sobota, 11 sierpnia 2018

kolekcjonuję zachody słońca.

12.223. Dokładnie tyle zachodów słońca widział świat od momentu, kiedy powiększyłam grono tych, którzy po nim stąpają. 12.223 zachody słońca za mną. Ile przede mną? Czy tylko jeden? Czy kolejne 12.000? I czy - z moim apetytem na życie - nie będzie trochę tak, że ile by ich nie było, będzie mi wciąż za mało?...

Jestem zapracowaną mamą. Staram się jak mogę godzić pracę zawodową z aktywnym uczestniczeniem w życiu moich dzieci i domowymi obowiązkami. Wplatam w to zaangażowanie w sprawy Kościoła i ewangelizację. Czasu dla siebie - takiego prawdziwego, ze słodkim lenistwem czy odpoczynkiem - jest naprawdę niewiele. Nawet na porządny sen zazwyczaj go brakuje. 

Mam przez to wrażenie, że życie straszliwie pędzi, że oto kolejny weekend, który minie zbyt szybko, kolejny tydzień, w który wkroczę w biegu, kolejne dni, tygodnie, miesiące. Może właśnie dlatego pewnego wieczoru, kładąc do snu mojego synka i wyglądając przez okno, poczułam w sercu bolesne ukłucie. 

Zachód słońca - piękny. Zielone pola, które widzę przez okno, aż po horyzont, na którym rysuje się wieża kościoła i kilka rozrzuconych jak dziecięce klocki domów. Wszystko to skąpane w łagodnym, ciepłym świetle i dopełnione harmonijnym śpiewem ptaków. Piękno na wyciągnięcie ręki, piękno, które aż prosi, by stać się jego częścią - wsłuchać się w dźwięki wieczoru, przystanąć na chwilę, odetchnąć. Tak wiele razy mi to umknęło. Tak wiele straciłam, pędząc wciąż do swoich spraw...

"Pani Boże" - powiedziałam wtedy - "dlaczego tak musi być? Dlaczego tak pędzę? Dlaczego brakuje takich chwil, kiedy mogłaby po prostu ucieszyć się pięknem, które mnie otacza?..."

Możecie się śmiać, ale usłyszałam wtedy w sercu obietnicę, że to się zmieni. I chociaż w moim rytmie dnia zmieniło się niewiele, mam wrażenie jakby mój Anioł Stróż - lepiej niż niezawodny budzik w moim telefonie - zaczął mi przypominać o tym, by czasem zamiast pod nogi, które pędzą, czy w wypełniony zadaniami terminarz, spojrzeć również w niebo.

Możecie się śmiać, ale ja naprawdę od tej pory zaczęłam zauważać zachody słońca. Zaczęłam je kolekcjonować. Nauczyłam się nimi zachwycać i za nie dziękować. Zaczęłam zauważać piękno, a wraz z nim - cieszyć się drobiazgami. Okazało się, że plan dnia nie zawali się, gdy w jego trakcie wygospodaruję dziesięć minut na to, by usiąść na świezym powietrzu, pogapić się w niebo i spokojnie wypić kawę. I podziękować! Okazało się, że spora lista obowiązków i zadań do wykonania wydaje się mniej straszna, gdy zadbam o to, aby nie traktować życia jedynie jak arkusz w Excelu, w którym muszę odhaczyć to, co udało mi się zrobić. Gdy znajdę też czas, by się nim - życiem, moim niepowtarzalnym życiem! - ucieszyć.

Dzisiaj czeka mnie 12.224 zachód słońca w moim życiu. Nie wiem, ile ich jeszcze przede mną. I choć wierzę mocno, że kiedyś będę je oglądać z innej, bo niebiańskiej perspektywy, tym dzisiejszym zamierzam się ucieszyć tak, jakby był jedynym i niepowtarzalnym, bo w sumie - naprawdę taki jest. Zamierzam smakować go i delektować się nim bez pośpiechu - nawet jeśli zastanie mnie w pracy, w czasie jazdy samochodem czy przy składaniu prania. Bo tylko ode mnie zależy, czy dam się przytłoczyć obowiązkom, których zawsze jest i będzie za dużo, czy też nauczę się cieszyć drobiazgami pomimo tego, że życie nie wygląda idealnie.

MAMA sukienka

Bo na życie - nawet nieidealne - mam ogromny apetyt. I uśmiecham się do myśli takich, jak ta wyczytana ostatnio: Życie jest krótkie. Kup tę sukienkę. I chociaż nie można na takim myśleniu zbudować całego swojego podejścia do rzeczywistości, warto nauczyć się myśleć podobnie. Pozwalać sobie czasem na odrobinę luzu i szaleństwa. Patrzeć i dostrzegać piękno. Doceniać i dziękować, przy każdej okazji próbując ćwiczyć się w radości i wdzięczności.

I cieszyć się - po prostu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz