poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Kościół, za jakim tęsknię.

Z duszą na ramieniu.

Właśnie tak mierzę się z tym tematem. Brakuje słów i nie starcza wyobraźni, bo zostały przekroczone wszelkie możliwe granice. W takich przypadkach naturalną reakcją bywa milczenie - tak niestosowne w przypadku, gdy milczenia było już zbyt wiele...

Już samo zestawienie słów "pedofilia" i "Kościół" jest dla mnie tak trudne, że aż boli. "To nie powinno się wydarzyć!!!" - chciałabym krzyczeć. Może dlatego, że chociaż w tym roku stuknie mi podwójna osiemnastka, wciąż jeszcze wierzę nie tylko w Boga, ale i w człowieka. W ideały. W piękno i dobro.

A może dlatego, że moja droga do Kościoła była kręta i wyboista. To była droga buntu i poszukiwań, droga trudnych pytań, zadawanych czasem z bezczelną miną. Droga równie trudnych odpowiedzi i wielu znaków zapytania, które wciąż jeszcze noszę cierpliwie w sercu tylko dlatego, że udało mi się znaleźć nadzieję większą niż moje wątpliwości.

Ta droga zaprowadziła mnie do Kościoła pełnego Życia. Taki Kościół znam, za takim tęsknię i taki chciałabym pokazywać innym. Kościół, który jest wspólnotą. Kościół, w którym można poczuć się jak u siebie w domu. W którym można kochać, inspirować się, wzrastać.

Gdy dzieją się rzeczy, które w tak dramatyczny sposób zaprzeczają wszystkiemu, w co wierzę, w czym pokładam nadzieję i co kocham, czuję się bezsilna. Nie mam wątpliwości, że o tym, co złe, trzeba mówić jasno i szczerze. Nie mam wątpliwości, że potrzebne jest zmierzenie się z prawdą, choćby była ona najtrudniejsza. Czuję jednak, że to wszystko za mało. Czuje też, że choć ja - zwykła mama z prowincjonalnej części kraju będącego prowincją Europy - nie zmienię świata, mogę zrobić coś, co będzie częścią większej zmiany.

[czasem przecież ziarenko przeważa szalę]

Chciałabym więc pamiętać o tym, że nawet cichy głos może odbić się głośnym echem. A tak stanie się tylko wtedy, gdy będę pamiętać o tym, że mam głos. Że choć jestem świecką kobietą, jestem też włączona w Kościół przez chrzest święty. Że buduję ten Kościół w taki sam sposób jak księża, biskupi i diakoni. To oznacza dla mnie dwie ważne rzeczy.

Po pierwsze: uświadomienie sobie swojej roli w Kościele - roli, która nie ogranicza się to siedzenia w pierwszej czy ostatniej ławce przez jedną godzinę w tygodniu. Jeśli tylko chcę, jeśli tylko Pan Bóg do tego zaprosi, mogę robić więcej: na miarę swoich możliwości współpracować i współdziałać, zamiast być jedynie biernym widzem w czasie nabożeństwa.

Po drugie, budowanie Kościoła oznacza współodpowiedzialność, czyli reagowanie. Dotyczy to nie tylko chwil, w których obok mnie mógłby dziać się taki dramat jak w Pensylwanii czy w Chile. To oznacza reagowanie w każdej sytuacji, która będzie budziła moje poważne wątpliwości czy oburzenie.

Gdy przeglądam (nie tylko katolickie) internety, wiem że my, Polacy, jesteśmy w tym mistrzami, ale tylko wtedy, gdy chowamy się za anonimowym nickiem na jeszcze bardziej anonimowym forum. Czy starczy mi odwagi, by o stylu prowadzenia katechezy, organizacji Pierwszej Komunii w parafii czy harmonogramie prac przy remoncie kościoła porozmawiać z proboszczem twarzą w twarz? Czy ograniczę się jedynie do wymiany uwag z sąsiadami czy wylewaniem frustracji na forum internetowym?

Co to ma wspólnego z pedofilią w Kościele - zapytacie? Pozornie - niewiele. A jednak jeśli nie uda się nam - świeckim i księżom - zbudować klimatu otwartości i szczerości, przed nami jeszcze sporo niedopowiedzeń, skandali i kryzysów. Musimy nauczyć się rozmawiać, z szacunkiem, ale bez lęku. Po partnersku - chciałabym napisać. I wierzę, że to możliwe, bo wiem, że Kościół to nie tylko "oni". Kościół to "my", czyli również ja, moje starania, wybory, mój potencjał, upadki i słabości.

Nie ma prostych słów. Nie ma prostych sposobów na to, by poukładać sobie - w głowie i w sercu - to, co rozsypuje się w drobny mak, gdy słyszy się doniesienia mediów. Można, a czasem nawet trzeba, ubierać w słowa swoje niezrozumienie, protest i smutek. Niektórych te uczucia być może zaprowadzą do trudnych pytań i trudnych decyzji. Niektórzy może odejdą z Kościoła na krok lub dwa. Albo na całe życie. We mnie wciąż jednak trwa ta sama nadzieja, mała jak ziarenko gorczycy, z której wyrasta wielkie drzewo. Ona niezmiennie podpowiada, że Kościół jest nie tylko tam, gdzie krzyczą nagłówki gazet, ale też tu, gdzie po cichu żyję, oddycham Słowem, kocham. Że moim zadaniem jest robić tyle, ile mogę. Moim zadaniem jest dobro - małe, codzienne, budujące. Na przekór temu, co złe.





Nie będzie wołał ni podnosił głosu, 
nie da słyszeć krzyku swego na dworze. 
Nie złamie trzciny nadłamanej, 
nie zagasi knotka o nikłym płomyku. 
On niezachwianie przyniesie Prawo. 
Nie zniechęci się ani nie załamie, 
aż utrwali Prawo na ziemi, 
a Jego pouczenia wyczekują wyspy. 
(Iz 42, 2-5)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz