niedziela, 12 sierpnia 2018

podróż w czasie, czyli historia magistra vitae est.

Maj 2018. 
Wszystko zaczyna się w Tykocinie, który leży na naszej trasie w czasie długiego weekendu. Z sentymentem wchodzimy do kościoła, który wraz z mężem znamy z bardzo przez nas lubianego filmu "Biała sukienka". Mijamy synagogę - w remoncie - by chwilę później ustawić się w kolejce do restauracji "Tejsza". 

Tripadvisor poleca, a nam się nie spieszy, czekamy więc cierpliwie na stolik, a potem rozpływamy się smakując żydowski kawior (czyli wątróbki z jajkiem, cebulą i kiszonym ogórkiem), kugel i cymes. Te smaki są dla mnie nowe, choć przecież starsze ode mnie...
Ze ścian restauracji spoglądają na mnie uśmiechnięci młodzi ludzie. Uśmiecham się do nich, ale nie zapisują się w mojej pamięci. Jeszcze nie teraz.

 
Żródło: https://shtetlroutes.eu/uk/tykocin-karta-dziedzictwa-kulturowego/[/caption]

Od jakiegoś czasu podróżujemy na zasadzie pokazania paluchem mijanego miejsca i okrzyku: "o tam się zatrzymaj!". Mój mąż, kierowca, nie jest rzecz jasna fanem tego rozwiązania, bo oznacza to zwiedzanie dróżek rowerowych trzeciorzędowych i wsłuchiwanie się w komunikat: "połączenie GPS zostało zerwane, więc radź sobie waćpan sam jak potrafisz". 

Tym razem droga jest jednak krótka i prosta - od starego żydowskiego cmentarza dzieli nas kilkanaście metrów. Tyle że tam nie ma nic oprócz trawy i wyłaniających się z niej, pochylonych ku ziemi macew, na których napisów nie potrafimy rozczytać. 

To najstarszy kirkut na Podlasiu. Dzieci nie potrafią zrozumieć, dlaczego cmentarz wygląda właśnie w ten sposób. Zadają pytanie. Potem kolejne. A ja próbując wytłumaczyć zawiłe dzieje tych ziem, sama zaczynam się gubić. Właśnie wtedy wracają do mnie roześmiane twarze z żydowskiej restauracji. Właśnie wtedy podejmuję próbę dotarcia do ich prawdziwej historii. 

Szybko przekonuję się jednak, że to wymaga czasu i determinacji, a definicje "prawdy" różnią się w zależności od tego, kto opowiada o latach, które pozostawiły wszechobecne blizny w polskim krajobrazie i ludzkich sercach.


*

Wysokie, województwo lubelskie, powiat krasnostawski. 

Nie wiem, jak ma na imię: Abram, Dawid, Josef? Wiem o nim jednak dwie rzeczy. Jest dobrze sytuowany i musi być pobożny, w najlepszym tego słowa znaczeniu, bo chyba wziął sobie do serca te słowa z Księgi Amosa: "Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego
i bezrolnego pozostawiacie bez pracy,
którzy mówicie: «Kiedyż minie nów księżyca2,
byśmy mogli sprzedawać zboże?
Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz?
A będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl

i wagę podstępnie fałszować. (Am 8,5-6).

Z Julią Winiarską, krawcową i żoną kowala, mamą dwóch uroczych dziewczynek - Teresy i Alicji - miał niepisaną umowę. Z beli materiału, którą jej dostarczał, Julia miała uszyć konkretną ilość zamówionych sztuk odzieży. Z resztą materiału mogła zrobić, co jej się podoba. A że Julia naprawdę znała się na swoim fachu, potrafiła w taki sposób tworzyć wykroje, że nie tylko doskonale wywiązywała się z zamówienia, ale jednocześnie zaopatrywała w odzież całą rodzinę.

Pewnego dnia jednak monotonne stukanie starego Singera przerwane zostało nagłym wtargnięciem jej pracodawcy do domu. Stłumiony szept, przerażenie w oczach i opowieść, której scenariusz powtórzy się w domach milinów Josefów, Abramów i Dawidów: żona i dzieci zostały zabrane przez Niemców, jemu udało się zbiec. Ukrywany przez Julię, po kilku dniach postanowił poszukać rodziny i poszedł - w ciemną noc lub w ciepło jasnego przedpołudnia, za złudną nadzieją albo zasłyszaną plotką. Nie wrócił. 

Nie znam jego imienia, nie wiem jak nazywali się jego przodkowie, bo kirkut w Wysokiem nie istnieje. Rozpłynął się w powietrzu, wygumkowano go jak nieudany element szkicu w malarskim dziele. Przestał pasować do krajobrazu w którym puste pożydowskie domy były puste tylko przez kilka chwil. Oni odeszli. Świat kręcił się dalej. Trzeba było sobie radzić.

Stary Singer stoi w kącie w domu moich rodziców, przechylając się lekko na jedną stronę, jakby nie był w stanie unieść ciężaru słów, których nie jest w stanie wypowiedzieć. Babcia Julcia również nie ma na to szansy - umarła wiele lat temu, zabierając ze sobą wspomnienia. Nie ma już świadków. Nie ma synagog, kirkutów, zapachu wątróbki z rodzynkami i świątecznego cymesu. 

Tylko czasem, gdy ugotuję rosół, ktoś ze starszego pokolenia westchnie: "No tak, to najlepsze: żydowska aspiryna". Czasem też mówię o tym, że mam frajdę, bajzel w pokoju, fajne ciuchy, albo że wszystko git. Znane słowa o pochodzeniu których nie chcemy pamiętać. A historia czasem nas w ten sposób dogania.

*
Po "Tajemnicę pana Cukra" Anny Kłys sięgnęłam po to, by w końcu poznać prawdę - nie tą, która chce coś nam udowodnić. Nie prawdę, która rozlicza albo się przed rozliczeniami broni. Chciałam poznać fakty: gazety z czasów przedwojennych, policyjne kartoteki i wspomnienia ocalałych. To wszystko pokazało mi świat, który różni się od tego, jaki chcielibyśmy widzieć. Świat, w którym istnieją nie tylko "Sprawiedliwi wśród narodów świata", lecz również ci, którzy potrzebują jedynie pretekstu, by sięgnąć po kamień i rzucić go wraz z oskarżeniami. Świat, w którym słowo "inny" jest ważniejsze od słowa "człowiek".

*
"Abramek Szenker miał pięć lat, kiedy zginął, i był najmłodszym pośród Polaków narodowości żydowskiej zabitych do 1939 roku z racji pochodzenia. Chociaż w październiku 1937 roku w Ogrodzie Krasińskich wydarzyło się coś, co mogło zmienić tę statystykę. Adela Waszówna, służąca Dawida Menachera z Pawie 20, jak zwykle po obiedzie spacerowała z jego trzyipółletnim synkiem. Była druga po południu, w ogrodzie mnóstwo niań z dziećmi, Adela pchała wózek alejkami i obserwowała, jak to miała w zwyczaju,, towarzystwo. Przez to zapewne nie zwróciła uwagi na idących za nią mężczyzn. Nagle grupka otoczyła ją, jeden z nieznanych jej chuliganów oblał wózek i dziecko benzyną, a drugi rzucił zapałkę. Adela widzi, jak zaczyna się palić kocyk, płaszczyk i rajstopki na małym, wrzeszczy, biega w kółko, dopiero przechodnie wyciągnęli dziecko, płaszczami zdusili płomienie. Poparzone dziecko odwieziono do prywatnej lecznicy, sprawcy zbiegli. ("Tajemnica pana Cukra", wydawnictwo Wielka Litera, str. 321)
*
Tak, wiem, że Polacy również cierpieli ogromnie w czasie drugiej wojny światowej. Wiem, że takie mroczne czasy wyzwalają w ludziach albo najgorsze odruchy , albo to, co najlepsze . Wiem że przedwojenny antysemityzm nie udzielał się wszystkim, że byli tacy, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Ratowali ludzi.

Nie chcę wywoływać dyskusji na ten temat i nie będę się w nią włączać, bo tak naprawdę nie do końca chodzi mi tu o historię. Chodzi o coś innego.

O to, co odpowiadać dzieciom, które historię dopiero poznają, a które widzą niekiedy więcej niż my - chociażby to, że skoro mówimy o cmentarzu, to powinien na nim panować porządek i szacunek dla zmarłych. Tego przecież ich uczę. A nasz krajobraz, to co nas otacza? Czy uczy tego samego?...


Chodzi też o to, co słyszę w radio i telewizji. O biskupa, który mówi, że nie będzie u niego rządził uchodźca i gładko łączy to ze słowami: "nie będzie Niemiec pluł nam w twarz". O chwile, w ktoś mówi  "o tych Jechowych", pozbawiając ich prawa do wiary w Boga. O podziały, do których zaistnienia wystarczą różniące się od naszych sympatie polityczne czy oglądanie konkretnej stacji telewizyjnej. I o emocje, przez które można - jak pisał ks. Twardowski - tak bronić Boga, że chlaśnie się w twarz człowieka. O emocje i poglądy, które przechodzą w nawyk i rewolucyjne hasła.

Kocham moją Ojczyznę tak, jak kochali ją moi przodkowie, którzy stracili zdrowie w obozie koncentracyjnym i w walkach z UPA. Mogłabym schować się za ich zasługami jak za wygodną i obszerną tarczą. A jednak mam świadomość, że wybory naszych dziadków i pradziadków, bohaterstwo albo jego brak, nie gwarantują, że my sami przeżyjemy  nasze życie dobrze, godnie, po ludzku i po chrześcijańsku. Przyszłość budujemy sami, swoimi zmaganiami, decyzjami i poszukiwaniami prawdy. Budujemy ją ucząc się na błędach.

Piszę to chyba przede wszystkim dlatego, że czasem zapala mi się w głowie ostrzegawcza lampka - że chociaż historia jest nauczycielką życia, to jednak daleko jej do łagodności. Jeśli nie odrobimy tej lekcji, zapisanej łzami, krwią i krzykiem, którego echo wciąż brzmi na polskiej ziemi, ryzykujemy, że ten sam materiał będziemy musieli powtarzać. Żaden z nas nie pragnie tego dla swoich dzieci. I każdy ma szansę sprawić, by nasze błędy były nie tylko niechcianym spadkiem, ale też nauczką na przyszłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz