niedziela, 12 sierpnia 2018

tamtego dnia w synagodze

Nie wiem, jak mógł mieć na imię. Może Józef? Albo Jan? Czy to zresztą miało większe znaczenie, skoro to nie jego imię określało, kim tak naprawdę był? Nawet Ewangelia mówi o nim: "człowiek, który miał uschłą rękę".

 A on w ciągu kolejnych lat czuł, że jest inaczej, że on to coraz bardziej to USCHŁA RĘKA, z którą przypadkowo zrośnięty jest człowiek. Człowiek przez małe "c". To uschłą rękę zauważali ludzie, czasem z drwiną, częściej z litością. To uschła ręka była wyrokiem 

skazującym na żebranie zamiast pracy, na życie bez życia i bez marzeń. I to uschła ręka nauczyła go, że lepiej nie rzucać się w oczy i zachowywać bezpieczny dystans.

Nawet jeśli słyszał cokolwiek o Nauczycielu z Nazaretu, nie ośmieliłby się chociażby pomyśleć, żeby do Niego podejść. Słowa o prośby o uzdrowienie nie przeszłyby mu przez gardło. Żeby chcieć uzdrowienia, trzeba CHCIEĆ po prostu - a on zapomniał jak to jest czegoś pragnąć. I to nie uschła ręka była problemem. To w duszy coś umarło, coś uschło - po cichu i na zawsze.

Do dzisiaj nie wie, jak to się stało, że usłyszał słowa: "Stań tu na środku!". W jaki sposób Ten Człowiek nawiązał z nim kontakt wzrokowy, skoro patrzył zawsze pod nogi albo na rękę, nigdy ludziom w oczy? To był ten jeden, jedyny raz, gdy stojąc w swoim dobrze oswojonym kącie w synagodze, w miejscu, w którym czuł się bezpiecznie i nikomu nie przeszkadzał, ośmielił się podnieść wzrok. A gdy spojrzał w oczy Tego Człowieka, zniknęło wszystko, co było wokół. Był tylko Człowiek i Głos, który wypowiedział moje imię, choć tak dawno go nie słyszałem: stań tu na środku. Stań w centrum, blisko. Stań obok Mnie.

A potem już nic nie było jak dawniej. Wszystko było nowe i pełne życia. I nie, on wcale się tego nie spodziewał. Nie sądzi też, żeby w jakikolwiek sposób na to zapracował czy zasłużył. I nie powie Ci dzisiaj niczego, co mogłoby się kojarzyć z mądrym kazaniem, oprócz tego, że on wie jak to jest - chować się cicho w bezpiecznej i oswojonej przestrzeni, pragnąc tylko dotrwać do końca dnia. Wie jak czuje się ktoś, kto nawet nie ośmiela się nazwać swoich pragnień, bo patrzy jedynie na to, co w jego życiu bezużyteczne, słabe i uschłe.


Wie też, że cuda nie są tylko dla tych, którzy potrafią biec bez wytchnienia, wołając o ratunek. Gdyby tak było, nie można by ich było nazwać cudami. A cuda są też dla tych, którzy nie tylko nie są w stanie iść ku temu, co dobre, ale którzy nawet nie potrafią ustać na nogach, bo wyczerpali wszystkie swoje siły. 

Cuda są dla tych, którzy już nie potrafią o nie wołać. Są dla tych ostatnich, zapomnianych i schowanych przed ludzkimi spojrzeniami, bo dla Jezusa oni właśnie są pierwsi. I choćby wszyscy o nich zapomnieli - On zawsze wyłowi ich z tłumu. Choćby oni sami zapomnieli jak mają na imię - On wypowie je z troską i mocą. Choćby coś w nich uschło i umarło - On tchnie w nich nowe Życie. Bo tak właśnie działa Miłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz