sobota, 11 sierpnia 2018

rusz z Nim w drogę

Kojarzycie polską komedię "Kogel mogel"? Jest tam scena, w której główna bohaterka przyjeżdża do domu rodzinnego, próbując podzielić się wiadomością o decyzji zmiany stanu cywilnego, a odpowiada jej przerysowane, nieadekwatne do sytuacji matczyne zawodzenie: "Oj córciu, moja córciu...".

To będzie ryzykowne stwierdzenie, być może dla niektórych niezrozumiałe. Ale intuicja podpowiada mi, że czasem w bardzo podobny sposób komunikujemy się z Bogiem. On do nas z ważną wiadomością, my z tanim wzruszeniem. On chce podzielić się tym, co jest głęboko w Jego sercu, my uciekamy w rozmowę o pogodzie. On chce pokazać przez krzyż ogrom swojej miłości, my dołączamy do tłumu płaczących niewiast...

Dzisiaj w kościele będziemy wsłuchiwać się w relację opowiadającą o Jego męce i śmierci. Po raz kolejny nasza wyobraźnia sięgnie do obrazów przedstawiających Jego cierpienie - część z nas pewnie będzie na bieżąco odtwarzać w głowie film "Pasja" Mela Gibsona. Będziemy bardzo pobożnie myśleć o tym, że to "nie gwoździe Go przybiły lecz nasz grzech", że to przez nasze winy On musiał tak cierpieć. I w przedziwny sposób, po raz kolejny w naszym życiu, w centrum modlitwy może znaleźć się znowu "ja" i "mój"...

blog

Nie chodzi mi o to, żeby nie współodczuwać z Jezusem i nie starać się zrozumieć tego, co przeżywał. Chodzi mi o to, że czasem dużo łatwiej jest uciec w zawodzenie, szloch i lament. Dużo łatwiej jest skupić się na tym, że "to takie straszne", reagując w podobny sposób jak w przypadku wiadomości z tabloidów, gdy tym samym komentarzem podsumowujemy trzęsienia ziemi na drugim końcu globu czy krwawy zamach w odległym państwie. "To takie straszne" w połączeniu z autentycznym pewnie współczuciem i bólem serca, mija zazwyczaj bardzo szybko. I niczego nie zmienia ani w nas, ani w "tak strasznym świecie".

Słuchając opisu męki Jezusa, starając się skupić na tym, co wydarzyło się wtedy i co wciąż dzieje się w historii naszego życia, w którą Ukrzyżowany wchodzi nieustannie, łatwo można przenieść uwagę z Jezusa na siebie. Dużo trudniej jest po prostu być razem z Nim. Dużo trudniej przyjąć zaproszenie to towarzyszenia Mu w tej drodze. Bez uciekania w tanie wzruszenie czy pospiesznie wypowiedziane mea culpa.

Jeśli kiedykolwiek byłaś z kimś w jego cierpieniu, wiesz, jak trudno jest wtedy po prostu być. Gorączkowo szuka się mądrych słów pociechy. Ucieka się czasem w "ojoj-janie". Robi smutne miny, stara zmienić temat, patrzy współczującym wzrokiem, walcząc z własnym zakłopotaniem. Najtrudniej jest po prostu zgodzić się przejść drogę czyjegoś cierpienia razem z nim, ramię w ramię, będąc blisko. To potrafią tylko prawdziwi przyjaciele...

Cokolwiek masz dzisiaj w sercu, weź to z sobą, zapakuj jak w plecak na górską wędrówkę. Rusz w tę drogę krzyżową z całym tym bagażem, nie pozwalając jednak, aby to on był na pierwszym planie. Dzisiaj, w nadchodzącym tygodniu, w Wielki Piątek - zamiast patrzeć na swoje słabości i niedoskonałości, spróbuj patrzeć na Jezusa. Zamast skupiać się tylko na nieludzkim okrucieństwie i zadawanym Mu cierpieniu, patrz na miłość, która nie boi się zapłacić aż tak wysokiej ceny za twoje życie. Niech ta droga krzyżowa będzie o Jezusie. Niech będzie patrzeniem na Niego i pytaniem, co On chce ci dzisiaj powiedzieć - co jest dla Niego tak ważne, że posuwa się do tak niecodziennych środów, by to wyrazić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz