piątek, 30 listopada 2018

Adwentowe zasłuchanie....


Adwent na bogato! Tak pomyślałam, przeglądając przeróżne propozycje na ten czas. Chciałam je dla Was zebrać w jednym miejscu, zapraszając do wybrania tego, co podpowiada Wam serce. O moim sercu też dziś będzie trochę, ale nieco później... :)


Tymczasem - kilka propozycji pogrupowanych tematycznie.

Dzieci:

- Na stronie  Spotkanie z Chrystusem znajdziecie w Adwencie propozycję zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, w tym intrygująco brzmiący cykl: "Szkoła rodzenia z Józefem i Maryją" oraz bajki z Serduszkiem Stefankiem w roli głównej. Myślę że warto regularnie zaglądać na profil na FB i wybrać coś dla siebie.

- Kasia Marcinkowska przygotowała podobnie jak w zeszłym roku adwentową propozycję dla dzieci i ich rodzin - uRodziny Jezusa. Jest to program na każdy dzień i zaproszenie do poznawania historii od stworzenia świata do narodzin Jezusa. Pomagają w tym naklejki, czyli coś, co dzieci uwielbiają :)

- Jeśli chcielibyście skorzystać z nagrań o tematyce związanej z Adwentem, zapraszam na stronę Modlitwy w drodze. Nagrania pochodzą wprawdzie z zeszłego roku, ale są jak najbardziej aktualne forever :) może więc komuś przyda się powtórka? :) Adwentowy Kącik dla dzieci znajduje się tu - klik.

- Adwentownik to kolejna propozycja dla dzieci i ich rodzin. Wygodny format, przejrzystość i piękna szata graficzna to jego niewątpliwe atuty - dla mnie ważna jest też prostota. Popatrzcie sami:



Założę się, że oprócz ciekawostek i postanowień, atrakcją dla moich dzieci będzie samo przekładanie kolejnej strony i odliczanie czasu do Wigilii... i chyba własnie o to chodzi, prawda? :)


- Jeszcze jedną propozycją na ten czas (choć nie tylko) jest książka Wydawnictwa Zacheusz - Bóg na Jaśminowej. Mam przyjemność być patronem prasowym tej książeczki i szczerze polecam ją wszystkim, którzy chcieliby w prosty sposób zapoznać dzieci z kerygmatem.




Mamy (i nie tylko):


- "Weź mnie za rękę, pobiegnijmy" to adwentowa propozycja Sióstr od Aniołów



Jeśli macie ochotę zagłębić się w Pieśń nad Pieśniami, to śmiało zaglądajcie na stronę Sióstr :) "Będziemy spotykać Boga Żywego, obecnego zarówno w Oblubieńcu jak i w Oblubienicy. 
W tym Adwencie spróbujmy przeczytać całą Pieśń nad pieśniami, niezależnie od wprowadzeń. Możemy sięgać do w różnych tłumaczeń, wydań, bo każde z nich wnosi świeży powiew Ducha. Na czas Adwentu przenieśmy się sercem do Ziemi Obiecanej, wykorzystując wszelkie dostępne nam środki – zdjęcia, filmy, muzykę, zapachy..." Brzmi obiecująco, prawda? :)


- Agnieszka ze strony Domowe Zawirowania zaprasza na Święta Pełne Spokoju. Na swojej stronie pisze: "Kiedy byłam już bardzo zmęczona tym, że jest coraz mniej bliskości i radości w naszym domu, podjęłam desperacką próbę: zrobię coś z tym sama albo będę żyła w ciągłej frustracji i poczuciu samotności. Odnalazłam wtedy klucz do przemiany: powrót do mojego SERCA." 

- Na stronie Dom dobre miejsce znajdziecie kolejną propozycję - adwentową ścieżkę rozwoju dla mam. Autorka zachęca do refleksji i ćwiczeń, mających na celu rozwój relacji z Bogiem, sobą i bliźnimi. 

MamySię to z kolei kalendarz adwentowy dla singli i narzeczonych. Na stronie znajduje się plik do pobrania oraz zachęta do przeżycia adwentowego oczekiwania ze Słowem Bożym :)

- Adwent z Maryją proponuje  uBOGAcONA - Kasia zaprasza nas do wsłuchania się w słowa Maryi. Powiem szczerze, że to bardzo współgra z tym, co sama noszę w sercu, będę więc pewnie do Kasi zaglądać. I zasłuchiwać się :)

Ja

No właśnie - jakie są moje plany? Na pewno w przeżywaniu Adwentu pomoże nam wspomniany już Adwentownik oraz Kalendarz Adwentowy przygotowany przez Parenti. Bardzo podoba mi się pomysł - bo jest prosty i skupia na Słowie. Każdy dzień to fragment czytań i zadanie albo postanowienie adwentowe. Do tego piękne zdjęcia :)






Bardzo serdecznie zapraszam Was również do Internetowego Domu Rekolekcyjnego na rekolekcje adwentowe w nieco innej formie: "Będziemy towarzyszyć trzem Siostrom: Wierze, Nadziei i Miłości. Są one niezawodnymi przewodniczkami, z nimi niepodobna zbłądzić.
Te Siostry, wśród których największa jest Miłość, zawsze idą razem. Próba rozdzielenia ich sprawia, żeznikają wszystkie. Drogą, po której kroczą jest wolność, dlatego i my zapraszamy do przejścia drogi rekolekcji, w czasie których będzie mało treści i wiele wolności." Te rekolekcje na pewno pochłoną najwięcej mojej uwagi i serca, będę miała bowiem w nich swój mały wkład, z czego bardzo się cieszę.... :)



Jezus.


W natłoku informacji może umknąć to, co najważniejsze - że nawet najbardziej pobożne słowa nie mają prowadzić tylko do jeszcze bardziej pobożnych słów. I że w tym wszystkim nie chodzi ani o uniesienia serca, ani o wielkie emocje, ani o wypełnienie wszystkich adwentowych postanowień. Cokolwiek będzie się działo w tym czasie, ma nas prowadzić do Niego. Tylko tyle. I aż tyle...

Łatwo o Nim zapomnieć nie tylko w przedświątecznym zamieszaniu, ale nawet w bardzo pobożnych działaniach... Szczerze mówiąc, sama się ostatnio właśnie tak trochę pogubiłam. Pomógł mi bardzo niespodziewanie Babilon i fragment Apokalipsy, od którego lektury pewnie uciekłabym, gdyby nie rozważanie zaproponowane z Internetowego Domu Rekolekcyjnego:

...I głosu harfiarzy, śpiewaków, fletnistów, trębaczy już w tobie się nie usłyszy. I żadnego mistrza jakiejkolwiek sztuki już w tobie nie odnajdą. I terkotu żaren już w tobie nie będzie słychać. I światło lampy już w tobie nie rozbłyśnie. I głosu oblubieńca i oblubienicy już w tobie się nie usłyszy... 

Znacie taki stan? Gdy brakuje Życia w życiu?... No właśnie. Czasem tak właśnie jest...

Może dlatego w tym roku w adwencie wybieram ciszę. Wybieram ją również tutaj, w sieci. Na Facebooku będą pojawiać się zaplanowane wcześniej grafiki i trochę muzyki (pięknej :) ) którą będę chciała się z Wami w tym czasie podzielić. Poza tym zamierzam jednak zrobić trochę więcej przestrzeni Życiu. Tak aby ożyła w moim sercu muzyka i pieśń uwielbienia, by rozbłysło Jego światło, by miłość przemówiła swoim głosem... Pewnie pojawię się tuż przed Wigilią by złożyć Wam życzenia i odgruzować sekcję powiadomień na FB ;) do tego czasu jednak zapraszam do kontaktu mailowego: chrzescijanskamama@gmail.com.

A kto chciałby doświadczyć, że nie zawsze Boże Narodzenie kończy się stwierdzeniem "święta, święta i po świętach", tego zapraszam na Spotkanie Kobiet 27.12 - w kameralnym kobiecym gronie. Szczegóły na stronie wydarzenia  FB i w kontakcie mailowym :)

Pięknego oczekiwania dla Was! :)



niedziela, 18 listopada 2018

Przywilej.

Kiedyś może zobaczę ten Mount Everest, tak jak wymarzyłam. Tak, może kiedyś będzie szansa. I w sumie chyba myślę o tym tylko dlatego, że w Everest Base Camp jest teraz znajomy z liceum, a ja klikam "lubię to" zastanawiają się, dlaczego nie ma takiego oznaczenia jak "zazdroszczę". Chociaż gdyby była taka możliwość, czy na pewno przyznałabym się do tej zazdrości? Matce przecież nie wypada...

A jednak zazdroszczę czasem. Dalekich podróży, bo nam udało się wyskoczyć tylko na spacer do lasu. I wolnego czasu który można w tak konstruktywny sposób wykorzystać. Ja dzisiaj lukrowałam chatkę z piernika. Dzieci w tym czasie lukrowały stół, łokcie i ogon psa. A kolorowa cukrowa posypka rozsypana na podłodze sprawiła, że czułam się jak fakir! I nie cierpię tego, nie cierpię strasznie, gdy do skarpetek przykleją mi się małe drobinki. Choć jeśli mam być szczera, do skarpetek przykleja mi się ostatnio wiele rzeczy, bo nie wiem czy wspominałam, ale mamy szczeniaczka... Możecie sobie wyobrazić ;)

Oto więc moje wyzwania: godzenie pracy z prowadzeniem domu i prowadzenie domu tak, by nie było to tylko kolejne zadanie na liście obowiązków, lecz coś, co robię z sercem. Całą sobą. Dlatego te pierniczki już w listopadzie, bo listopadowa szaruga wręcz woła o ciepło i zapach cynamonu w domu. A że trzeba sprzątać? No cóż, to i tak neverending story, tak samo jak parowanie skarpetek, które zawsze są nie do pary. Matczyne wyzwania. Małe troski i małe radości. Takie zwyczajne. Zmieniające tylko niewielki kawałek świata, podczas gdy ja miałam zawsze apetyt na więcej! I mam wrażenie, że taki apetyt jest w każdej z nas.

Fajnie przecież robić coś nadzwyczajnego: organizować wielkie akcje ewangelizacyjne czy na dużą skalę  pomagać ubogim albo dzieciom z domu dziecka. Działać z rozmachem, nie dla rozgłosu, lecz żeby spojrzeć na owoce swojej pracy i z radością zauważyć: "No tak, plon stokrotny! Znowu. Wspaniale".

A u mnie znowu mizerny. Albo nie ma go wcale. U mnie znowu ziarenko ledwo kiełkuje, a zamiast tłumu głodnych, których mogłam nakarmić czy chorych, którzy doświadczyli uzdrowienia, jest stos prania i góra brudnych naczyń. Góra wyższa niż Mount Everest, bo nie do przeskoczenia przecież.

A jednak paradoksalnie czuję w sercu radość. No może poza tymi momentami w których wiecie... ta posypka i skarpetki, brrr. Ale na co dzień jest we mnie ogromna wdzięczność.

Bo dla innych nic z tym nadzwyczajnego, a ja czuję że mam ogromny przywilej patrzeć na to, jak dorastają moje dzieci. Jak z kruszynek, które nosiłam na rękach stają się niemowlakami, brzdącami, przedszkolakami. Jak dorastają i jak pięknieją. Bo czasem jest tak, że widok górskich szczytów zapiera dech w piersiach. Ale na co dzień taki sam zachwyt - a może większy, głębszy, dający ogromny pokój, zdarza się, gdy patrzę w te roześmiane oczy i słucham chichotania nad poranną jajecznicą. O tym stosunkowo rzadko się mówi, gdy opisuje się rodzicielstwo. Dużo częściej słyszę słowa "wyrzeczenie", "zmiana", "wyzwanie". I to jest prawda, oczywiście, ale prawda niepełna. To tylko część spojrzenia na przygodę bycia mamą i tatą.



Może generalizuję, ale współczesny świat chyba boi się życia. Tak dosłownie. Słyszę czasem, że dziecko przeszkadza w rozwoju zawodowym (swoją drogą, nie zauważyłam) czy wyklucza podróżowanie (no chyba że jest się tak wyrodną matką jak ja i pcha się w Tatry z półtoraroczniakiem i trzylatką). Ogranicza i utrudnia. I tylu wyzwań nie można podjąć, tylu pożytecznych rzeczy zrobić dla społeczeństwa czy dla siebie, dla samorozwoju. Nie macie wrażenia, że właśnie taki komunikat sączy się czasem bardzo dyskretnie w nasze uszy?

Rozmawiałam dziś chwilkę z Martą, mamą trójki. Edit: mamą trójki od tygodnia, co oznacza gromadkę małych dzieci domagających się uwagi i - jak się domyślam - niewyspanie i zmęczenie. Co odpowiedziała na pytanie, jak u niej?

"Jest pięknie! Bycie mamą trójki uczy tego, żeby nie liczyć, ile było pobudek w nocy i ile razy w ciągu dnia karmię. Czuję taką wolność!"

A ja tylko się uśmiechnęłam. Bo są takie szczyty, za których zdobycie nie otrzymamy żadnego medalu. Są wyzwania, które nie zachwycą nikogo oprócz nas i oprócz Tego, który zdecydował się przyjść na świat jako zwyczajne, bezbronne Dziecko. I są wysiłki, które w naszych oczach nie przynoszą żadnych owoców. Za to w oczach Boga, który ceni wierność w małych rzeczach, to coś więcej niż plon stokrotny. To nieskończoność, bo jak inaczej zmierzyć miłość?

piątek, 16 listopada 2018

Księżniczka czy królewna?


Czekoladowe góry, drzewa z waty cukrowej i różowe chmurki na błękitnym niebie - tak niekiedy wyglądają dziecięce sny. Są w nich pałace pełne księżniczek i dzielnych rycerzy. Są też niekiedy duszne ciemności, potwory i czyhające na każdym kroku zasadzki. Po jakimś czasie opuszczamy dziecięcy pokój, ale tak naprawdę - czy nie zabieramy ze sobą jakiejś części dziecięcych snów? Nadziei na szczęśliwe zakończenia? I lęków, które nie umiemy ubrać w słowa?

Ja dzisiaj chciałabym przypomnieć sobie jeden z dziecięcych snów - ten o księżniczce i księciu na białym koniu. Chciałabym pójść w nim krok dalej niż wtedy, gdy miałam pięć czy dziesięć lat. Chciałabym mniej skupić się na księciu z bajki, a bardziej - na kobiecie, którą wciąż w sobie odkrywam.

Jak mała dziewczynka

Kiedy ostatnio zostałam potraktowana w niesprawiedliwy sposób, poczułam jak narasta we mnie gniew. Pozwoliłam sobie nazwać wprost to wszystko, co mnie bolało: brak szacunku, lekceważenie i arogancję. Zaraz potem jednak miałam ochotę tupać nogami, krzyczeć ze złości i szukać odwetu. Ja nie tylko czułam się skrzywdzona. Ja chciałam wykrzyczeć całemu światu, że ktoś się względem mnie pomylił. Chciałam udowodnić, że jest inaczej - że jestem godna szacunku. I że mam rację.

Po chwili jednak uświadomiłam sobie, że choć chcę dawać sobie prawo do odczuwania emocji, również tych trudnych, nie chcę reagować na nie tak, jak mała rozzłoszczona dziewczynka. W sytuacji, w której uderza we mnie zło - czyjeś działania albo złe słowo - mam prawo się bronić, ale nie muszę krzyczeć i bić się z każdym, kto kwestionuje moje zdanie. Mogę wyrażać siebie, a jednocześnie nie pozwalać, by to, na co nie mam wpływu (jak zachowanie czy opinia innych ludzi o mnie) działało na mnie niszcząco, przytłaczało mnie i pozbawiało radości.

Księżniczka czy królewna?
Królewna, jestem pewna.

Bajki mówią, że księżniczka czeka na księcia, który przyjedzie do niej na białym rumaku i zabierze ją w do krainy “żyli długo i szczęśliwie”. Ja coraz częściej przekonuję się, że czekanie na księcia z bajki nie przynosi niczego dobrego. I uwaga - absolutnie nie odnoszę się tutaj do głębokich relacji i związków. Piszę to jako szczęśliwa mężatka z kilkunastoletnim stażem. I jako mężatka jestem tym bardziej przekonana, że nie mogę uzależniać mojego szczęścia od nikogo i niczego z zewnątrz. Muszę odkryć je w sobie, jakkolwiek banalnie to brzmi. Muszę w sobie odkryć to, kim jestem. Muszę dostrzec, że jestem...królową.

Nie potrzebuję do tego księcia z bajki. Może trudno to przyjąć, ale do odkrycia w sobie królowej - kobiety pełnej godności, piękna, pełnej dobra i troski o siebie oraz innych - nie potrzebuję słów z zewnątrz. Nie potrzebuję pochwał, dowodów uznania, komplementów. One są miłe, owszem. Ale biada temu, kto od nich uzależni poczucie swojej wartości. Biada temu, kto na nich będzie chciał budować życie. Jeśli tak się stanie, utkwi na wieki w najwyższej, najbardziej samotnej wieży świata, wypatrując księcia z bajki. A potem kolejnego. A potem jeszcze jedno, by ostatecznie utwierdzić się w przekonaniu, że jest coś wart. Że jest wart uwagi, zainteresowania i miłości.

Aby poczuć się jak prawdziwa królowa nie potrzebuję też korony. Zbędna jest nawet odpowiednio królewska kreacja. To nie sukienka i nie pantofelki - nawet tak piękne jak te od Kopciuszka - dodają nam godności.

Aby poczuć się królową, muszę najpierw doświadczyć tego, że jestem księżniczką. Że mam Ojca, który jest Królem. Że płynie we mnie Jego Krew i że mam Jego wsparcie. Bo to od Niego mogę się uczyć - najpierw sposobu, w jaki patrzę na siebie. Potem sposobu, w jaki patrzę na świat i drugiego człowieka. Później z kolei - reakcji w sytuacjach, gdy świat i inni próbują mi wmówić, że jestem kimś innym, niż to czuję.



Moja siła jest w świadomości bycia ukochaną przez Kogoś, do kogo należy wszystko. Przy Nim mogę pozwolić sobie na chwile słabości. Nie muszę wiedzieć wszystkiego, bo tylko On jest wszechwiedzący. Nie muszę się na wszystkim znać i mam prawo popełniać błędy - bo On mi mówi, że to moje potknięcia nie definiują tego, kim jestem. To On to robi, mówiąc mi, że jestem jego Córką. Królewskim dzieckiem. Małą księżniczką, która może czuć się jak królowa - pełna godności, piękna, pełna dobra i troski o siebie oraz innych.





środa, 7 listopada 2018

Jeśli nic nie idzie dobrze, zadzwoń do babci.


Przyszłam na świat w stanie wojennym, niemal rok po tej smutnej niedzieli, która w pamięci dzieci zapisała brakiem “Teleranka”. Przyszłam na świat w momencie, kiedy na półkach sklepowych dostępny był tylko ocet. Brakowało wszystkiego. Przynajmniej tak ogólnie, bo tak naprawdę mi nie brakowało niczego. I to zasługa nie tylko moich Rodziców, ale też Dziadków, którzy od początku się o mnie troszczyli...

Pierwsze wspomnienia są jak chwilowe przebłyski. Babcia biegnąca za mną z wodą w czasie procesji Bożego Ciała, gdy jako kilkuletni szkrab sypałam kwiatki w czerwcowym upale. Dziadek, który chlapie się ze mną nad jeziorem, oswajając mnie z wodą. Ta lista jest długa, bo miałam to ogromne szczęście, że spędziłam i spędzam z moimi Dziadkami sporo czasu.

Z Dziadkiem jeszcze kilka lat temu szusowałam na nartach. Z Babcią odkrywałam zarówno tradycyjne, jak i nowe smaki w kuchni. Dzięki obojgu uwierzyłam w to, że zawsze trzeba próbować nowych rzeczy. Dziadek, który w tym roku skończył 80 lat, przesyła mi na maila pliki, które ma w chmurze (tak! dobrze czytacie!). A Babcia była pierwszą osobą, która zaserwowała mi sushi. Uczę się od nich tego, że uczymy się przez całe życie. I że prawdziwie młody jest ten, kto jest otwarty na nowe doświadczenia - niezależnie od tego, co znajduje się w jego metryce.

Jednym z najlepszych moich życiowych doświadczeń jest wakacyjna praca - właśnie u Dziadków. To tam naprawdę poczułam, że bez pracy nie ma kołaczy. Poznałam prawdziwą wartość pieniądza - o jak inaczej patrzy się na 10zł, na które trzeba zapracować niż na to, które spada nam z nieba albo wpada do portfela w ramach kieszonkowego… To lekcja na całe życie. A że razem ze mną pracował wtedy mój narzeczony, a potem mąż, jest to czas pięknych wspomnień - nie tyle beztroskich wakacji, co chwil w których można było poznawać, jak dobrze smakuje odpoczynek po solidnie wykonanej pracy. Wtedy była to tylko wakacyjna przygoda. Dzisiaj wiem, że to jedne z najcenniejszych chwil. Fantastyczne wspomnienia i czas, którego nie oddałabym za żadne skarby. Babciu, Dziadku - dziękuję!

Ciepło, miłość, troska. Pogotowie emocjonalne i infolinia dotycząca przepisów kulinarnych - można dzwonić niemalże o każdej porze dnia i nocy. Obecność i ramiona, które zawsze są otwarte, zawsze gotowe by przytulić - nieważne czy mam sześć czy trzydzieści sześć lat… Mam ogromne szczęście, że mogę tego doświadczać. I choć próbuję moją wdzięczność ubrać w słowa, wiem że nigdy nie znajdę odpowiednich… Może dlatego, że prawdziwej miłości nie da się ani wycenić, ani dobrze opisać. I chyba nie trzeba tego robić.



P.S. Dla tych, którzy chcieliby poczytać nieco więcej o dzieleniu się mądrością czasu, będzie na to szansa dzięki uprzejmości wydawnictwa WAM. Od dzisiaj do 12.11.2018 możecie dzielić się swoimi refleksjami i historiami, a do wygrania będą 3 egzemplarze fantastycznej książki:



Szczegóły na moim profilu na FB. Zapraszam.