sobota, 11 sierpnia 2018

kawa i ja

Kocham ten stan,
cudowne sam na sam.
Kawa i ja,
papierosy, kawa, ja

- tak śpiewa Nosowska. I w pewnym stopniu oddaje to klimat moich poranków.
Jest kawa, zdecydowanie. Kubek ciepłej (ale nie za gorącej), delikatnie osłodzonej  (ale wciąż z nutą goryczki) kawy, czarnej jak świat za oknem o godzinie 6:00.  Jest też cisza. Jest taki kwadrans, kiedy dzieci jeszcze śpią, jedynym dźwiękiem w domu jest tykanie zegarania, a w ciszy myśli krążą leniwie wokół spraw przeszłych i nadchodzących. Ręce same wiedzą co robić, tak jakby funkcja "śniadanie" była bezbłędnie zaprogramowana przez serię powtarzanych każdego ranka czynności - automatyzm. Jest więc kawa, jest codzienne poranne zajęcie, jest cisza - i przestrzeń, w której czuję że to moje "cudowne sam na sam".

Chociaż od momentu, kiedy budzik wyrywa mnie z objęć Morfeusza, dzień od razu nabiera szalonego tempa, te chwile są czasem mojego porannego zatrzymania.  Jeszcze oddycham spokojnie, leniwie, jeszcze nie czuję presji zegarka. I w tym sennym spokoju odnajduję obecność, tak jakbym to nie z samą sobą piła tę kawę, ale z Wszechobecnym. Z Tym, który się nigdy nie spieszy i zawsze ma czas - i któremu nie przeszkadza to, że nasze Spotkanie odbywa się nad pajdami smarowanego masłem chleba. I który pewnie uśmiecha się widząc, jak wkładam je do różowego pudełka śniadaniowego(z kucykami Pony oczywiście!) :) Zabawne, że kiedyś modlitwa kojarzyła mi się tylko z recytowaniem wyuczonych formułek, najlepiej na klęczkach i w kościele, z poczuciem odrabiania pańszczyzny i odhaczania jednego z wielu obowiązków... A okazuje się, że może być ona czymś tak zwyczajnym i naturalnym, że bez problemu daje się wpleść w poranek pełen codziennych obowiązków.

Kocham ten stan - cudowne sam na sam. Kawa i ja. Jezus, kawa, ja.

Chyba w dokładnie takiej kolejności właśnie... :)
kawa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz