sobota, 11 sierpnia 2018

instynkt macierzyński

Kiedy oczekiwałam na narodziny mojego pierwszego dziecka, cała wyprawka została przeze mnie przygotowana już w piątym miesiącu ciąży. Wyprane i wyprasowane ubranka leżały poukładane kolorystycznie w szafie (a kto mnie zna i widział kiedykolwiek moją szafę, wie jakie to rzadkie zjawisko). Zaczytywałam się też w czasopismach dla przyszłych mam. Patrzyłam na uśmiechnięte buzie maluchów, na zdjęcia szczęśliwych mam w różowych szlafrokach i na słodkie sukieneczki dla małych dziewczynek. Na tej podstawie budowałam swój obraz macierzyństwa - obraz sielankowy, przepełniony przekonaniem, że bycie mamą to coś naturalnego dla każdej kobiety, że wszystko pięknie się ułoży, bo instynktownie będę wiedziała, jak się zachowywać.

Czy to ból porodu był pierwszym sygnałem, że rzeczywistość odbiega od obrazu, jaki stworzyłam sobie w głowie? Czy poczucie zagubienia, gdy dostałam do ręki niewiele ponad dwa kilogramy Szczęścia, z poczuciem że teraz jestem odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale też za to Maleństwo? A może pierwsza chwila, kiedy uświadomiłam sobie, że cztery godziny snu na dobę zaczyna być normą, a na kolki nie działa żaden magiczny specyfik?...

W gazetkach tego nie wyczytałam. I nikt mi tego nie powiedział. Nikt nie powiedział, że przyjdą dni takiego zmęczenia, że będę w stanie spać na stojąco. Nikt nie powiedział, że będą takie wieczory, w czasie których nie tylko dziecko z powodu kolki, ale i ja będę płakać - z bezsilności i zmęczenia.
Nikt mi nie powiedział, że jako pracująca mama tak naprawdę będę pracować dużo dłużej niż to zakłada ustawowy tydzień pracy. Że moje "neverending story" będzie miało nie twarz Limahla, ale góry prania do prasowania.  I jaką wściekłość będzie potrafiła wywołać kolejna plama, która nie zeszła w czasie prania (tak właśnie! reklamy proszku do prania nie kłamią, miewam takie problemy!)

Ale te trudności to tylko jedna strona medalu. Jest też druga, dużo jaśniejsza. I tu też odkrywam niespodzianki. Zanim zostałam mamą, nie mogłam na przykład wiedzieć, że gdy będę patrzeć na swoje dziecko, to nigdy mi się ten widok nie znudzi.  Że oprócz płaczu z bezsilności przyjdą takie chwile, gdy łzy same będą się pojawiać w oczach - gdy usłyszę spontaniczne: "Kocham cię, mamusiu". I gdy będzię wieczorem słuchać równego oddechu śpiącego dziecka i głaskać dłoń zwiniętą w piąstkę.

Nie mogłam wiedzieć, że łatwiej będzie mi wymienić imiona kucyków Pony niż królów Polski. Że będę z dziećmi uważnie słuchać "padadeszcza".  Że nauczę się naprawiać samochodziki zbudowane z klocków lego.  Że żadne ciasto nie zasmakuje mi tak bardzo, jak to podane na różowym talerzyku z zastawu dla lalek. I że uśmiech dziecka naprawdę sprawi, że o wielu trudach nie będzie się pamiętać. (To nie poezja, to rzeczywistość.)

MAMA mama

Zanim zostałam mamą, nasłuchałam się wiele o instynkcie macierzyńskim, o tym że "szczęścia nie można sobie kupić, ale można je sobie urodzić", o tym że mama wie najlepiej, co jest dobre dla jej dziecka. Nie usłyszałam natomiast tego, co szalenie ważne - że czasem będę zagubiona, niepewna i pełna wyrzutów sumienia. Że to najzupełniej normalne. Że wcale nie będzie różowo i bezproblemowo - ale to nie oznacza, że nie będzie szczęśliwie.

Długo byłam przekonana, że szczęście (tak jak  instynkt macierzyński) się po prosto ma, że szczęście się pojawia. Tymczasem szczęście trzeba zdobywać, trzeba nad nim pracować. Czasem trzeba je mozolnie wykopywać spod stosu prania z plamami po marchewce i dbać, by nie przekrzyczał go głos budzika o szóstej rano. A czasem przychodzi niespodziewanie wraz z tupotem małych nóżek biegnących, by się przytulić.

Nad szczęściem trzeba pracować. A pakiet umiejętności pod tytułem "dobra mama" nie spada nam z nieba w dniu narodzin dziecka. Bo dobrą mamą nie zostaje się z dnia na dzień, dobrą mamą trzeba się stawać . To oczywiste w innych dziedzinach życia, gdzie najpierw ćwiczymy swoje umiejetności, a dopiero potem się nimi posługujemy. Tak jak pianistą czy piłkarzem, tak i mamą nie zostaje się od razu. Gdy rodzi się dziecko, rodzi się również nasza rola.
I jeśli damy sobie  cierpliwość, by do niej stopniowo dorastać, okaże się kiedyś, że...wyrosłyśmy na ludzi ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz