sobota, 11 sierpnia 2018

o dzieciach w kościele.

Może jestem ewenementem, ale dzieci nie zawsze towarzyszyły mi w kościele (i nadal tak jest). 

Pierwszy raz - nie licząc dnia chrztu świętego - spróbowałam gdy młoda miała kilka miesięcy, a ja byłam świeżo po wydarzeniu, które odnowiło moją relację z Bogiem i było jednym z kolejnych nawróceń. Już sama droga do kościoła nie należała do łatwych. Widziałam wcześniej, że schody prowadzące do "górnego kościoła" były remontowane - byłam wtedy święcie przekonana, że w wyniku tych działań powstanie podjazd dla wózków. Niestety, jedyną zmianą była zmiana nawierzchni, mogłam więc doświadczyć tego, czego na co dzień doświadcza wiele mam w miejskiej dżungli. Kto próbował wnieść spacerówkę z wiercącym się dzieckiem po dwudziestu kilku sporych stopniach, w butach na obcasach i odświętnej spódnicy, ten wie, o czym mówię. Walka o życie. I o rajstopy bez pozaciąganych oczek. Ach - i o dziecko, które do kościoła wnieść by wypadało w jednym kawałku, podobnie jak i wózek...

Potem było już łatwiej. Młoda stawiała pierwsze kroki, wyjście do kościoła było więc jednym z wielu miłych spacerów. Spacerowały z nami również misie czy lalki, bez których wytrzymanie godziny w kościele byłoby zdecydowanie mission impossible dla ruchliwego roczniaka.

Nie zdarzyło mi się nigdy usłyszeć niemiłej uwagi z ust księdza, chociaż fakt - starałam się i staram nadal, by dzieci w kościele zachowywały się w miare możliwości cicho. Zdarzało sie natomiast napotykać spojrzenia innych osób w kościele, spojrzenia, w których próżno byłoby szukać wyrozumiałości czy życzliwości. Zdarzyła się sytuacja, w której na mszy dla dzieci (sic!) siedząca ławkę przed nami starsza pani obróciła się, by zrugać moje trzyletnie dziecko, za to, że się wierci.  Mnie wtedy - dosłownie - zatkało. Młoda przez dwa miesiące nie chciała nawet słyszeć o wyjściu na mszę, dopytując czy w kościele na pewno nie będzie Tamtej Pani...

Msza, którą przeżywam razem z moimi dziećmi, to czas który można opisać na wiele sposobów, w żadnym z nich jednak nie znajdzie się wyrażenia "modlitwa w skupieniu". Mała nóżka depcząca moje buty. Mała nóżka kopiąca sąsiada w ławce. Mała rączka tarmosząca guzik u mojego płaszcza. Mała główka próbująca wcisnąć się pod jego poły, żeby się do mnie przytulić. I mała buzia, która rzadko chce pozostać zamknięta i co jakiś czas teatralnym szeptem rzuca: " Czy już idziemy do domu?"

Tak naprawdę jednak, gdy przychodzimy razem do kościoła, przynosimy tam cząstkę naszego normalnego domowego bałaganu. Przecież u nas wszystko wygląda właśnie w taki sposób!

 Przychodząc z tym do Jezusa, oddajemy Mu to, co jest częścią nas - częścią bardzo autentyczną, bo w takim zamęcie i chaosie brak już sił na udawanie. Chociaż w czasie mszy świętej - między poprawianiem różnych części dziecięcej garderoby a tłumaczeniem, że jeszcze chwileczkę trzeba być cicho - brakuje skupienia, jestem przekonana, że nieustannie dzieje się to, co najważniejsze: ja patrzę na Boga, a Bóg patrzy na mnie. Chyba z uśmiechem, tak myślę. To taka kontemplacja, modlitwa bez słów. Taki czas, który pokazuje, że w relacji i rozmowie nieważny jest dobór słów czy stopień wyprasowania odświętnej koszuli (bo z tym bywa krucho), ale obecność i pragnienie spotkania. I że On cieszy się, gdy w niedoskonały, ale autentyczny sposób, tworzymy wspólnotę, by razem do Niego wołać.

W żaden inny sposób nie mogłabym wytłumaczyć tego paradoksu - że chociaż wychodzę z kościoła bardziej zmęczona, niż do niego przyszłam, z dziećmi wieszającymi się na rękach, z poczuciem że znowu nie potrafiłam się skupić tak, jak bym chciała, wynoszę z niego jednocześnie ogromny pokój serca. I że ten pokój łączy nas, tak jak wspólna modlitwa, dużo dłużej niż tylko w czasie niedzielnej Eucharystii.

dzieci w kosciele

2 komentarze:

  1. Dokladnie mam to samo:) pozdrawiam serdecznie zycze milej niedzieli

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze trafiasz w sedno. Gorzej z mszą św. dla dzieci w tygodniu; jak już wybieram się z 1,5 synkiem to na tą możliwie najkrótszą, to jednak z pewnym poczuciem winy w stosunku do szukających Boga w ciszy modlitwy. Niedzielnie często z mężem sprzedajemy Bąka babciom i celebrujemy luksus słuchania Słowa Bożego w skupieniu na tymże.

    OdpowiedzUsuń