piątek, 28 września 2018

Życie, czyli pięć spotkań.

W Nim było życie, 
a życie było światłością ludzi... (J 1,4)

To coś więcej niż słowa i coś innego niż historia, która wydarzyła się wieki temu. To rzeczywistość, której można doświadczyć, jeśli pozwoli się sobie na spotkanie. A On pokazuje, że w takich chwilach naprawdę można doświadczyć życia - niezależnie od tego, jaka trudność spędza nam sen z powiek.

1. gdy dźwigasz na swoich barkach cały świat

Są takie ciężary i troski, których się nie wybiera. Spadają jak grom z jasnego nieba. Często udaje się nawet zarzucić je sobie na plecy i brnąć do przodu. A jednak gdy idzie się przez życie nieustannie zgiętym w pół, widzi się tylko ziemię pod stopami. Gdy jakimś nieludzkim wysiłkiem uda się unieść głowę, można czasem zerknąć na linię horyzontu. W niebo nie patrzy się nigdy. Nie ma na to sił.

Tylko... czy na pewno to właśnie Ty musisz dźwigać to wszystko?...

A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy».  Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. (Łk 13, 11-13)

2. gdy zapomniałaś, jak masz na imię

Ewangelia mówi o kobiecie, która prowadziła w mieście życie grzeszne. Wiedział o tym każdy. Wiedzieli o tym może tak dobrze, że nawet zapomnieli, jak miała na imię. Być może ona sama nie chciała o nim pamiętać. Myślała, że definiuje ją tylko i wyłącznie jej słabość. A jednak On przypomniał jej, że niezależnie od wszystkiego jest Kobietą, cenną jak perła i stworzoną z miłości. Córką oczekiwaną z wytęsknieniem przez Ojca.  Kto wie, może wyszeptał też wtedy do ucha jej imię? To prawdziwe, najgłębsze, którym nie nazywał jej nikt inny?...

On zaś rzekł do kobiety: "Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!" (Łk 6, 50)

3. gdy prawie udało Ci się osiągnąć doskonałość

Prawie, bo trzeba jeszcze popracować. Stworzyć odpowiedni plan, zainwestować wszystkie swoje siły, a potem jeszcze więcej sił, by kontrolować efekty. Poszukać najskuteczniejszej modlitwy, znaleźć najmądrzejszego spowiednika, wypracować najlepsze tempo zdobywania kolejnych cnót i zasług. W międzyczasie wypróbować najskuteczniejsze tabletki ułatwiające zasypianie i odganiające troski, które jedna po drugiej galopem pędzą przez myśli, nie pozwalając ani na chwilę zwolnić tempa. Już prawie się udało. Trzeba się tylko bardziej postarać?

«Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele,  a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona». (Łk 10,41-42)

4. gdy nie masz sił

Wypróbowałaś sto jeden sposobów na rozwiązanie problemu. Zawiodły sto dwa. Wiesz, że to się nie uda, nie masz sił walczyć. Najchętniej zapadłabyś w sen zimowy, by obudzić się wiosną. W międzyczasie ktoś mógłby - jak książę z bajki - pojawić się w Twoim życiu i rozwiązać wszystkie problemy. I w pewnym sensie... tak właśnie może być. A biorąc pod uwagę to, że Eucharystia rozpoczyna się od pocałunku (ucałowanie ołtarza), jesteśmy chyba coraz bliżej... Ciepło, cieplej, gorąco?

Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: «Talitha kum», to znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań!"  Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat.  (Mk 5,41-42)

5. gdy już nie wierzysz

Bo wszystko się skończyło. Jesteś w stanie wyobrazić sobie trudności, problemy, nawet spory kryzys. Ale sytuacja w której na krzyżu umiera Nauczyciel? To koniec. Trzeba pozbierać się i zacząć żyć inaczej, znaleźć inny pomysł na siebie. Jak tylko uda Ci się wstać. Jak tylko uda się zapanować nad płaczem, który aż wstrząsa całym Twoim ciałem i nie pozwala wstać z ziemi. Jak tylko uda się znaleźć choć jeden powód, by w ogóle cokolwiek zaczynać. Są przecież takie zakończenia, do których nikt nie dopisze happy endu. Chyba, że...?

 Rzekł do niej Jezus: «Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?» Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: «Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę».  Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Nauczycielu! (J 20,15-16)


...a światłość w ciemności świeci 
i ciemność jej nie ogarnęła. (J 1,5)

I nikt nie doświadcza tego mocniej, niż ten, kto zmaga się ze słabością i brakiem nadziei, z ciemnością i mrokiem.
Dlatego życie może dopisywać kolejne punkty do tej listy i każdy z nich może być szansę na spotkanie z Życiem.
Nie wszystko jeszcze stracone.
grafika: https://cdn.pixabay.com/photo/2016/08/18/19/18/jesus-1603691_960_720.jpg


sobota, 22 września 2018

wrześniowe odkrycia

Wrzesień: pierwsze wyprawy na grzyby, zapach syropu z malin, który wraz z latem zamykam w słoikach oraz poranne mgły. I oczywiście początek szkoły.  Podejrzewam, że nie tylko ja mam takie skojarzenia. Wrzesień to jednak - jak każdy miesiąc w sumie :) - nowe odkrycia. Nie wiem, czy uda mi się dzielić nimi tutaj regularnie, ale w tym miesiącu spróbuję. Może dlatego, że wiele z tych odkryć dotyczy tego samego tematu? 

O tym, że jestem tym, co jem i o tym, jak czuć się dobrze w swoim ciele. 
Wrześniowe odkrycia - czas start!

Owsianka w gdańskim Retro




Brzmi banalnie, ale to naprawdę najlepsza owsianka, jaką jadłam w moim życiu! Dodatki można wybierać z długiej i bogatej listy, a sama potrawa ma idealny smak i konsystencję. Niebo w gębie! Gdybym mogła, codziennie rano wpadałabym tam na śniadanie.

To dla mnie odkrycie, ponieważ do tej pory wcale nie było to moje ulubione danie. Nie miałam na nie pomysłu, choć już od dłuższego czasu wiedziałam, że warto go znaleźć. Płatki owsiane zawierają antyoksydanty, błonnik i magnez i witaminy z grupy B (czyli coś, czego bardzo potrzeba zabieganej matce ;) ).Dlatego od dawna wiedziałam, że z owsianką warto się zaprzyjaźnić. Teraz już wiem, w jaki sposób to zrobić. I uwielbiam Retro... :)

Marie Zelie




Słyszałam o ich sukienkach. Oglądałam nawet zdjęcia. Przez długi czas jednak nie potrafiłam się przełamać i spróbować. Nie ukrywam, że jednym z powodów były wysokie ceny. Była też jednak druga przyczyna - zastanawiałam się, jak będę wyglądać w sukienkach z marszczeniami w okolicy talii (które - jak wiadomo - podkreślają tę część ciała, w przypadku niektórych osób dość newralgiczną... ;) ). Skorzystałam jednak z promocji, dzięki której sukienkę kupiłam nie za milion monet, a potem podjechałam do pracowni, by przymierzyć wybrany przez mnie model.

Przyznaję, że ubierając piękną Aglaię, poczułam się jak księżniczka. Patrząc w lustro miałam jednak pewne wątpliwości. Nie do końca dobrze czułam się także w sukience uszytej z nieco sztywnego (choć przez to bardzo eleganckiego) materiału. I wtedy przyszło odkrycie - sukienki z dzianiny! Coś w sam raz dla mnie, bo choć lubię pięknie wyglądać, uwielbiam też legginsy, wygodne swetry i buty bez obcasów. Wizyta w pracowni zakończyła się pełnym sukcesem - mam sukienkę wygodną jak dres, a jednocześnie elegancką i podkreślającą atuty mojej figury.  Marie Zelie dopisuję jednocześnie do listy moich odkryć, mam nadzieję, że na dłużej. 


"Słodziutki. Biografia cukru"



To jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam. "Biografia cukru" wciąga nie tylko dzięki temu, że podaje mnóstwo ciekawych faktów na temat cukru, ale również dlatego, że napisana jest w genialny sposób. Szczerzę zazdroszczę stylu pisania i chylę czoła przed autorami. 

"Słodziutki" to podróż przez wieki, która pokazuje historię cukru i sposób, w jaki zrobił swoją zawrotną karierę. To również sporo ciekawostek medycznych, niezwykłych anegdotek i faktów, które sprawiają, że włos jeży się na głowie... Myślę że coraz więcej z nas ma nawyk czytania etykiet, autorzy książki pokazują jednak, jak często ulegamy manipulacjom i jak wielkie pieniądze stoją za tym, co dzieje się w firmach produkujących żywność. "Słodziutki" pomaga też w refleksji nad historią. Nie tak dawno powszechnie wierzono przecież, że "cukier krzepi". Ba! Za posiadanie jego zamiennika, jakim jest sacharyna, można było pójść do więzienia na kilka miesięcy! Do tej pory zresztą informacje o tym, że cukier naprawdę jest szkodliwy są przez niektórych negowane (polecam lekturę artykułu o dentystce, która ośmieliła się zwrócić uwagę na zawartość cukru w dziecięcej diecie...). Bardzo możliwe że to dlatego, że cukier uzależnia. Naprawdę. Dokładnie tak jak narkotyki czy alkohol. 

"Gdyby tylko niewielki ułamek tego, co już wiadomo na temat skutków działania cukru, został ujawniony w odniesieniu do jakiegokolwiek innego materiału używanego jako dodatek do żywności, materiał ten zostałby natychmiast zakazany" - powiedział brytyjski fizjolog John Yudkin (cytat z książki). Nie chcemy o tym na co dzień pamiętać...

Odkrycia września były, jak widać, dosyć monotematyczne.


 Z tych kulinarnych dodałabym jeszcze zupy, które od niedawna stały się moim sposobem na jedzenie więcej niż pięciu porcji warzyw dziennie. Nie mogę też nie wspomnieć o warzywie, które wciąż jeszcze można kupić w sklepie (również na zapas), a które również uwielbiam: dynia makaronowa. Moja rodzina początkowo podchodziła do niej nieufnie. Wystarczyła jednak godzina by to zmienić- bo tyle trzeba, by dynię upiec i przygotować do niej tradycyjny sos pomidorowy z mięsem mielonym. Od tego czasu znika ze stołu błyskawicznie. A ja - polecam :)



W zdrowym ciele zdrowy duch, jak mówi przysłowie. 
A ja odkrywam stopniowo i od dłuższego czasu, że miłość bliźniego zaczyna się od okazania miłości samej sobie. I nie chodzi mi tylko o to, by łaskawie patrzeć na swoje oblicze w lustrze. Chodzi też o to, by potrafić na chwilę zwolnić i cieszyć się smakiem zwyczajnych potraw. O to, by wybierać nie tylko to, czym będę mogła "zajadać smutki" - bo przecież zasłużyłam na małą przyjemność - ale o to, co będzie naprawdę dobre dla mojego zdrowia i samopoczucia. Ciągle się tego uczę. Ale z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc sprawia mi to więcej radości. Nie ma w tym nic z egoizmu. Jest za to spokój, który udziela się innym... :)

P.S. To nie jest wpis sponsorowany. Przez żadną z wymienionych firm (czy autorów, czy hodowców dyni spaghetti ;) ) nie zostałam w jakikolwiek sposób zachęcona do przedstawienia swojej opinii. Na przedstawianiu opinii również - ani tu, ani w żadnym innym wpisie - nie zarabiam :)

sobota, 15 września 2018

Słucham serduszka

Kiedy w 2001 roku pojechałam na moje pierwsze rekolekcje ignacjańskie, miałam 19 lat i bardzo mgliste pojęcie o jezuitach, świętym Ignacym i modlitwie w milczeniu. Osiem dni, które spędziłam w Wolborzu, było zaledwie początkiem duchowej (r)ewolucji. Dopiero po jakimś czasie miało okazać się, że duchowość ignacjańska to nie tylko zbiór reguł ubranych w mądre słowa. To sposób patrzenia na świat, życie, siebie i Boga. 

Kilka dni temu dotarła do mnie książka "Słucham serduszka", będąca zbiorem czterdziestu krótkich spotkań dla dzieci w wieku przedszkolnym.


Książka wprowadza dziecko w świat uczuć i duchowości ignacjańskiej, a robi to w tak przystępny i pełen ciepła sposób, że jestem nią zachwycona.  Po raz kolejny przekonuję się też, jak bardzo droga proponowana przez Ignacego ułatwia podążanie w życiu za tym, co naprawdę dobre i prowadzi do szczęścia i poczucia sensu. Przy okazji ja również przypomniałam sobie to wszystko, co od dłuuugiego czasu staram się powtarzać swojemu odbiciu w lustrze: "masz prawo czuć to, co czujesz". Dobrze, że już teraz mogę mówić o tym dzieciom w prostu sposób - że w ich sercach mogą się pojawiać wszystkie uczucia (choć nie za każdym z nich warto iść).

"Duchowość ignacjańska jako jedno z głównych założeń przyjmuje radykalną dobroć świata. Oznacza to, że wszystko, co zostało stworzone, ma swoje źródło w Bogu, a przez sam fakt Jego dobroci nie może być z natury złe. To przekonanie odnosi się także do człowieka, który jest dobry nie tylko w aspekcie duchowym, ale także psychicznym, fizycznym czy emocjonalnym. Stąd akceptacja pojawiających się uczuć ma szersze uzasadnienie niż tylko troska o zdrowie psychiczne. Emocje są moralnie obojętne. Złość czy zazdrość - mimo że bywają trudne - same w sobie nie są grzechem, mogą jedynie prowadzić do grzechu" (s. 25)




Na początku książki znajdziecie informacje na temat rozwoju psychofizycznego i funkcjonowania dziecka trzyletniego. W przystępny i zwięzły sposób opisana została także duchowość i pedagogika ignacjańska.





Na kolejnych stronach znajdują się propozycje kilkudziesięciu spotkań, prowadzących nas przez kolejne treści. Zostały one pogrupowane i podzielone na siedem części, a dotyczą nie tylko uczuć i dostrzegania przeróżnych prezentów, jakie otrzymujemy od Pana Boga, ale również roku liturgicznego i Mszy świętej. Każde spotkanie to nowe odkrycia i jednocześnie (tak bardzo ignacjańskie!) powtórki tego, co najważniejsze.




Książka adresowana jest do dzieci w wieku przedszkolnym (3-4 latki), ja jednak nieco zmodyfikowałam te treści, by pracować na jej podstawie z moimi dziećmi (6 i 9 lat). Pomogły w tym znajdujące nie na końcu książki elementy do wycięcia - atrakcyjne nie tylko dla trzylatków :) Udało nam się fajnie porozmawiać o tym, jakie emocje najczęściej się w nas pojawiają i jak sobie z nimi radzimy. 


Zakończyliśmy naszą (nie)zabawę krótką rozmową o Bożych darach i modlitwą dziękczynienia, często obecną w naszym domu. I chociaż wydawało mi się, że moja dziewięciolatka jest już za duża na tę formę rozmowy o uczuciach, po raz kolejny czekała mnie niespodzianka. Po słowach: "dziękujemy Ci za nasze serca" dodała z uśmiechem: "i połącz je w jedno BIG" (mamy fazę na angielski, więc wybaczcie ;) ).

Znowu okazało się, że dzieci potrafią podsumować to, co najważniejsze, w prostszy i bardziej trafny sposób niż niejeden dorosły... :)


POLECAMY BARDZO :)

"Słucham serduszka. Cykl inspirujących spotkań dla rodzica i dziecka w wieku przedszkolnym, wprowadzających w świat uczuć, wiary i duchowości" 
Katarzyna Panek, Zbigniew Szulczyk SJ; Wydawnictwo WAM




piątek, 14 września 2018

naprawdę jaka jesteś

 "Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt. Bo tego nie wiesz nawet sama Ty" - śpiewał Bogusław Mec. Dla niektórych to poezja, dla mnie jest jednak - samo życie. Zdarzają się takie dni, kiedy próbuję po kolei nazywać moje tęsknoty i niespełnienia, ale niewiele z tego wychodzi. Nie zawsze wiem, jaka jestem. Nie zawsze wiem, czego chcę. Często dlatego, że zamiast słuchać siebie i swojego serca, całą swoją uwagę kieruję na to, co myślą i mówią o mnie inni.

Bądź tym, kim Bóg chce żebyś był, a rozpalisz cały świat. To z kolei Katarzyna ze Sieny, święta Kościoła Katolickiego i jedna z wielu kobiet, które miały odwagę żyć pełnią swojego powołania. Są takie chwile, w których ich głos jest mi szczególnie potrzebny. Dlatego czasem ruszam w wędrówkę ich śladami - śladami kobiet, które umiały słuchać swojego serca i które miały odwagę wybierać dobro...

Prawdziwym powołaniem kobiety jest takie, w którym w pełni dochodzi do głosu dusza kobieca i które może ją kształtować. (Edyta Stein)

Zwróciłam ostatnio uwagę na scenę, w której Bóg przemawia do młodego Samuela, mieszkającego w świątyni i przebywającego pod opieką Helego. Bóg nie mówi do niego: "Ej Ty". Nie woła: "Chłopcze!". Mówi: "Samuelu". Cicho, delikatnie, z czułością, a jednocześnie z mocą. Wzywa go po imieniu - a imię w Biblii oznacza tożsamość i istotę danej osoby.

Bóg, powołując i zapraszając do działania, nie urządza wyliczanki: "Entliczek-pentliczek". Nie robi też rankingu najbardziej efektywnych pracowników w Jego winnicy, pozostawiając na pastwę losu tych, którym coś wiecznie nie wychodzi. On dla każdej z nas ma unikalną misję, wynikającą z tego, kim naprawdę jesteśmy i co nosimy głęboko w sercu. I to dotyczy nie tylko wyboru naszej życiowej drogi, ale również Jego codziennych zaproszeń.

Bądź taką kobietą, jaką Bóg chce byś była, a rozpalisz świat - mogłabym sparafrazować słowa św. Katarzyny. Czasem wydaje się nam, że musimy być najlepsze: w wypełnianiu przykazań i w organizowaniu domowych porządków, w relacjach z dziećmi, domowym wypieku chleba i odmawianiu różańca. I to wszystko jest ważne, oczywiście. Ale dużo ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, jaką kobietą Bóg chce, bym była dzisiaj, tu i teraz, w tym co składa się na moją codzienność. Co pomoże mi w odkrywaniu Jego pragnień? I co jeśli okaże się, że "kobietą, jaką Bóg chce bym była" nie będzie wcale kobieta niepopełniająca błędów? Co jeśli mogę być kobietą nieidealną, ale sercem całkowicie zawierzającą właśnie Jemu? Jemu, a nie swojej liście idealnie wypełnionych oczekiwań?...

W sercu Kościoła, mojej Matki, ja będę miłością - napisała mała Tereska. To coś więcej niż tylko odkrycie pewnej młodej zakonnicy. Dla mnie to słowa, które w poruszający sposób oddają misję kobiety. Moją misję.

Być w sercu Kościoła, mojej Matki. Czerpać z tego, co w Kościele jest w centrum - z obecności żywego Boga, dającego nam Siebie w Eucharystii. I od Niego uczyć się miłości, jak dziecko, z zaufaniem i świadomością, że choć mam swój bagaż doświadczeń, wyraziste opinie i zapas ciętych ripost w kieszeni, nie pozjadałam jeszcze wszystkich rozumów. Mogę czegoś nie wiedzieć, rozłożyć ręce w geście bezradności, zawołać: "Pomóż. Naucz. Poprowadź.". A potem dawać to samo innym, bo moja kobieca droga często tak właśnie wygląda.

I choć często to "pomóż-naucz- poprowadź" oznacza tak przyziemne sprawy, jak wiązanie butków tuptającemu maluchowi, wiem przecież, że te tuptające nóżki mogą zajść daleko. Przez długi czas będą jednak szły moimi śladami, w mniejszym stopniu słuchając moich słów, w większym - naśladując to, co robię. Dlatego właśnie muszę wiedzieć: kim jestem, czego pragnę, za Kim chcę iść i na czym budować swoje życie.

Dla mnie to budowanie to bycie "w sercu Kościoła, mojej matki" i praktyczna nauka miłości każdego dnia. A jak jest u Ciebie?

grafika: theofeel.pl