sobota, 11 sierpnia 2018

powołanie (o kobiecości - część 3)

Nie przychodzi SMSem ani listem poleconym. Nie spada z nieba - zazwyczaj. Nie da się go wyczytać z fusów - chociaż bardzo próbowałam zastosować właśnie tę metodę w nieco pobożniejszym wydaniu. Zamiast wróżyć z fusów, wróżyłam z mądrych min księży i sióstr zakonnych, do których przychodziłam z pytaniem o moje powołanie. Teraz zdarza mi się być po drugiej stronie tej zagadki - gdy kwestie związane z rozeznawaniem drogi życiowej pojwiają się przy okazji babskich rozmów. I niestety - nigdy nie mogę podpowiedzieć prostego rozwiązania tej kwestii. Mogę tylko podzielić się tym, co było moim doświadczeniem...

[ 1. biegnij tak długo, aż zaczną cię boleć nogi ]

Czy jest sens szukać powołania, kiedy wydaje się, że Pan Bóg milczy? Gdy okazuje się, że wysiłek wkładany we wsłuchiwanie się w Jego głos nie przynosi owoców? Gdy wydaje się, że drepczemy w tym samym miejscu?

A może trzeba dreptać, aż nabierze się rozpędu? Trzeba podjąć regularny trening polegający na pytaniu o Bożą wolę i wsłuchiwaniu się w Jego odpowiedź? Trzeba biec ile sił w nogach - żeby nabrać rozpędu i porzucić wszystko to, co ogranicza. I skoczyć z biegu wprost w Jego ramiona - swobodnie, w wolności, bo wszystkie obciążenia zostawiliśmy już za sobą.

Trzeba pytać i szukać - nawet jeśli nie znajduje się odpowiedzi - bo ten trudny czas trwania w zawieszeniu to czas najlepszych w życiu rekolekcji. Może się okazać, że w ten sposób On sam przygotowuje nasze serce nie tylko na poznanie odpowiedzi dotyczącej powołania, ale przede wszystkim na wsłuchiwanie się w Jego głos. Czyli podstawową umiejętnosć jaką powinna zdobyć każda owieczka podążająca za Pasterzem - niezależnie od tego, czy będzie to robić w czerwonych szpilkach czy w habicie.

[ 2. wyjdź z siebie - poza schemat ]

Pamiętam swoją małą podróż na rozmowę z siostrą zakonną ze zgromadzenia, które bardzo mi się podobało (i do którego do tej pory mam sentyment). To był ryzykowny krok. Wychodziłam poza strefę komfortu - to raz. Dwa - jak już się wyjdzie i spróbuje, może się okazać, że się podoba. A wtedy - trzy - trzeba jednak podjąć decyzję. (I zadomowić się na dłuższy czas w Raciborzu, do którego oczywiście nie mam żadnych uwag, ale to jednak tak daleko od wszystkiego, co kocham...)
Pojechałam. I gdy patrzę z perspektywy czasu na te poszukiwania, cieszę się nimi - bo wiem, że potraktowałam poważnie zarówno Pana Boga, jak i siebie samą. Na tyle, na ile wtedy potrafiłam - byłam otwarta w szukaniu tego, co dla mnie najlepsze.

Kto wie, może dobrym krokiem w czasie rozeznawania powołania jest pójście nie za tym, co narzuca nam się w sposób naturalny, a pójście chociaż jeden krok w kierunku, który wydaje się nieoczywisty. Może trzeba przełamać się w tym obszarze życia, w którym czujemy że ogranicza nas lęk. Uśmiechnąć się do fajnego chłopaka :) albo zamiast wkomponowywać się w tło jako element dekoracji stolika, wpaść na parkiet i tańczyć tak, jakby nikt nie patrzył. A może wręcz przeciwnie - zamiast pobiec na imprezę, wybrać chwile spędzone w ciszy albo przekonać się, że brewiarz nie gryzie i naprawdę jest dla ludzi.

Dużo słyszymy o tym, że powołanie odkrywamy przez to, co jest naszym pragnieniem - i to prawda. Ale czasem naszym pragnieniom trudno jest dojść do głosu i przebić się przez to, co jest brakiem wolności. W takich momentach świadome podjęcie trudnych tematów i rozszerzenie poszukiwań o obszary życia, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę, może oznaczać przełamanie impasu.
A jeśli nie - przynajmniej pozostną fajne wspomnienia ;)

[ 3. bądź szczęśliwa ze sobą]

Pierwszym powołaniem każdego z nas jest przeżyć swoje życie na chwałę Tego, który nas stworzył. Z uśmiechem - w miarę możliwości. Z radością i pasją. Z wiernością podjętym zobowiązaniom.
A zobowiązania mają to do siebie, że pozostają niezmienne mimo zmiennych kobiecych nastrojów. Do ich wypełniania potrzeba więc dużo więcej niż tylko chwilowego entuzjazmu czy wyboru podyktowanego tym, "co ludzie powiedzą". Do ich wypełniania potrzeba solidnego fundamentu - a tak się składa, że szczęśliwe życie można zbudować tylko na tym, co... daje nam szczęście :) 
Niezależenie od tego, jaką drogę życiową wybierzemy, kryzysy na pewno przyjdą. Ale dużo łatwiej stawić im czoła, gdy wybraliśmy to, co faktycznie daje nam spełnienie.

Zdarza mi się ze zmęczenia krzyczeć albo płakać. Zdarza mi się wściekać na męża  (i zastanawiać się czy w tym Raciborzu nie byłoby jednak fajnie!) albo liczyć do dziesięciu...dwudziestu...stu - gdy dzieci wyprowadzą mnie z równowagi. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się pomyśleć, że jestem nieszczęśliwa z powodu swojego wyboru. 

Owszem, bywam zmęczona, rozdrażniona, sfrustrowana czy zniechęcona. Ale w tym wszystkim jestem szczęśliwa. Wypowiedziane ponad dziesięć lat temu słowa: "ślubuję ci miłość" nie są zobowiązaniem, które ciąży, ale źródłem radości. I nie, wcałe nie jest różowo - ale jest fajnie. Tak po prostu - dobrze. I czuję za to ogromną, naprawdę ogromną wdzięczność - a to dla mnie najlepszy dowód na to, że dobrze wybrałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz