niedziela, 12 sierpnia 2018

pięć rzeczy (spośród pięciuset), których uczy mnie macierzyństwo.


1. Moje ciało to coś więcej, niż tylko wieszak na ubranie.

Wiedziałam, że ciąża zmieni moje ciało. Nie sądziłam, że tak bardzo i że na zawsze. Nigdy nie przypuszczałam też, że po kilku latach będzie mnie to obchodzić w tak niewielkim stopniu.  To nie oznacza wcale, że nie dbam o siebie. Ba! Staram się ćwiczyć z Ewą Chodakowską, choć różnie bywa z regularnością tych treningów...

Chodzi mi jednak o coś innego - już nie muszę być chodzącym (lub leżącym na plaży) ideałem. Kiedy w sklepowej przymierzalni patrzę na spódnicę, która nie leży idealnie, mówię do odbicia w lustrze :"urodziłam dwójkę dzieci". Brzmi w tym zarówno pełne spokoju usprawiedliwienie, jak i duma. Moje ciało się zmieniło, ale owocem tej zmiany jest nowe życie. I podkreślam raz jeszcze - to nie oznacza, że mam nie zwracać uwagi na swój wygląd, chodzić tylko w powyciąganych dresach i zajadać się chipsami "bo przecież życie matki jest stresujące". Chodzi jedynie o to, by zaakceptować zmiany, których już nie cofnę. Jedynie o to. I aż o to.


2. Milczenie naprawdę jest złotem!

Kiedyś myślałam, że największą trudnością związaną z macierzyństwem będzie zmęczenie czy brak czasu dla siebie. Teraz wiem, że jest inaczej. Największym wyzwaniem jest dla mnie wszechobecny, nieprzewidywalny, zmieniający swoje natężenie hałas. To może być niezbyt głośny dźwięk piłeczki odbijanej o ścianę, ale gdy powtarza się dokładnie co trzy sekundy przez kilka minut, skutecznie odwraca uwagę od wszystkiego innego. 

Rekord powtarzalności bije też używanie tego pięknego, słodkiego wyrazu: "Mama". Policzyłam kiedyś, że wystarczył kwadrans, by moje dzieci powiedziały do mnie: "Mamoooo" 42 razy! A mam tylko dwójkę, więc boję się co dzieje się w przypadku większej gromadki. To tłumaczy też, dlaczego ten tekst piszę od kilku dni. Wieczorna cisza po takim dniu smakuje niesamowicie, dlatego zaczęłam ją doceniać jeszcze bardziej.

Tak, zdecydowanie milczenie jest złotem! I nie dotyczy to jedynie dzieci. Komu zdarzyło się w ich obecności rzucić o jedno słówko za dużo, ten wie, o co chodzi... ;)

3. Syzyfowa praca

"Kopernik była kobietą!" - to stwierdzenie padło w "Seksmisji". Ja dorzuciłabym do tego inne. Syzyf na pewno, na sto procent była kobietą i próbowała utrzymać porządek w domu. To właśnie tak naprawdę wyglądała ta historia, a jej finał zna każdy, kto idealnie posprząta salon, a potem spuści dzieci z wzroku na więcej niż trzy sekundy. "Mamo, zobacz, zrobiłam śnieg z mąki" - rozlega się nagle radosny okrzyk. A Wy już wiecie, czego można się po tym okrzyku spodziewać...

Nigdy nie należałam do osób utrzymujących doskonały porządek i do tej pory jestem raczej typem bałaganiarskiej artystycznej duszy, podchodzę więc do sprawy z pewnym luzem, ale i ja mam swoje granice. Kolejne lata wychowywania dzieci pokazują mi jednak, że bałagan to nie tylko brak porządku. To również okazja do nauki, bo dzieci muszą uczyć się sprzątać po sobie. Zdarzają się też sytuacje, w których bałagan działa integracyjnie. Niedawno odważyłam się otworzyć szufladę, do której dwa lata temu małe rączki wrzuciły kilkanaście kompletów różnych puzzli. Dopiero teraz, w związku z tym, że miłość do układanek ponownie odżyła, wzięliśmy głęboki wdech, zakasaliśmy rękawy i... nie miało to nic wspólnego ze sprzątaniem :) 

Nagle cała rodzina zamieniła się w poszukiwaczy skarbów (bo czy brakujący fragment układanki z Dustym Popylaczem nie jest na wagę złota?) i spędziliśmy razem długi czas, układając przedziwne kombinacje puzzli, odzwierciedlających zainteresowania moich dzieci. Bałagan, albo raczej jego ogarnianie, stał się pretekstem do dobrego spędzenia czasu.

4. Kontemplacja jest nie tylko w kościele.

Kojarzy się tak pobożnie - skupienie, milczenie, wpatrywanie się z Boga. Kojarzy się tak pobożnie, że wydaje się czymś oderwanym od życia. Tymczasem macierzyństwo pokazuje mi, że kontemplacja to matczyny chleb powszedni! Ile razy zdarzało mi się zastygnąć w milczeniu, patrząc jak moje dzieci się bawią albo słuchając, jak śpiewają piosenki?... Jak długo mogę patrzeć na ich twarze, gdy śpią i równo oddychają?... Bezwiednie się wtedy uśmiecham. 

Nie ma w tym żadnych słów, jest za to ogrom czystej miłości. Stąd już tylko dwa kroki do modlitwy. Bo gdy pomyślę, że dokładnie w taki sam sposób patrzy na mnie Bóg i że ja mogę również to spojrzenie odwzajemnić, to modlitwa staje się równie prosta.

5. Każdego dnia odkrywam nowe szlaki.

Wakacje w mieście to okazja do skorzystania z letnich atrakcji. Jedną z nich są w wielu miejscowościach spacery określonymi szlakami. W Gdańsku można pospacerować między innymi szlakami znanych kobiet. Chociaż nie uda mi się dołączyć do grupy spacerowiczów, w pewnym sensie mam taką możliwość na co dzień. Każdego dnia wędruję trasami, które dobrze znam, patrząc na nie z innej perspektywy - oczami małych wędrowców. 

Jestem w tych podróżach przewodnikiem, któremu one ufają - ale nie tylko ja pokazuję im świat. One również mają sporo do powiedzenia. Są chwile, gdy pędzę do szkoły, pouczając, że nie można się spóźniać. Jestem wtedy przekonana, że to ja uczę moje dzieci życia i reguł w nim obowiązujących. Gdy w takim momencie córka zatrzymuje się, by pokazać mi płatek śniegu na jej rękawiczce i zachwycona mówi: "Zobacz, mamo, jakie piękne!..." , to zastanawiam się, kto tak naprawdę jest tu uczniem, a kto nauczycielem... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz