niedziela, 12 sierpnia 2018

mój mały dzikus.

Dziki chłopiec - sensacyjne odkrycie. W małej wiosce na południu Francji schwytano dziecko, wychowane przez las - nagie, jak je Pan Bóg stworzył i zachowujące się podobnie do zwierząt. "Czy to przedstawiciel gatunku Homo ferus, czyli dziki człowiek?" - zastanawiali się naukowcy, poddając go badaniom i obserwacji. "Czy to w ogóle człowiek taki jak my?" - pytali inni.

Chłopiec nie znosił ubrań, a gdy mu je zakładano, nieustannie próbował z siebie zedrzeć. Żywił się żołędziami i ziemniakami, bardzo powoli oswajając nowe smaki. Unikał tłumów i bał się ludzi w mundurach. A gdy widział za oknem księżyc w pełni - gdy widział go daleko, poza jego zasięgiem, ponad dachami domów, w labiryncie których był uwięziony - zawodził smutno, wpatrując się w dal.
Chłopiec był dziki, to nie podlegało wątpliwości. A jednak ktoś zobaczył w nim nie tyle zjawisko czy obiekt obserwacji, lecz człowieka. Ktoś nadał mu imię - i to nie byle jakie. Wiktor, czyli zwycięzca. Ktoś uwierzył, że jest w stanie dorosnąć do tego imienia. I choć nauczyciel Wiktora był tylko człowiekiem, omylnym i nie zawsze podejmującym dobre decyzje, wykazał się cierpliwością i szacunkiem, jakim rzadko darzono dzieci w tamtym czasie.

Lektura książki "Dziki chłopiec" (Mary Losure) jest przejmująca, zwłaszcza gdy jest się mamą i postępuje w życiu według zasady "wszystkie dzieci nasze są". Żadne dziecko nie powinno zostać porzucone, odrzucone, zapomniane. Żadne nie powinno być bezdusznie traktowanym obiektem badań. Żadne dziecko.

Również to, które jest we mnie...


Mam czasem wrażenie, że we mnie też mieszka "mały dzikus", którego niekiedy próbuję schwytać, związać i zmusić do tego, czego robić nie chce. "Mały dzikus" nie pasuje do tego, co ma być idealne, poukładane, perfekcyjne. Nie próbuję go wysłuchać. Nie próbuję spojrzeć mu w oczy i zapytać, czego mu naprawdę potrzeba. Nie zawszę daję mu nawet prawo do bycia - we mnie. Na szczęście jest Ktoś, kto nadał mi to samo imię - imię zwycięzcy. Ktoś wierzy, że mogę do niego dorosnąć, że mam w sobie dobro, któremu wystarczy zrobić tylko trochę miejsca, by zakwitło, a potem wydało plon stokrotny. Chociaż ja czasem traktuję moje słabości tak, jak niektórzy traktowali "dzikusa z Aveyron", dla Boga nie jestem bezimienną istotą, sprawiającą jedynie problemy. On nadał mi imię i wypowiada je z miłością. Nadał je również Tobie - imię wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. 
Odważysz się wsłuchać w siebie, by je poznać?...

Relację o dzikim chłopcu z Aveyron można czytać na wiele sposobów. Może inspirować, tak jak zainspirowała Marię Motessori. "W dzisiejszych czasach dzieci mają o wiele większą swobodę uczenia się zgodnie z własnym upodobaniem niż miałyby pewnie, gdyby dziki chłopiec i jego nauczyciel nie spotkali się dawno temu w Paryżu" - pisze autorka książki i zapewne ma rację. Ta opowieść dla mnie jest jednak czymś więcej. To refleksja nad tym, w jaki sposób reaguję na to, co nie pasuje do ogólnie przyjętych norm i schematów, abo wręcz burzy porządek, do którego jestem przyzwyczajona. Jak reaguję na wybryki mojego wewnętrznego dziecka? Czy chcę słuchać tego, co próbuje mi powiedzieć, a czasem wręcz wykrzyczeć? I czy dam mu - dam sobie - wolność poszukiwań tego, czego naprawdę pragnie?

"Przed nimi rozciągały się ciemne, puste ulice, a za nimi otwarte pola, las, wolność... a jednak... mężczyzna nie pozwolił chłopcu wyjść. Innej nocy Bonnaterre zakradł się cicho do pokoju chłopca, który spał na swoim sienniku okryty tyko płóciennym prześcieradłem. Leżał zwinięty w kłębek, z piąstkami wciśniętymi w oczy, twarzą przy kolanach. Skulony tak, jakby bronił się przed całym światem. Musiał przedstawiać bardzo smutny widok, jednak naukowiec zdawał się nie odczuwać żadnego współczucia."
A wystarczyło tylko - przytulić...

(Fragment tekstu i ilustracje - "Dziki chłopiec. Prawdziwe życie dzikusa z Aveyron" Mary Losure, Wydawnictwo Meandry)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz