niedziela, 12 sierpnia 2018

nie znam się na amuletach

Na stole w naszej jadalni leżą małe dynie - jak co roku, w otoczeniu laskowych orzechów i lasek cynamonu. Tak pachnie jesień w domu: ciepłem i zapachem korzennych ciasteczek. I tak właśnie dla mnie wygląda, pełna żywych kolorów. Żaden inny miesiąc nie przynosi tak cieszących oko żółci i pomarańczy, jak październik.

Wyprzedzę w tym roku tradycyjny spór o halloweenowe dynie, choć jak znam życie, rozpocznie się już całkiem niedługo. Piszę jednak już teraz, na świeżo, bo dosłownie przed kilkoma godzinami zwrócono mi uwagę, że w nieświadomy sposób rozpowszechniłam, wraz z tekstem z bloga, wizerunek amuletu znanego części osób jako pierścień atlantów. Tych, dla których było to jakimkolwiek problemem - przepraszam. Z tymi, którzy nie wiedzą nawet jak ten pierścień wygląda, mogę umówić się na nadrabianie braków z wiedzy ogólnej - bo ja sama nie mam o tym pojęcia.  A dla wszystkich, którzy chcą czytać dalej - garść wyjaśnień.

Nie znam się na amuletach. Nie znam się również na wspomnianych przeze mnie dyniach. Jedyna zupa dyniowa, którą zrobiłam, okazała się kulinarną katastrofą ;) A Halloweeen kojarzy mi się z plastikowymi, tandetnymi strojami opanowującymi hipermarkety pod koniec października i z gorącymi dyskusjami części katolików z resztą świata.

dynie

Nie znam się na amuletach i nie chcę się znać. Nie wierzę, że przedmioty, w których moc nie wierzę (celowo się powtarzam) mogą mieć moc nade mną - skoro wierzę w moc Kogoś, kto pokonał wszelkie zło. Skoro karmię się Bogiem - dosłownie, jedząc Go (czy spożywając, jak wolimy mówić) w czasie każdej Eucharystii. 

Skoro wyznaję przed Nim to wszystko, w czym zło faktycznie ma nade mną moc. Bo naprawdę nie trzeba mi wpływu amuletów, by czynić zło. By chlapnąć językiem dwa słowa za dużo i dopuścić się obmowy. By w kłótni powiedzieć rzeczy, których wolałabym głośno nie wypowiadać. By przejść obojętnie wobec kogoś, kto potrzebuje pomocy albo tak zapatrzyć się w siebie, że będę czuła się ekspertem od życia duchowego i udzielała, patrząc z góry, dobrych rad wszystkim wokół.
Nie znam się na amuletach, zagrożeniach duchowych i inych strasznych sprawach. I być może zostanę przez to uznana za kogoś, kto patrzy na świat w sposób niedojrzały. Jak dziecko. Ale tak się właśnie czuję - jak dziecko, które przez życie jest prowadzone przez Kogoś, kto jest wspaniały i z Kim niczego nie musi się bać.

Mam ciągle w pamięci swoje spacery z dzieciństwa - i jedno takie miejsce, które mijałam w drodze do domu mojej przyjaciółki, a którego bardzo się bałam, bo była to cmentarna kapliczka :) I mogłabym porównać mój spacer przez życie z taką właśnie wędrówkę, w czasie której mijam różne przerażające miejsca. Czasem dobiega mnie z różnych stron krzyk: "Uważaj, tak jest potwór! Ma straszliwe kły i wiele osób ucierpiało z jego powodu!". Nie będę temu zaprzeczać. Ten potwór jest jak "lew ryczący krąży szukając kogo pożreć." (1 P 5,8). Ten potwór stanowi realne zagrożenie. Tylko że ten potwór może mi zrobić krzywdę jedynie, gdy się do niego zbliżę. A Ten, który prowadzi mnie przez życie, już dawno nałożył mu kaganiec.

Można iść przez życie patrząc tylko na złego ducha. Można widzieć wszędzie zagrożenia (których istnienia nie neguję) i wkładać wiele energii w to, żeby o nich krzyczeć na prawo i lewo. Tylko że mi właśnie na to tej energii szkoda, bo jeśli mam coś głosić swoim życiem, to w centrum tego, co głoszę, nie chcę stawiać zła. 

Wolę krzyczeć na prawo i lewo: "Ludzie, przez życie prowadzi mnie Ktoś Niesamowity! Musicie Go poznać, bo jest fantastyczny". Wtedy jest szansa, że ktoś, kto wpatrzy się w Niego, nie będzie chciał nawet zerknąć w stronę tego, co oferuje zły duch. Bo nie będzie musiał szukać szczęścia gdziekolwiek indziej. I to nie strach przed zagrożeniem będzie jego motywacją, a zwyczajny zdrowy rozsądek - po co szukać poza Jezusem, skoro w Nim można znaleźć wszystko?

Daleka jestem od narzucania Tobie trasy, tempa i sposobu wędrówki przez życie. Pozwól jednak, że tu - u mnie, w miejscu które tworzę - nie będę pisać o potworze, którego mój Pan już dawno pokonał. Będę pisać o Nim, o Jezusie. Bo uważam, że to On jest najważniejszy. 

I jak dziecko w Jego ramionach - może naiwnie, a może nie? - jestem przekonana, że gdy będę patrzeć na Niego, gdy Jemu pozwolę działać, nic nie może mi zagrozić. 

On zwyciężył - prawdziwie. Bez żadnego "ale".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz