poniedziałek, 31 grudnia 2018

brać z życia mniejszą łyżką

"Brać z życia mniejszą łyżką" - przeczytałam to zdanie w jednym z wywiadów na temat życia na kredyt i od razu bardzo mi się spodobało. Na co dzień jesteśmy przyzwyczajeni do innego podejścia. Z życia trzeba czerpać pełnymi garściami, a miarą szczęścia staje się ilość doświadczeń - podróży, spotkań ze sławnymi ludźmi i nadzwyczajnych przeżyć (i chyba często w podobny sposób traktujemy również przeżywanie naszej wiary).

Słysząc ostatnio w radio reklamy środków likwidujących skutki przejedzenia i pozwalających uniknąć kaca, pomyślałam, że bardzo komplikujemy sobie życie! Bo najprostszą metodą na uniknięcie złego samopoczucia po hucznej imprezie jest wypicie tyle, żeby fajnie się bawić, a jednocześnie dobrze trzymać się na nogach. Proste i trudne, czego pewnie większość z nas doświadczyła przynajmniej raz w życiu. I nie wiem, czy mamy szansę na łatwą zmianę nawyków tego typu, skoro nawet tak banalne "święto" jak Tłusty Czwartek wiąże się zazwyczaj z licytowaniem się, kto zjadł więcej pączków. Zauważyliście, jak mało osób mówi wtedy o ich smaku?...

Pomyślałam ostatnio, że życie smakuje lepiej, gdy bierze się z niego "mniejszą łyżką". Ale niemodne słowo "wstrzemięźliwość" nie ma siły przebicia. Stało się synonimem frajerstwa albo świadomie wybieranego unieszczęśliwiania się. Kiedy rozmawiałam o tym z moim mężem, zwrócił moją uwagę na to, że w tym wszystkim nie chodzi o posiadanie nadmiaru, chodzi po prostu o przyjemność. Tylko że owszem, wszystko jest dla ludzi, ale jedynie w określonej ilości. Nadmiar zawsze szkodzi, a jednak jest w nas coś takiego (i piszę również o sobie!) co sprawia, że chcemy na zapas, na wszelki wypadek i trochę więcej niż trzeba. Bo chwile przyjemności są ulotne i krótkie, a chciałoby się je za wszelką cenę przedłużyć. Więc jeszcze jeden pączuś. Jeszcze na drugą nóżkę. A co tam, raz się żyje...

Nie wiem, czy to z przekory, ale w nadchodzącym roku chcę MNIEJ. Mniej kupować i mniej marnować. Mniej czasu zapychać korzystaniem z internetu. Mniej gonić i skrócić listę tego, co koniecznie muszę zrobić, by pozwolić sobie w końcu na wewnętrzny luz.

Bardziej BYĆ. Wiem, to takie chwytliwe hasło za którym nie wiadomo, co się kryje. Dla mnie oznaczało to ostatnio więcej słuchania siebie. I leniwe wieczory z słuchawkami w uszach i kubkiem herbaty w ręku, z gapieniem się na choinkowe światełka i poczuciem, że w sumie to niewiele mi potrzeba do szczęścia. Nie muszę za nim gonić, nie muszę temu szczęściu stawiać poprzeczki bardzo wysoko, jeszcze wyżej niż w zeszłym roku. A nadchodzący rok wcale nie musi być witany głośniejszymi fajerwerkami niż 365 dni temu.



Ja w tym roku chcę nauczyć się chcieć MNIEJ i chcieć MĄDRZEJ.  Na dobry początek. Reszta przyjdzie powoli, w tempie jakie podyktuja nie moje przekonania o tym co muszę i co wypada, ale prawdziwe pragnienia. I to jest właśnie to "więcej", którego chcę w nadchodzącym roku - więcej odkrywania tego, co noszę w sobie. Bo to tam jest przepis na moje prawdziwe szczęście, takie za jakim nie trzeba gonić.

Takiego właśnie Nowego Roku chcę Wam dzisiaj życzyć - szczęśliwego. Prawdziwie.

źródło grafiki: https://pl.pinterest.com/annam3330/

piątek, 28 grudnia 2018

Punkt podparcia

Dla niektórych to niezrozumiałe albo śmieszne - bo pierwszy dzień stycznia to dzień jak każdy inny, a dobre postanowienia rzadko niosą ze sobą konkretną zmianę. A jednak nie umiem inaczej - nie umiem udawać, że koniec roku to nic nadzwyczajnego. Przecież przewracam ostatnią kartę w kalendarzu. Przecież zmienia się zapisywana przeze mnie data, choć przez najbliższe dni będę się jeszcze mylić i pisać uparcie"2018". Przecież patrzę z nadzieją nie tylko w przyszłość, ale i za okno, bo dzień zaczyna się wydłużać i ...byle do wiosny.

Tylko ode mnie zależy, czy w najbliższych dniach zapełnię karty notatnika nierealnymi postanowieniami, których nie mam szansy zrealizować, czy też po prostu spojrzę na miniony czas i na siebie z miłością. Bo to miłość ma szansę podpowiedzieć mi, co mogę zmieniać w sobie, by moje życie stawało się nie tyle bardziej doskonałe, co wypełnione coraz większą wolnością.

Mam wrażenie, że niekiedy moje próby naprawienia swoje życia wyglądają tak:



Naprawianie życia razem z Bogiem nie oznacza jednak, że najpierw muszę odprawić jakiś tajemny rytuał, odmówić pięć litanii, dwie koronki i przejść na kolanach trasę szlakiem znanych sanktuariów. Powiedzenie Mu: "Zdaję się na Ciebie, działaj według własnego planu" nie oznacza też, że nagle spadnie na nas grad nieszczęść i przeciwności, przez które On będzie chciał nas zahartować i sprawdzić naszą wiarę i wytrwałość. Bo On naprawdę nie jest kimś, kto chciałby ukraść nasze szczęście. Jest za to kimś, kto widzi i wie więcej. I gdy mówi: "Przyjdź do mnie, gdy jesteś utrudzony i umierasz ze zmęczenia, a ja dam Ci wytchnienie i prawdziwe życie" (por. Mt 11,28) to mówi szczerze. To nie podstęp, nie tani chwyt marketingowy z dopiskiem drobnym druczkiem, ale zaproszenie.

Doświadczenia ostatnich kilku tygodni pokazują mi, że warto zapytać Jego o to, od czego zacząć porządkowanie swojego życia. Mnie często kusi, żeby naprawiać wszystko na raz albo przynajmniej zacząć od tego, co największe, najtrudniejsze albo co mi najbardziej zawadza. I czasem właśnie tak robię. I czasem nawet coś się zmienia, a ja czuję jak bardzo - oooooj jak bardzo - musiałam się natrudzić i napracować. I biorę się za kolejną rzecz, a potem wracam do tego, co na jakiś czas zostawiłam odłogiem. Kręcę się tak w kółko, dźwigając na swoich barkach coraz większy ciężar...

Pamiętacie Archimedesa? "Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię" - miał powiedzieć, próbując wyjaśnić działanie dźwigni. Bo przecież jeśli w odpowiedni sposób zastosuje się dźwignię odpowiedniej długości, można unieść ogromny ciężar z zastosowaniem stosunkowo niewielkiej siły. Trzeba tylko wiedzieć, jak to zrobić...

W ciągu ostatnich tygodni przekonałam się, że czasem taką właśnie podpowiedź daje mi Pan Bóg: podpowiada, od czego zacząć. Bo czasem jest tak, że jedna zmiana pociąga za sobą kolejne, jedna dobra decyzja prowadzi do zupełnie innego spojrzenia na świat i siebie. To z kolei rodzi nowe pragnienia - autentyczne i pełne mocy. A że "dla chcącego nic trudnego", siła pragnień staje się motorem napędowym do kolejnych zmian. I czasem są tak zmiany tak duże, że porusza się Ziemia - albo przynajmniej trochę zmienia się nasz świat...

