niedziela, 12 sierpnia 2018

być-mieć-robić

"Przeczytasz mi książeczkę?" - słyszę wieczorem, a prośbie towarzyszy słodkie seplenienie i wyczekujące, pełne nadziei spojrzenie dziecięcych oczu. I chociaż chwilę później następuje wybór odpowiedniej wieczornej lektury - książeczki o zwierzątkach, strażaku czy lokomotywie Tomku - dla mojego synka tak naprawdę nie liczy się to, co będziemy czytać. Dla niego liczy się ta chwila - bliskość mamy, czas spędzany razem, ten moment, kiedy ma mnie tylko dla siebie, kiedy to on jest najważniejszy. Bo wtedy JESTEŚMY - tak po prostu. I to zwyczajne BYCIE cieszy.

O dylemacie "mieć czy być" rozprawiano na długo przed tym, zanim Erich Fromm sformułował to pytanie. W moim życiu pojawiało się ono przy okazji życiowych wyborów, planowania kariery czy udziału w rekolekcjach. Droga do tego, co dobrze czuję w sercu i co staram się realizować w życiu, prowadziła przez życiowe wypadki i przypadki i prostowana była przez mądrość słów Ewangelii. Od jakiegoś czasu nie mam wątpliwości - dobrze jest mieć tyle, aby móc być. Nie za mało, by troska o to, co wynika z braków finansowych nie przesłoniła radości. I nie za dużo, by cyferki na bankowym koncie nie stały się ważniejsze od relacji. Z tego też powodu, co niektórych dziwi, zaliczam się do osób, które nie chciałyby wygrać fortuny w totolotka. Serio.

Kwestia "mieć czy być" wydaje się nie budzić moich niepokojów. Inaczej jest w problemem "być czy zrobić". Ostatnie dni pokazują mi jednak, że równie łatwo, jak w niewolę posiadania, można wpaść w sidła nadmiernej aktywności. Wtedy ważniejszym od tego, by być, staje się słowo "zrobić". I wtedy bardzo łatwo zgubić w życiu radość i pokój.

Jest taka scena w Ewangelii, w której uczniowie doświadczają braku gościnności ze strony Samarytan i nie zostają przez nich wpuszczeni do miasta (Łk 9,51-56). Jakub i Jan pytają wtedy: "Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?". Są wzburzeni, czują się pewnie upokorzeni - i ja wcale się im nie dziwię. Reaguję często w podobny sposób, bo przecież wyznaczam sobie swoje cele (jak to miasteczko dla uczniów). Chcę coś osiągnąć, coś zrobić, pokazać światu lub sobie że potrafię. Zdarza się wtedy, ze tak jak całkiem niedawno, ciągnę dzieciaki po górskich szlakach byle tylko wejść na szczyt, byle poczuć, że wypełniłam jakiś sensowny plan, a nie zauważam, że gubimy wszyscy po drodze radość wędrówki. Gdy na mojej drodze pojawia się przeszkoda, gdy nagle nie mogę zrobić tego, co zaplanowałam, pojawia się złość, podobnie jak w przypadku uczniów, doświadczających odrzucenia. W tamtej chwili osiągnięcie wyznaczonego celu, realizacja planu była dla nich ważniejsza niż BYCIE z Jezusem. Priorytetem było "zrobić" a nie "być". Ze mną jest podobnie, bo jakaś część mnie ciągle myśli, że moje "być" zależy od tego co i w jaki sposób zrobię.

To właśnie to przekonanie pcha nas do tego, żeby w Wigilię sprzątać, biegać, gotować, lepić pierogi i gubić się w zabieganiu, zamiast zwolnić i po prostu być. Przeświadczenie, że przez to co robię, muszę udowodnić, kim jestem, sprawia że stajemy przed Bogiem nie jak dziecko przed Tatą, ale jak pracownik przed szefem - z listą zadań wykonanych i równie długą listą usprawiedliwień w przypadku tego, czego zrobić nie zdołałamy. A gdy zdarza się właśnie taka sytuacja - gdy nie wychodzi, gdy nie potrafimy, gdy ponosimy porażkę, wtedy tak jak w uczniach, pojawia się pokusa, by wołać o ogień z nieba, który zniszczy... nie zawsze wrogów. Czasem nas samych. Bo to też jakaś forma działania. A w przyjmowaniu porażki jeszcze ciężej jest po prostu być - ze świadomością, że coś nie wyszło. Prościej jest działać, robić coś, cokolwiek, nawet jeśli tym działaniem jest jakaś forma karania samych siebie za to, że się zawiodło...

MAMA odpocznij

"Być czy robić" to pytanie, które ciężko jest zauważyć, bo przecież działanie, które podejmujemy, jest potrzebne i przynosi dobre owoce. Czasem są nim sukcesy w pracy, czasem zdobywanie górskich szczytów czy ulepienie nieziemsko dobrych wigilijnych pierogów. 

Wciąż ciężko jest mi wyczuć granicę, za którą działanie i aktywność zamiast ze środków prowadzących do dobrego celu, stają się celem samym w sobie. Może jest nią ta chwila, w której na wszelkie możliwe sposoby, choć nie wprost, ja sama mówię sobie: "Odpocznij"? Może to ta chwila, w której senność zmienia się w rozdrażnienie, a dawna energia do działania budzi więcej niepokoju niż radości? Może wtedy trzeba powiedzieć sobie: zostaw to. Odpocznij. Odłóż brudne naczynia, zostaw górę prasowania. Zostaw pracę w pracy i nie przynoś jej do domu. Wyjątkowo to co masz zrobić jutro, zrób pojutrze albo za tydzień. Zatrzymaj się i postaraj się nie tylko działać, ale też BYĆ.

Czy nie tym właśnie będziesz się zajmować przez całą wieczność?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz