niedziela, 12 sierpnia 2018

wiecznie za mało?

Ten wpis mógłby dotyczyć wielu spraw. 

Mogłabym na przykład napisać o tym, ze mam naturę chomika i wiele rzeczy chowam na wszelki wypadek, bo mogą się jeszcze przydać. Może to właśnie dlatego na naszym poddaszu zalegają kartony z ubraniami, do których kiedyś znowu schudnę albo z dziecięcymi zabawkami. 

Mogłabym też napisać o tym, że czasem jednak zbieram się w sobie i z miną bohatera rozpoczynam wielkie porządki, segregując, oceniając, wyrzucając lub... znowu odkładając. W ten sposób właśnie natknęłam się ostatnio na piękne, czerwone spodnie, które nosiłam w klasie maturalnej. Przy tej okazji mogłabym wspomnieć, że kupiłam je na wagarach, na które wybrałam się w któryś sobotni poranek zamiast grzecznie wkuwać słówka na kursie przygotowującym do egzaminów wstępnych na studia językowe (tak! kiedyś były egzaminy na studia :) i tak, miałam właśnie taki pomysł na życie - zasilić szeregi studentów wydziału filologicznego). 

Napiszę jednak o czymś innym. Napiszę o wspomnieniach, które dogoniły mnie, gdy otworzyłam zakurzone pudło z ciuchami sprzed lat. I o spodniach, bo one naprawdę są ważne! :)

Tamte były w rozmiarze 34, czyli takim, jaki faktycznie nosiłam w tamtych czasach. Teraz kupuję ubrania o 2-3 rozmiary większe, próżno też szukać w mojej garderobie jaskrawo kolorowych spodni czy (aż tak!) krótkich spódniczek. 

A jednak chodzącą do liceum w małym miasteczku dziewczynę sprzed 16 lat łączy ze mną jedna ważna rzecz i to właśnie uderzyło mnie, gdy zaczęłam wspominać tamte czasy. Pamiętam, że wtedy równie krytycznym okiem patrzyłam na siebie w lustrze. Tu miałam za dużo, tam za mało, nogi zawsze za krótkie, brzuch za duży. 

Upłynęły lata, zdążyłam złapać kilka nadprogramowych kilogramów, a moje spojrzenie na siebie pozostało niezmienne. Łudzę się czasem, że gdy dojdę do idealnej wagi, będę w końcu zadowolona, ale czy na pewno? Skoro nawet gdy mieściłam się w ciuchy jak dla lalki Barbie, wciąż chciałam coś w sobie poprawiać?...

Wracam do tych wspomnień w ostatnich dniach, zastanawiając się, czy jestem w tym odosobniona i skąd się to we mnie wzięło. Im dłużej myślę, tym wyraźniej widzę, że to moje wieczne niezadowolenie z siebie jest na pewnym osobom na rękę. Korzystają na tym firmy kosmetyczne, producenci suplementów i wszyscy, którzy za konkretną sumę zainwestowaną w konkretny produkt, obiecują nie tylko efekt w postaci wyglądu, ale też zmiany samopoczucia. "Jesteś tego warta" - przekonują - "tylko spróbuj, przekonaj się, kup...". Nie jest to zresztą mój wniosek i moja myśl - wydaje mi się, że po raz pierwszy przeczytałam o tym w książce "Jesteś piękna" Anny Lasoń-Zygadlewicz (a piszę, że mi się wydaje, bo wiele książek wypuszczam w świat na wieczne nieoddanie i nie mogę tego teraz sprawdzić - za to książkę bardzo polecam!)

Doszłam ostatnio do wniosku, że czasem mamy za dużo. Mamy za dużo w kosmetyczce, szafie, szafce z butami i na liście mądrych książek do przeczytania. Mamy za dużo, bo wciąż wydaje nam się, że mamy za mało: wdzięku, urody, elokwencji, uroku. I mamy złudną nadzieję, że od lepszego samopoczucia (i innego patrzenia na siebie) dzieli nas tylko jeszcze jedne zakup obłędnych szpilek, sukienki tuszującej niedoskonałości figury czy super mascary. Albo wycieczka-ucieczka do dalekich krajów  czy skok na bungee. Czy na pewno?...


Daleka jestem od nawoływania do tego, żeby wyrzucić kosmetyki, ubierać się tylko li i wyłącznie w dresy (chociaż byłoby wygodnie, nie? i nie trzeba by wciągać brzucha ;) ) i nie dbać o dietę. To wszystko można i trzeba robić. To wszystko jest fajne i daje dużo radości, ale tylko pod jednym warunkiem: gdy ćwiczę nie po to, by osiągnąć idealną sylwetkę, ale by dobrze czuć się w swoim ciele. 

Gdy ubieram się boooooosko nie po to, by inni pozielenieli z zazdrości, ale z radości, że booooooskim dzieckiem będąc, mogę bawić się modą i ubierać tak, by to odzwierciedlało mnie samą. Gdy nie jestem więźniem standardów, których sama nie ustalam i do których wiecznie nie dorastam.
Recepta? Zapytaj siebie dzisiaj, co przeszkadza Ci cieszyć się sobą, taką jaka jesteś. Za duży nos? Za mały biust? Zbyt dużo w biodrach? A może nie taki kierunek studiów? Zbyt mało ambitnych książek przeczytanych w ambitnym towarzystwie? Nieodpowiedni wciąż stan cywilny? Albo zbyt nudne plany na przyszłość?

A gdy już zerkniesz na taką listę, gdy zobaczysz, jak wiele Ci brakuje, pomyśl przez chwilę, kto ustalił te warunki? Kto wtłoczył Cię w świat ograniczony przez powinności, dorastanie do ideałów i wieczne wybieganie w przyszłość, do momentu gdy już uda Ci się spełnić wszystkie konieczne warunki do bycia zadowoloną z siebie? To Ty ustaliłaś te reguły? Czy w jakiś dziwny, nieokreślony sposób przejęłaś je jako swoje? I czy naprawdę chcesz, by były TWOJE?

Nic nie stoi na przeszkodzie by dzisiaj, w ten piękny, rozkwitający majem i pełny słońca dzień przepisać tę listę na nowo. Tak żeby przestała być ciężarem, by przestała straszyć i popędzać, ale by stała się pomocą. Po swojemu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz