sobota, 11 sierpnia 2018

a gdyby Ignacy mógł wtrącić się do małżeńskiej kłótni?

mama mrylin


Tu nic nie jest proste - bo w związku mężczyzny i kobiety łatwo o komplikacje. Miłość łączy, ale tym, co dzieli, bywa bagaż doświadczeń przeszłości i (czasem jeszcze większy) ciężar oczekiwań związanych z przyszłością. Dzielą różnice charakterów i zasady ustalania priorytetów, dzieli spojrzenie na rozkład codziennych obowiązków i tak banalne kwestie jak sposób spędzenia weekendu czy wakacji. Gdy dojdzie do tego jeszcze zmęczenie, niewyspanie, marudzenie dzieci czy ciężki dzień w pracy, kłótnia wisi w powietrzu. I czasem wybucha niespodziewanie, prowadząc albo do ostrych dyskusji, albo do cichych dni.

Nie mam na to recepty - bo tu nic nie jest proste. Mam za to lata praktyki - w upieraniu się przy własnym zdaniu, strzelaniu focha i robieniu na złość. W wyciąganiu wniosków z tego, jak mało konstruktywne są to rozwiązania. W poszukiwaniu innych dróg łagodzenia małżeńskich sprzeczek i konfliktów. A że w moich poszukiwaniach często towarzyszy mi jeden z moich ulubionych świętych, Ignacy z Loyoli, pomyślałam niedawno, że on być może umiałby dobrze doradzić w tak delikatnej kwestii jak małżeńska codzienność?... :)

[podziękuj]

Wyliczamy: ja zrobiłam to, a ty nie zrobiłeś tego. Tyle a tyle razy zapomniałaś, a ja musiałem robić coś za ciebie. Stąd już tylko krok do znanego: "ty nigdy" i "ty zawsze", czyli do niebezpiecznego generalizowania. Od niego można bardzo szybko dojść do nucenia pod nosem: "co ja w tobie widziałam, oczy, usta czy nos?" ;) Ile kłótni rozpoczyna się w ten sposób?
Wypowiadane w ich czasie gorzkie słowa nie biorą się znikąd - dojrzewają wraz z poczuciem niesprawiedliwości, które w sobie nosimy (pewnie nie zawsze w pełni uzasadnionym). Przeżuwamy nasze żale, tłumimy je i nosimy w sobie, aż w pewnym momencie pojawia się kropla, która przepełnia czarę - i wielkie bum.

atomic-bomb

Gdyby czara pełna była nie żalu i pretensji, może wszystko działoby się inaczej. Pomyślałam o tym w czasie ostatnich małżeński sprzeczek. Może zamiast wyliczać sobie wzajemnie braki i niedociągnięcia - docenić dobro i podziękować?  Według świętego Ignacego, najgorszym grzechem, jaki możemy popełnić, jest właśnie niewdzięczność. Kto wie, może jest ona również źródłem części małżeńskich problemów?

Nie każdy z nas jest w stanie usiąść ze współmałżonkiem i szczerze powiedzieć: dzisiaj, zamiast wyliczać to, co nas w sobie irytuje i przeszkadza, porozmawiajmy o tym, za co jesteśmy wdzięczni. Taka rozmowa z narzuconym (i niełatwym, wbrew pozorom!) tematem może wydawać się sztuczna. Nie trzeba jednak aranżować nienaturalnych sytuacji - wystarczy przemycić w codzienności kilka razy słowo "dziękuję". I przede wszystkim - poczuć tę wdzięczność w sercu. Podziękować Bogu za konkretne dobro, które otrzymuję od męża czy żony - doceniając przy tym takie drobiazgi jak dobry obiad czy zadbanie o stan techniczny samochodu. Poświęcić chwilę czasu na refleksję i przygotować sobie - spisaną na papierze lub tylko w głowie - listę rzeczy, za które jestem wdzięczna i za które chciałabym drugiej osobie podziękować. Zauważyć dobro, które nie zawsze rzuca się w oczy i do którego łatwo się przyzwyczajamy. Po co? Bo wtedy dużo trudniej się kłócić i złościć, dużo łatwiej natomiast - wspólnie szukać kompromisu.

[zrób przeciwnie]

Nie wiem, w jaki sposób reagujecie w sytuacji małżeńskiej sprzeczki, ale mi czasem zdarza się w uniesieniu i gniewie odgrażać się podobnie jak ten oto jegomość:
220049895_1024

Ja ci jeszcze pokażę. Chcesz, żebym wróciła wcześniej z pracy? Guzik! Wrócę później. Nie lubisz kaszy? To zamiast schabowego będzie krupnik. I kaszanka na drugie danie.
Zaraz, zaraz... a jakby tak jednak zrobić tego schabowego? Z chrupiącą panierką, kapustą i ziemniakami z koperkiem? I ciasto na deser? Gdyby zamiast zrobić na złość, pójść w przeciwnym kierunku i na złość zrobić złości? ;)

Gdyby udało się tak zrobić, poszłoby się drogą wskazaną kilka wieków wcześniej przez świętego Ignacego. To bardzo proste i niesamowicie trudne jednocześnie - działać przeciwnie. To nielogiczne, gdy patrzymy na sprawy stosując zasadę "oko za oko, ząb za ząb". Gdy jednak staramy się przyglądać swojemu życiu w świetle Ewangelii, okazuje się, że to naprawdę działa. I nie chodzi tu o magię dobrze usmażonego schabowego, chociaż na pewno jest sporo prawdy w twierdzeniu, że droga do serca może wieść przez żołądek. Chodzi o zrobienie złości na złość. O "zgaszenie żarzących się pocisków Złego" (Ef 6, 16). I o odpowiedzenie miłością wobec kogoś, komu przecież ślubowaliśmy miłość.

(Pomijam fakt, że mina męża przygotowanego na najgorsze, a zastającego tego typu niespodziankę, jest bezcenna ;) )

[ucz się]

Lata praktyki - tak jak pisałam na początku. To mój dorobek, pewnie niechlubny, bo zapisany niekiedy słowami i decyzjami, które nie prowadziły do dobrego. Traktowałam je jednak i nadal traktuję jak lekcję. Uczę się siebie i drugiego człowieka. Uczę się nas i uczę się miłości, która odmienia się przez przypadki, życiowe wypadki, choroby, wyjazdy, radości i troski.
Fajnie jest do tej nauki zapraszać Jezusa. Dzięki temu można zapytać Kogoś, kto widzi więcej i wie lepiej.  Można zapytacć, w jaki sposób - popełniając po raz setny ten sam błąd- wyciągnąć wnioski, by w kolejnej podobnej sytuacji postąpić już inaczej. I można doświadczyć tego, że na stu błędach świat się nie kończy, bo nawet jeśli oznacza to sto kłótni, to oznacza to też sto przeprosin. I sto lekcji pokory.

[postscriptum]

To nie jest recepta i nie jest poradnik. Powiedziałabym nawet, że to nieporadnik ;) od nieradzenia sobie. To po prostu kilka moich refleksji, dotyczących - zaznaczę to jeszcze -  związku, w którym mamy do czynienia z dwójką kochających się, dojrzałych, zdrowych psychicznie osób.  Związku, w którym nie ma miejsca na przemoc, nadużycia i wykorzystanie. I może to niepotrzebny dopisek, ale wiem, że życie pisze różne scenariusze i czasem, zamiast smażyć schabowego, trzeba ruszyć po prawdziwą pomoc, a teksty takie jak ten, powodują jedynie frustrację i poczucie winy.

Dopowiadam też od razu, że czasem trzeba się pokłócić, podyskutować, pokrzyczeć i poprzepraszać się. To też część związku i uczenia się siebie nawzajem - tak długo przynajmniej, jak służy komunikacji, a nie ją utrudnia. I nudno by było bez tego, prawda? ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz