sobota, 11 sierpnia 2018

wierzę w jeden Kościół.

Miałam kiedyś wrażenie, że nie pasuję do Kościoła. Że dla wierzących jestem zbyt liberalna, a dla niewierzących z kolei - jak nie z tej planety. Później okazało się - na szczęście - że Kościół może pomieścić osoby z naprawdę skrajnie różnym podejściem do życia, sposobu modlitwy, poglądów politycznych czy upodobań do stacji radiowych [bo ja, na przykład, słucham Antyradia na zmianę z RMF Classic]. Została we mnie jednak na zawsze, bo może też od zawsze we mnie była, niechęć do skrajności i fanatyzmu wszelkiego rodzaju. Może też dlatego zawsze drażniły mnie postawy typu: "my wiemy najlepiej".

Chciałam nawet o tym pisać. O ludziach, doszukujących się wszędzie działania wrogów Kościoła. O tych, którzy odżegnując się od wiary w horoskopy i przesądy, tworzą kolejne zabobony, dopartując się wszędzie wpływu tak zwanego "Wschodu" albo magii. O tych, którzy nie lubią Hello Kitty, więc pewnie ze zgrozą popatrzyliby na garderobę mojej córki, która swego czasu miała i skarpetki z Hello Kitty, i koszulki, i pidżamki, i nawet - tak tak, dokładnie - strój na balet z kociakiem na froncie. I dużą ilością różowego.

Chciałam pisać o tych, którzy bardziej niż dobra w ludziach i w świecie, doszukują się zła i działania złego ducha. O tych, którzy jakby zapomnieli, że Jezus zmartwychwstał i pokonał szatana. I o tych również, którzy chcieliby zapomnieć o tym, że było coś takiego jak Sobór Watykański II. I że krytykując postępowanie Franciszka, stają się naprawdę "bardziej święci od papieża".
Chciałam w końcu pisać o tych, którzy tak bardzo akcentują różnice, że nie mówią o tym, kim są. Mówią tylko - nie jestem. Nie jestem jak ci, którzy rano ćwiczą jogę w parku. Nie jestem jak ci, którzy przyjmują Komunię na stojąco. Albo o zgrozo - na rękę. Nie jestem jak " inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy"... (Łk 18,11).

Chciałam to wszystko napisać, ale w pewnym momencie doznałam olśnienia - bo myśląc i pisząc w ten sposób, to ja sama stawiałam siebie w miejscu wspominanego przez Jezusa w jednej z przypowieści faryzeusza. Owszem, drażni mnie brak otwartości, ksenofobia i osądzanie innych. A jednak zdaje się, że broniąc otwartości, sama czasem zamykam się na tych, których nie rozumiem. Z kolei sprzeciwiając się osądzaniu, zachowuję się tak, jakbym dawała sobie samej prawo do patrzenia na innych z góry i... sama osądzam.

Prawdą jest, że nie rozumiem podejścia skrajnych tradycjonalistów, zwolenników intronizacji czy też osób lubujących się w czytaniu opisów egzorcyzmów. Mam jednak ogromną nadzieję, że łączy mnie z nimi to, co najważniejsze - Jezus, który powinien być w centrum naszych działań.

Mam też takie marzenie - wizję Kościoła, w której mimo różnic, potrafilibyśmy uczyć się od siebie nawzajem zamiast skupiać na tym, co dzieli. To szalenie trudne zadanie - bo podświadomie każdy z nas uważa, że wszystko wie najlepiej. Czasem wydaje nam się nawet, że najlepiej wiemy...czego chce Bóg (podczas gdy najczęściej mamy problem z uporaniem się z tym, czego my sami chcemy w życiu). 

W Jego oczach jesteśmy pewnie jak dzieci w piaskownicy, pochłonięte sporami o to, kto zbudował ładniejszą babkę z piasku. I kto wie, może takie spory są czasem potrzebne - o ile tylko odpowiednio często będziemy przypominać sobie, że w tej piaskownicy nie chodzi o kształt zamków z piasku, a o bycie jak najbliżej dobrego Ojca. Że On kocha każdego z nas tak samo, pomimo tego, co nas dzieli - bo łączy nas to, że płynie w nas jedna krew. Królewska krew. Jesteśmy przecież wszyscy "wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem Bogu na własność przeznaczonym, abyśmy ogłaszali dzieła potęgi Tego, który nas wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła" (1 P 2,9). 

Jesteśmy jednym Kościołem - chociaż większość z nas jutro wypowie to pewnie bez zastanowienia: "Wierzę w jeden, świety, powszechny i apostolski Kościół."

blog

Wierzę w jeden Kościół. Wierzę w święty Kościół. Wierzę, a przynajmniej chciałabym bardzo. Jeśli w tej wierze nie wyjdę poza piękne słowa i poza swoją strefę komfortu, pewnie niewiele się zmieni. Jeśli jednak zrobię krok w stronę kogoś, który na życie patrzy inaczej niż ja i poszukam tego, co nas łączy, oboje możemy zyskać. I zabrzmi to jak słowa zdecydowanie zbyt duże jak na pisanego z prowincji bloga, ale jest w tym ziarno prawdy - właśnie w taki mały sposób powoli zmienia się świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz