niedziela, 12 sierpnia 2018

Prawdziwa Księżniczka

Rzadko oglądam telewizję, ale wczoraj po pracy padłam bez sił na kanapie, przerzucając od niechcenia kolejne kanały w kablówce. Po pewnym czasie zwróciłam uwagę na to, wśród czego mogłam wybierać- mogłam obejrzeć dokument o historii miłości księcia Harry'ego i Meghan Markle,  o tym, że zwyciężyła ona konwenanse, albo po prostu o samym królewskim ślubie. Gdyby te propozycje nie przypadły mi do gustu, mogłam również wziąć udział w dziewięćdziesiątych urodzinach królowej Elżbiety - oczywiście tylko i wyłącznie dzięki relacji telewizyjnej, ale dobre i to.

Królewski ślub rozpala wyobraźnię i sprawia, że na trasie przejazdu młodej pary ustawią się tłumy. Słyszałam dzisiaj relację pewnej Amerykanki, która odbyła daleką podróż tylko po to, by zobaczyć, jak spełnia się marzenie - bo przecież każda mała dziewczynka marzy, by zostać księżniczką. I jednej na milion się to udaje, tak jak Meghan Markle.

Jednej na milion? - pomyślałam. Smutne takie marzenia. Nie myślałam o tym nigdy wcześniej, mimo że jak każda dziewczynka, marzyłam kiedyś o balowej sukni, srebrnych pantofelkach i księciu z bajki. Nie wiedziałam też wtedy, że piękne suknie bywają nieziemsko niewygodne i ze od szpilek zdecydowanie wolę trampki. Albo  że trampki nie przeszkadzają ani w tym, by pójść na bal, ani by widzieć w sobie prawdziwą księżniczkę. To nie buty, suknia czy książę przy boku sprawiają, że rozkwitam i błyszczę. To nie to.

W dniu, w którym cały świat z entuzjazmem i zaciekawieniem będzie spoglądał na królewską młodą parę, Kościół (i ja wraz z nim) będzie patrzeć też w innym kierunku. W Niebo. W oczekiwaniu na Moc z wysoka, na Tego, który przychodzi w lekkim powiewie, cicho i delikatnie, a jednocześnie z siłą, której nie można się oprzeć. To Jego obecność sprawia, że w moim spojrzeniu jest radość i zapał. To dzięki Niemu rozkwitam, czyli staję się bardziej sobą, nawet jeśli wciąż daleko mi do ideału.

Jest taki fragment w Pieśni nad pieśniami, który ostatnio jest mi szczególnie bliski. "Ogrodem zamkniętym jesteś" - mówi Oblubieniec (Pnp 4,12), a potem opowiada o wonnych kwiatach henny i soczystych owocach granatu, o zdroju wód żywych i słodkim zapachu cynamonu. To bogactwo, które jest w każdej z nas. Bogactwo na co dzień czasem zakurzone, zapomniane albo przytłoczone przez troski, które upieramy się dźwigać o własnych siłach, nie pozwalając sobie pomóc. 

I pewnie każda z nas czuje się czasem tak, jak ja, gdy zamiast patrzeć w górę, skupiam wzrok tylko i wyłącznie na sobie. Wtedy  patrzę w lustro, na bałagan w szafie, na listę zaległości i aktualne zestawienie porażek, sukcesów i jeszcze kilku porażek. I czuję się nie jak księżniczka, ale jak gorsza siostra Kopciuszka. Ta, której nie szuka żaden książę z pantofelkiem w dłoni. I ta, która nie miałaby szans zmieścić stopy w ten pantofelek, tak samo jak nie mieści się w schemacie idealnej kobiety, żony i mamy...

"Ogrodem zamkniętym jesteś" - przypomina mi wtedy Pan. Masz w sobie piękno, które już istnieje, którego nie musisz sama w sobie stwarzać. Piękno któremu potrzebna jest przestrzeń ciszy i o które chce zadbać Ten, który je w Tobie złożył. Gdy Mu się na to pozwala, gdy wraca się do Źródła i czerpie z Niego życie, można odkrywać to, czym zaskoczyła kiedyś swoje współsiostry święta Faustyna.
 Kiedy niektóre z nich, próbując jej dokuczyć, nazywały ją świętoszką czy królewną, ona odpowiedziała: "Owszem, jestem królewną, bo płynie we mnie królewska krew Chrystusa."

Może o to właśnie - o świadomość tego, kim jest On i kim my jesteśmy dzięki Niemu - warto prosić w wigilię Zesłania Ducha Świętego? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz