sobota, 11 sierpnia 2018

czasem przychodzi po cichu

Wigilia Zesłania Ducha Świętego kilka lat temu zastała mnie w szpitalu. U mojego trzymiesięcznego wtedy synka dość niespodziewanie i szybko rozwinęło się zapalenie płuc, w związku z czym zamiast realizacji weekendowych planów nastąpiła nieprzewidywalna szpitalna rzeczywistość. Znacie to, kochane mamy? Spanie na materacu na podłodze w przejściu między dziecięcymi łóżeczkami, zaduch, szarość i dłużące się dni...

W planach miałam - tak samo jak w roku poprzednim - udział w czuwaniu przed Zesłaniem Ducha Świętego. To zeszłoroczne było niezwykle owocne - tak bardzo, że pamiętam je do tej pory. Miałam więc nadzieję na, przepraszam za wyrażenie, powtórkę z rozrywki ;) Na wieczór modlitwy, uwielbienia, skupienia na Jezusie i jednocześnie, nie oszukujmy, również chwillowej ucieczki od codzienności, choć na momencik, choć na kilka godzin.

Codzienność dogoniła mnie jednak w niewygodnych butach. Tak, chyba właśnie to najbardziej zapamiętałam z tej nocy, którą chciałam spędzić również na czuwaniu, mimo że w szpitalnych warunkach. Młody zasnął, a ja zrobiłam sobie w końcu wymarzoną, wytęsknioną, aromatyczną herbatę. Przygotowałam różaniec i Pismo Święte, a w słuchaweczkach pojawił się Hillsong. Pierwsze sygnały kwękania zignorowałam, drugie przywitałam irytacją, ale przy rozwiniętym w pełni odgłosie paszczowym nie miałam już wyjścia. Herbata - wyczekana, wytęskniona, ojej-jak-bardzo-chce-mi-się-pić - stygła. 

Młody płakał. Ja dreptałam w kółko w dusznej szpitalnej sali, lulając i uspokajając, skupiając się coraz bardziej na koszmarnie niewygodnych butach, bo podkusiło mnie, by zamiast rozczłapanych kapci zapakować (różowe, a jakże!) baletki... Potem Młody padł ze zmęczenia, a ja razem z nim. Zamiast czuwania wyszła mi zatem pewnego rodzaju pielgrzymka, bo myślę, że tej nocy zrobiłam, drepcząc w kółko, parę ładnych kilometrów. 

Nie było czuwania, pięknej muzyki, głębokich rozważań i modlitwy uwielbienia. Było jednak trwanie na posterunku, w swoich obowiązkach - dosłownie do bólu. I cicha nadzieja, że w czuwaniu na przyjście Mocy z wysoka trochę o to chodzi - nie o duchowe fajerwerki, ale o wierność. Taką małą, zwyczajną, kryjącą się w rezygnacji z - wyczekanej, wytęsknionej - dobrej herbaty, dreptaniu w niewygodnych butach i drzemaniu na szpitalnej podłodze.

Zazdroszczę czasem tym, którzy doświadczają spektakularnych przełomów i takiego działania Ducha Świętego, że niemalże widać te "języki ognia" o których czytamy w Piśmie Świętym. A jednak to nie sposób Jego przychodzenia jest najważniejszy - bo On czasem przychodzi po cichu. Ważne jest nasze pragnienie i wołanie, by przyszedł. Ważne jest serce, które pragnie być napełnione - a więc musi czuć się trochę puste, musi odczuwać, że czegoś mu brak. Dużo mniejsze znaczenie ma to, czy będziemy prosić o wypełnienie tej pustki na rekolekcjach ze znanym charyzmatykiem, w kościele wypełnionym śpiewem pełnym mocy, czy kołysząc do snu dziecko albo walcząc ze zmęczeniem w ciszy wypełniającej domowy wieczór...

W tym roku prawdopodobnie znowu ominie mnie udział w czuwaniu. Jakaś część mnie aż wyrywa się, by tak nagiąć domową rzeczywistość, żeby jednak dotrzeć na wspólną modlitwę. Serce podpowiada jednak, że nie to jest najważniejsze. Że Duch może przychodzić cicho i niepostrzeżenie. Że mogę nie dostrzegać zapału, który rozpala serce aż do pojawienia się "języków ognia" czy gorącej modlitwy uwielbienia - ale On może przyjść z miłością, która przejawia się w tym, że zrobię coś dla innych, rezygnując z siebie. 

Że może przyjść w radości moich dzieci, z którymi przeczytam bajkę i wspólnie upiekę drożdżowe bułeczki. W pokoju serca, które pojawia się, gdy wiem, że jestem na swoim miejscu - wśród obowiązków, które są częścią mojego powołania. W cierpliwości, jaka rodzi się z cichej modlitwy i uprzejmości, gdy przychodzi to nagłe olśnienie - że w drugim człowieku mieszka Pan. W dobroci, wierności, łagodności i opanowaniu.

Może przychodzić w powiewie tak lekkim, że w domowym zabieganiu nie będę w stanie tego poczuć. Bez hałasu i ... bez przesady. Niepozornie - jak odrobina soli, która przecież jest niewidoczna, a nadaje smak.

blog blog

Dla Niego nie ma granic. Nie ograniczają go szpitalne mury i niewygodne buty, domowa rzeczywistość czy zwyczajne zmęczenie. Nie ogranicza Go lista naszych porażek, poczucie braku i pustki. Jedyną przeszkodą, która zamyka serce na Jego przychodzenie, jest stwierdzenie, że Go nie potrzebujemy, bo albo jest tak dobrze, że poradzimy sobie sami, albo tak źle, że już nie ma nadziei.

Niezależnie od tego, czy dzisiaj czujesz, że jesteś blisko Niego, czy bardzo, bardzo daleko - wołaj, by przyszedł. Niezależnie od tego, czy wieczór spędzisz w kościele, w pracy czy wśród domowych zajęć - wołaj, by przyszedł. Niezależnie od tego, czy czujesz że masz słabą czy silną wiarę, ile masz na koncie upadków i niepowodzeń, ile spraw cię przytłacza - wołaj, by przyszedł. Niekoniecznie w gwałtownym wichrze i językach ognia - być może w lekkim, łagodnym powiewie. W miłości, radości, pokoju. W cierpliwości, uprzejmości, dobroci, wierności, łagodności i opanowaniu. 

Może bardzo zwyczajnie, a jednak z mocą przemiany życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz