sobota, 11 sierpnia 2018

kobiety na traktory (czyli o tym, że nie musisz być silna)

Po ostatniej awanturze, którą urządziłam w domu, nie trzasnęłam drzwiami. Zaparzyłam za to herbatę i wyszłam z domu, aby usiąść chwilę w ciszy, na słońcu, które tego dnia zaczęło przypominać o tym, że wiosna naprawdę jest blisko. Zamknęłam oczy, oddychałam powoli, próbując pozbyć się nieznośnie gorzkiego poczucia porażki na froncie zmagań ze swoim wybuchowym charakterem. I wtedy - zmęczona, niespokojna, rozczarowana - doznałam olśnienia. Nagle stało się dla mnie jasne: daję więcej niż mam.

W ten sposób można funkcjonować całkiem sprawnie przez pewien czas. Można nawet czuć,  że to takie piękne poświęcenie - że daję siebie innym, że zaciskam zęby... a nie, przepraszam - wszystko z uśmiechem. Więc z uśmiechem podejmuję wyzwania codzienności. Sobie od ust odejmę, a dam dzieciom. O sobie nie pomyślę, najpiew dom, mąż i rodzina. I tak dalej. I tak bez końca. To wchodzi w nawyk.

Daję więcej niż mam. Podejmuję wyzwania, które są ponad moje siły. "Zapominam o sobie", myśląc że to kwintesencja chrześcijaństwa, ale okazuje się, że jednak nie zawsze.  Bo nawet "zapominać o sobie" trzeba z głową, skoro bliźniego kochamy jak siebie samego...

W tym wszystkim mogę pomyśleć nawet, że powinnam dać radę, bo przecież Bóg wspiera mnie swoją siłą. I to prawda. Tylko że Bóg  się za mnie nie wyśpi. A gdy po kolejnej zarwanej nocy zabraknie mi cierpliwości dla najbliższych - to nie Bóg będzie winny tego, że mam tyle obowiązków.
Bóg da mi wsparcie, ale nie posadzi mnie przy stole jak czterolatka, przypominając o porach posiłku. I nie wciśnie mi na talerz brokuła zamiast mrożonej pizzy, którą szybko zapycham głód.  Bóg będzie zachęcał do dawania siebie innym, do zapierania się siebie i niesienia własnego krzyża. Ale rozumie pewnie lepiej niż ja, że gdy będę po raz sto czterdziesty pierwszy czytać synowi tę samą bajkę o strażaku, zrobię to z dużo większą radością, jeśli wcześniej sama znajdę chociaż pół godziny czasu na lekturę dobrej książki.

Nie wiem, skąd to się wzięło, ale w jakiś dziwny sposób dorastałam w przekonaniu, że muszę być silną babą. Że trzeba umieć upiec chleb i uszyć firanki, być dobrym pracownikiem, a jednocześnie utrzymywać dom w czystości, spędzać czas na zabawie z dziećmi, serwując jednocześnie domownikom dania ze zróżnicowanego (ach - i ekonomicznie korzystnego) menu codziennych obiadów. Kobiety na traktory. W wydaniu XXI wieku.

4dbbdf2852989_o

I nie zamierzam wcale narzekać, że jest mi z tym ciężko. Każdy z nas ma przecież wiele obowiązków i te same 24 godziny do rozdysponowania. Tylko że mi - a może nie tylko mi - przytrafiła się fatalna skłonność do lekceważenia własnych potrzeb. Nakleiłam na niej etykietykę "altruizm", zmienianą czasem na "idealna mama". Zapomniałam, że nie wszystko muszę robić na 100% swoich możliwości. Na pewno natomiast - jeśli chcę mieć siły do działania - muszę samą siebie traktować z właśnie taką powagą. Stuprocentową. Nie zabijać bez końca senności kofeiną, braku witamin - kolejnymi suplementami, a chęci zrobienia czegoś dla siebie stwierdzeniem, że jestem egoistką, skoro chcę spędzić czas bez dzieci.

To takie proste i oczywiste, zwłaszcza gdy czyta się to napisane czarno na białym. Ale która z Was ani razu nie wyszła  ze sklepu z siatką pełną dzieciecych ubrań - mimo że tego dnia miała kupić coś dla siebie - niech pierwsza rzuci we mnie zstawem śpioszków ;)
A każdej z nas przydałby się pewnie raz na tydzień taki specyficzny rachunek sumienia. Nie taki w którym  patrzyłybyśmy na przewinienia czy braki. Taki, w którym pytałybyśmy się siebie, czy w ostatnim tygodniu - tak naprawdę, z ręką na sercu - dałyśmy sobie chociaż chwilę, żeby odsapnąć i zrobić coś dla siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz