sobota, 11 sierpnia 2018

w kwestii planów.

Klęska urodzaju, powiedziałabym. Ze wszystkich stron, z każdego zakamarka internetów, wieści docierają do mnie w różny sposób, wyświetlając się na ekranie czy przypominając o sobie wprost fejsbukowymi zaproszeniami od znajomych. Adwentowe rekolekcje internetowe.  Można wybierać i przebierać wśród wielu propozycji, a że w tej dziedzinie chyba wszystko już było i ciężko czymś zaskoczyć, organizatorzy rekolekcji stają na głowie, by urozmaicić i formę, i przekaz.

Patrząc na deklaracje znajomych - bo ktoś wybiera jedne, drugi inne internetowe rekolekcje - poczułam wczoraj delikatny ścisk w żołądku. Bo ja nie wybrałam niczego, ba! - czuję jak z każdą kolejną pojawiającą się propozycją, rośnie we mnie opór.  Bo wiem już, jak to będzie - wysłucham kilku inspirujących myśli, uzupełnię stale rosnącą listę dobrych postanowień,  każdego dnia stwierdzając, że to jednak zadanie na jutro. Potem ze zdziwieniem odkryję, że Boże Narodzenie już za kilka dni, a w kwestii mojego uczestnictwa w roratach przez lata nie zmieniło się znowu nic - czyli poległam na etapie wyturlania się z łóżka. W zderzeniu oczekiwań z rzeczywitością po raz kolejny odnotuę wynik zero do jednego, stwierdzając że chyba się do tego nie nadaję...

Wracając więc wczoraj z pracy, stojąc w korku, myśląc już o tym, że zaczyna się weekend, spojrzałam w samochodowe lusterko i korzystając z ciszy i spokoju jaki wiążę się z podróżowaniem w pojedynę, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i spytałam samej siebie: "No to jakie masz plany na adwent?".

I dokładnie w tej samej chwili pomyślałam,  że to nie ja powinnam odpowiadać na to pytanie...
Może choć raz zrobimy tak, że to nie ja będę ustalać, co mam robić i w jaki sposób dobrze przeżyć ten czas.  Może najlepszym początkiem adwentu będzie pytanie: "Jezu, a jakie TY masz plany na moje przygotowanie do przeżywania Twojego narodzenia?". I założenie, że odpowiedzią jest wszystko, co dzieje się w codzienności, od czytań proponowanych na ten czas przez Kościół, przez relacje ze spotkanymi na co dzień ludźmi, po mycie podłóg i pieczenie pierniczków z dziećmi.

Adwentowe rekolekcje w życiu codziennym. Bez wymyślania i marudzenia, bez narzekania na to, że coś układa się nie po mojej myśli. Takie rekolekcje, w których przyjmuje się z wdzięcznością to, co przynosi każdy dzień, co rano przypominając sobie, że to czas odkrywania obecności Jezusa - który naprawdę ma plany na ten czas i chce je w moim życiu realizować. Rekolekcje, w których Bóg naprawdę będzie mówił, choć niekoniecznie przez usta popularnych rekolekcjonistów. Może przez usta dzieci, domagających się opieki i uwagi, może przez cichą radość płynącą z poczucia dobrze wykonanych domowych obowiązków, może przez zapach pierników wypełniający dom. Na różne sposoby i o każdej porze dnia i nocy- jestem pewna, że będzie mówił i prowadził przez ten czas, o ile tylko zdecyduję się słuchać i dać się prowadzić. O ile zaangażuję się w ten czas tak bardzo, jak On angażuje się ze swojej strony.

I już zdecydowałam - wchodzę w to.

I chociaż adwent zaczyna się jutro, ja zaczynam już dzisiaj. Bo odkładanie czegokolwiek na jutro rzadko prowadzi do czegoś dobrego... ;)
MAMA adwent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz