sobota, 11 sierpnia 2018

(nie)ekstremalna droga krzyżowa

Jedna z najbardziej ekstremalnych tras, jakie pokonałam w życiu, miała długość ok. 50 metrów. Ten dystans został przeze mnie podzielony na kilkaset małych kroczków, które pokonywałam powoli, zgarbiona, szurając nogami w szpitalnych kapciach. Byłam kilkanaście godzin po drugiej cesarce, a moje dziecko leżało nie ze mną w sali,  lecz kilkadziesiąt metrów dalej, w inkubatorze na oddziale noworodkowym. Żeby dotknąć, pogłaskać, nakarmić butelką mojego synka, musiałam przejść pół szpitalnego oddziału. Więc szłam. I to było najdłuższe 50 metrów w moim życiu...

mama droga krzyzowa

Czemu o tym piszę? Bo zachciało mi się ekstremalnej drogi krzyżowej. Naprawdę. Wizja przejścia kilkudziesięciu kilometrów w nocy, w ciszy, w zmaganiu się ze swoją słabością pociaga mnie na tyle, że na serio rozważałam wzięcie udziało w takim przedsięwzięciu. Rozsądek podpowiada jednak, że nawet jeśli starczy sił na przejście całej trasy, to nie starczy ich potem na bycie w codziennych obowiązkach. Czyli że pomysł, choć dobry, niekoniecznie jest odpowiedni dla mnie na teraz, bo teraz moim głównym zaangażowaniem są dzieci i rodzina. Po raz kolejny trzeba więc przedefiniować zarówno swoje pragnienia jak i niektóre słowa w słowniku - na przykład słowo "ekstremalnie".

Trzeba przyznać, że to co w naszym życiu rodzinnym określamy jako "ekstremalne", wypada bardzo blado na tle spektakularnych osiągnięć innych ludzi. Dla większości moich bezdzietnych znajomych powodem do dumy będzie zdobycie górskiego szczytu czy przejście Orlej Perci. A my? My z równie wielką ekscytacją opowiadać będziemy, jak to w 3 godziny przeszliśmy trasę, której czas pokonania PTTK okeśla na 50 minut (podkreślając z dumą niektóre aspekty związane z tym, jak to fajnie gdy dzieci w porę zdążą zaliczyć wc na trasie ;) ). Ekscytująca relacja znajomych z kilkudniowej podróży koleją transsyberyjską będzie dla nas brzmiała równie ekstremalnie jak to, że przejechaliśmy z dziećmi 200km bez ich marudzenia. A gratulując komuś zdobycia tytułu magistra czy inżyniera, przemycimy przy okazji z błyskiem w oku, że nasze dziecko bez problemu rozróżnia już literkę "b" i "d" i całkiem dobrze radzi sobie z dodawaniem i odejmowaniem.

Nasze "ekstremalne" osiągnięcia są bardzo zwyczajne. I może nie musi być inaczej. Może dokładnie tak samo może być z przeżywaniem drogi krzyżowej. Ekstremalnej w sposób zupełnie niekestremalny.

To jest mój pomysł na najbliższy piątek. Skoro nie mogę spakować plecaka, założyć wygodnych butów i ruszyć na szlak - zrobię to po swojemu. Stacja pierwsza-  tuż po obudzeniu, gdy walczę zarówno z budzikiem, jak i z samą sobą, by zrobić ten pierwszy krok i opuścić kojącą miękkość ciepłej kołdry...

Stacja druga - przy przygotowywaniu śniadania. Przy nabieraniu rozpędu przed wejściem w swoje obowiązki, przed wzięciem ich na swoje ramiona dokładanie tak, jak On bierze krzyż. Jego upadek - gdy będzie mi szczególnie ciężko. Spotkanie z Weroniką - gdy nie będę umiała odnaleźć Jego obrazu w twarzy drugiego człowieka. Jego śmierć, gdy poczuję pokusę, by zwątpić w Miłość, która kocha bezwarunkowo i do końca.

Cały dzień w Jego obecności. Cały dzień przypatrywania się nie tylko Jego męce i śmierci, ale przede wszystkim Jego trosce o mnie, Jego zaangażowaniu, Jego walce o moje zbawienie.  Droga krzyżowa, której poszczególne stacje wyznacza moja codzienność i w której prowadzi nie mapa i kompas, ale On sam.  Nieekstremalna i zwyczajna, ale taka, w której jestem sobą i daję sobie przestrzeń do spotkania ze Zbawicielem w tym, co dla mnie ważne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz