czwartek, 7 marca 2019

Dzień Kobiet

Z okazji Dnia Kobiet...

Każdego dnia mierzymy się z mniejszymi i większymi wyzwaniami. Czasem potrzebujemy w tych zmaganiach dobrej rady, czasem wzoru do naśladowania, a czasem - po prostu obecności. Może w tym, co przeżywasz, pomogą Ci doświadczenia innej kobiety? Takiej, która żyła pełnią życia :) i swoją codziennością opowiadała o Bożej Miłości? Zapraszam! 

Przygotowałam dla Was mały quiz:


możecie rozwiązać go tu: Zaprzyjaźnij się ze świętą

Podzielicie się odpowiedziami? :)

środa, 6 marca 2019

Sercem wybrać życie.

Czułam się niepewnie.

Wokół mnie było pełno ludzi, a ja zastanawiałam się, co widać na mojej twarzy i w postawie ciała - bo przysiąc bym mogła, że naprawdę dźwigam na swoich barkach spory ciężar. Zastanawiałam się czy widać, z czym tam przyszłam. Ile waży moja przeszłość.  jak bardzo boli.

Trwała modlitwa o uzdrowienie w czasie seminarium Odnowy w Duchu Świętym, a ja byłam w pewnym sensie w przełomowym momencie życia. Jedną nogą jeszcze w przeszłości, z sercem pełnym nadziei na przyszłość i z bagażem lęku, poczucia winy i niedowierzania. Z niepewnością, której nie rozwiała nawet pełna ognia i pięknych słów modlitwa o uzdrowienie...

W pewnym momencie modlitwa jednak ustała, a ja, z mocno bijącym sercem i wciąż tą samą niepewnością, czekałam na Słowo.
I usłyszałam:
Nie lękaj się, ziemio! 
Raduj się i wesel, 
bo wielkie rzeczy uczynił Pan. 
Nie lękajcie się, polne zwierzęta, 
bo zielenią pokryło się pastwisko na stepie, 
bo drzewa [znów] rodzą owoce, 
drzewo figowe i krzew winny plon przynoszą. 
(Jl 2,21-22)

Poczułam ciepło łez, spływających mi po policzkach.

W tych słowach było coś, co totalnie mnie rozbroiło! Spodziewałam się przecież czegoś w stylu: “Idź i nie grzesz więcej. Nie grzesz, pamiętaj!”. Albo przynajmniej: “Jesteś na dobrej drodze, jak bardzo się postarasz, to może za jakiś czas coś w Twoim życiu się zmieni”.

A tu niespodzianka. Jezus, patrząc na pustynię, jaką w sobie widziałam, powiedział: “drzewo figowe i krzew winny plon przynoszą”. Dopiero co wrzucił ziarenko w ziemię, dopiero stworzył mu szansę na to, by mogło wykiełkować - a już mówi, że drzewa znów rodzą owoce. Marzyciel? Niepoprawny optymista?

A może… Bóg? :)

Te słowa z księgi Joela wróciły do mnie ostatnio, a potem przypomniałam sobie, że dzisiaj też będziemy słuchać wezwania z tej samej księgi:

Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, 
przez post i płacz, i lament». 
Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty!

To wezwanie, które również jest dla mnie dzisiaj bardzo aktualne. Dobrze jest tylko pamiętać, że "rozdzieranie serca", to nie cel i nie finał tej historii. Bo chodzi tak naprawdę o to, aby sercem wybrać to, co przynosi życie. Chodzi o to, na co może masz czasem nieśmiałą nadzieję, a co Bóg już widzi i z czego się cieszy: z drzew rodzących obfity owoc i krzewów winnych, które dają plon stokrotny.


On już widzi to dobro. On wie, że nie rzeczy niemożliwych i że nawet jeśli wydaje Ci się, że tkwisz na pustyni - rozkwitniesz. Jeśli tylko pozwolisz sercu, by wybrało życie.

On już to widzi. Już się z tego cieszy. Marzyciel? Niepoprawny optymista? A może... Bóg? :)

czwartek, 14 lutego 2019

zwyczajność

Błogosławiony bądź, Boże mojej codzienności
Boże rzeczy zwyczajnych,
Boże nie tylko Abrahama, Izraela, Jakuba
nie tylko Faustyny i Wielkiej Teresy
ale też każdej Anki, Marysi czy Kasi,
które w żaden sposób nie zapisały się w historii świata.

W żaden sposób oprócz miłości...



Lubię moją zwyczajność. Ciepły szlafrok, w którym siedzę, pisząc te słowa. Ulubiony kubek z ulubioną kawą, której zawsze mi mało. Leniwą modlitwę, która łączy te wszystkie elementy. I one nie stają się przez to mniej zwyczajne. Po prostu - więcej w nich światła. I jakiejś takiej lekkości nie do opisania.

Całkiem niedawno zaczytałam się w jednej z wielu dyskusji dotyczących zagrożeń duchowych, potencjalnych amuletów i takich tam. Nie znam się, pewnie czytam za mało pobożnych pism, a na youtubie oglądam tylko Nie Ma Go Tu, i to mój błąd. Nie jestem na czasie. Ale chyba nigdy nie byłam, bo nie umiem odnaleźć się w poszukiwaniach achów i ochów (tych pozytywnych i negatywnych). Może się mylę, ale widzę w tym pogoń za "cudownością". I chyba nawet rozumiem, że niektórzy mają taką potrzebę. Do mnie jednak Bóg mówi inaczej. Bóg mojej codzienności, Bóg rzeczy zwyczajnych, jest dyskretny jak cichy wielbiciel (nie tylko w Walentynki). Dzięki temu doświadczam cudów na co dzień - tyle że w tych cudach nie ma niczego nadzwyczajnego. "Mędrca szkiełko i oko" od razu znalazłoby na ich wytłumaczenie milion dowodów. Ale ja ich nie potrzebuję, bo zgadzam się, że to rzeczy zwyczajne. Tyle że mi ta zwyczajność wystarcza.

Zwykła łza po spowiedzi. Zwyczajny poranek pachnący herbatą i jajecznicą (no ok, dla mnie kawą). I bałagan w kuchni. Zwyczajna Biblia, ze słowami które pozornie też wydają się zwyczajne, a jednak mają moc dotykania mojego serca nie dlatego, że akurat wylosowałam takie naj naj, ale dlatego, że daję im czas. I ciszę - zwyczajną. Zwykła Eucharystia w zwykłym kościele - niesamowita nie z powodu sławnego kaznodziei, ale dlatego, że mogę w jej czasie spotkać Boga. W zwyczajnym kawałku chleba...

Mój Bóg jest potężny w mocy swej, cytując klasyka ;) Jest Stwórcą i Artystą w jednym - skoro wymyślił nie tylko budowę atomu, ale i wszystkie kolory zachodzącego słońca. Jest Miłością, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje. Jest Miłością, która po trzydziestu latach zwyczajnego życia w Nazarecie i trzech latach głoszenia Dobrej Nowiny gdzieś na totalnej prowincji, dała się ukrzyżować...

Mój Bóg jest Bogiem rzeczy zwyczajnych. Nie dlatego, że nie umie inaczej, ale dlatego, że właśnie tam możemy się spotykać najczęściej i najpełniej. Bo mój Bóg nie jest Bogiem od święta. Nie jest Bogiem jednego cudu i wielu wspomnień "ech, jak to kiedyś było cudownie". Jest tu i teraz, zawsze. Idzie krok w krok ze mną i - mam nadzieję - nie obraża się, gdy piję z Nim kawę.

Czy to nie jest cudowne? :)

poniedziałek, 11 lutego 2019

Sosna karłowata

Najwyższa Boga dobroć, niezmierzona miłość, i serce ojcowskie
chętniejsze są do udzielania nam doskonałości,
niż my do jej szukania.
św. Ignacy „Maksymy…”

Powyżej pewnej wysokości w górach można spotkać jedynie karłowate odmiany drzew iglastych, czyli powszechnie wszystkim znaną kosodrzewinę lub gatunki jej pokrewne, jak syberyjską sosnę karłowatą. Jej widok nie dziwi – jest to przecież forma dostosowania się do niekorzystnych warunków.

Pomyślałaś kiedyś, że z twoim sercem może być podobnie?

Jezus w jednej z przypowieści wspomina o tym, że drzewo poznajemy po owocach (por. Mt 7,15-20). Czasem jednak owoców nie ma, jest ich bardzo mało lub są niedobre. W takich chwilach rozliczamy same siebie skrupulatniej niż księgowa z tytułem pracownika miesiąca w firmie windykacyjnej. Dużo rzadziej pytamy siebie o przyczynę takiego stanu rzeczy.

A gdyby drzewo, o którym mówi Jezus, doświadczyło silnego mrozu? Gdyby smagały je zimne wiatry lub gdyby nikt nie zapewnił mu wystarczającej ilości wody w upalne dni? Wtedy mogłoby się z nim stać to samo co z górską kosodrzewiną. Mogłoby przestać rosnąć lub pomimo pięknych kwiatów nie miałoby możliwości zawiązania owoców.

Odkreślamy kolejne daty w kalendarzach. Zmieniamy garderobę – z młodzieżowej na kobiecą, z tej w mniejszym rozmiarze na nieco większą lub odwrotnie. Wchodzimy po kolejnych szczeblach edukacji i kariery. Lustro mówi nam to samo co dowód osobisty i kalendarz – jesteśmy starsze, dojrzewamy, rozwijamy się. Jestem jednak przekonana, że w sercu każdej z nas są takie przestrzenie, w których pozostałyśmy dziećmi. I nie chodzi mi tu wcale o pozytywne aspekty związane z postawą dziecka, takie jak ufność czy prostota.

W każdej z nas są gałązki, które nie przynoszą owocu, bo ich wzrost został zahamowany. Zraniono nas tak mocno, że w głębi serca wciąż jesteśmy małymi dziewczynkami, przerażonymi, samotnymi, bezradnymi. Na zewnątrz maskujemy to uśmiechem, bierzemy sprawy w swoje ręce i działamy. A jednak przychodzą chwile, gdy płaczemy bez powodu albo jedno niewinne słowo, wypowiedziane przez kogoś bez złych intencji, psuje nam cały dzień. Są też momenty, w których z ogromną tęsknotą wołamy do kogoś, do kogokolwiek, kto mógłby choć trochę pomóc nam oswoić samotność czy powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Czasem najważniejsze życiowe decyzje, takie jak wybór powołania czy męża, podejmujemy właśnie z takich pobudek. To nasz głód pcha nas do nieracjonalnych wyborów (i nie, żadna z nas dobrowolnie się do tego nie przyzna). Dokonuje ich nie dorosła, ukształtowana i świadoma siebie kobieta, ale dziecko, które doświadczyło dotkliwego braku.

Możesz mieć dwadzieścia, trzydzieści lub czterdzieści lat, a w jakiejś przestrzeni życiowej reagować dokładnie tak samo jak zapłakana siedmiolatka – i nie rozumieć, dlaczego tak się dzieje. Możesz też wkładać mnóstwo wysiłku w rozwój duchowy, a mieć wrażenie, że nic w twoim życiu się nie zmienia. Nie zawsze przyczyną będzie to, o czym piszę, ale pomyśl o tym teraz – które gałązki w twoim życiu uginają się nie pod ciężarem dorodnych owoców, lecz pod ciężarem łez, powracającego wciąż poczucia krzywdy i żalu? Które z twoich pragnień i marzeń zdążyły wykiełkować, bo przecież potrafiłaś się nimi cieszyć, lecz później zostały zagłuszone, stłamszone i zupełnie skarłowaciały?



Poczucie spełnienia, przekonanie, że życie ma sens, i radość z owoców własnych wysiłków (nie tylko w sferze dotyczącej ducha) to nie prosty efekt działania, w której po jednej stronie są twoje dobre chęci, a po drugiej gwarantowany sukces. Aby dobre drzewo przyniosło dobre owoce, potrzeba wielu czynników. Nikt nie wie tego lepiej niż ogrodnik. To przecież właśnie z ogrodnikiem pomyliła Jezusa Maria Magdalena. Może nieprzypadkowo Jezus chce pokazywać nam się właśnie z tej strony, zapewniając, że potrafi zadbać o nasz wzrost w sposób najlepszy z możliwych. I że naprawdę się na tym zna....

To fragment mojej książki "Pogoda ducha". Do 14.02 na moim profilu facebookowym trwa konkurs, w którym można wygrać 3 egzemplarze książki - zapraszam :)

czwartek, 31 stycznia 2019

wspomnienie szczególne

Od czasu do czasu Facebook wyświetla mi jakieś wspomnienia. Tego jednak przypomnieć nie mógł, bo nikt na świecie całym nie wie, co działo się we mnie dokładnie 7 lat temu. A ja pamiętam. Pamiętam dobrze.

Siedziałam na twardej szpitalnej ławce. Twardości nie łagodził nawet ciepły i miękki szlafrok. Może i dobrze - dzięki temu mocniej czułam otaczającą mnie rzeczywistość. Siedziałam w głębi korytarza, w takim miejscu, w którym nie byłam widoczna. Wsłuchiwałam się w kroki pielęgniarek, płacz dzieci i dochodzące z daleka rozmowy kobiet. I czekałam.

Szpitalne korytarze zbudowane są głównie z czekania. Mają niezwykłą właściwość: oswajają brak cierpliwości. Tutaj czas płynie inaczej, a rzeczywistość składa się tylko z przed i po. Ze wspomnień i z oczekiwania. I z nadziei, bo to umiera ostatnia i wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma.

Siedem lat temu wrosłam w jeden ze szpitalnych korytarzy i nie umiałam spojrzeć w przyszłość. Bałam się. Bałam się tego, że lekarze nie mówią mi wszystkiego, co powinnam usłyszeć. Obawy były uzasadnione, bo po amniopunkcji ciężko było mi z nich cokolwiek wyciągnąć, a podsłuchane rozmowy o stopniu rozwoju płuc u mojego syna sprawiły, że bardzo gorliwie poszukiwałam odpowiedzi u wujka Googla. A wiecie - to nie pomaga. Nie pomagały też inne pytania - o to, jak bardzo będzie bolało. Ile nieprzespanych nocy przede mną. Czy dam radę, skoro w domu czekała na mnie jeszcze domagająca się uwagi dwulatka. Te pytania nie przynosiły ze sobą żadnej odpowiedzi. Tylko łzy spływały mi po policzku.

Nie było też nikogo, kto mógłby powiedzieć mi te proste słowa: że będzie dobrze. Że jakkolwiek będzie, damy radę. Że nie przesadzam i mam prawo się bać. Byłam tylko ja, szpitalny korytarz, bardzo dobrze znane przed i kompletnie nieznane po.

I wtedy wśród piosenek, które słuchałam, próbując zagłuszyć mój lęk, pojawił się ten: Moje uwielbienie. I słowa, które przyniosły ukojenie:

Kryjesz w swojej dłoni świat,
Delikatnie jak puch.
Swoją ręką chronisz go.
Chociaż jest pełen kłamstw i ludzkich wad,
Jak dziecko tulisz go.
Ty usłyszysz cichy płacz, 
Kiedy inni się śmieją,
I ukoisz ból, gdy inni ranią tak.
Ty uzdrawiasz swą miłością -
Leczysz nas...

Nie pamiętam, ile czasu spędziłam, wsłuchując się w te słowa. Pamiętam jednak, że towarzyszyły mi również dzień później i w kolejnych dniach. Już nie byłam sama. Już nie jestem i nie będę - nigdy.

Siedem lat później patrzę na bałagan w kuchni. Właśnie skończyłam robić biszkopt, niedługo zabiorę się za krem, a jutro rano na śniadanie zjemy tort. I nie będziemy mieli żadnych wyrzutów sumienia, a co! Siódme urodziny obchodzi się przecież raz w życiu.

Z pokoju docierają do mnie na przemian odgłosy dobrej zabawy, śmiechu, ale też kłótni i buntu. Tak już jest - to nasza codzienność, nieidealna, ale taka, która sprawia, że w coraz mniejszym stopniu słucham swoich lęków. Nadzieja jest lepszym doradcą.

Za chwilę ruszę się w końcu by posprzątać. Po domu rozchodzi się słodki zapach ciasta. A ja jestem wdzięczna. I śpiewam cicho, tak że pewnie tylko On to słyszy:

Moje uwielbienie ofiaruję Ci,
Tyle mogę Tobie dać.

Mam za co dziękować <3



sobota, 12 stycznia 2019

Chciałam napisać o WOŚP...

Chciałam napisać o WOŚP. O pompie insulinowej, którą od nich dostałam. O moich dzieciach w inkubatorze i o finansowanych przez Orkiestrę przesiewowych badaniach słuchu. Chciałam napisać o moich wspomnieniach sprzed lat ponad dwudziestu, kiedy było mi tak strasznie, strasznie zimno, ale dzielnie trwałam na posterunku i zbierałam datki do puszki. Zamiast naklejek mieliśmy wycięte z kolorowego papieru serduszka, które przyczepialiśmy szpilkami - to były trochę inne czasy. A miejscem, w którym mogliśmy się ogrzać, była salka parafialna.

Chciałam o tym wszystkim napisać, ale jestem zmęczona przepychankami. Wszystkimi przepychankami. Jestem zmęczona czytaniem o tym, że pan X powiedział to, a pan Y tamto. Jestem zniesmaczona wszystkimi manipulacjami, które się nam serwuje, przemycając je w atrakcyjnie wyglądającej informacyjnej papce. Wkurza mnie to, że z aferami kojarzy mi się nawet Brzechwa! Bo "dzik jest dziki, dzik jest zły...".

Dlatego nie będę pisać o WOŚP, choć nie ukrywam, że jutro na pewno włączę się w tę akcję, dorzucając od siebie kilka groszy i kilka ciepłych słów dla (zapewne zmarzniętych) wolontariuszy. Napiszę o czymś innym. Bez zbędnych komentarzy. Do przemyślenia.

Łatwo jest oceniać ludzi. Łatwo jest wywlekać takie fakty z ich przeszłości, które świadczą o tym, że są złymi ludźmi, a więc ich słowa, pomysły, działania automatycznie powinny zostać potępione. Tak stało się kilka dni temu, gdy na facebookowym profilu Chrześcijańskiej Mamy grafikę ze słowami Meryl Streep: "Minuta, w której zaczynasz myśleć, jak odbierają cię inni, jest minutą, w której przestajesz być sobą". Dowiedziałam się wtedy, że aktorka była obecna na imprezie organizowanej przez Planned Parenthood. No i oczywiście - jestem przeciwniczką aborcji! Nie popieram działalności ani Planned Parenthood, ani żadnej innej organizacji tego typu. Ale znowu - to nie o tym chcę pisać. Tylko o ocenianiu. O tej wszechwiedzy, która pojawia się w nas, gdy widzimy zachowanie innych i wyrokujemy: na stos!...

To zabrzmi mocno, ale nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była Meryl Streep. Gdybym urodziła się na innym kontynencie, w innej rodzinie, jako wyznawca innej religii. Gdyby mój narzeczony - jak narzeczony Meryl Streep - zmarł na raka. Gdybym gdzieś po drodze zgubiła Pana Boga. Nie wiem, jakich wyborów bym dokonywała. Lepszych niż ci, których mam pokusę oceniać? Daj Panie Boże! A jeśli gorszych?...

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym przyszła na świat w niepełnej rodzinie. Gdyby mój bunt nastolatka przybrał mniej grzeczną formę, niż to się stało w moim przypadku. Gdybym mieszkała w jakiejś wiosce na końcu świata albo pośrodku miejskiej pustyni. Gdybym była dzieckiem patologicznie zaniedbanym albo otoczonym patologiczną nadopiekuńczością.

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była tym młodym gościem na Woodstoku, który po prostu przyjechał posłuchać tam dobrej muzyki. Albo tym, który upił się w sztok i bełkotał do kamery. Albo wykrzykiwał swój bunt, przyzwyczajony do tego, że gdy mówi szeptem, nikt go nie słyszy. Więc krzyczy: głosem, zachowaniem, ubiorem. Nie wiem.

A Ty - wiesz?
Jesteś tego pewna?