W jaki sposób to zrobić? Od czego zacząć? 

Nie wiem. Ale On to wie. Dlatego dzisiaj na zakończenie proponuję Ci nie puentę, lecz nowy początek. Proponuję spotkanie z Jego Słowem. Jeśli chcesz, zapraszam Cię do modlitwy - do spojrzenia wraz z Jezusem na miniony rok i pełnego odwagi spoglądania w przyszłość.

(Łk 2,16-21)
Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie [Matki].

Zanim rozpoczniesz modlitwę, skup się na tym, gdzie jesteś i z Kim za chwilę będziesz rozmawiać. Wycisz się, postaraj skupić się na Jezusie.

Zacznij od znaku krzyża świętego.

Proś Jezusa, aby wszystko, co będzie działo się w czasie medytacji (twoje uczucia, wspomnienia, zamiary i decyzje) prowadziło cię do Niego. Proś, by On sam prowadził tę modlitwę.

Przeczytaj jeszcze raz tekst Ewangelii. Zanim wejdziesz w rozważanie konkretnych treści, które cię poruszają, zatrzymaj się przez chwilę w Betlejem.  Daj sobie chwilę na to, by patrzeć na Świętą Rodzinę i zwróć uwagę na uczucia, jakie się w tobie pojawiają.

W tej modlitwie proś szczególnie o mądrość i podejmowanie dobrych decyzji 

1. „Nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki.” Boży plan wypełnia się w każdym szczególe, a po narodzinach w mieście Dawida, Dziecko otrzymuje imię, jakie zostało dla Niego wybrane jeszcze przed narodzeniem. Podobnie jest z Tobą. W Bożym zamyśle istniałeś od zawsze, od zawsze też Bóg z czułością i miłością wypowiadał Twoje imię. Spróbuj usłyszeć Jego głos, gdy zwraca się do Ciebie po imieniu.
Być może też wiele razy słyszałeś o tym, że jesteś częścią Bożego planu i że On ma najlepszy pomysł na Twoje życie. Spróbuj spojrzeć na te słowa nie jak na slogan i znane hasło ewangelizacyjne, ale jak na coś, co dotyczy konkretnych sytuacji Twojego życia. Może ubiegły rok przyniósł doświadczenia, których na początku nie rozumiałeś, ale które z czasem doprowadziły do większego dobra? Może Bóg w jakiś sposób zaskoczył Cię swoim prowadzeniem, pokazał że w życiu chrześcijanina nie ma przypadków? Proś Go, by pokazywał Ci, w jaki sposób troszczył się o Ciebie i prowadził Cię w ostatnim czasie i uciesz się tym.

2. „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.” Wyobraź sobie, jak wyglądał w życiu Maryi ten rok, w którym urodziła Jezusa. Jej życie zmieniło się w tak niesamowity sposób w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Maryja prowadziła bardzo zwyczajne życie, a potem nagle zaczęła uczestniczyć w wydarzeniach, których nie była w stanie pojąć. Jej reakcją była modlitwa, rozważanie tych spraw w swoim sercu, nie tylko po to, by po ludzku zrozumieć co się dzieje, lecz by spojrzeć na to z Bożej perspektywy. Taka postawa przygotowała ją do tego, by wiele lat później pójść drogą wiodącą na Golgotę, w absolutnej wierności Bożej woli.
Na początku nowego roku masz być może swoje plany i postanowienia. Opowiedz teraz o nich Jezusowi, a potem zapytaj, w jaki sposób On patrzy na to, co przed Tobą. Zapytaj, jakie są Jego plany i pragnienia.

Na koniec porozmawiaj z Jezusem o tym, co pojawiało się w Twoim sercu w czasie tej modlitwy.


Zakończ odmawiając „Ojcze nasz”.