niedziela, 18 listopada 2018

Przywilej.

Kiedyś może zobaczę ten Mount Everest, tak jak wymarzyłam. Tak, może kiedyś będzie szansa. I w sumie chyba myślę o tym tylko dlatego, że w Everest Base Camp jest teraz znajomy z liceum, a ja klikam "lubię to" zastanawiają się, dlaczego nie ma takiego oznaczenia jak "zazdroszczę". Chociaż gdyby była taka możliwość, czy na pewno przyznałabym się do tej zazdrości? Matce przecież nie wypada...

A jednak zazdroszczę czasem. Dalekich podróży, bo nam udało się wyskoczyć tylko na spacer do lasu. I wolnego czasu który można w tak konstruktywny sposób wykorzystać. Ja dzisiaj lukrowałam chatkę z piernika. Dzieci w tym czasie lukrowały stół, łokcie i ogon psa. A kolorowa cukrowa posypka rozsypana na podłodze sprawiła, że czułam się jak fakir! I nie cierpię tego, nie cierpię strasznie, gdy do skarpetek przykleją mi się małe drobinki. Choć jeśli mam być szczera, do skarpetek przykleja mi się ostatnio wiele rzeczy, bo nie wiem czy wspominałam, ale mamy szczeniaczka... Możecie sobie wyobrazić ;)

Oto więc moje wyzwania: godzenie pracy z prowadzeniem domu i prowadzenie domu tak, by nie było to tylko kolejne zadanie na liście obowiązków, lecz coś, co robię z sercem. Całą sobą. Dlatego te pierniczki już w listopadzie, bo listopadowa szaruga wręcz woła o ciepło i zapach cynamonu w domu. A że trzeba sprzątać? No cóż, to i tak neverending story, tak samo jak parowanie skarpetek, które zawsze są nie do pary. Matczyne wyzwania. Małe troski i małe radości. Takie zwyczajne. Zmieniające tylko niewielki kawałek świata, podczas gdy ja miałam zawsze apetyt na więcej! I mam wrażenie, że taki apetyt jest w każdej z nas.

Fajnie przecież robić coś nadzwyczajnego: organizować wielkie akcje ewangelizacyjne czy na dużą skalę  pomagać ubogim albo dzieciom z domu dziecka. Działać z rozmachem, nie dla rozgłosu, lecz żeby spojrzeć na owoce swojej pracy i z radością zauważyć: "No tak, plon stokrotny! Znowu. Wspaniale".

A u mnie znowu mizerny. Albo nie ma go wcale. U mnie znowu ziarenko ledwo kiełkuje, a zamiast tłumu głodnych, których mogłam nakarmić czy chorych, którzy doświadczyli uzdrowienia, jest stos prania i góra brudnych naczyń. Góra wyższa niż Mount Everest, bo nie do przeskoczenia przecież.

A jednak paradoksalnie czuję w sercu radość. No może poza tymi momentami w których wiecie... ta posypka i skarpetki, brrr. Ale na co dzień jest we mnie ogromna wdzięczność.

Bo dla innych nic z tym nadzwyczajnego, a ja czuję że mam ogromny przywilej patrzeć na to, jak dorastają moje dzieci. Jak z kruszynek, które nosiłam na rękach stają się niemowlakami, brzdącami, przedszkolakami. Jak dorastają i jak pięknieją. Bo czasem jest tak, że widok górskich szczytów zapiera dech w piersiach. Ale na co dzień taki sam zachwyt - a może większy, głębszy, dający ogromny pokój, zdarza się, gdy patrzę w te roześmiane oczy i słucham chichotania nad poranną jajecznicą. O tym stosunkowo rzadko się mówi, gdy opisuje się rodzicielstwo. Dużo częściej słyszę słowa "wyrzeczenie", "zmiana", "wyzwanie". I to jest prawda, oczywiście, ale prawda niepełna. To tylko część spojrzenia na przygodę bycia mamą i tatą.



Może generalizuję, ale współczesny świat chyba boi się życia. Tak dosłownie. Słyszę czasem, że dziecko przeszkadza w rozwoju zawodowym (swoją drogą, nie zauważyłam) czy wyklucza podróżowanie (no chyba że jest się tak wyrodną matką jak ja i pcha się w Tatry z półtoraroczniakiem i trzylatką). Ogranicza i utrudnia. I tylu wyzwań nie można podjąć, tylu pożytecznych rzeczy zrobić dla społeczeństwa czy dla siebie, dla samorozwoju. Nie macie wrażenia, że właśnie taki komunikat sączy się czasem bardzo dyskretnie w nasze uszy?

Rozmawiałam dziś chwilkę z Martą, mamą trójki. Edit: mamą trójki od tygodnia, co oznacza gromadkę małych dzieci domagających się uwagi i - jak się domyślam - niewyspanie i zmęczenie. Co odpowiedziała na pytanie, jak u niej?

"Jest pięknie! Bycie mamą trójki uczy tego, żeby nie liczyć, ile było pobudek w nocy i ile razy w ciągu dnia karmię. Czuję taką wolność!"

A ja tylko się uśmiechnęłam. Bo są takie szczyty, za których zdobycie nie otrzymamy żadnego medalu. Są wyzwania, które nie zachwycą nikogo oprócz nas i oprócz Tego, który zdecydował się przyjść na świat jako zwyczajne, bezbronne Dziecko. I są wysiłki, które w naszych oczach nie przynoszą żadnych owoców. Za to w oczach Boga, który ceni wierność w małych rzeczach, to coś więcej niż plon stokrotny. To nieskończoność, bo jak inaczej zmierzyć miłość?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz