sobota, 11 sierpnia 2018

życie.

Na profilach facebookowych moich znajomych pojawiają się wpisy przedstawiające dwa skrajne stanowiska wobec aborcji. Zazwyczaj i jedna, i druga postawa związana jest z jakiegoś rodzaju agresją.
 
Moje stanowisko dotyczące ŻYCIA, jego obrony i przyjmowania jest jasne. Nie wyczytałam go w książkach - zrodziło się przez różne doświadczenia: od burzliwych dyskusji, przez długie oczekiwanie na dziecko, przez poronienie aż do urodzenia dwójki dzieci.  Życie nauczyło mnie tego, że nie ja o nim decyduję. To Bóg jest dawcą życia. I to życie trzeba chronić od poczęcia do śmierci. 
 
Pozwolę tu sobie jednak na małą dygresję - bo większość uwagi skupia się na skrajnej sytuacji, jaką jest decyzja o aborcji. Tymczasem każdy z nas decyduje o czymś, co rzuca się w oczy w dużo mniejszym stopniu, a jest podstawą w mówieniu o obronie życia. Każdy z nas decyduje o tym, czy będzie na nie otwarty, czy nie. Tu nie chodzi o rozważanie hipotetycznej sytuacji: dokonałbym aborcji albo nie. Tu chodzi o postawę, jaką potwierdza się codziennymi wyborami, gdy życie albo się przyjmuje, albo się na nie zamyka. Świadoma walka o taką otwartość, o przyjmowanie życia (nie tylko jego obronę) toczy się nie na forach internetowych, ale w sercu. I czasem bywa trudna, zacięta i wymagająca. Wiem, co mówię.
 
Wokół mnie panuje  hałas medialnego zamieszania, a to budzi niepokój. Niepokój budzi we mnie również wysuwanie norm moralnych, nakazów i zakazów na pierwsze miejsce - przed żywą relacją z Bogiem, na której dopiero można budować całą resztę. To tak, jakby wymagać od uczniów składania wyrazów, zanim w ogóle poznają litery. Podstawą jest osobiste spotkanie z Bogiem - dopiero jego owocem może być dobre, morlane (nie lubię tego słowa) życie. Dlaczego o tym tak mało się mówi? Dlaczego zaczyna się od serwowania ludziom mieszanki: "powinieneś, nie wolno, jesteś godzien potępienia"? Przecież w ten sposób nie przekonamy tych, którzy i tak wiedzą swoje. W ten sposób każdy z nas tylko okopuje się na swoim stanowisku.
W ten sposób Boga sprowadza się tylko do jednego z argumentów, którym można rzucić w przeciwnika, nie do Kogoś, kto powinien być w centralnym miejscu dyskusji...

1009-baby-talk
Kiedy pojawia się we mnie taki niepokój, kiedy zastanawiam się, dlaczego tak to właśnie wygląda, są na szczęście chwile, kiedy pojawia się we mnie uczucie ogromnej ulgi -
że w centrum mojego życia nie jest ideologia czy religia.
 
Nie jest w nim także przekonywanie, czyja racja jest najmojsza.
 
W centrum mojego życia jest relacja z Jezusem - bo chrześcijaństwo to więcej niż religia, to właśnie RELACJA. W centrum mojego życia jest Bóg, który jest pokojem. Bóg który wyjaśnia wszystkie wątpliwości, również te związane z hipotetycznymi przypadkami roztrząsanymi przez obie strony sporu.

Ja nie muszę niczego roztrząsać, nie muszę myśleć "co by było gdyby", bo z Nim wszystko jest jasne. I spokojne.
 
I zamiast wchodzić w dyskusje, przekonywać, załamywać ręce, biadolić, lepiej skupić się właśnie na tym - co dla nas jest nie do rozwiązania, dla Niego jest proste.

 
Czy ktoś z nas spytał Go w ogóle, co On sądzi na temat tego całego zamieszania?...
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz