spełnienia spodziewam się w Miłości trwającej wiecznie - w Bogu. Jak Jezus na krzyżu wołam: Pragnę! Jego pragnienie przechodzi przez śmierć; moje też przez nią ostatecznie przejdzie. Ale tylko ono jest światłem, które śmierć zwycięża. Pragnienie bliskości i więzi, które nie przemijają. Tam się wszyscy spotkamy. Tam nie będzie płaczu, ani cierpienia.
Tam będzie radość Spotkania.

Tyle, że owo “tam” jest już tutaj. Bo choć odchodzi ktoś bliski, jednak nie tracimy z nim więzi. Ona staje się inna, głębsza, bardziej dojrzała, niedostrzegalna. Ta więź jest wtedy karmiona przez naszą tęsknotę, pobudza nasze pragnienia. Ona może sprawić, że chcemy iść po omacku naszej doczesności ku światłu spotkania. Wtedy pragnienie stanie się rzeczywistością. Wtedy oczekiwanie stanie się spotkaniem. Nadzieja wyznacza szlak. Wtedy pojawia się radość.
Wieczna radość wiecznego spotkania.



Jestem niewidzialna.

Marta Mital:

Opowiem Wam o tym, jak stałam się niewidzialna.

Byłam w dwudziestym tygodniu ciąży, gdy moi nienarodzeni synowie nagle i niespodziewanie zmarli w moim łonie. Urodziłam dwóch maleńkich, martwych chłopców. I wtedy stałam się dla wielu ludzi niewidzialna. Nie spodziewałam się tego.
Z natury jestem dosyć szczupła, więc moja dwudziestotygodniowa bliźniacza ciąża była bardzo widoczna.

A tu nagle brzucha nie ma, zniknął razem z moimi synami.

O śmierci chłopców mówiliśmy jasno i wyraźnie wszystkim. Dostaliśmy mnóstwo wsparcia i ciepła od wielu osób. Były telefony, maile, przyniesione nam obiady, spacery, rozmowy albo po prostu zwykłe – niezwykłe ludzkie gesty życzliwości – przytulenie, pogłaskanie po policzku, wspólne milczenie…

Mam takie wspomnienie z tego sierpnia 2018 roku - idę sobie taka niespodziewanie wyszczuplona uliczkami mojej dzielnicy i co rusz natykam się na tych, dla których stałam się niewidzialna. Nie wiedzą, jak się zachować, bo wiedzą o mojej stracie, więc albo szybko skręcają w boczną uliczkę, albo omijają mnie wzrokiem, albo udają, że nic się nie stało, zagadują o pogodę a po chwili poklepują po ramieniu i konspiracyjnie szepczą – Macie przecież już pięcioro dzieci. Wystarczy.
Na początku bardzo mnie takie zachowania bolały. A potem uświadomiłam sobie, że ci ludzie boją się dwóch rzeczy: że mnie zranią swoim współczuciem i że okazując mi je, będą musieli zmierzyć się z tematem śmierci i cierpienia a tematy te do łatwych nie należą.

Minął rok od śmierci Franka i Edmunda. Za mną, moim mężem, naszymi czterema córkami i synem cały bagaż doświadczeń składających się na okres żałoby. Te doświadczenia były dla nas bardzo trudne, ale myślę, że jeszcze bardziej nas ze sobą związały.

Jestem niezmiernie wdzięczna wszystkim bliższym i dalszym znajomym, którzy w tym trudnym okresie okazywali nam współczucie. Jakież to piękne słowo „współ – czucie”, współodczuwanie, czy to gestem przytulenia, pogłaskania, słowem, rozmową czy propozycją zaopiekowania się naszymi młodszymi dziećmi. Bardzo tego potrzebowaliśmy.

Pamiętam, jak w takim trudnym czasie, pomyślałam że Jezus przecież również prosił uczniów, by trwali, gdy On modlił się w Ogrodzie Oliwnym. Ucieszył się spotkawszy na swojej drodze krzyżowej płaczące niewiasty. Wcześniej z taką radością i tkliwością zjadł z apostołami Ostatnią Wieczerzę. Chciał mieć w tym trudnym czasie bliskich wokół siebie.

Co z tymi, dla których byłam niewidzialna?

Omijanie tematu, udawanie że nic się nie stało, ucieczka od czyjegoś cierpienia, to tak naprawdę ucieczka od siebie i od swoich lęków.

Nie uciekajmy. Nie uciekam, staram się towarzyszyć, gdy widzę czyjeś cierpienie. Tego wszystkiego nauczyli mnie i moją siedmioosobową rodzinę Franek i Edmund, moi synkowie, którzy żyli tylko dwadzieścia tygodni pod moim sercem.


Szukam serc na niebie...

MAJA:

Miłość

W jaki sposób zmierzyć miłość? Nie da się jej zważyć. Nie da się jej opisać. Można próbować liczyć dobre uczynki i konkretnie działania, które prowadzą do jej pomnożenia - czy wtedy jednak ocenimy, kto kocha bardziej, a kto mniej? …

Większość z nas wyda jej owoc w ciągu wielu lat starań i zmagań. I wtedy, pod koniec życia, zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża, będziemy sądzeni z miłości. Niektórym jednak wystarczy tylko chwila, by sprawić w sercach innych ludzi cud rozmnożenia wiary, nadziei i miłości.

Tak jest z naszymi nienarodzonymi dziećmi. Ich obecność, choć tak boleśnie krótka, była błogosławieństwem. One były miłością.
One wciąż są miłością w nas.

Nasza historia

Szpitalne korytarze są zbudowane głównie z oczekiwania. Najpierw czekałam w kolejce na izbie przyjęć. Później czekałam na pielęgniarkę. Potem na położną, później z kolei na lekarza.

Nie czekałam jednak na cud. Słowa lekarza, które spadły na mnie godzinę wcześniej jak grom z jasnego nieba, nie pozostawiały złudzeń: “Bardzo mi przykro, pani dziecko nie żyje…”. Nie wiedziałam wtedy, że jak bardzo przeciągnie się oczekiwanie na narodziny naszego Maleństwa. Nie wiedziałam wielu rzeczy - i dobrze, bo ta wiedza nie przyniosłaby ulgi. Tymczasem - był szpitalny korytarz. Było coraz głośniejsze: “dlaczego?”. I pełne łez rozmyślania o tym, co było przed i co będzie po. I czego nie będzie już nigdy więcej…

Kiedy leżałam już w szpitalnym łóżku, bezskutecznie próbowałam zasnąć. Wpatrywałam się w okno, najpierw zupełnie ciemne, potem pokazujące kolejne odcienie wstającego dnia.
Niebo stawało się nieco jaśniejsze, potem granatowe, w końcu błękitne.
Ciszę panującą na korytarzach przerwały pierwsze odgłosy szpitalnego poranka. Co jakiś czas wracało poczucie, że to jakaś totalnie abstrakcyjna sytuacja. To się nie dzieje. To niemożliwe. To nie może być prawda, nie może, nie może…

To była moja pierwsza z czterech nieprzespanych nocy.

Inaczej

“Urodziłyśmy dzieci do życia wiecznego” - napisała do mnie Marta, również mama po stracie. Chwyciłam się tych słów, szukając w nich ukojenia. W nocy, głaszcząc brzuch, pozwoliłam mojej córeczce odejść. Powiedziałam: jesteś wolna, idź. Wypuściłam ją z dłoni, jak motyla który przysiadł na chwilę i uniósł się znowu ku niebu, ku pięknu.



Jestem mamą.

Jestem mamą.
Moje ciało wie o tym lepiej, niż ja sama. Moje ciało czuje - i to jest dobre.
Kiedy straciłam pierwszą ciążę, nie mogłam wybaczyć mojemu ciału, że mogło mi to zrobić. Czułam się, jakbym nosiła w sobie śmierć - to była moja wina. Nie byłam wystarczająco silna i dobra, by utrzymać przy życiu swoje dziecko.

Tym razem jest inaczej. Moje ciało jest dobre. Moje ciało dało życie. Moje ciało czuje. I to pierwsze błogosławieństwo, które udaje mi się zauważyć.

Obecność mojego męża - to błogosławieństwo. Wsparcie rodziny i modlitwa przyjaciół - to błogosławieństwo. Pełne empatii towarzyszenie położnej - błogosławieństwo. Chwila, w której przez łzy patrzymy na naszą Kruszynkę i możemy się z nią pożegnać - błogosławieństwo.

Jestem
Czuję.
Moje ciało będzie pamiętać to wszystko lepiej niż ja sama.

Potem nastaje cisza. Życie toczy się dalej. Z korytarza dochodzą odgłosy wydawania posiłku, kroków położnych, obchodu. Słońce zachodzi i następnego dnia wstaje w ten sam sposób co zawsze. A w szpitalnej żałobie czarna jest tylko kawa w moim kubku.
Szpitalna żałoba jest biała. Białe ściany, białe prześcieradło, biały lekarski fartuch.
Biel i cisza pożegnań.
I ciężar pytań, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi...

Są pytania, na które odpowiedzieć może ci albo echo twojego płaczu, albo cisza wiary. Na razie słyszę to pierwsze, ale nasłuchuję. Nie tracę nadziei.


Liczę błogosławieństwa

Byłaś pięknem.
Jesteś pięknem. To o Tobie pomyślałam od razu, gdy zachwycił mnie intensywny kolor hortensji. Myślę o Tobie patrząc na lawendę i motyle, które na niej przysiadają - lekkie jak marzenie, wolne, ulotne.
Tak bardzo chciałam Ci to wszystko pokazać…
A może nie muszę? Może zachwycasz się tym bardziej niż ja? Bo jesteś bardziej - czysta, niewinna, radosna. Żywa.

Od samego początku smutek przeplata się z wdzięcznością. Za nieustanną obecność mojego Męża i jego miłość. Za pomoc rodziny, wsparcie przyjaciół, potok dobrych słów i modlitwy. Po kilku dniach postanawiam zacząć liczyć te błogosławieństwa i skupiać się na tym, co jest dzisiaj. Co dzisiaj pozwala mi żyć.

Bicie serca mojego Męża, które słyszę tak dobrze, gdy się do niego przytulam. Śmiech naszych dzieci. Zapach lawendy. Nadzieja na nowe życie. Miłość, jaka rozlała się w naszej rodzinie dzięki obecności tej małej Istotki, która rosła pod moim sercem. Nasz mały rodzinny świat zaczął się zmieniać. Zmieniało się moje serce - dzięki Tobie, Córeczko.

Wypatruję

“Mamo, poprosiłam Boga żeby dał mi znak, czy Iga jest tak szczęśliwa.” - mówi do mnie po kilku dniach moja starsza córka, nieco roztrzepana, ale bardzo mądra dziewięciolatka. “Jeśli tak, chciałam dziś zobaczyć albo kawałek nieba w kształcie serca, albo taką chmurę. I teraz co chwilę widzę na niebie chmury w kształcie serca, patrz.”

Patrzę.
Od tamtej chwili też wypatruję serc na niebie.

Jestem mamą.

Jestem mamą po stracie. A skoro dla miłości nie ma granic, mieszkam jednocześnie tu i trochę w niebie, z moim dzieckiem. To rozdarcie może stać się raną nie do uleczenia albo doświadczeniem, które otwiera serce. I jeszcze nie wiem, czy będzie jednym czy drugim, ale mam nadzieję.

Mam nadzieję.



MARTA:

- Pamiętam, napisałaś do mnie: Marta … myślę, że bardzo będę potrzebowała rozmowy z Tobą … - Byłaś wtedy w szpitalu. Niedługo wcześniej dowiedziałaś się, że Iga nie żyje. To była godzina 23:09. Czekałaś na leki. Przed Tobą była długa noc w szpitalu. Ja wtedy byłam daleko, za Kołem Podbiegunowym. Wiesz, tam latem nie zachodzi słońce. Jest cały czas jasno. Siedziałam w tej jasności, w namiocie, wtulona w śpiwór, z tym telefonem w garści, czytałam raz za razem wiadomość od Ciebie i cofnął mi się czas…

Bo właśnie mijał rok od śmierci Franka i Edmunda. Zmarli w 20 tygodniu ciąży, byli dwujajowymi bliźniętami. Napisałaś do mnie, bo wiedziałaś, że ja wiem, co czujesz. Wiedziałam. Na ten telefon w dłoni kapały wielkie łzy.

- Jezu, jakie to trudne … jakie niespodziewane – pisałaś a ja w tej polarnej nocy prosiłam moich synów bliźniaków, żeby wstawiali się za Tobą, za Twoją rodziną, żeby to cierpienie Was nie przygniotło.

Bo ja rok wcześniej, po niespodziewanej śmierci moich synów dokonałam odkrycia, że łzy się nie kończą. Na kilka dni straciłam zmysł smaku, nie odczuwałam potrzeby jedzenia. Cierpiałam.
Napisałam Tobie wtedy – Wiesz, myśl o tym, że urodzisz je do życia w Niebie, w Wieczności. – No dobra, wiem jakie to trudne, ale wiesz, ta myśl o Niebie wyrwała mnie z rozpaczy. Życie bez perspektywy Nieba byłoby takie puste i płaskie. Muszę tak żyć, by tych chłopców kiedyś spotkać. Ich życie nie było bez sensu. Byli błogosławieństwem dla mnie, mojego męża, naszych czterech córek, syna i całej rodziny. Ja tkam moje życie dzień po dniu, oni są już po drugiej stronie. Bardzo za nimi tęsknię.

Szpitalne korytarze, tak ja je też pamiętam. Odgłosy KTG, stukot chodaków położnych, lekarzy i pielęgniarek. I wiesz, pamiętam księdza, który przyszedł z Jezusem w komunii. Zastukał, uchylił lekko drzwi szpitalnej sali i patrząc mi prosto w oczy powiedział: - Pani nie chce Jezusa? - Nie mam pojęcia dlaczego tak powiedział. Widziałam go pierwszy raz w życiu. Już chciał uciec za drzwi, gdy wrzasnęłam za nim – Chcę, chcę Jezusa .- I od tego momentu było mi już łatwiej, zrozumiałam że bez Jezusa nie dam rady.

Napisałaś, że Iga odeszła razem z twoimi marzeniami. Pamiętam wizyty u ginekologa i ekran aparatu usg .To był widok! Wiesz, ja od zawsze wiedziałam, że to chłopcy. Na usg wciąż się kopali, wymieniali ciosy. Byli bardzo aktywni. A ja w myślach zastanawiałam się, czy poza moim brzuchem też będą tacy waleczni.
- Czy pani chce zobaczyć synów? – pamiętam to pytanie lekarza po wybudzeniu z narkozy. Pisałaś, że pożegnałaś Igę dwukrotnie – pierwszy raz czekając na poród i modląc się i potem po urodzeniu. Ja i mój mąż też mogliśmy pożegnać chłopców. Byli tacy maleńcy. I tacy piękni.

Jesteśmy mamami.
Doświadczyłyśmy cudu narodzin i rozpaczy śmierci. Doświadczamy na co dzień bycia żonami i mamami. Pakujemy kanapki do śniadaniówek, pomagamy w lekcjach, sztorcujemy za wybryki, dyskutujemy o modzie, gnamy za dziećmi na nartach, rowerach, podcieramy zakatarzone nosy, pokazujemy świat, wskazujemy Boga.

(Marta Mital)


czwartek, 3 października 2019

Życie to nie bajka

Życie ma dla mnie różne bajki. I choć gdy myślę o bajce, w mojej głowie automatycznie pojawia się przytojny książę ratujący z opresji piękną księżniczkę, życie czyta chyba inne scenariusze baśniowych opowieści.

Rzadko czuję się jak księżniczka. Zdarza mi się być za to dziewczynką z zapałkami, próbującą desperacko ogrzać się przy nikłym płomieniu. Zdarza mi się błądzić jak Czerwony Kapturek albo Małgosia bez Jasia, w ciemnym lesie. Zdarza mi się uciekać przed rozpaczą  jak przed złą czarownicą. I w tym wszystkim - naprawdę bajkowo doświadczam pomocy dobrych ludzi. Oni ratują mi życie, a przynajmniej - kolejny jego dzień, kiedy zamiast stanąć w drodzę, postanawiam iść dalej, mimo przeciwności...

Od pewnego czasu czekam na dodruk książki "Nieplanowane", autorstwa Abby Johnson. Do kin wchodzi niebawem film, opisujący losy autorki, która była kiedyś dyrektorką jednek z aborcyjnych klinki sieci Planned Parenthood. Dzisiaj Abby nie tylko wprost mówi o tym, że aborcja oznacza nie "zabieg", ale śmierć dziecka. Jest również szczęśliwą mamą sporej gromadki - ma ośmioro dzieci. A jaki wpływ na losy innych kobiet oraz ich dzieci ma jej świadectwo? Trudno to ocenić, ale na pewno ogromne.

Abby pokazuje mi coś, co staram się powoli odkrywać - dobre zakończenie mojej bajki wcale nie zależy od scenografii, innych bohaterów i tego, jakie karty dostałam od życia do rozegrania tej partii, która jest przede mną. Nasze bajki są różne. Nasze bajki układają się czasem w bardzo zawirowany sposób. Nie mamy na to wpływu, ale to, co dzisiaj wydaje nam się ciężarem i trudem, to co jest częścią naszej historii, jest wyjątkowe. Możemy na to narzekać i odrzucić to jako coś, czego nie rozumiemy i co nie ma sensu. Możemy też przyjąć to, jako coś co nas kształtuje - tak jak Abby przyjęła trudne konsekwencje swoich złych wyborów, ale nie pozwoliła, by to one były jej ostatnim słowem.

Wydaje mi się czasem, że nie mamy dużego wpływu na to, co dzieje się w świecie. Czuję się tak  słuchając kolejnych wiadomości, budzących we mnie lęk i sprawiających, że zastanawiam się, dokąd tak naprawdę zmierzamy jako ludzkość... Nie mamy wpływu na to, co globalne, ale mamy wpływ na to, co lokalne, na świat wokół nas.

Brzmi banalnie? Być może, ale przecież "zło w świecie" to nie jest bliżej nieokreślona siła, której zwykły człowiek nie ma możliwości stawić czoła. Zło zaczyna się od pojedynczych, zwyczajnych decyzji. Od tego, że ktoś (również ja!) wybiera egoizm, wygodę, chciwość czy dążenie do władzy za wszelką cenę. Skoro "zło na świecie" rozpoczyna się od zwyczajnych decyzji zwyczajnych ludzi, to czy z dobrem nie jest podobnie? Jeśli tak, ono ma szansę urzeczywistniać się już teraz, choć może wyglądać tak zwyczajnie, jak kubek herbaty, którą wypijesz z przyjacielem czy uśmiech, którym powitasz swoje dzieci...

Nie jestem lektorem z amerykańskiego filmu. Nie zamierzam optymistycznym tonem zagrzewać do walki i mówić, że zawsze damy radę. Nie mam żadnych łatwych recept, również dla siebie. Mam za to nadzieję. Cichą, nieśmiałą, niezmiennie obecną. Nadzieję na to, że można błądzić w ciemnym lesie, ale potem znaleźć w sobie i innych okruchy dobra - i dotrzeć do celu. Że można spotkać swój naczarniejszy smutek i wyjść z tego spotkania mądrzejszym. I że każda z nas ma tu, na ziemi, swoje zadanie. Swoją misję. Każda z nas może przyjąć to, z czym dzisiaj się zmaga i uznać to za część swojego życiowego doświadczenia, dzięki któremu staje kimś mądrzejszym i bardziej wrażliwym. Kimś kto czuje więcej i otwiera się na innych.

"Żyli długo i szczęśliwie" to zakończenie, które każda z nas definiuje w inny sposób. Ale kto wie, może Ty i ja, razem... może Ty i ja i nasze niedokończone baśnie i niewyśnione marzenia... może Ty i ja możemy razem walczyć o to, żeby w świecie było trochę więcej dobra?  I razem się tym dobrem dzielić. Na przekór temu, co gasi w nas chęć życia w pełni. Na przekór złym wiadomościom, które docierają do nas z gazet czy ekranu telewizora.

To nie bajka. To rzeczywistość. To moc ściągania nieba na ziemię.
Siła nadziei...

piątek, 23 sierpnia 2019

Dzielne kobiety - dziękuję!

Minął prawie miesiąc, a ja nadal nie wiem, czy i w jaki sposób o tym pisać. Nie umiem ubrać tego w słowa - uczuć, jakie wybuchają, gdy słyszy się wiadomość o śmierci dziecka, które nosiło się pod swoim sercem i bólu, który tylko chwilami staje się lżejszy, a tak naprawdę wciąż trwa... Nie umiem. Więc nie o tym będę pisać.

Napiszę inaczej. O okruchach dobra. O spojrzeniach pełnych miłości. O słowach, które podnoszą i obecności, która wystarcza. O Kościele, który żyje...

Chciałabym móc ubrać maskę dzielnej dziewczyny i napisać, że wszystko było dobrze i że wszystko będzie dobrze. Nie umiem jednak tego zrobić. Nie umiem też przechodzić przez to, co trudne, bez niewygodnych pytań, łez i buntu. Dostałam jednak od Pana Boga cenny prezent - widzę dobro. Dostrzegam i doceniam nieprzypadki. I w moim trudnym doświadczeniu (którego ból zna na pewno część z Was...) czułam, że On działa. Działał przez miłość mojej Rodziny, która otaczała mnie troską. Otaczał mnie ramionami mojego Męża, który był i jest dla mnie ogromnym wsparciem. Pozwolił doświadczyć wsparcia przyjaciół, którzy zapewniali o modlitwie i byli ze mną w trudnym czasie, w szpitalu i podczas pogrzebu. Postawił też na mojej drodze ludzi, którzy nieśli mnie przez to doświadczenie tak samo, jak kiedyś czterech upartych facetów jednego, pewnie bardzo cennego dla nich, sparaliżowanego mężczyznę... prosto do Jezusa.

Doświadczyłam mocy Kościoła. I wiem, wiem, wielu z nas z Kościołem ostatnio nie po drodze. Rozumiem to. Sama mam różne przejścia i wspomnienia, zarówno dobre, jak i złe. A jednak zaskoczyło mnie bardzo to, czego doświadczyłam w kancelarii parafialnej, gdy załamał mi się głos - bo trudno, żeby się nie załamał, gdy mówi się o pogrzebie własnego dziecka. Ksiądz proboszcz położył rękę na mojej głowie, nakreślił mi na czole znak krzyża i pobłogosławił - mimo że nie znamy się dobrze, a ja byłam tego dnia kolejną parafianką w kolejce, kolejną osobą, która chciała załatwić formalności... Odeszłam nie tylko "załatwiona". Odeszłam z poczuciem wsparcia, takiego ojcowskiego, ludzkiego... Drobny gest o wielkiej sile. Umocnienie.

Doświadczyłam też mocy Kościoła, który do kobiety posyła... kobiety. I to chyba zadziwia mnie najmocniej - siła, jaka z tego płynie. Moc modlitwy, wymiany doświadczeń, prostego bycia. Moc troski o drugiego człowieka, słów wsparcia i wskazywania cicho, dyskretnie, ale niezmiennie - na Boga, który jest, kocha, czuwa. Nawet gdy nie rozumiemy wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu.

Kobiety, które się jednoczą, które tworzą wspólnotę - to ogromna moc. Ogromna pomoc. Dokładnie dzisiaj dotarła do mnie moja nowa książka - o kobietach właśnie. W czasie jej pisania wiele się działo... A ostatnie doświadczenia sprawiają, że jeszcze bardziej chcę szukać inspiracji w życiu osób, które zmierzyły się z podobnymi wyzwaniami i potrafiły wytrwać, zaufać, kochać jeszcze mocniej.

Pamiętam, jak którejś zimowej nocy spisywałam refleksje dotyczące życia Marii Zelii Martin:


Nie sądziłam, że gdy wrócę do tych słów, będę już inną mamą - mamą, która też poznała gorzki smak tego rodzaju macierzyństwa... macierzyństwa po stracie. Mamą, która zamiast wózka i kocyka wybiera nagrobek dla swojego dziecka...

Maria Zelia Martin i Joanna Beretta Molla pomagają mi spojrzeć w przyszłość z nadzieją. Stanisława Leszczyńska, dzielna położna z Auschwizt, zadziwia odwagą. Równie dzielne kobiety otaczają mnie na co dzień, tylko że (jeszcze) nikt nie napisał o nich książki. Pisze się za to coś innego - historia moich zmagań i wyborów oraz historia świata, w której moje zmagania i wybory mają jakiś swój udział. Dzielne kobiety, niewiasty, dziewczyny - dziękuję. Rodzino moja kocha i przyjaciele - dziękuję. Kościele tu na ziemi i tam w Niebie - dziękuję. Dziękuję za dobro, które rodzi nadzieję. Za dobro, którego mogę się chwycić i trzymać uparcie, nawet gdy wokół burza...

niedziela, 7 lipca 2019

Boża matematyka, czyli równanie z wieloma niewiadomymi

Równanie z jedną niewiadomą to niewielkie wyzwanie, możliwe do ogarnięcia nawet przez jednostki mało wybitne matematycznie (takie jak ja :) ). Z równaniem z dwiema niewiadomymi musiałabym się pewnie bardziej pomęczyć, ale w końcu dałabym radę. Gdy jednak niewiadomych robi się więcej - zarówno w obliczeniach, jak i w życiu - zaczynam się gubić. Czy tak naprawdę musi być?... Życie nie jest przecież ani tak proste, ani logiczne jak matematyka. W cyfrach usiłujemy zamknąć wiele, ale nie zawsze się to udaje. Nie wszystko możemy wyliczyć, nie wszystko potrafimy przewidzieć. Czasem to przytłacza, pozostawia nas z rękami rozłozonymi w geście bezradności, nawet gdy próbujemy złożyć je do modlitwy...

Ostatnie dni spędziłam w ciszy, pozwalając Słowu, by pokazywało mi świat, Boga i siebie z nieco innej perspektywy. Czas rekolekcji ignacjańskich jest niezwykły i po raz kolejny jestem za niego ogromnie wdzięczna. Jak zwykle, był to czas wielu niespodzianek. Jedną z nich było odkrycie Maryi - po raz pierwszy w ten sposób, bardzo życiowo i praktycznie, bardzo naturalnie.

(obraz: The Solemnity of Mary)


Pomyślałam, że Ona najlepiej radziła sobie z  niewiadomymi. Wiele razy stawała przed wyzwaniami, które mogły ją przerastać i mierzyła się z trudnymi pytaniami. "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" było tylko jednym z nich. Wydarzenia związane z narodzinami Jezusa czy też słowa Symeona i Anny w świątyni jerozolimskiej były kolejnymi sprawami, które Maryja, jak pisze święty Łukasz, zachowywała i rozważała w swoim sercu. Poruszyło mnie bardzo, że Ona właśnie tam szukała odpowiedzi. Nie biegła do innych ludzi, pytając ich o możliwe rozwiązania. Nie otwierała Biblii na chybł-trafił ani nie szukała najbardziej "skutecznych" modlitw, które pozwoliłyby jej w ekspresowym tempie zgłębić to, co niezgłębione. Szukała odpowiedzi w swoim sercu. Szukała jej w sobie.

Dlaczego? Bo Maryja nie musiała mierzyć się z równaniami z wieloma niewiadomymi. Dla Niej jasne było to, co dla mnie wciąż często stanowi zagadkę. Po pierwsze: wiedziała, kim jest Bóg. Oczywiście, dla Niej pewnie też był tajemnicą, ale Ona wiedziała to, co najważniejsze - że On jest dobry, że może Mu wierzyć, że jest Miłością. Nie traciła czasu i energii na roztrząsanie, czy na pewno warto być Mu zaufać. Nie dokładała sobie tego ciężaru, który wraz z burzą wątpliwości, przygniata mnie czasem do ziemi...

Po drugie, Maryja wiedzała kim jest ona sama. Wiedziała, że jest cenna w oczach Boga. Znała swoje piękno i umiała się nim cieszyć. To kolejna niewiadoma, która czasem komplikuje moje życiowe wybory - bo ja wciąż szukam i wciąż nie jestem pewna. Czy na pewno jestem dobra? Czy jestem wystarczająca? Czy mogę zaufać pragnieniom, które pojawiają się w moim sercu i próbują prowadzić w nieznane?...

No właśnie - nieznane jest częścią codzienności. Gdy do niewiadomych dotyczących naszych planów, przyszłości, marzeń i relacji dodajemy kolejne, życiowe równania mogą się komplikować, frustrować i przytłaczać. Ostatnie dni pokazały mi bardzo mocno, że gdy próbuję dźwigać na swoich barkach ciężar rozwiązywania tego, co wciąż niewiadome, biorę na siebie zadanie niemożliwe do wykonania. Dużo lepiej jest szukać odpowiedzi na pytania, które są zarówno dużo trudniejsze, jak i o Niebo prostsze: kim jest Bóg w moim życiu i kim jestem ja sama.

Maryja stała się dla mnie ostatnio nie tylko matką, ale również przyjaciółką i siostrą - kimś, kto pokazuje mi, jaką kobietą mogę się stawać i jaką kobietą już jestem. Każda z nas jest stworzona przez Boga, który naprawdę wiedział, co robi. Każda ma swoją misję i niewiarygodne wręcz zasoby dobra, które dobry Bóg w nas złożył - ciepło spojrzenia, serce które może uczyć się wrażliwości i miłości, matczyną troskę, pomysłowość w okazywaniu innym serdeczności i milion innych. Milion, naprawdę. Warto dać sobie czas, by to odkryć. Warto zaufać, że w swoim sercu każda z nas, razem z Bogiem, może znaleć odpowiedzi na pytania, które są najważniejsze w danej chwili. Nie na wszystkie, na pewno. Ale na wystarczająco dużo, by nie szarpać się ze zbyt wieloma niewiadomymi.

piątek, 28 czerwca 2019

Nadzieja

Trzy wydarzenia ostatniego czasu.

Wiadomość numer jeden - wypadek samochodowy pod Toruniem. Młody kierowca BMW wyprzedza w miejscu niedozwolonym. W czołowym zderzeniu ginie mężczyzna. Jego żona trafia do szpitala, dwójka dzieci wychodzi z tego bez szwanku - choć czy można użyć takiego wyrażenia, gdy traci się ojca?... Mężczyzna ma tyle lat, co mój mąż, a ja jestem dokładnie w tym samym wieku, co biorąca udział w wypadku kobieta. Mamy dwoje dzieci. Te podobieństwa mnie przytłaczają...

Wiadomość numer dwa - zbiórka na leczenie nowotworu, jedna z wielu w internecie. Ta historia bardzo mnie porusza: matka dwójki dzieci  walczy z rakiem piersi. Wcześniej z nowotworem zmagał się jej mąż, a jedno z ich dzieci jest poważnie chore. To rodzina, która zdecydowane zbyt wiele czasu spędziła w szpitalu, a teraz walczą o życie, o wspólną przyszłość, o normalność...

Wiadomość numer trzy - jedna z moich dawnych znajomych odebrała sobie życie. Jestem w szoku, bo zawsze widziałam, że była wrażliwa i poszukująca, nie przypuszczałam jednak, że miała takie problemy. Jak bardzo musiała cierpieć? Dlaczego nie udało się jej skutecznie pomóc? I dlaczego w ogóle takie rzeczy się zdarzają?...

Trzy wydarzenia ostatniego czasu. Trzy wiadomości z miliona takich, które sprawiają że drżę ze strachu i niepewności. Rozważam w głowie czarne scenariusze i w pewnym momencie zaczynam budować swój świat na słowach: "a co jeśli", "a gdyby", "tylko nie...". Tak jak budowla wznoszona na piasku, mój świat szybko zaczyna się chwiać, a ja wpadam w panikę. Wtedy potrzebuję przypomnienia, że budować można nie tylko na swoich słowach, ale też na Słowie Życia. Dzisiaj takim przypomnieniem była dla mnie uroczystość, jaką obchodzimy w kościele - uroczystość Najświętszego Serca Jezusa.



Mimo ciężkiej i w połowe nie przespanej nocy, udalo mi się wstać na poranną mszę. Słowa, które usłyszałam, były jak balsam dla mojej pełnej lęku duszy:

Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisko, mówi Pan Bóg. 
Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, 
skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał.
(Ez 34,16)

Pomogły mi też słowa Barbary Dawson RSCJ, której listem, skierowanym do Sióstr Sacre Coeur ale również do osób świeckich, które są z nimi związane, chciałam się dziś z Wami podzielić:

"Chaos i niepewność naszego świata jest wielkim wyzwaniem - globalnie, w skali kraju i nawet w naszym sąsiedztwie. Kondycja naszego świata może być paraliżująca (...) Nauczyłam się, że w takich chwilach pomocne jest zatrzymanie się, zamyślenie i modlitwa, po to by przeanalizować, co jest prawdziwe, a co nie, a potem podjąć małe, czasem radyklane kroki które prowadzą naprzód."

Co jest prawdziwe, a co nie - te słowa były dla mnie jak pobudka. Bo przecież nie wszystko, czego się lękam, jest realne. Wiele spraw, które mnie niepokoją, pozostaje na etapie: "a co jeśli...". Są chwile, w których tworzę w mojej głowie przeróżne, ale nieprawdziwe scenariusze, albo prowadzę hipotetyczne dialogi i kłótnie, roztrząsając zranienia z przeszłości. I to nie pomaga. To mnie pogrąża, wciąga w pełną ciemności przestrzeń, gdzie nie umiem znaleźć nadziei...

"Jestem bardzo świadoma tego, że to co dzieje się w świecie zewnętrznym, dzieje się również wewnątrz nas, we wspólnotach i w nas samych. Chaos i niepewność świata oraz zmany w kościele mogą wtargnąć w nasze życie, w pewnym sensie jak "duchowy wirus", pochłaniający naszą zdolność do nadziei, przynoszący zmęczenie, frustrację czy gniew.  (...) Musimy zapytać siebie o to, co staje na drodze naszej nadziei, co powstrzymuje nas przed wiarą w to, że rzeczywistość może się zmieniać - lęk przed nieznanym, nieuzdrowione zranienia, brak umiejętności by zatrzymać się i oddać rozmyślaniom, brak zaufania."
(Całość listu TUTAJ - klik!)

Co zabija w Tobie nadzieję? Co nie pozwala Ci zaufać? Jakie wydarzenia ostatniego czasu sprawiły, że więcej w Tobie pytań niż odpowiedzi?

Dzisiaj jest dobry dzień, by sę temu przyjrzeć. Dzień, w którym możemy wpatrywac się w Serce Boga - zranione, ale otwarte (co mnie porusza, bo ja na zranienia reaguję inaczej: zamykam się i izoluję...). Dzień, w którym możemy przypomnieć sobie, że w tym Sercu mamy schronienie. A być w Sercu Boga - czy to nie jest niesamowite?...

sobota, 22 czerwca 2019

złość nie jest zła

Kiedy ostatnio opowiadałam o zdarzeniu, które mnie rozzłościło, zaskoczyło mnie pytanie, które usłyszałam: gdzie jest teraz Twoja złość? Musiałam chwilę się nad tym zastanowić. Wcześniej czułam przecież frustrację i gniew. Potem jednak przemyślałam wszystko, co się stało, zastanowiłam się nad tym, co mogę zmienić i... posmutniałam. Moja złość zmieniła się w smutek. Nie wybuchłam gniewem - jestem przecież opanowaną, dorosłą kobietą. W pewnym momencie zorientowała się jednak, że ta kobieta  z rezygnacją patrzy przez okno, ciężko wzdycha i nie potafi się uśmiechnąć...

Moje dzieci mają problem ze złością. U każdego z nich ten problem wygląda jednak inaczej. Moja córka, podobnie jak ja, nie zawsze potrafi postawić granice i tłumi swoje emocje. Mój syn z kolei nie do końca nad nimi panuje i kiedy się złości, w domu przechodzi małe tornado. Dlatego postanowiłam szukać podpowiedzi, jak możemy wspólnie sobie z tym poradzić. Dobry trop odnalazłam w bibliotece. I przy okazji - chociaż od zawsze byłam molem książkowym, miałam sporą przerwę w korzystaniu z bibliotek. Może to efekt tego, że na studiach spędzałam bardzo dużo czasu na wkuwaniu w czytelni ;) W zeszłym roku, kiedy zapisałam się do Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, zachwyciłam się tym, co zobaczylam. To nie była biblioteka, jaką znałam z czasów liceum - cicha i pełna starych, zakurzonych książek. Okazało się, że to miejsce, w którym tętni życie. Dzięki temu łatwo było mi zarazić moje dzieciaki pasją czytania (i wybierania książek, to przecież największa atrakcja!). Jeśli więc dawno nie odwiedzałaś biblioteki, zachęcam żeby spróbować :)

W bibliotece znalazłam książkę, którą chcę się z Wami podzielić - to "Złość i smok Lubomił" Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Zawiera krótkie opowiastki i zadania, które mogą pomóc dziecku (a czasem też i dorosłemu) w zrozumieniu tego, co się w nim dzieje.

źródło: https://www.gwp.pl/zlosc-i-smok-lubomil.html


Rozmowa na temat treści, o których czytaliśmy, to chyba najważniejsza dla moich dzieci część wspólnej lektury. Jakiś czas temu wzięliśmy na warsztat kilka książek zawierających bajki terapeutyczne. Najbardziej spodobała nam się ta:

źródło: https://sylwiakrajewska.pl/produkt/opowiedz-mi-co-u-ciebie-bajki-terapeutyczne-dla-rodzicow-i-dzieci/


"Opowiedz mi, co u ciebie" to nie tylko mądre historie na ważne tematy, ale również propozycje rozmów z dziećmi. I to jest to, co moje pociechy lubią najbardziej! Przekrzykiwały się wręcz, odpowiadając na zadane ptania, a to pokazuje mi, jak ważna jest moja umiejętność słuchania. Dzieci bardzo chcą być słyszane. A rozmowy na głębokie tematy pokazują, że one widzą, słyszą i czują więcej, niż nam to się na co dzień wydaje...

Mój syn włożył dziś naprawdę całe serce w zadanie, zaproponowane w książce o złości i smoku Lubomile. Narysował złość, ale nie byle jaką. Narysował swoją złość - swoją własną, osobistą, ważną dla niego.


Już wie, że złość nie jest zła. Małymi kroczkami będziemy zmierzać do tego, żeby nauczył się również żyć z nią w zgodzie. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze. Wyzwań podobnych do oswajania swoich emocji jest w domowej codzienności więcej. Myślę, że mądra książka, czas spędzony z dzieckiem i rozmowa, w czasie której ono czuje się wysłuchane, mogą być naprawdę dużą pomocą. Jeśli znacie inne książki, które mogą przydać się czytelnikom tego bloga, zapraszam do dzielenia się w komentarzach tytułami i Waszymi doświadczeniami.

środa, 29 maja 2019

W koronie.

Przyznałam się kiedyś tutaj, na blogu, że z sentymentem wspominam pochód pierwszomajowy. Nie musiałam długo czekać na komentarz - przeczytałam sporo o precz-z-komuną i lewactwie... Odwiedzającemu tę stronę patriocie umknął fakt, że miałam wtedy jakieś sześć lat i - przepraszam za wyrażenie - naprawdę jarałam się tym, że będę mogła machać moim pięknym gołąbkiem pokoju w czasie pochodu. Dodajcie do tego piękną pogodę i dzień wolny od pracy, więc spędzony z rodzicami, a otrzymacie odpowiedź - w siermiężnym świecie sprzed 1989 roku, w świecie, w którym bajki Disneya puszczano w telewizji dwa razy do roku (i mniej więcej tak samo często na stole pojawiał się rarytas w formie wyrobu czekoladopodobnego) taki dzień dla kilkulatka to była pewnego rodzaju atrakcja.

W ten sposób mogła zacząć się moja kariera pochodowicza, aktywisty i wymachującego transparentem bojownika o wartości przeróżne. Tak się jednak nie stało. Przyznam, że od tamtego czasu trudno jest mi znaleźć w pamięci jakąkolwiek manifestację czy pochód, w którym brałam udział. Jakoś tak się nie złożyło. Jakoś mnie nie ciągnęło - ani na czarne, ani na białe marsze, na maniferstacje, kontrmanifestacje i tym podobne. Może to dlatego, że bardzo lubię ludzi, ale unikam tłumu. A może dlatego, że naiwnie i wciąż na nowo staram się szukać tego, co łączy.

Dlatego mimo, że często aż się we mnie gotowało od emocji, ostatnio wybierałam milczenie. Nie pisałam tu po wstrząsającym dla mnie filmie Sekielskiego. Nie wypowiadałam się, gdy temat tęczy wokół Matki Bożej rozpalał do czerwoności fora internetowe, choć przyznam - budziło to mój niesmak. Tym razem jednak nie wytrzymałam...

W Gdańsku, w moim Gdańsku, mieście Heweliusza, Solidarności i wielkich ideałów, zdarzyło się coś, w co trudno mi było uwierzyć. Tak zresztą na początku pomyślałam - że to chyba niemożliwe. Albo że nie może być tak źle. Po tym jednak, jak zobaczyłam zdjęcia z Marszu Równości, stwierdziłam że owszem - jest tak źle. Albo i gorzej...

Niedowierzanie ustąpiło miejsca oburzeniu i złości, zataczając koło - wracając znów do niedowierzania. Potem jednak zrobiło mi się żal manifestujących. Stwierdziłam, że im współczuję. I  to nie jest ten typ współczucia, w którym patrzę na drugiego człowieka z góry, pokazując jednocześnie, że uważam się za kogoś lepszego. Nie - naprawdę, szczerze i autentycznie współczuję, że są ludzie, którzy nie znajdują innych form wyrażenia tego kim są. Że swoją tożsamość, czyli to KIM JESTEM muszą budować, przekreślając innych - wyśmiewając, raniąc, negując. Ukoronowana wagina z Marszu Równości budzi moje oburzenie, owszem, ale na dziesięć minut. Potem jednak zostaje we mnie tylko współczucie dla osób, które czują się zmuszone wyrażać swoją kobiecość w ten sposób. Co kryje się za taką desperacją? Jaki brak miłości, szczęścia i treści w życiu?...

Po raz kolejny dochodzę do podobnej refleksji - oburzenie i kontratak to nie sposób na naprawę świata. Zamiast walczyć z tymi, którzy protestują  manifestują, proponuję coś innego - dumę z tego, kim jestem. Świadomość tego, jaką jestem kobietą - co mam w sercu, jakie doświadczenia składają się na to, kim dzisiaj jestem, jaka jest moja mądrość. I ciche świadectwo - zwyczajne, ale karmiące ludzi bardziej niż protesty i puste słowa...



Zamiast walczyć z walczącymi, wolę dziś dumnie unieść głowę i bez manifestowania czegokolwiek, ale w pełni świadomie żyć w taki sposób, jaki wybrałam. Nie wyjdę na ulicę z transparentem, ale gdybym miała przedstawić to, co wyraża mnie w pełni, mogłabym z dumą zaprezentować obraz kobiety w ciąży, z czułością obejmującej rosnący brzuch i kochającej swoje zmieniające się ciało. Mogłabym pokazać matkę z dzieckiem na ręku, a nawet - pal licho - tę samą matką smażącą naleśniki w kuchni. Bo matce wtedy korona z głowy nie spada, wręcz przeciwnie. I matka sama siebie koronować nie musi. Ona ma tę godność. Ona to czuje, a przynajmniej może to poczuć. (I piszę to oczywiście z własnej perspektywy, więc jeśli czytasz mnie: żono, singielko, kobieto poszukująca, to chciałabym wyrazić to jasno - tę godność ma każda z nas i każda z nas, niezależnie od swojej drogi życiowej, może ją odkrywać).

Najlepszym sposobem na zmienianie świata nie jest zmienianie świata (czyli innych), ale bycie coraz bardziej sobą. Z dumą, ze zgodą na to, co niedoskonałe, z wewnętrznym spokojem. To nasze kobiece zadanie. Do tego możemy dorastać, ucząc się na błędach. Ucząc się siebie. I ciesząc się sobą. Żaden, nawet najbardziej obrazoburczy transparent nie jest w stanie tego zmienić. Przynajmniej taką mam dzisiaj nadzieję i tej nadziei chciałabym się trzymać...


sobota, 25 maja 2019

W głab i z powrotem

Co robicie, gdy lęk i niepokój opanowują wyobraźnię i podsuwają najgorsze możliwe scenariusze? Albo gdy musicie czekać na wiadomość, od której zależy kształt Waszej przyszłości i nie udaje się w żaden sposób przyspieszyć czasu, który jak na złość przestaje płynąć, a zaczyna się wlec?... Ja miałam i nadal mam różne sposoby. Często próbuję wygadać z siebie niepokój - i to niekiedy pomaga, zwłaszcza gdy trafię na cierpliwego rozmówcę (albo raczej słuchacza). Czasem próbuję ten niepokój zagłuszyć na różne sposoby. Niekiedy też szukam pomocy w Słowie Bożym. I to rozwiązanie zazwyczaj jest najlepsze, bo przynosi konkretne owoce.

Ostatnio byłam w sytuacji, którą opisałam powyżej - musiałam czekać. Czekałam w napięciu, stresie i lęku, który wzrastał z każdą godziną i z każdym dniem. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Pomyślałam wtedy, że czuję się trochę jak aposołowie w czasie burzy na jeziorze - widzę doskonale wszystkie zagrożenia, za to nie jestem w stanie dostrzec Jezusa (który jak wiemy z biblijnego opisu, spał w czasie nawałnicy). Postanowiłam wtedy sięgnąć do książki, którą dostałam od Wydawnictwa WAM - "W głąb i z powrotem", autorstwa Wojciecha Werhuna SJ.

Książka podzielona jest na rozdziały, które zgłębiają konkretny temat:


Zgodnie ze wskazówkami zawartymi w książce, najlepiej jest po kolei brac na modlitwę teksty, zaproponowane w każdym z etapów i potem przechodzić dalej (albo pogłębiać to doświadczenie, przygotowując modlitwy samodzielnie). Ja jednak byłam zdesperowana :) i szukałam tego konkretnego fragmentu z nadzieją, że mi pomoże. Szukałam w rozdziale "Obecność", ale nie znalazłam. Próbowałam w "Poznać Jezusa" i "Pokochać Jezusa", ale tam też znajdowałam inne treści. W końcu więc zostawiłam mój pomysł i zrobiłam to, co robi zazwyczaj czytelnik książki - zamiast szukać gdzieś w środku, postanowiłam zacząć od początku. Od MIŁOŚCI.

A tam czekała na mnie niespodzianka:




Okazało się, że pierwszą medytacją w pierwszym rozdziale książki jest właśnie ten tekst, którego szukałam. I już samo to odkrycie było dla mnie bardzo poruszające! Bo przecież miłość usuwa lęk, a skoro Jezus zaprasza do podróży (w głąb i z powrotem, w codzienność), to pewnie na początku warto Go zaprosić do każdej z burz, które szaleją lub szalały w moim sercu...

Ta modlitwa przypomniała mi o tym, co najważniejsze. Zobaczyłam jeszcze wyraźniej, że temat Bożej miłości można zgłębiać zawsze, niezależnie od tego, ile za nami rekolekcji, mądrych książek czy długich rozmów o Panu Bogu. Tęsknota za Jego obecnością, za bezwarunkowym przyjęciem i doświadczeniem tego, że On ogarnia również to, czego sama nie pojmuję, zawsze będzie w moim sercu. Dlatego w kolejnych dniach pozwoliłam poprowadzić się dalej, zatrzymując się w czasie modlitwy na kolejnych tekstach proponowanych przez Autora i pozwalając, by Bóg przypominał mi o tym, że JEST i że patrzy na mnie z miłością.

Książka jest dobrą propozycją dla wszystkich, którzy szukają czegoś WIĘCEJ :) Pomaga odkrywać głębię nawet w tekstach, które dobrze znamy. Pomaga odnosić je do swojego życia, do doświadczeń z przeszłości (które przecież nosimy w sobie) i do tego, co dzieje się w naszej codzienności. Medytacje ułożone są w taki sposób, że można na ich podstawie odprawić rekolekcje, a Autor podpowiada również, jak samodzielnie przygotować modlitwę i jak "wycisnąć" z niej ;) jak najwięcej:



Ogromnie podoba mi się też sposób, w jaki książka została wydana. Tytuł i detale budzą od razu skojarzenia z Tolkienem (uwielbiam!). Wyprawa "w głąb i z powrotem" jawi się jako niesamowita przygoda - i w sumie tym właśnie jest! Bo modlitwa to nie obowiązek, pańszczyzna do odrobienia i zdrowaśki do odklepania - to spotkanie z Kimś, kto kocha najbardziej na świecie i jednocześnie spotkanie ze sobą. Książka "W głąb i z powrotem" może być w tej podróży przydatnym przewodnikiem.






piątek, 12 kwietnia 2019

Co wybuchnie, jeśli zwolnisz?

Pamiętacie kultowy już chyba film "Speed. Niebezpieczna prędkość"? Zwyczajny dzień, zwyczajny autobus i nadzwyczajne niebezpieczeństwo - okazuje się, że jeśli autobus zwolni do prędkości mniejszej niż 50 mil na godzinę, eksploduje ukryta w nim bomba. Obecni na pokładzie Sandra Bullock i Keanu Reeves (eeeeech! :) ) robią wszystko, by temu zapobiec. I rzeczywiście historia kończy się dobrze.

"Niebezpieczna prędkość" to również tytuł, jaki mogłabym czasem nadać swojej codzienności. Czy Wam też Wielki Post śmignął przed nosem ot tak?


Czasem pędzę przez codzienność z taką determinacją, jakby zależały od tego losy świata, albo przynajmniej autobusu - jeśli by wrócić do obrazu Sandy Bullock za kierownicą. Czujesz się czasem podobnie? Jak sądzisz - co stanie się, jesli jednak... zwolnisz?

Może się tego boisz? Może jest tak, że faktycznie coś wybuchnie albo coś się rozsypie, kiedy wciśniesz hamulec? A może trzeba się będzie z czymś skonfrontować? Poświęcić uwagę temu, co na co dzień uciszasz wygodnym: "Później się tym zajmę"?...

Mam takie pokusy, żeby te ostatnie dni Wielkiego Postu wypełnić działaniem: więcej się modlić, pójść na drogę krzyżową, przygotować upominki dla dzieci, doprowadzić dom do porządku. I to wszystko jest dobre, oczywiście. Zastanawiam się jednak, czy na pewno tego chcę. I czy On tego chce ode mnie...

Próbuję zamknąć oczy i wyobrazić sobie taką Wielkanoc, jakiej pragnę. Żeby to zrobić, muszę pozbyć się tego, co napływa do mnie ze wszystkich stron: zajączków i jajeczek. Plakatów z kiełbachą i żurkiem, krzyczących o promocji, a milczących na temat kolejek w sklepach. Obrazków z sympatyczną kurką i jej pisklakami oraz reklam środków czyszczących, które pokazują efekt ich działania, ale ani słowem nie wspominają o tym, jak łatwo zrobić z domu muzeum, w którym nie można dotykać eksponatów.

Zostawiam też wszystkie moje wewnętrzne "muszę", "powinnam", "nie zdążyłam". Wielki Czwartek to nie deadline, a Kościół (wbrew temu, co sugerują niektórzy) to nie korpo. Nie udało mi się, nie zdążyłam, daleko mi do ideału - przyznaję, mea culpa.  Ale wiem, że i tak mogę być blisko Jezusa. Blisko jak jawnogrzesznica, obmywająca Mu stopy. Blisko jak grzesznicy i celnicy, z którymi jadł i pił - jak oburzali się faryzeusze. Do których się uśmiechał, jak nieśmiało wierzę. Za których umarł.

Zostało dziewięć dni do świętowania. To ciekawa liczba - kojarzy się z nowenną, z przygotowaniem. Już samo słowo "przygotowania" jest dla mnie najczęściej impulsem do działania. Dużo trudniej jest zwolnić. Dużo trudniej! Bo może czegoś nie dopilnuję, albo może odkryję w sobie coś, co w ogóle mi się nie podoba. A jednak do tego właśnie czuję się zaproszona: do ciszy, skupienia, zostawienia na boku tego wszystkiego, co mnie nakręca, napędza i sprawia, że nie zauważam w sobie i wokół siebie tego, co ważne.

Będę jednak chciała później - pobiec. Nie iść, nie dreptać, ale rzucić się w biegu razem z Marią Magdaleną, Janem i Piotrem. Do grobu - po Dobrą Nowinę o ŻYCIU. Żebym jednak mogła to zrobić, muszę mieć siły. Muszę spotkać się z Nim i z sobą. Muszę zwolnić, choć to niełatwe, bo trochę strach, prawda?...

A Ty? Zaryzykujesz?


czwartek, 7 marca 2019

Dzień Kobiet

Z okazji Dnia Kobiet...

Każdego dnia mierzymy się z mniejszymi i większymi wyzwaniami. Czasem potrzebujemy w tych zmaganiach dobrej rady, czasem wzoru do naśladowania, a czasem - po prostu obecności. Może w tym, co przeżywasz, pomogą Ci doświadczenia innej kobiety? Takiej, która żyła pełnią życia :) i swoją codziennością opowiadała o Bożej Miłości? Zapraszam! 

Przygotowałam dla Was mały quiz:


możecie rozwiązać go tu: Zaprzyjaźnij się ze świętą

Podzielicie się odpowiedziami? :)

środa, 6 marca 2019

Sercem wybrać życie.

Czułam się niepewnie.

Wokół mnie było pełno ludzi, a ja zastanawiałam się, co widać na mojej twarzy i w postawie ciała - bo przysiąc bym mogła, że naprawdę dźwigam na swoich barkach spory ciężar. Zastanawiałam się czy widać, z czym tam przyszłam. Ile waży moja przeszłość.  jak bardzo boli.

Trwała modlitwa o uzdrowienie w czasie seminarium Odnowy w Duchu Świętym, a ja byłam w pewnym sensie w przełomowym momencie życia. Jedną nogą jeszcze w przeszłości, z sercem pełnym nadziei na przyszłość i z bagażem lęku, poczucia winy i niedowierzania. Z niepewnością, której nie rozwiała nawet pełna ognia i pięknych słów modlitwa o uzdrowienie...

W pewnym momencie modlitwa jednak ustała, a ja, z mocno bijącym sercem i wciąż tą samą niepewnością, czekałam na Słowo.
I usłyszałam:
Nie lękaj się, ziemio! 
Raduj się i wesel, 
bo wielkie rzeczy uczynił Pan. 
Nie lękajcie się, polne zwierzęta, 
bo zielenią pokryło się pastwisko na stepie, 
bo drzewa [znów] rodzą owoce, 
drzewo figowe i krzew winny plon przynoszą. 
(Jl 2,21-22)

Poczułam ciepło łez, spływających mi po policzkach.

W tych słowach było coś, co totalnie mnie rozbroiło! Spodziewałam się przecież czegoś w stylu: “Idź i nie grzesz więcej. Nie grzesz, pamiętaj!”. Albo przynajmniej: “Jesteś na dobrej drodze, jak bardzo się postarasz, to może za jakiś czas coś w Twoim życiu się zmieni”.

A tu niespodzianka. Jezus, patrząc na pustynię, jaką w sobie widziałam, powiedział: “drzewo figowe i krzew winny plon przynoszą”. Dopiero co wrzucił ziarenko w ziemię, dopiero stworzył mu szansę na to, by mogło wykiełkować - a już mówi, że drzewa znów rodzą owoce. Marzyciel? Niepoprawny optymista?

A może… Bóg? :)

Te słowa z księgi Joela wróciły do mnie ostatnio, a potem przypomniałam sobie, że dzisiaj też będziemy słuchać wezwania z tej samej księgi:

Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, 
przez post i płacz, i lament». 
Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty!

To wezwanie, które również jest dla mnie dzisiaj bardzo aktualne. Dobrze jest tylko pamiętać, że "rozdzieranie serca", to nie cel i nie finał tej historii. Bo chodzi tak naprawdę o to, aby sercem wybrać to, co przynosi życie. Chodzi o to, na co może masz czasem nieśmiałą nadzieję, a co Bóg już widzi i z czego się cieszy: z drzew rodzących obfity owoc i krzewów winnych, które dają plon stokrotny.


On już widzi to dobro. On wie, że nie rzeczy niemożliwych i że nawet jeśli wydaje Ci się, że tkwisz na pustyni - rozkwitniesz. Jeśli tylko pozwolisz sercu, by wybrało życie.

On już to widzi. Już się z tego cieszy. Marzyciel? Niepoprawny optymista? A może... Bóg? :)

czwartek, 14 lutego 2019

zwyczajność

Błogosławiony bądź, Boże mojej codzienności
Boże rzeczy zwyczajnych,
Boże nie tylko Abrahama, Izraela, Jakuba
nie tylko Faustyny i Wielkiej Teresy
ale też każdej Anki, Marysi czy Kasi,
które w żaden sposób nie zapisały się w historii świata.

W żaden sposób oprócz miłości...



Lubię moją zwyczajność. Ciepły szlafrok, w którym siedzę, pisząc te słowa. Ulubiony kubek z ulubioną kawą, której zawsze mi mało. Leniwą modlitwę, która łączy te wszystkie elementy. I one nie stają się przez to mniej zwyczajne. Po prostu - więcej w nich światła. I jakiejś takiej lekkości nie do opisania.

Całkiem niedawno zaczytałam się w jednej z wielu dyskusji dotyczących zagrożeń duchowych, potencjalnych amuletów i takich tam. Nie znam się, pewnie czytam za mało pobożnych pism, a na youtubie oglądam tylko Nie Ma Go Tu, i to mój błąd. Nie jestem na czasie. Ale chyba nigdy nie byłam, bo nie umiem odnaleźć się w poszukiwaniach achów i ochów (tych pozytywnych i negatywnych). Może się mylę, ale widzę w tym pogoń za "cudownością". I chyba nawet rozumiem, że niektórzy mają taką potrzebę. Do mnie jednak Bóg mówi inaczej. Bóg mojej codzienności, Bóg rzeczy zwyczajnych, jest dyskretny jak cichy wielbiciel (nie tylko w Walentynki). Dzięki temu doświadczam cudów na co dzień - tyle że w tych cudach nie ma niczego nadzwyczajnego. "Mędrca szkiełko i oko" od razu znalazłoby na ich wytłumaczenie milion dowodów. Ale ja ich nie potrzebuję, bo zgadzam się, że to rzeczy zwyczajne. Tyle że mi ta zwyczajność wystarcza.

Zwykła łza po spowiedzi. Zwyczajny poranek pachnący herbatą i jajecznicą (no ok, dla mnie kawą). I bałagan w kuchni. Zwyczajna Biblia, ze słowami które pozornie też wydają się zwyczajne, a jednak mają moc dotykania mojego serca nie dlatego, że akurat wylosowałam takie naj naj, ale dlatego, że daję im czas. I ciszę - zwyczajną. Zwykła Eucharystia w zwykłym kościele - niesamowita nie z powodu sławnego kaznodziei, ale dlatego, że mogę w jej czasie spotkać Boga. W zwyczajnym kawałku chleba...

Mój Bóg jest potężny w mocy swej, cytując klasyka ;) Jest Stwórcą i Artystą w jednym - skoro wymyślił nie tylko budowę atomu, ale i wszystkie kolory zachodzącego słońca. Jest Miłością, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje. Jest Miłością, która po trzydziestu latach zwyczajnego życia w Nazarecie i trzech latach głoszenia Dobrej Nowiny gdzieś na totalnej prowincji, dała się ukrzyżować...

Mój Bóg jest Bogiem rzeczy zwyczajnych. Nie dlatego, że nie umie inaczej, ale dlatego, że właśnie tam możemy się spotykać najczęściej i najpełniej. Bo mój Bóg nie jest Bogiem od święta. Nie jest Bogiem jednego cudu i wielu wspomnień "ech, jak to kiedyś było cudownie". Jest tu i teraz, zawsze. Idzie krok w krok ze mną i - mam nadzieję - nie obraża się, gdy piję z Nim kawę.

Czy to nie jest cudowne? :)

poniedziałek, 11 lutego 2019

Sosna karłowata

Najwyższa Boga dobroć, niezmierzona miłość, i serce ojcowskie
chętniejsze są do udzielania nam doskonałości,
niż my do jej szukania.
św. Ignacy „Maksymy…”

Powyżej pewnej wysokości w górach można spotkać jedynie karłowate odmiany drzew iglastych, czyli powszechnie wszystkim znaną kosodrzewinę lub gatunki jej pokrewne, jak syberyjską sosnę karłowatą. Jej widok nie dziwi – jest to przecież forma dostosowania się do niekorzystnych warunków.

Pomyślałaś kiedyś, że z twoim sercem może być podobnie?

Jezus w jednej z przypowieści wspomina o tym, że drzewo poznajemy po owocach (por. Mt 7,15-20). Czasem jednak owoców nie ma, jest ich bardzo mało lub są niedobre. W takich chwilach rozliczamy same siebie skrupulatniej niż księgowa z tytułem pracownika miesiąca w firmie windykacyjnej. Dużo rzadziej pytamy siebie o przyczynę takiego stanu rzeczy.

A gdyby drzewo, o którym mówi Jezus, doświadczyło silnego mrozu? Gdyby smagały je zimne wiatry lub gdyby nikt nie zapewnił mu wystarczającej ilości wody w upalne dni? Wtedy mogłoby się z nim stać to samo co z górską kosodrzewiną. Mogłoby przestać rosnąć lub pomimo pięknych kwiatów nie miałoby możliwości zawiązania owoców.

Odkreślamy kolejne daty w kalendarzach. Zmieniamy garderobę – z młodzieżowej na kobiecą, z tej w mniejszym rozmiarze na nieco większą lub odwrotnie. Wchodzimy po kolejnych szczeblach edukacji i kariery. Lustro mówi nam to samo co dowód osobisty i kalendarz – jesteśmy starsze, dojrzewamy, rozwijamy się. Jestem jednak przekonana, że w sercu każdej z nas są takie przestrzenie, w których pozostałyśmy dziećmi. I nie chodzi mi tu wcale o pozytywne aspekty związane z postawą dziecka, takie jak ufność czy prostota.

W każdej z nas są gałązki, które nie przynoszą owocu, bo ich wzrost został zahamowany. Zraniono nas tak mocno, że w głębi serca wciąż jesteśmy małymi dziewczynkami, przerażonymi, samotnymi, bezradnymi. Na zewnątrz maskujemy to uśmiechem, bierzemy sprawy w swoje ręce i działamy. A jednak przychodzą chwile, gdy płaczemy bez powodu albo jedno niewinne słowo, wypowiedziane przez kogoś bez złych intencji, psuje nam cały dzień. Są też momenty, w których z ogromną tęsknotą wołamy do kogoś, do kogokolwiek, kto mógłby choć trochę pomóc nam oswoić samotność czy powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Czasem najważniejsze życiowe decyzje, takie jak wybór powołania czy męża, podejmujemy właśnie z takich pobudek. To nasz głód pcha nas do nieracjonalnych wyborów (i nie, żadna z nas dobrowolnie się do tego nie przyzna). Dokonuje ich nie dorosła, ukształtowana i świadoma siebie kobieta, ale dziecko, które doświadczyło dotkliwego braku.

Możesz mieć dwadzieścia, trzydzieści lub czterdzieści lat, a w jakiejś przestrzeni życiowej reagować dokładnie tak samo jak zapłakana siedmiolatka – i nie rozumieć, dlaczego tak się dzieje. Możesz też wkładać mnóstwo wysiłku w rozwój duchowy, a mieć wrażenie, że nic w twoim życiu się nie zmienia. Nie zawsze przyczyną będzie to, o czym piszę, ale pomyśl o tym teraz – które gałązki w twoim życiu uginają się nie pod ciężarem dorodnych owoców, lecz pod ciężarem łez, powracającego wciąż poczucia krzywdy i żalu? Które z twoich pragnień i marzeń zdążyły wykiełkować, bo przecież potrafiłaś się nimi cieszyć, lecz później zostały zagłuszone, stłamszone i zupełnie skarłowaciały?



Poczucie spełnienia, przekonanie, że życie ma sens, i radość z owoców własnych wysiłków (nie tylko w sferze dotyczącej ducha) to nie prosty efekt działania, w której po jednej stronie są twoje dobre chęci, a po drugiej gwarantowany sukces. Aby dobre drzewo przyniosło dobre owoce, potrzeba wielu czynników. Nikt nie wie tego lepiej niż ogrodnik. To przecież właśnie z ogrodnikiem pomyliła Jezusa Maria Magdalena. Może nieprzypadkowo Jezus chce pokazywać nam się właśnie z tej strony, zapewniając, że potrafi zadbać o nasz wzrost w sposób najlepszy z możliwych. I że naprawdę się na tym zna....

To fragment mojej książki "Pogoda ducha". Do 14.02 na moim profilu facebookowym trwa konkurs, w którym można wygrać 3 egzemplarze książki - zapraszam :)

czwartek, 31 stycznia 2019

wspomnienie szczególne

Od czasu do czasu Facebook wyświetla mi jakieś wspomnienia. Tego jednak przypomnieć nie mógł, bo nikt na świecie całym nie wie, co działo się we mnie dokładnie 7 lat temu. A ja pamiętam. Pamiętam dobrze.

Siedziałam na twardej szpitalnej ławce. Twardości nie łagodził nawet ciepły i miękki szlafrok. Może i dobrze - dzięki temu mocniej czułam otaczającą mnie rzeczywistość. Siedziałam w głębi korytarza, w takim miejscu, w którym nie byłam widoczna. Wsłuchiwałam się w kroki pielęgniarek, płacz dzieci i dochodzące z daleka rozmowy kobiet. I czekałam.

Szpitalne korytarze zbudowane są głównie z czekania. Mają niezwykłą właściwość: oswajają brak cierpliwości. Tutaj czas płynie inaczej, a rzeczywistość składa się tylko z przed i po. Ze wspomnień i z oczekiwania. I z nadziei, bo to umiera ostatnia i wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma.

Siedem lat temu wrosłam w jeden ze szpitalnych korytarzy i nie umiałam spojrzeć w przyszłość. Bałam się. Bałam się tego, że lekarze nie mówią mi wszystkiego, co powinnam usłyszeć. Obawy były uzasadnione, bo po amniopunkcji ciężko było mi z nich cokolwiek wyciągnąć, a podsłuchane rozmowy o stopniu rozwoju płuc u mojego syna sprawiły, że bardzo gorliwie poszukiwałam odpowiedzi u wujka Googla. A wiecie - to nie pomaga. Nie pomagały też inne pytania - o to, jak bardzo będzie bolało. Ile nieprzespanych nocy przede mną. Czy dam radę, skoro w domu czekała na mnie jeszcze domagająca się uwagi dwulatka. Te pytania nie przynosiły ze sobą żadnej odpowiedzi. Tylko łzy spływały mi po policzku.

Nie było też nikogo, kto mógłby powiedzieć mi te proste słowa: że będzie dobrze. Że jakkolwiek będzie, damy radę. Że nie przesadzam i mam prawo się bać. Byłam tylko ja, szpitalny korytarz, bardzo dobrze znane przed i kompletnie nieznane po.

I wtedy wśród piosenek, które słuchałam, próbując zagłuszyć mój lęk, pojawił się ten: Moje uwielbienie. I słowa, które przyniosły ukojenie:

Kryjesz w swojej dłoni świat,
Delikatnie jak puch.
Swoją ręką chronisz go.
Chociaż jest pełen kłamstw i ludzkich wad,
Jak dziecko tulisz go.
Ty usłyszysz cichy płacz, 
Kiedy inni się śmieją,
I ukoisz ból, gdy inni ranią tak.
Ty uzdrawiasz swą miłością -
Leczysz nas...

Nie pamiętam, ile czasu spędziłam, wsłuchując się w te słowa. Pamiętam jednak, że towarzyszyły mi również dzień później i w kolejnych dniach. Już nie byłam sama. Już nie jestem i nie będę - nigdy.

Siedem lat później patrzę na bałagan w kuchni. Właśnie skończyłam robić biszkopt, niedługo zabiorę się za krem, a jutro rano na śniadanie zjemy tort. I nie będziemy mieli żadnych wyrzutów sumienia, a co! Siódme urodziny obchodzi się przecież raz w życiu.

Z pokoju docierają do mnie na przemian odgłosy dobrej zabawy, śmiechu, ale też kłótni i buntu. Tak już jest - to nasza codzienność, nieidealna, ale taka, która sprawia, że w coraz mniejszym stopniu słucham swoich lęków. Nadzieja jest lepszym doradcą.

Za chwilę ruszę się w końcu by posprzątać. Po domu rozchodzi się słodki zapach ciasta. A ja jestem wdzięczna. I śpiewam cicho, tak że pewnie tylko On to słyszy:

Moje uwielbienie ofiaruję Ci,
Tyle mogę Tobie dać.

Mam za co dziękować <3



sobota, 12 stycznia 2019

Chciałam napisać o WOŚP...

Chciałam napisać o WOŚP. O pompie insulinowej, którą od nich dostałam. O moich dzieciach w inkubatorze i o finansowanych przez Orkiestrę przesiewowych badaniach słuchu. Chciałam napisać o moich wspomnieniach sprzed lat ponad dwudziestu, kiedy było mi tak strasznie, strasznie zimno, ale dzielnie trwałam na posterunku i zbierałam datki do puszki. Zamiast naklejek mieliśmy wycięte z kolorowego papieru serduszka, które przyczepialiśmy szpilkami - to były trochę inne czasy. A miejscem, w którym mogliśmy się ogrzać, była salka parafialna.

Chciałam o tym wszystkim napisać, ale jestem zmęczona przepychankami. Wszystkimi przepychankami. Jestem zmęczona czytaniem o tym, że pan X powiedział to, a pan Y tamto. Jestem zniesmaczona wszystkimi manipulacjami, które się nam serwuje, przemycając je w atrakcyjnie wyglądającej informacyjnej papce. Wkurza mnie to, że z aferami kojarzy mi się nawet Brzechwa! Bo "dzik jest dziki, dzik jest zły...".

Dlatego nie będę pisać o WOŚP, choć nie ukrywam, że jutro na pewno włączę się w tę akcję, dorzucając od siebie kilka groszy i kilka ciepłych słów dla (zapewne zmarzniętych) wolontariuszy. Napiszę o czymś innym. Bez zbędnych komentarzy. Do przemyślenia.

Łatwo jest oceniać ludzi. Łatwo jest wywlekać takie fakty z ich przeszłości, które świadczą o tym, że są złymi ludźmi, a więc ich słowa, pomysły, działania automatycznie powinny zostać potępione. Tak stało się kilka dni temu, gdy na facebookowym profilu Chrześcijańskiej Mamy grafikę ze słowami Meryl Streep: "Minuta, w której zaczynasz myśleć, jak odbierają cię inni, jest minutą, w której przestajesz być sobą". Dowiedziałam się wtedy, że aktorka była obecna na imprezie organizowanej przez Planned Parenthood. No i oczywiście - jestem przeciwniczką aborcji! Nie popieram działalności ani Planned Parenthood, ani żadnej innej organizacji tego typu. Ale znowu - to nie o tym chcę pisać. Tylko o ocenianiu. O tej wszechwiedzy, która pojawia się w nas, gdy widzimy zachowanie innych i wyrokujemy: na stos!...

To zabrzmi mocno, ale nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była Meryl Streep. Gdybym urodziła się na innym kontynencie, w innej rodzinie, jako wyznawca innej religii. Gdyby mój narzeczony - jak narzeczony Meryl Streep - zmarł na raka. Gdybym gdzieś po drodze zgubiła Pana Boga. Nie wiem, jakich wyborów bym dokonywała. Lepszych niż ci, których mam pokusę oceniać? Daj Panie Boże! A jeśli gorszych?...

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym przyszła na świat w niepełnej rodzinie. Gdyby mój bunt nastolatka przybrał mniej grzeczną formę, niż to się stało w moim przypadku. Gdybym mieszkała w jakiejś wiosce na końcu świata albo pośrodku miejskiej pustyni. Gdybym była dzieckiem patologicznie zaniedbanym albo otoczonym patologiczną nadopiekuńczością.

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była tym młodym gościem na Woodstoku, który po prostu przyjechał posłuchać tam dobrej muzyki. Albo tym, który upił się w sztok i bełkotał do kamery. Albo wykrzykiwał swój bunt, przyzwyczajony do tego, że gdy mówi szeptem, nikt go nie słyszy. Więc krzyczy: głosem, zachowaniem, ubiorem. Nie wiem.

A Ty - wiesz?
Jesteś tego pewna?