niedziela, 12 sierpnia 2018

naprawdę jesteś idealna

Idealnie urządzone mieszkanie. Idealne miejsce na urlop. Idealna sukienka na wesele. Idealne ciasto na niedzielne popołudnie. Idealne życie - dążymy do niego mniej lub bardziej świadomie, przekonane że to, co idealne, oznacza również szczęśliwe. 

Skąd to się bierze? Czy to wpływ wychowania, dziecięcych marzeń inspirowanych światem księżniczek z bajki czy po prostu świata, który o perfekcji krzyczy zarówno przy okazji kazań w kościele, jak i wizyty na siłowni?...

Często próbujemy do tego dążyć. Albo, pardon - będę pisać o sobie, mi się to zdarza, przynajmniej od czasu do czasu. Mam w głowie swój plan na siebie, idealną wizję siebie samej, którą jak szablon przykładam do swojego życia i próbuję przycinać je do wymyślonej przez siebie miary. 

Dopiero później okazuje się, że takie "przycinanie" w prosty sposób oznacza zranienie. Ostre cięcie oznacza ranę, rana - ból, a ból przypomina o tym, że wciąż nie jest idealnie.  I tworzy się błędne koło. W dążeniu do szczęścia tą drogą, jest go dziwnym trafem coraz mniej, coraz więcej zaś frustracji.

nadmeirne-ocz

Pal licho w sumie, jeśli dotyczy to tylko mnie. Ale zazwyczaj nie kończy się na oczekiwaniach dotyczących siebie samej. Bo "nadmierne oczekiwania" to najbardziej żarłoczna bestia na świecie - dokarmiana nawet okruchami sukcesów, rośnie do monstrualnych rozmiarów i domaga się więcej

Nie wystarcza więc dążenie do osobistego ideału. Idealny ma być dom i porządek wokół. Idealnie powinni zachowywać się dzieci i mąż. Idealnie musi układać się i ten dzień, i wszystkie kolejne. Trudno przyjąć do wiadomości deszczowe lato w czasie zaplanowanego urlopu czy chorobę dziecka akurat w momencie, gdy miało się zupełnie inne plany. Staje się wtedy na głowie, próbując ratować co się da, byle tylko utrzymać własną wizję szczęścia. 

Najsmutniej jednak, gdy to wszystko przenosi się na relację z Bogiem. Bo można tego nie zauważać, ale po cichutku i małymi kroczkami odchodzić od Niego w stronę swojego ideału. Można mieć swój plan na siebie i na swoje zbawienie. Zaciskać zęby mówiąc: "dam radę!", zaciskać pięści, próbując wypełnić te słowa. I żyć w przekonaniu, że moje próby życia "lepiej", moje pobożne mądrości, które wypowiadam w czasie modlitwy, moja determinacja i rozliczanie siebie z duchowych sukcesów i porażek będą w stanie mnie zbawić. Można tak kręcić się wokół samego siebie i utwierdzać się w przekonaniu, że to ja jestem dla siebie ratunkiem. I że jak już naprawię w moim życiu to, co nieidealne, będę mogła w końcu przyjść do Boga i powiedzieć: "Wykonałam swoje zadanie".

Wspaniałe są takie chwile, kiedy wszystkie te starania, budowane misternie jak domek z kart, rozsypują się w drobny mak - kiedy okazuje się, że jednak nie potrafię. Że - o, niespodzianka - nie jestem w stanie sama siebie zbawić.

Po ludzku to chwile bolesne i pełne rozczarowania. 

A jednak kiedy ma się puste ręce, kiedy nie ma się nic, można w końcu zobaczyć, że wszystko jest łaską, a Zbawiciel jest tylko jeden.

Nie jestem nim ani ja, ani sławny terapeuta, ani najfajniejsz ksiądz z parafii. Jest nim Jezus Chrystus. I dopiero kiedy to sobie uświadomię, kiedy stanę przed Nim z pustymi rękami i przekonaniem, że całe moje życie zależy nie od moich starań, ale od współpracy z Nim, dopiero wtedy doświadczę prawdziwego pokoju.

Chyba każda matka, patrząc na swoje małe dziecko, pomyślała kiedyś: "Jesteś idealny/idealna". Przed nami była wtedy bezbronna kruszynka. Dziesięć idealnych paluszków u rąk, malutkie idealne stópki, najpiękniejsze oczka na świecie. Idealne dziecko. Dziecko, które potrafiło również czasem płakać bez końca, a w późniejszym wieku pluć zupką z brokułów czy pomalować meble niezmywalnym markerem. Dziecko, które zachowywało się nieidealnie, ale w naszych oczach - było najdoskonalsze.

Tak chyba patrzy na nas Bóg. W Jego oczach jesteś idealna. Nie dlatego, że spełniasz jakieś wymagania, nie dlatego, że jesteś bezgrzeszna, nie dlatego, że zachowujesz się idealnie. Po prostu - jesteś stworzona w doskonały sposób. I choć nie wszystko Ci wychodzi, On wie, jak ogromny masz potencjał i jak wiele jesteś w stanie zdziałać, jeśli tylko pozwolisz, by On dokończył to, co zaczął powołując ciebie do życia. Nie ma podstaw, by wątpić, że skoro działa w twoim życiu, to chce również prowadzić cię do jego pełni. Jego a nie twoją drogą, w Jego a nie twoim tempie, Jego sposobem.

I Jego mocą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz