piątek, 31 sierpnia 2018

jesienne astry

Potknęłam się o rozsypane klocki. Potem dotarłam do kuchni, spojrzałam na talerze, pozostawione po kolacji i na naklejki z dinozaurami, które - gdyby ożyły - mogłyby spacerować wśród wyglądających jak wulkaniczne pagórki pozostałości jajecznicy...

Westchnęłam ciężko, bo przecież nie od dziś powtarzam jakieś tysiąc razy dziennie, by dbać o porządek. I to się nawet dzieciom udaje - 990 razy na dobę. A ja z moim zmęczeniem trafiam zazwyczaj na te dziesięć razy, które mogłyby dowodzić mojej porażki wychowawczej. I wtedy ciężko wzdycham...

Za kilka dni codzienność przyspieszy. Kula ziemska obracać się będzie wprawdzie wciąż z tą samą prędkością, ale w naszej domowej rzeczywistości nastąpi (niezbyt) cudowne rozmnożenie zadań i odpowiedzialności i próba upychania ich tak, by doba nie musiała mieć więcej niż 24 godziny.

Co roku o tej porze przeżywam to samo. Patrzę na zwiastujące jesień astry i widzę już zbliżający się listopad, szarą mżawkę, a potem przymrozki i szyby, które trzeba drapać. I zaspy po kolana. Zerkam w kalendarz, w którym data "1 września" oznacza doskonalenie umiejętności stawania na głowie, by wszystkie plany lekcji pogodzić z pracą i prowadzeniem domu. Mam to szczęście, że dźwigamy to razem, w dream teamie, wraz z Mężem, któremu w dowodzie wpisali nieprawidłowe imię (bo tak naprawdę na drugie ma Superman). A jednak wrzesień zawsze jest dla mnie nerwowy. I może nawet nie do końca wiem, czego tak naprawdę się boję...

Co roku to samo.

Patrzę na zwiastujące jesień astry. Patrzę na astry, ale nie mam pojęcia, jaki mają zapach...!

Patrzę w kalendarz, próbując zaplanować wszystko jak najlepiej, a umyka mi to wszystko, co choć nieplanowane, bywa piękne.

Usiadłam dziś z zapisanym już w połowie drobnym maczkiem terminarzem, po to, by pod dywan kolejnej tabelki, wykresu i listy spraw do załatwienia zamieść swoje lęki. Mam w tym wprawę, a przynajmniej wiele na to wskazuje (zapisany drobnym maczkiem terminarz na przykład). Czy to wina jesiennych astrów? Czy może mój Anioł Stróż szepnął mi do ucha, by tym razem w moje plany, bardzo na serio, wpisać nie tylko dziecięce zajęcia z logopedą i dodatkowy angielski, ale też to, czego mi trzeba?

Bo chciałabym w najbliższym czasie na przykład spojrzeć daleko przed siebie. Pogapić się na horyzont. Ba! - stanąć w takim miejscu, gdzie horyzont widać, gdzie nie zasłaniają go wieżowce ani bloki, ani nawet góry prania czy stosu dokumentów do wypełnienia . Pogapić się, czyli spojrzeć przed siebie. Nie pod nogi. I nie na tramwaj, który ucieka, ojejku, ojejku jak późno.

Chciałabym zjeść jabłko. Soczyste, jesienne, słodko-kwaśne. Poczuć jego zapach. Ucieszyć się jego smakiem, tak zwyczajnym, że często mi umyka. W biegu. Być tą radością i dziękować za nią tak, jak za chleb powszedni. Za zwyczajność.


Chciałabym policzyć nie tylko ile minut zajmuje mi dojazd do pracy, ale też ile oddechów moich śpiących dzieci rozbrzmiewa wśród nocnej ciszy ich pokoju. Popatrzeć na ich spokojne twarze, na misia przytulonego tak mocno, że chyba brakuje mu tchu. Na marzenia, które lżejsze od dorosłych trosk, unoszą się w górę. Nie znają granic.

Od - do. Tak rozpisuję kolejny dzień - i bardzo dobrze, bo tak robić trzeba. I bardzo dobrze też, że są takie sprawy, których w terminarzu zapisywać nie muszę. O ile tylko będę o nich pamiętać: by bardziej BYĆ niż się MARTWIĆ. By częściej smakować niż gonić. By żyć dzisiaj, nie czekając na to, co lepsze, zaplanowane, wymarzone. 

Żyć codziennie. I pozwalać, by życie mi o tym przypominało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz