piątek, 31 sierpnia 2018

jesienne astry

Potknęłam się o rozsypane klocki. Potem dotarłam do kuchni, spojrzałam na talerze, pozostawione po kolacji i na naklejki z dinozaurami, które - gdyby ożyły - mogłyby spacerować wśród wyglądających jak wulkaniczne pagórki pozostałości jajecznicy...

Westchnęłam ciężko, bo przecież nie od dziś powtarzam jakieś tysiąc razy dziennie, by dbać o porządek. I to się nawet dzieciom udaje - 990 razy na dobę. A ja z moim zmęczeniem trafiam zazwyczaj na te dziesięć razy, które mogłyby dowodzić mojej porażki wychowawczej. I wtedy ciężko wzdycham...

Za kilka dni codzienność przyspieszy. Kula ziemska obracać się będzie wprawdzie wciąż z tą samą prędkością, ale w naszej domowej rzeczywistości nastąpi (niezbyt) cudowne rozmnożenie zadań i odpowiedzialności i próba upychania ich tak, by doba nie musiała mieć więcej niż 24 godziny.

Co roku o tej porze przeżywam to samo. Patrzę na zwiastujące jesień astry i widzę już zbliżający się listopad, szarą mżawkę, a potem przymrozki i szyby, które trzeba drapać. I zaspy po kolana. Zerkam w kalendarz, w którym data "1 września" oznacza doskonalenie umiejętności stawania na głowie, by wszystkie plany lekcji pogodzić z pracą i prowadzeniem domu. Mam to szczęście, że dźwigamy to razem, w dream teamie, wraz z Mężem, któremu w dowodzie wpisali nieprawidłowe imię (bo tak naprawdę na drugie ma Superman). A jednak wrzesień zawsze jest dla mnie nerwowy. I może nawet nie do końca wiem, czego tak naprawdę się boję...

Co roku to samo.

Patrzę na zwiastujące jesień astry. Patrzę na astry, ale nie mam pojęcia, jaki mają zapach...!

Patrzę w kalendarz, próbując zaplanować wszystko jak najlepiej, a umyka mi to wszystko, co choć nieplanowane, bywa piękne.

Usiadłam dziś z zapisanym już w połowie drobnym maczkiem terminarzem, po to, by pod dywan kolejnej tabelki, wykresu i listy spraw do załatwienia zamieść swoje lęki. Mam w tym wprawę, a przynajmniej wiele na to wskazuje (zapisany drobnym maczkiem terminarz na przykład). Czy to wina jesiennych astrów? Czy może mój Anioł Stróż szepnął mi do ucha, by tym razem w moje plany, bardzo na serio, wpisać nie tylko dziecięce zajęcia z logopedą i dodatkowy angielski, ale też to, czego mi trzeba?

Bo chciałabym w najbliższym czasie na przykład spojrzeć daleko przed siebie. Pogapić się na horyzont. Ba! - stanąć w takim miejscu, gdzie horyzont widać, gdzie nie zasłaniają go wieżowce ani bloki, ani nawet góry prania czy stosu dokumentów do wypełnienia . Pogapić się, czyli spojrzeć przed siebie. Nie pod nogi. I nie na tramwaj, który ucieka, ojejku, ojejku jak późno.

Chciałabym zjeść jabłko. Soczyste, jesienne, słodko-kwaśne. Poczuć jego zapach. Ucieszyć się jego smakiem, tak zwyczajnym, że często mi umyka. W biegu. Być tą radością i dziękować za nią tak, jak za chleb powszedni. Za zwyczajność.


Chciałabym policzyć nie tylko ile minut zajmuje mi dojazd do pracy, ale też ile oddechów moich śpiących dzieci rozbrzmiewa wśród nocnej ciszy ich pokoju. Popatrzeć na ich spokojne twarze, na misia przytulonego tak mocno, że chyba brakuje mu tchu. Na marzenia, które lżejsze od dorosłych trosk, unoszą się w górę. Nie znają granic.

Od - do. Tak rozpisuję kolejny dzień - i bardzo dobrze, bo tak robić trzeba. I bardzo dobrze też, że są takie sprawy, których w terminarzu zapisywać nie muszę. O ile tylko będę o nich pamiętać: by bardziej BYĆ niż się MARTWIĆ. By częściej smakować niż gonić. By żyć dzisiaj, nie czekając na to, co lepsze, zaplanowane, wymarzone. 

Żyć codziennie. I pozwalać, by życie mi o tym przypominało.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Kościół, za jakim tęsknię.

Z duszą na ramieniu.

Właśnie tak mierzę się z tym tematem. Brakuje słów i nie starcza wyobraźni, bo zostały przekroczone wszelkie możliwe granice. W takich przypadkach naturalną reakcją bywa milczenie - tak niestosowne w przypadku, gdy milczenia było już zbyt wiele...

Już samo zestawienie słów "pedofilia" i "Kościół" jest dla mnie tak trudne, że aż boli. "To nie powinno się wydarzyć!!!" - chciałabym krzyczeć. Może dlatego, że chociaż w tym roku stuknie mi podwójna osiemnastka, wciąż jeszcze wierzę nie tylko w Boga, ale i w człowieka. W ideały. W piękno i dobro.

A może dlatego, że moja droga do Kościoła była kręta i wyboista. To była droga buntu i poszukiwań, droga trudnych pytań, zadawanych czasem z bezczelną miną. Droga równie trudnych odpowiedzi i wielu znaków zapytania, które wciąż jeszcze noszę cierpliwie w sercu tylko dlatego, że udało mi się znaleźć nadzieję większą niż moje wątpliwości.

Ta droga zaprowadziła mnie do Kościoła pełnego Życia. Taki Kościół znam, za takim tęsknię i taki chciałabym pokazywać innym. Kościół, który jest wspólnotą. Kościół, w którym można poczuć się jak u siebie w domu. W którym można kochać, inspirować się, wzrastać.

Gdy dzieją się rzeczy, które w tak dramatyczny sposób zaprzeczają wszystkiemu, w co wierzę, w czym pokładam nadzieję i co kocham, czuję się bezsilna. Nie mam wątpliwości, że o tym, co złe, trzeba mówić jasno i szczerze. Nie mam wątpliwości, że potrzebne jest zmierzenie się z prawdą, choćby była ona najtrudniejsza. Czuję jednak, że to wszystko za mało. Czuje też, że choć ja - zwykła mama z prowincjonalnej części kraju będącego prowincją Europy - nie zmienię świata, mogę zrobić coś, co będzie częścią większej zmiany.

[czasem przecież ziarenko przeważa szalę]

Chciałabym więc pamiętać o tym, że nawet cichy głos może odbić się głośnym echem. A tak stanie się tylko wtedy, gdy będę pamiętać o tym, że mam głos. Że choć jestem świecką kobietą, jestem też włączona w Kościół przez chrzest święty. Że buduję ten Kościół w taki sam sposób jak księża, biskupi i diakoni. To oznacza dla mnie dwie ważne rzeczy.

Po pierwsze: uświadomienie sobie swojej roli w Kościele - roli, która nie ogranicza się to siedzenia w pierwszej czy ostatniej ławce przez jedną godzinę w tygodniu. Jeśli tylko chcę, jeśli tylko Pan Bóg do tego zaprosi, mogę robić więcej: na miarę swoich możliwości współpracować i współdziałać, zamiast być jedynie biernym widzem w czasie nabożeństwa.

Po drugie, budowanie Kościoła oznacza współodpowiedzialność, czyli reagowanie. Dotyczy to nie tylko chwil, w których obok mnie mógłby dziać się taki dramat jak w Pensylwanii czy w Chile. To oznacza reagowanie w każdej sytuacji, która będzie budziła moje poważne wątpliwości czy oburzenie.

Gdy przeglądam (nie tylko katolickie) internety, wiem że my, Polacy, jesteśmy w tym mistrzami, ale tylko wtedy, gdy chowamy się za anonimowym nickiem na jeszcze bardziej anonimowym forum. Czy starczy mi odwagi, by o stylu prowadzenia katechezy, organizacji Pierwszej Komunii w parafii czy harmonogramie prac przy remoncie kościoła porozmawiać z proboszczem twarzą w twarz? Czy ograniczę się jedynie do wymiany uwag z sąsiadami czy wylewaniem frustracji na forum internetowym?

Co to ma wspólnego z pedofilią w Kościele - zapytacie? Pozornie - niewiele. A jednak jeśli nie uda się nam - świeckim i księżom - zbudować klimatu otwartości i szczerości, przed nami jeszcze sporo niedopowiedzeń, skandali i kryzysów. Musimy nauczyć się rozmawiać, z szacunkiem, ale bez lęku. Po partnersku - chciałabym napisać. I wierzę, że to możliwe, bo wiem, że Kościół to nie tylko "oni". Kościół to "my", czyli również ja, moje starania, wybory, mój potencjał, upadki i słabości.

Nie ma prostych słów. Nie ma prostych sposobów na to, by poukładać sobie - w głowie i w sercu - to, co rozsypuje się w drobny mak, gdy słyszy się doniesienia mediów. Można, a czasem nawet trzeba, ubierać w słowa swoje niezrozumienie, protest i smutek. Niektórych te uczucia być może zaprowadzą do trudnych pytań i trudnych decyzji. Niektórzy może odejdą z Kościoła na krok lub dwa. Albo na całe życie. We mnie wciąż jednak trwa ta sama nadzieja, mała jak ziarenko gorczycy, z której wyrasta wielkie drzewo. Ona niezmiennie podpowiada, że Kościół jest nie tylko tam, gdzie krzyczą nagłówki gazet, ale też tu, gdzie po cichu żyję, oddycham Słowem, kocham. Że moim zadaniem jest robić tyle, ile mogę. Moim zadaniem jest dobro - małe, codzienne, budujące. Na przekór temu, co złe.





Nie będzie wołał ni podnosił głosu, 
nie da słyszeć krzyku swego na dworze. 
Nie złamie trzciny nadłamanej, 
nie zagasi knotka o nikłym płomyku. 
On niezachwianie przyniesie Prawo. 
Nie zniechęci się ani nie załamie, 
aż utrwali Prawo na ziemi, 
a Jego pouczenia wyczekują wyspy. 
(Iz 42, 2-5)


środa, 22 sierpnia 2018

małżeński kryzys...


Wyczytałam gdzieś, że powinien nas dopaść po siedmiu latach bycia razem, nie wiem jednak, czy powinnam była liczyć ten czas od momentu, w którym powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak”, czy też od pierwszej randki. W obu przypadkach, siedem lat zbiegłoby się z narodzinami naszych dzieci. I może właśnie dlatego nie nadszedł? Bo nie mieliśmy na niego czasu? Bo wieczory wypełniało nam kołysanie do snu, dni - godzenie nauki, pracy i dalszego kołysania, tym razem do popołudniowej drzemki, a jednocześnie życie oszczędziło nam dramatycznych wydarzeń i sytuacji bez wyjścia?...

Małżeński kryzys. Nie kłótnia o nieodkładanie rzeczy na swoje miejsce. Nie dyskusje na temat tego, kto ostatnio zmywał naczynia albo w jaki sposób spędzić urlop, skoro jedno chce w góry, a drugie nad morze. Prawdziwy kryzys z prawdziwymi wątpliwościami, trudnymi pytaniami jeszcze trudniejszymi odpowiedziami. Nie wiem, dlaczego nas ominął. Nie wiem, czy jest jeszcze przed nami, bo choć za kilka dni będziemy świętować trzynasta rocznicę ślubu, wierzę że przed nami jeszcze dużo wspólnego czasu, śmiechu, kłótni i okazji do tego, by się godzić.

Zastanawiałam się ostatnio, jaki jest przepis na udany związek (a w udanym związku też mogą zdarzać się kryzysy – to od razu jasno zaznaczam). Odpowiedzi na to pytanie starają się udzielić przeróżne poradniki i kursy. Dla mnie jest ona prosta, bo zawiera się w sumie w trzech wyrazach: miłość, przyjaźń i dojrzałość.



Miłość oznacza, że chcę czyjegoś dobra, nawet wtedy gdy mnie wkurza, bo nie słucha kiedy opowiadam dłuuugą historię o trudnym dniu w pracy. Miłość oznacza, że jestem gotowa do poświęceń – i nie mówię tu wcale o wielkich deklaracjach i gotowości oddania życia, jeśli ktoś zagrozi mi jego odebraniem. Mówię o rzeczach codziennych i bardzo prostych: o zrobieniu jego ulubionej kawy w moim ulubionym kubku z niebieską stokrotką. O powstrzymaniu się od marudzenia, gdy wymyśli sobie wyjazd na koncert punkrockowej kapeli właśnie wtedy, gdy planowałam wypełnianie planu pięcioletniego pod tytułem „cała rodzina sprząta chałupę”. O dawaniu wolności i przyjmowaniu tego, w czym się różnimy. Bo to są drobiazgi, a nas łączy dużo więcej.

Wspólna codzienność nie byłaby też łatwa, gdybyśmy nie byli przyjaciółmi. To przyjaźń sprawia, że lubimy spędzać razem czas. To na ramieniu najlepszego przyjaciela wypłakuję się w chwilach, gdy cały świat mnie nie rozumie i cały świat jest bez sensu. W przeciwny sposób – dzięki temu cały świat przestaje mieć znaczenie. Ale przyjaźń to nie tylko wzruszające chwile i piękne słowa. To również trudności, które pokonujemy wspólnie, jako jedna drużyna. To szczerość, dzięki której możemy ponarzekać i na problemy, i na siebie nawzajem. I poczucie humoru, czyli coś, co ratuje nas niekiedy w sytuacjach, gdy jesteśmy o krok od małżeńskiego dramatu. Fajnie jest wtedy pośmiać się ze sobą i z siebie nawzajem. Fajnie jest złapać odpowiedni dystans

Miłość i przyjaźń to jednak za mało, by zbudować związek, w którym mimo niedających się uniknąć tarć, sprzeczek i konfliktów, obie strony będą szczęśliwe i spełnione. Potrzebna jest jeszcze dojrzałość, czyli umiejętność brania odpowiedzialności za swoje decyzje. Ba! - umiejętność podejmowania decyzji w ogóle. Mam wrażenie, że to sztuka, która staje się coraz trudniejsza, bo łatwiej żyć w wiecznym zawieszeniu, czekać aż życie samo się ułoży, aż ktoś zdecyduje za mnie. Może właśnie dlatego na ślubnym kobiercu stajemy w coraz późniejszym wieku, a termin „późne macierzyństwo” oznacza coś zupełnie innego niż 20 lat temu?

W opublikowanym na blogu niedawno wywiadzie z Magdaleną Misztak-Hola padły słowa o tym, że mężczyzna żeni się nie tylko z taką kobietą, jaką widzi: z blondynką, brunetką, chudą czy przy kości. Mężczyzna żeni się też z jej... cyklem. Niektórych to wyrażenie może dziwić, inni mogą się z nim nie zgadzać. Dla mnie jest bardzo trafne, nie tylko zresztą w kontekście stosowania naturalnych metod planowania rodziny. Mój mąż ożenił się ze mną taką, jaka jestem, wliczając w to również wynikające z mojej fizjologii zmiany samopoczucia. Poślubiając siebie, poślubiliśmy jednocześnie nasze historie rodzinne, doświadczenia, zranienia i trudności. Poślubiliśmy też nasze marzenia, tak niekiedy różne, a tak ważne... Wiem, że zabrzmi to jak najbardziej banalny banał na świecie, ale to właśnie nasze marzenia i pragnienia sprawiają, że życie nabiera smaku. Z części tych marzeń w naturalny sposób trzeba zrezygnować, ale niektóre można próbować spełniać. Można dawać do tego przestrzeń mężowi czy żonie, pomagając im w realizacji tego, o czym zawsze marzyli, a co sprawia, że aż błyszczą im się oczy gdy o tym mówią. A potem doświadczać radości, która jest jedyna w swoim rodzaju – gdy patrzy się na kogoś, kogo się kocha, i widzi się jego szczęście (nawet jeśli nie zawsze się to szczęście rozumie).

O prawdziwych małżeńskich kryzysach wiem niewiele. Absolutnie nie czuję się uprawniona do tego, by na ich temat pisać. Moje dzisiejsze refleksje to raczej owoc wdzięczności i zachwytu tym, w jaki sposób Pan Bóg prowadził nas przez trudności i wyzwania. Nie wiem, w jaki sposób On to robi, ale robi to dobrze! :)

Dla tych, których doświadczają trudności w swoich związkach, nie mam żadnych złotych rad ani gotowych recept. U nas sprawdza się właśnie ten przepis: miłość, przyjaźń, dojrzałość. Dwóm pierwszym można stwarzać w codzienności odpowiedni klimat, by mogły się rozwijać. Z ostatnim może być większy problem, bo dojrzałość to cel, który w pewnym sensie zawsze jest przed nami. O ile tylko chcemy uczyć się na swoich błędach, rozwijać i wzrastać, mamy na to szansę. Tyle że zawsze dotyczy to nas, a nie drugiej osoby (w której zdarza nam się widzieć więcej błędów czy przestrzeni do rozwoju i wzrostu niż u nas...). Pojawiające się czasem w sprzeczkach: „bo Ty zawsze...”, „bo Ty nigdy...” można więc starać się zamieniać na pytanie o to, na mnie nigdy albo zawsze działa jak płachta na byka lub dotyka dawnych zranień. W ten sposób można małymi krokami lepiej poznawać siebie i swoje potrzeby, lepiej rozumieć swoje zachowanie i mieć dzięki temu więcej cierpliwości – najpierw dla siebie, a potem też dla tego, co w mężu jest zawsze, nigdy lub zazwyczaj nie w porę. Kto wie, może to również droga, która prowadzi do umocnienia miłości i przyjaźni... :)

Jeden plus jeden równa się dwa – tyle mówi matematyka. W matematyce wszystko jest proste (choć dla niektórych, jak dla mnie niewiele jest zrozumiałe... :) ). W życiu bywa inaczej. U nas po kilku latach z liczby dwa zrobiło się dwa do potęgi drugiej. Znam pary, u których po jakimś czasie wyniku 1+1 zrobiło się...zero. I nie ma na to prostej rady ani drogi, która bez zakrętów i wybojów doprowadzi do celu. Wierzę jednak, że małżeństwo to nie coś, co nam się przytrafia – to nasz kawałek poletka, na którym zasiewamy to, co dobre i to, co w nas słabe. To nasz wspólny wysiłek, starania i odpowiedzialność. I wspólna radość, gdy pomimo chwastów, które zawsze się zdarzają, możemy widzieć jak kiełkuje, rozkwita i owocuje dobro.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

wakacyjny survival czyli z dzieckiem w podróży


Latem 1978 pogoda nie rozpieszczała turystów nad Bałtykiem – lało, wiało i było zimniej niż zwykle. Tak się jednak złożyło, że właśnie wtedy znad Bałtyku nad Balaton – z pogodą diametralnie inną – doturlał się wyładowany po brzegi Fiat 126p, czyli maluch. Na jego widok ustały rozmowy o pogodzie, zaczęły się za to dywagacje na temat tego, W JAKI SPOSÓB można w tak niewielkim samochodzie zmieścić namiot, turystyczny stolik, krzesełka, zapas prowiantu, bagaże.... aaaa i jeszcze pasażerów??

Tak. Mój Dziadek wzbudził wtedy sensację, a jego zaradność jest dla mnie do tej pory dowodem na to że dla chcieć znaczy móc. Dotyczy to nie tylko wakacyjnych wojaży, ale idealnie oddaje moje odczucia na temat podróżowania z dziećmi.




Wakacyjny survival

Podróżujemy od zawsze. Zanim z rodziny dwa plus pies staliśmy się rodziną o modelu 2+2, przejechaliśmy wspólnie kawałek Europy z plecakami wypakowanymi zupkami chińskimi. Pierwszy raz na rodzinny wypad w Tatry ruszyliśmy niemal równo pięć lat temu – młody miał wtedy półtora roku i zdobywał górskie szlaki w nosidle (ufff....), a nasza 3,5-letnia córka dzielnie tuptała na własnych nóżkach. Czy było łatwo? Nie... Czy było warto? Jak najbardziej!

Od tamtego czasu mamy za sobą podróże małe i duże, w kraju i poza jego granicami. Wiemy, na jakich stacjach benzynowych można kupić najlepsze na świecie hotdogi :) Znamy plan toalet publicznych w Zakopanem, nauczyliśmy się czytać prognozę pogody z chmur lepiej niż najstarsi górale, a jeśli będzie trzeba, zdamy najbardziej wymagający test na kreatywność i znajdziemy 101 zastosowań chusteczki higienicznej. Jeśli chcecie, chętnie podzielimy się kilkoma naszymi doświadczeniami. Chcecie? Zapraszamy :)

Po pierwsze – nie wierz w to, co idealne

Widzisz mega pozytywne relacje z podróży? Wczytujesz się w przewodniki i poradniki, które obiecują Ci „idealne spędzanie czasu z dziećmi”? Przeglądasz Facebooka i wzdychasz z zazdrością, widząc fotografie uśmiechniętych (!), czystych (!!!) dzieci i zrelaksowanych rodziców?

Zapewniam Cię, że podróżnicza rzeczywistość z dziećmi rzadko wygląda w ten sposób. Wszystkie dzieci marudzą. Wszystkie pytają, jak długo jeszcze będziemy jechać samochodem i czemu tak długo. Wszystkie też miewają gorsze dni, urządzają czasem sceny jak z filmu grozy dla młodych rodziców i testują cierpliwość otoczenia na wszelkie możliwe sposoby. W związku z tym każdy rodzic czasem tę cierpliwość traci. Każdy myśli czasem, ze „na co mi to było i lepiej było siedzieć w domu”. To jednak wcale nie oznacza, że faktycznie lepiej jest zrezygnować z marzeń o wspólnym zwiedzaniu Polski i świata (o ile oczywiście macie takie marzenia, bo rozumiem również osoby, które z natury są domatorami).

Prawda jest dokładnie taka: „czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”. Każda wspólnie pokonywana trudność pozwala naszym dzieciom zdobyć nową wiedzę i umiejętności. Czasem trzeba przebrnąć przez sytuacje, w których nasz dwulatek w złości rozsmarowuje zawartość talerza na białym obrusie w restauracji (tak u nas było! A na talerzu było spaghetti, w dodatku nie carbonara...). Trzeba przebrnąć przez marudzenie w czasie spacerów czy nadmiar energii sprawiającej, że podróż samochodem czy pociągiem staje się ciężką próbą. Dzieci uczą się szybciej, niż się spodziewamy, a trudno, by wiedzę na temat zachowania w restauracji, kościele czy hotelu czerpały z podręczników. Podróżowanie uczy życia :)

Warto więc już przed wyruszeniem w podróż PODZIELIĆ nasze idealne oczekiwania przez cztery, za to przez dwa POMNOŻYĆ ilość prowiantu, jaki przygotowaliśmy na drogę, bo nasze doświadczenie pokazuje, że podróż wyostrza apetyty.



Planuj, przewiduj, odpuszczaj

Mapy, przewodniki i internet - dzięki tym źródłom informacji, każda podróż może być zaplanowana i przebiegać w miarę sprawnie. Nie da się jednak przewidzieć wszystkiego. Dopiero w czasie wędrówki na górskim szlaku możesz przekonać się, czym naprawdę jest oberwanie chmury i że chmury mają w nosie prognozę pogody. Odetchniesz wtedy z ulgą myśląc o suchych ubraniach na zmianę, które przecież masz w plecaku. Potem może się jednak okazać, że plecak może i jest wodoszczelny, ale o tym nie wie. Albo że faktycznie jest wodoszczelny, ale pierworodna włożyła do niego bidon z wodą. Otwarty. Dziubkiem do dołu...

Dlatego już przed wyjazdem na wakacje warto powiedzieć sobie, że Ty - mama - nie jesteś biurem podróży, przewodnikiem i organizatorem turystyki. Ty też jedziesz na wakacje. Dla wygody własnej i członków rodziny, warto taki wyjazd przemyśleć, zaplanować i zorganizować. Nie masz jednak wpływu na pogodę, natężenie ruchu samochodowego na autostradzie, częstotliwość sygnalizowania potrzeby korzystania z wc przez dziec i  kłótnie tychże.. Wakacje idealne może byłyby czymś, o co warto walczyć. Wydaje mi się jednak, że dużo cenniejsze są takie wakacje, które pozwolą po prostu odpocząć. Dlatego warto od samego początku założyć, że mimo najlepszych chęci, nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. I wiecie co? Czasem takie chwile wspomina się najlepiej.

U nas jednym z elementów nieplanowania jest pozwalanie sobie na zbaczanie z wcześniej ustalonej trasy. Dzięki temu poznaliśmy kilka miejscowości, o których istnieniu nie mieliśmy wcześniej pojęcia, na przykład Górę Świętej Małgorzaty. Zgadniecie, jak ma na imię nasza córka?... :)

Warto podróżować, bo... wakacje to szkoła

Taka, w której nikt się nie nudzi. Nie ma wtedy tabliczki mnożenia, ale jest tabliczka czekolady, którą trzeba podzielić po równo - uwierzcie, nic tak nie mobilizuje do doskonalenia umiejętności matematycznych! Wakacje to również czas spotkań z historią miejsc, które odwiedzamy. To historia, która nie zapisuje się w pamięci ciągiem dat i nazwisk. To historia, której można dotknąć i doświadczyć. To okazja do smakowania tego, co nowe i nieznane. Pamiętam z jaką nieufnością moje dzieci spojrzały na świeżo uwędzonego oscypka, jeszcze gorącego. One z kolei do tej pory pamiętają, jak wspaniale smakował!

Wakacje to również szkoła modlitwy, ale nie takiej, w której trzeba recytować poustawiane w równym rządku słowa. Modlitwa zaczyna się przecież od prostego bycia. Od ciszy. Od wsłuchania się w szum lasu, śpiew ptaków, odgłos kroków czy własny oddech. Wspólne podróżowanie to okazja, by wspomagać rozwój takiej właśnie wrażliwości u dziecka.


Tu i teraz

Prawdę mówiąc jednak, to okazja do nauki nie tylko dla dzieci. To my, dorośli, mamy wtedy szansę, by uczyć się być „tu i teraz”, nie zależnie od tego, czy to „tu i teraz” wypełnia dziecięce marudzenie, gradobicie i burza z piorunami, czy wzbudzający zachwyt górski krajobraz. Ja bardzo często łapię się na tym, że w przypadku trudności, chciałabym w jakiś sposób je ominąć i przejść już do tego, co będzie po tym – jak na taśmie video, gdzie mogę przewinąć nudny czy zbyt trudny dla mnie fragment. Kiedy z kolei czuję się szczęśliwa i pełna spokoju, chciałabym mieć możliwość wciśnięcia guzika „pauza”. Wpatrując się w tym roku w ciągnące się po horyzont bieszczadzkie połoniny, pomyślałam, że chciałabym tak jak apostołowie w czasie Przemienienia postawić tu swój namiot. I trwać. I być tylko tu. Zostawić na dole rutynę, trudności, problemy i być sercem bliżej nieba... A jednak chwile oderwania od codzienności nie są nam dane po to, by od tej codzienności uciec. Takie chwile dają nam schronienie, oddech, pokój serca właśnie po to, by po odpowiednim czasie wrócić do tego, co zwyczajne – z nowymi siłami, innym spojrzeniem na rzeczywistość i świadomością, że wszystko, co wypełnia nasze „tu i teraz” ma sens.


Życzę Wam jak najwięcej takich doświadczeń. Życzę aby podróże – te małe i większe – były okazją do odkrywania świata i budowania wspomnień. Życzę też odkrywania tego, że trudności, które przeżywa się razem, zmieniają się w przygody, a przygody przeżywane wspólnie sprawiają, że rodzina staje się prawdziwą drużyną. I z jednej z takich podróży razem z moim rodzinnym dream teamem serdecznie Was pozdrawiamy.





poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Wszystko, co chciałabyś wiedzieć o NPR (ale boisz się zapytać)



Naturalne metody planowania rodziny - co tak naprawdę (i w praktyce) kryje się pod tym terminem? tylko zbiór teoretycznych założeń czy praktyczne narzędzie, które może przydać się (nie tyko katolickiemu) małżeństwu?

O odpowiedź na pytania, które nurtują wielu katolików poprosiłam osobę, która zna wszystkie te zagadnienie od strony praktycznej i teoretycznej.

Magdalena Misztak-Hola to mama czterech córek, żona od 26 lat i magister teologii KUL. Ukończyła Międzywydziałowe Podyplomowe Studia nad Małżeństwem i Rodziną KUL, jest instruktorem NPR, wykładowcą na kursach kwalifikacyjnych i studiach podyplomowych WdŻwR. Od 25 lat pracuje w poradnictwie rodzinnym, jest więc przyzwyczajona do odpowiadania nawet na najbardziej skomplikowane pytania :) Przede wszystkim jednak, to osoba autentycznie żyjąca wiarą (mówi o sobie, że jej hobby to przyjaźń z Jezusem) i ktoś, kto nie tylko mówi o teorii, ale przede wszystkim stosuje NPR w praktyce.

MM: Pracujesz w poradni rodzinnej prawie dwadzieścia pięć lat, czyli ćwierć wieku. Czy na przestrzeni tych lat widzisz jakieś zmiany w podejściu do stosowania naturalnych metod planowania rodziny? Czy ludzie 25 lat temu mieli takie same problemy jak my?

MH: Pytania dotyczące zarówno NPR, jak i treści encykliki Humanae Vitae - od której ukazania się mija w tym roku 50 lat - pozostają takie same. Zaobserwowałam jednak pewną zmianę. Ludzie chętniej słuchają o naturalnych metodach rozpoznawania płodności i się ich uczą. Dlaczego? Dlatego, że pobierają się później i to zazwyczaj w takim momencie, kiedy chcieliby już zaplanować poczęcie dziecka. Teraz również są dużo większe możliwości sensownego wejścia w metody niż 25 lat temu, bo internet jest źródłem wielu informacji, są też udogodnienia w formie aplikacji na telefon, dzięki którym można w wygodny sposób zapisywać obserwacje. Na uczelniach medycznych pojawiły się fakultety z metod rozpoznawania płodności, dzięki czemu lekarze również zdobywają wiedzę z tej dziedziny i mogą się nią.

MM: Mówisz o kształceniu lekarzy i konkretnej wiedzy, ale słyszy się przecież czasem określenia takie jak “kalendarzyk małżeński” czy nawet  “ruletka watykańska”...

MH: Tak, też słyszałam o ruletce, a z wyrażeniem “kalendarzyk” walczę, odkąd żyję. Ja w takich wypadkach mówię, że z tego, że powieszę sobie kalendarz na ścianie, dla mojej płodności nic nie wynika.

MM: Ale takie wyrażenia wpisują się chyba w taki obraz nas, osób stosujących NPR, jaki jest wśród osób będących z dala od Kościoła. Mam wrażenie, że powszechne jest myślenie o tych metodach na zasadzie “entliczek-pentliczek” albo że w ogóle nie można uprawiać seksu. Poza tym również wśród wierzących katolików pojawiają się takie wątpliwości, jak możliwość stosowania metod naturalnych w momencie, gdy na przykład kobieta pracuje na nocnej zmianie albo ma nieregularne cykle miesiączkowe. NPR jaki się jako kula u nogi i uciemiężenie.

MH: Większość tych wątpliwości bierze się często z tego, że osoba, która te wątpliwości zgłasza, tak naprawdę raczej tak uczciwie nie zadała sobie trudu, żeby wejść w te metody i żeby tymi pytaniami NPR prześwietlić.

MM: Czyli idziemy na łatwiznę?

MH: Tak, bo łatwiej jest się oprzeć na opinii powtarzanej z ust do ust, która niekoniecznie zgodna jest z prawdą i nie ma podstaw naukowych.

MM: A jednak takie sytuacje, w których obserwacja cyklu jest znacznie utrudniona, są pewnie problemem części osób. Wpływa to zresztą nie tylko na ewentualne odroczenie w czasie poczęcia, ale również na sytuację, w której pary bezskutecznie starają się o dziecko. Może wpływ ma między innymi to, o czym już wspominałaś, czyli to, że obecnie w coraz późniejszym wieku wchodzimy w związki małżeńskie.

MH: Przyczyną jest nie tylko wiek. Czasami chodzi też o to, że młode kobiety nie do końca liczą się ze swoją biologią - zaniedbują czas potrzebny na sen, odpoczynek, nie dojadają, żyją w ciągłym biegu i pod presją. Wtedy takie zaburzenia cyklu to czasem nic innego, jak organizm wołający: “Stop, please, zwolnij. OPIEKUJ SIĘ MNĄ”.

MM: Czyli co mówisz komuś, kto przychodzi z taką informacją: “Nie jestem w stanie stosować NPR, bo mam nieregularne cykle”?

MH: Punktem wyjścia jest obserwacja. Dzięki temu, po zapisaniu takiego cyklu, możemy wspólnie na niego spojrzeć i zastanowić się, w czym tkwi problem.

MM: Czy w takim razie możemy stwierdzić, że NPR to dla kobiety jeden z elementów szeroko pojętego dbania o siebie, o swój organizm? 

MH: Tak, to jest wyraz miłości do samej siebie. To wyraz mojej akceptacji dla samej siebie i to jest też monitorowanie mojego zdrowia, co jest bardzo ważne! Jeżeli faktycznie jest tak, że w kolejnych cyklach dzieje się coś, co uniemożliwa stosowanie reguł, to jedynym powodem tego jest to, że mój organizm nie jest w pełni zdrowy. Problem może być tylko i wyłącznie dietetyczny, ale mogą być to również dużo poważniejsze sprawy, jak zaburzenia endokrynologiczne albo immunologiczne. Może być również związany ze stosowaniem niektórych leków. Ale to nie znaczy, że tego się zupełnie nie da ogarnąć. To znaczy, że właśnie wtedy trzeba działać i uporządkować swoje zdrowie i styl życia.

MM: I to jest NPR z punktu widzenia kobiety. A jak to jest z facetami? Jakie oni mają podejście: metody naturalne to kula u nogi czy przestrzeń do współpracy z kobietą?

MH: Bardzo lubię sytuacje, w których mężczyzna jest autentycznie zainteresowany tematem i zadaje pytania. To jest super, ale mówiąc szczerze, takich narzeczonych nie jest dużo - powiedziałabym że od  10 do góra 20%. Na ogół mężczyźni przychodzą zainteresowani w niewielkim stopniu. Staram się ich w to wciągać, pokazywać, że opłaca im się, żeby się tym zainteresowali.

MM: A później, w czasie małżeństwa? Jak sądzisz, jak to się układa w życiu?

MH: W praktyce niestety wygląda to tak, że to wszystko spada na kobietę.

MM: Może dlatego też NPR bywa tak niechętnie przyjmowany i zdarza się, że ludzie myślą (i być może też czasem głośno mówią o tym), że metody naturalnego planowania rodziny wymagają ogromnej samokontroli, pozbawiają spontaniczności i mogą prowadzić niemalże do nerwicy. Że to obciążenie i presja.

MH: Jacek Pulikowski mówi fantastyczną rzecz - mówi, że najlepiej jest dla rozwoju więzi intymnej, czyli czegoś co facetowi zaprocentuje w małżeństwie, jeśli całą odpowiedzialność za możliwość poczęcia dziecka weźmie na siebie… kto?

MM: Wydaje mi się, że para, małżeństwo.

MH: MĄŻ!

MM: Mąż?

MH: Mąż. Dlaczego? On to mówi jako mężczyzna i ojciec. Facet lubi konkrety. Czyli facet jeśli chce w ten sposób zaangażować się w tą dziedzinę życia, to dla niego konkretem będzie prowadzenie obserwacji. Jeżeli żona jest źródłem informacji, to naprawdę przeciętny gość ze średnią głową jest w stanie bawić się w zabawę połącz kropki [na wykresie do obserwacji - mój dopisek] albo będzie szukał super aplikacji na telefon czy innego wynalazku, który pozwoli mu efektywnie zapisywać obserwacje. Prowadzenie karty obserwacji to jest coś, co z powodzeniem może robić mężczyzna.

MM: Ale to brzmi dla mnie jak element świata idealnego i niestety nierealnego. 

MH: Ale tacy mężczyźni istnieją, to nie są Marsjanie. Kiedyś przychodził do mnie do poradni narzeczony, którego wybranka serca mieszkała w innym mieście i on codziennie rano do niej dzwonił pytając, co ma zapisać na karcie.

MM: Wydaje mi się jednak, że niektórzy woleliby, żeby to jednak było prostsze, czyli na przykład jeżeli ja dzisiaj czuję, że między nami iskrzy, a nie możemy współżyć…

MH: Jeżeli jesteśmy małżeństwem to zawsze możemy, tylko musimy się liczyć z konsekwencjami.

MM: Rozumiem, ale decyzja o poczęciu dziecka nie zawsze jest łatwa. Są różne sytuacje życiowe, problemy zdrowotne, finansowe i tak dalej.

MH: Dobrze, ale popatrzmy najpierw, czym jest małżeństwo. Małżeństwo jest przymierzem, w którym król mąż oddaje całego siebie do szpiku kości razem z butami do końca życia królowej żonie, a królowa ten dar przyjmuje. I królowa żona oddaje całą siebie do szpiku kości razem z butami i do końca życia królowi mężowi, a on ten dar przyjmuje. Jak mówi Karol Wojtyła (“Miłość i odpowiedzialność”) - to jest wzajemna wymiana darów. I tylko dlatego, że to jest taka totalna wymiana darów, Bóg zarezerwował dla tej wyjątkowej miłości wyjątkowy znak, jakim jest akt małżeński. Jeżeli mężczyzna się żeni z kobietą, to żeni się nie tylko z wysoką, niską, grubą, chudą, blondynką, brunetką czy rudą. On się żeni z jej cyklem. Jego zadaniem jest pokochać jej cykl.

MM: To jest dla mnie bardzo świeże spojrzenie na ten temat… I nie wiem, ile osób tak naprawdę dorosło do takiego spojrzenia.

MH: Tak, spotyka się czasem pytania na przyład o stosowanie prezerwatywy i to, czy ona faktycznie jest taka zła. Ojciec Karol Meissner mówi tak:  współżycie, jeśli ma być prawdziwie ludzkie, musi coś oznaczać. To jest komunikacja.

MM: No tak, ale może oznaczać po prostu wyrażanie miłości, a nie tylko chęć poczęcia dziecka.

MH: OK. Wyrażenie miłości i bliskości, ale mówiliśmy o miłości totalnej: totalnie ciebie przyjmuję i totalnie się tobie oddaję. Jeżeli nie mamy podejścia antykoncepcyjnego, to faktycznie to jest totalne. Jeżeli natomiast mamy sytuację “ale ja założę prezerwatywę”, to znaczy że tak: “to masz fajne, to mi się podoba, to masz super...ale z tym to coś zrób, bo ja nie chcę”. To już nie jest totalne.

MM: A co jeśli stosujemy naturalne metody planowania rodziny, ale na takiej zasadzie, żeby wykluczyć poczęcie? Czym to się różni od stosowania prezerwatywy?

MH: Samo stosowanie NPR jest moralnie neutralne - jest narzędziem, tak jak ogień lub nóż. Można kogoś zabić, można ukroić chleb, można kogoś ogrzać albo mu podpalić chałupę. Moralna ocena tego, jak jest stosowany NPR zależy od intencji, od tego, co jest w nas gdy tę konkretną metodę stosujemy i niestety ma to też taką wadę, że można to stosować z nastawieniem antykoncepcyjnym, kiedy się dziecko wyklucza.

MM: A w jaki sposób rozpoznać, kiedy działa się na zasadzie antykoncepcyjnej, a kiedy nie? Co jeśli na przykład kobieta ze względów zdrowotnych lub jakichkolwiek innych nie powinna zachodzić w kolejne ciąże?

MH: Jeśli istnieją takie przeciwwskazania, to faktycznie może być tak, że mimo otwartości na życie czy pragnienia posiadania dziecka, małżeństwo może stosować NPR po to, by nie dopuścić do poczęcia.

MM: I wtedy to też będzie taki “seks po Bożemu”? 

MH: Ja w ogóle nieco inaczej nazwałabym tę rzeczywistość. Jeśli chcemy popatrzeć na to “po Bożemu”, to popatrzmy na to pod innym kątem. Jakie jest Boże spojrzenie? Pan Bóg posyła nas na ten świat po to, żebyśmy nauczyli się absolutnie najważniejszej umiejętności jaką jest?

MM: Miłość?

MH: Tak jest. W małżeństwie mamy taką szczególną sytuację, w której mamy kochać siebie nawzajem, być dla siebie nawzajem świadkami Bożej miłości. Co to znaczy żyć sakramentalnością sakramentu małżeństwa? Ten sakrament urzeczywistnia się, aktualizuje w każdej sytuacji, w której żona bezinteresownie czyni dobro dla męża i mąż bezinteresownie czyni dobro dla żony.

MM: Czyli to nasze “ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską” może się wypełniać każdego dnia, kiedy nawet w drobnej sytuacji okazuję mężowi miłośc, troskę, dobro.

MH: Tak. To jest też realizowanie naszej funkcji kapłańskiej, bo każdy z nas ochrzczonych jest zanurzony w Kapłana, Proroka i Króla, jakim jest Chrystus. I w tym momencie my ofiarowujemy tą swoją bezinteresowną miłość, a jednocześnie tę miłość przyjmujemy i umacniamy się wzajemnie.

MM: Chciałam Cię jeszcze zapytać o czystość małżeńską, bo to też jest temat, który często pojawia się w związku z rozważaniami na temat NPR.

MH: Czystość nie jest celem małżeństwa - ona jest środkiem do osiągnięcia celu, czyli realizowania sakramentu małżeństwa i do świętości. Fantastyczne słowo na czystość jest w języku rosyjskim, to jest tzw “tielo mudrie"  czyli “mądrość ciała”. Jeśli wymawiane to jest z tzw. akcentem petersburskim, to brzmi to nieco inaczej i można to przetłumaczyć jako “pełnia mądrości”. O co więc chodzi z tą czystością? Czystość jest formą postu. Ja sama dużo zrozumiałam właśnie po kontakcie z osobami prawosławnymi. Wiesz, że jeżeli ktoś jest takim naprawdę praktykującym prawosławnym, to w pewnym sensie nie musi stosować npr? Dlatego, że u nich każdy post wiąże się też ze wstrzemięźliwością płciową, czyli małżeństwo nie współżyje w dniach postu.

MM: Czyli na przykład cały Wielki Post?

MH: Cały Wielki Post, cały Adwent, czas przed Zesłaniem Ducha Świętego, każda środa, każdy piątek, dwadzieścia cztery godziny przed przystąpieniem do Komunii Świętej

MM: Właśnie dochodzę do wniosku, że katolicy mają jednak nieco łatwiej [śmiech]

MH: Oni mają nieco inne myślenie na temat postu. Co to jest post? To nie jest sytuacja, w której wyrzekamy się grzechu. My jako chrześcijanie z zasady o grzechu mamy nie myśleć. Post polega na tym, że ze względu na Pana Boga, na miłość do Niego i na to, żebyśmy my jako dzieci Boże, panowali duchem nad ciałem, wyrzekamy się rzeczy dobrych.

MM: I rozumiem, że właśnie w takim kluczu można pojmować NPR i te dni wstrzemięźliwości.

MH: Tak, ale też trzeba pamiętać, że NPR to są po prostu metody, czyli trzeba postępować metodycznie: metodycznie obserwują, metodycznie notuję, metodycznie interpretuję i metodycznie stosuję do tego najważniejszy organ seksualny człowieka, jakim jest głowa. Ponieważ jako człowiek wiem, czego w życiu chcę i co służy do realizowania moich celów, a co nie. I jeszcze jedna ważna rzecz, którą znajdziemy w Piśmie Świętym. Posłuchaj: “Mąż niech oddaje powinność żonie, podobnie też żona mężowi. Żona nie rozporządza własnym ciałem, lecz jej mąż; podobnie też i mąż nie rozporządza własnym ciałem, ale żona. Nie unikajcie jedno drugiego, chyba że na pewien czas, za obopólną zgodą, by oddać się modlitwie; potem znów wróćcie do siebie, aby - wskutek niewstrzemięźliwości waszej - nie kusił was szatan.” (1 Kor 7,3-5) Przecież to nic innego, jak NPR!

MM: A co jeśli to jest za trudne dla niektórych?

MH: Zawsze jest za trudne. Człowiek upada i się podnosi. Warto patrzeć na to nie tylko przez pryzmat trudności, ale przede wszystkim - miłości.

Chciałam powiedzieć Ci coś jeszcze. Prorocy Starego Testamentu zasadniczo w większości walczyli z dwoma bóstwami. Jedno to było bóstwo o dwóch twarzach, Isztar Baal. A drugie bóstwo to był Moloch. I prorocy upominali, żeby nie chodzi w dolinę składać ofiary Molochowi. Ta dolina była blisko Jerozolimy. Moloch to był bożek pomyślności. Będzie ci się działo dokładnie tak, jak sobie zaplanowałeś. Otrzymasz wszystko, co sobie wymarzyłeś - dobrobyt, karierę, sukcesy życiowe, co tylko chcesz, ale na ołtarzu tego bożka masz złożyć ofiarę ze swojego dziecka.

Ono ma być zabite.

MM: Mocne. I myślę, że to dobry temat do refleksji. 



Magda dopowiada jeszcze, że...
Nie samym seksem żyje człowiek….
Czy małżeństwo to tylko seks? Czy w Nauce Kościoła seks to grzech? 


O co właściwie chodzi Bogu w VI przykazaniu? 

Wielu osobom się wydaje, że Bóg dał VI przykazanie dlatego, że seks ze swojej natury jest zły. To przekonanie jest niestety niechlubnym spadkiem po herezji manichejskiej, która odrzucała jako grzeszne wszystko, co cielesne. A prawda jest taka, że to Pan Bóg stworzył seks- i dał do tego wynalazku swoją instrukcję obsługi (a wszyscy wiemy, co się dzieje, gdy używamy jakiegokolwiek urządzenia niezgodnie z instrukcją obsługi, ba! a nawet wbrew niej).

Używany zgodnie z instrukcją obsługi SEKS JEST ŚWIĘTY. Można powiedzieć, że używanie seksu bez poszanowania Bożej instrukcji jest rodzajem świętokradztwa - i dlatego jest to grzech.

Gdzie znaleźć instrukcję obsługi, którą Wynalazca dał do seksu? Ano, w całościowej Instrukcji obsługi do człowieka. A ponieważ człowiek to bardzo skomplikowany system operacyjny, dlatego też Instrukcja jest bardzo obszerna.

Nazywamy ją… Biblią.


Jakie właściwie miejsce w życiu chrześcijanina powinien mieć seks? 

Dokładnie takie pytanie zadał niegdyś w programie telewizyjnym Wojciech Eichelberger o. Józefowi Augustynowi SJ.

Odpowiedź o. Augustyna jest wyjątkowo celna: powinien mieć miejsce szóste! Take dał mu Bóg, patrząc na kolejność przykazań. W małżeństwie źle się dzieje, gdy w praktyce seks spada poniżej tego miejsca. Ale dzieje się jeszcze gorzej, gdy nie pilnowany na tym miejscu zaczyna wspinać się wyżej, aż zajmie miejsce pierwsze - stając się bożkiem, na którego ołtarzu ludzie są skłonni składać ofiarę z życia swoich dzieci- bo tym jest aborcja i antykoncepcja.

Celem małżeństwa nie jest dbanie o "czystość małżeńską".... 

Tak, zatem warto zacząć od tego- CO JEST CELEM MAŁŻEŃSTWA?

Wg Katechizmu Kościoła Katolickiego , który cytuje Kodeks Prawa Kanonicznego: pisząc, że cele są dwa i to równorzędne: dobro małżonków oraz dzieci (wraz z całym dobrodziejstwem tego słodkiego inwentarza).

Celem jest DOBRO MAŁŻONKÓW- no i co to jest to dobro? O jakie dobro nam chodzi? Jeśli jest to sakrament, to najważniejszym tropem jest uświęcenie. Ale, chwila- mowa jest o małżeństwie, a gdzie tu jest miłość?

Definicji miłości jest tak wiele… 

W Biblii również jest wiele uzupełniających się wskazówek. Choćby w 1 Kor 13. Jest też taka definicja, która być może wszystkie te wskazówki zbiera, a pochodzi od pewnego biskupa krakowskiego, autora rozprawy filozoficznej “Miłość i odpowiedzialność”: Miłość to posiadanie siebie w dawaniu siebie. Nie mogę dać czegoś, czego nie mam. Najpierw muszę to MIEĆ.

Mieć siebie= panować nad sobą. A dawać, jeśli z miłości, to jedynie w pełni bezinteresownie. A miłość małżeńska to wymiana darów osobowych. Pełnych (bez zastrzeżeń, że czegoś ci nie daję lub czegoś od ciebie nie chcę, np. płodności) i bezinteresownych.

Czym zatem ma być “czystość małżeńska”? 

Właściwym środkiem do tego celu. Do posiadania siebie w dawaniu siebie. Żeby akt małżeński był czynem osoby ludzkiej, a nie jedynie czynem człowieka…

Czystość jest cnotą. Jedną z wielu. Cnota jest po prostu sprawnością w dobrym osiągniętą dzięki ćwiczeniu się w niej. Działanie pod hasłem “róbta co chceta” nie jest ćwiczeniem się w cnocie (jakiejkolwiek). Jeśli poszczę np. o chlebie i wodzie, to jest to dla mnie ćwiczenie i test- na ile faktycznie panuję nad sobą w dziedzinie jedzenia. A na ile jestem tego jedzenia niewolnikiem.

Na czym polega “czystość małżeńska”? Na wprowadzeniu zasad w tej dziedzinie, uporządkowania jej zgodnie z właściwym miejscem, jakie zaplanował dla seksualności Bóg. Brak czystości małżeńskiej (oprócz cudzołóstwa) to rozpusta. Dziś trudno zrozumieć, co to słowo właściwie znaczy. Ale jeśli użyjemy synonimów, stanie się to łatwiejsze.

Rozpasanie- pas jest najważniejszą częścią munduru żołnierza. Oddaje go żołnierz, gdy dostaje się do niewoli. Pas symbolizuje gotowość do walki, pewne ogarnięcie się.

Rozwiązłość- elementem stroju liturgicznego jest cingulum, sznur owijany wokół pasa na albie. Związuję siębie, znaczy mam siebie w garści, panuję nad sobą.

Wyuzdanie- to zdjęcie uzdy z dziedziny seksualności. Uzda to kierownica i hamulec w jeździe konnej. Każdy wie, czym grozi jeźdźcowi jazda na koniu pozbawionym uzdy, szczególnie, gdy koń czując swobodę poderwie się do galopu...

Dokładnie to samo dzieje się w sferze seksualnej. “Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale niczemu nie oddam się w niewolę” 1 Kor 6, 12.


NPR to jedna z metod, które wprowadzają niejednokrotnie niechęć, zmęczenie, a nawet nerwicę albo nadmierne poczucie kontroli? 


Moment- a na jakiej podstawie stwierdzenie: “wprowadzają niechęć, zmęczenie”? Badania naukowe? Ankieta wśród użytkowników? KTO konkretnie się w taki sposób wypowiada?

Znam trochę artykułów naukowych na ten temat i nie ma w nich potwierdzenia dla tego typu stwierdzeń. Jeżeli ktoś ma takie zarzuty- to się prosi o mocną podstawę.

Dokładnie tak samo można czuć niechęć, zmęczenie czy nadmierną kontrolę z powodu… mycia zębów czy innych codziennych czynności higienicznych- bo właśnie na poziomie codziennych czynności higienicznych jest “procedura” stosowania NPR.

Zatem- obawiam się, że nie chodzi tu o niechęć czy zmęczenie, ale raczej o… lenistwo. Zresztą- stosowanie jakiejkolwiek metody planowania rodziny wiąże się z jakimiś czynnościami.

Poczucie kontroli- naprawdę zależy wyłącznie od małżonków, na ile chcą kontrolować, a na ile ignorować stosowanie metody. To ich decyzja, jaki mają w danym momencie cel i motywację. W konkretnym momencie życia może być im wszystko jedno, czy dziecko się pojawi, czy nie- to jest ich wybór.

Jeśli jednak chcą stosować metodę- to obligują sami siebie do postępowania metodycznego: metodycznie obserwujemy objawy płodności, metodycznie notujemy, metodycznie interpretujemy i podejmujemy lub nie działanie- korzystając z najważniejszego organu seksualnego człowieka, jakim jest mózg.

Nerwicę- no, jak już ktoś taką kolumbrynę przeciwko NPR wyciąga, to niech znajdzie naukowe potwierdzenie. Ja pierwsze słyszę. I, dopóki rzucający ten zarzut nie znajdzie do niego naukowych podstaw, uważać będę za kalumnię. Zatem- jeśli to nie plotka- gdzie dowód? Jeśli brak dowodów- należy zdementować. Jak dotąd znane mi doniesienia naukowe i autorytety medyczne wskazują, że NPR jest nieszkodliwy dla zdrowia- także psychicznego.


Czy ta propozycja Kościoła to otwieranie się na życie i dlaczego stoi w opozycji do seksu powszedniego wtedy, kiedy dwie osoby pragną takiej bliskości...? 

NPR jest tylko narzędziem. To, czy konkretne małżeństwo otwiera się na życie- to jest ich wewnętrzna postawa, którą NPR umożliwia (w przeciwieństwie do antykoncepcji), ale nie przesądza. Otwarcie się na życie zakłada z jednej strony pewną wielkoduszność w jego przekazywaniu, ale z drugiej roztropny namysł- bo chodzi o to, żeby nowemu dziecku przygotować możliwie najlepsze, w pełni godziwe warunki do życia i zaspokojenia potrzeb jego- i całej rodziny. Tak to ujmuje Humanae Vitae 10.

Seks powszedni, jak sama nazwa wskazuje, może bardzo spowszednieć. I stać się jedynie neurotycznym sposobem na rozładowanie napięcia.

Sprowadzającym osobę współmałżonka jedynie do używanego narzędzia. Wówczas jest mizernym rzemiosłem, a nie pełną finezji poezją, sztuką (jak mówi ks. Piotr Pawlukiewicz). Dlaczego małżeństwo w konkretnym wykonaniu ma być miernym wyrobem dyletantów, a nie mistrzowskim dziełem sztuki? Ilość w każdej dziedzinie szybko obniża jakość…

Zachowajcie dobre wino miłości cielesnej aż do “tej” pory. Czystość małżeńska pomaga temu winu nie skwaśnieć.

Skoro NPR jest dobry, to czemu prezerwatywa w małżeństwie jest zła? Przecież i to i to jest formą antykoncepcji. 

Typowe pytanie dla kogoś, kto nie przeczytał ze zrozumieniem Humanae Vitae…

Co to jest antykoncepcja? To są metody i środki nastawione PRZECIW (anty) poczęciu dziecka (biologicznie: przeciw zapłodnieniu, ale w praktyce również przeciw zagnieżdżeniu). Czyli aktywne przeciwdziałanie. Takie właśnie działanie jest nieodłącznie związane z użyciem prezerwatywy.

NPR samo z siebie nie jest aktywnym działaniem przeciw czemukolwiek. To działanie analogiczne do działania meteorologów czy ornitologów. Czy meteorolog może cokolwiek zdziałać przeciw nadchodzącej burzy czy upałom? Czy ornitolog może uniemożliwić migrację całych stad ptaków? Nie. Tak samo użytkownik NPR nie może uniemożliwić zmian w organizmie kobiety. Może jedynie je obserwować i wyciągać wnioski.

Dlatego NPR sam z siebie jest moralnie obojętny. Ocenie moralnej podlega natomiast INTENCJA z jaką jest stosowany.

I, owszem, dopóki para nie osiągnie pewności,że ciało kobiety działa inteligentnie (czyli, że płodność daje się intelektem ogarnąć, a owulacja nie wyskakuje, jak pajacyk z pudełka), może mieć intencje nacechowane lękiem. Ale nikt nie mówi, że ma z nim pozostać sama. W Polsce mamy naprawdę wielu certyfikowanych Nauczycieli NPR, którzy z radością pomogą każdej parze w stosowaniu NPR bez stresu.

Tak naprawdę w sytuacji trudności w etycznym postępowaniu zawsze mamy dwie możliwości: albo pójść na skróty, dając sobie taryfę ulgową, albo drogę per aspera ad astra- taką z wyższej półki. I podejmowania wyzwań pójścia tą drugą drogą wszystkim czytelnikom powyższego tekstu życzę.



Jeśli chcielibyście zadać Magdzie jakieś pytanie, piszcie: chrzescijanskamama@gmail.com .  







niedziela, 12 sierpnia 2018

Jestem...

"Jestem..." - w jaki sposób dokończyłabyś to zdanie? Uzupełniłabyś je jednym wyrazem, czy stworzyła ciąg określeń, charakteryzujących Twoją osobę? Jakich słów byś użyła?

Zastanawiałam się dzisiaj, czy Coco Chanel była piękna. Na pewno była elegancka i pewna siebie, ale czy była klasyczną pięknością? I czy to właśnie z powodu swojego wyglądu została zapamiętana? Świat kojarzy ją dzisiaj przecież z najsłynniejszymi perfumami i "małą czarną", czyli sukienką idealną na każdą okazję. Podobnie jest z innymi sławnymi kobietami. 

Gdy myślę o osobach takich jak wznosząca się w przestworza Amelia Earhart czy pełna ideałów Florence Nightingale, nie szukam w ich twarzach regularnych rysów i idealnego makijażu, lecz zapału i pasji. Szukam entuzjazmu i siły, dzięki której nie wątpiły w siebie i w to, czemu poświęcały życie. Szukam piękna, które wymyka się definicjom, jakie znamy z kolorowych magazynów czy Facebooka lajkami płynącego.
Może powinnam w podobny sposób patrzeć też na siebie, gdy zerkam w lustro? :)
Każda z inspirujących kobiet - nie tylko tych sławnych na cały świat - miała w sobie coś niepowtarzalnego. Każda z nich była JAKAŚ. Miała odwagę podążać za tym, co było w niej nie tylko unikalne, ale co dawało jej radość i poczucie sensu.

Jedną z takich kobiet była też biblijna Judyta - kobieta niezwykłej urody, która jednak zapisała się w ludzkiej pamięci dzięki swojej odwadze i determinacji. Jeśli kojarzy Wam się tylko i wyłącznie ze sceną, w której w dramatyczny sposób pozbywa się wroga swojego narodu, to podpowiem Wam, że tylko część jej historii. A historia zaczyna się w dzień, który pewnie jest tak upalny, jak tegoroczne lato. W oblężonym przez króla asyryjskiego Holofernesa mieście Betuli podnoszą się głosy pełne zwątpienia - kończą się zapasy wody, a nic nie wskazuje na szybką i skuteczną Bożą interwencję. Bóg jednak również tym razem nie przychodzi w trzęsieniu ziemi ani wichurze, lecz w cichym jak lekki powiew, a jednocześnie niesamowicie stanowczym głosie kobiety, która doskonale wie kim jest ona sama i kim jest Ten, który ją posyła.

Judyta, szanowana wdowa, spędzała do tej pory czas na modlitwie. Wydaje mi się, że to właśnie cisza, samotność i wsłuchiwanie się w głos Boga sprawiło, że była kobietą świadomą siebie i swojej piękności oraz wewnętrznej siły. Gdy zrozumiała, że jej misją jest ocalenie miasta, nie powiedziała: "OK, ale teraz dajcie mi trzy miesiące na zaliczenie kursu samoobrony i sztuk walki". 

Judyta wiedziała, jaki ma potencjał i postanowiła go wykorzystać, zawierzając jednocześnie Panu Bogu i nieustannie wsłuchując się w Jego głos. Po wypełnieniu swojej misji zaśpiewała pieśń dziękczynną, którą zapisano w taki sposób:


Uderzcie w bębny na cześć mojego Boga, 
zagrajcie Panu na cymbałach, 
zanućcie Mu psalm i pieśń uwielbienia, 
wysławiajcie i wzywajcie Jego imię! 
(...)
Albowiem mocarz ich nie zginął z ręki młodzieńców, 
ani nie uderzyli na niego synowie tytanów, 
ani nie napadli na niego olbrzymi giganci, 
ale Judyta, córka Merariego, 
obezwładniła go pięknością swojego oblicza
(...)
Zlękli się Persowie jej odwagi
a Medów przeraziła swoją śmiałością. (Jdt 16)


Judyta nie boi się mówić wprost o tym, jaką jest niesamowitą kobietą! :) Wie, że jest to dar od Boga. Wie również, że  w tym, jaka jest, zapisana jest również jej misja i zadanie. 

Ono jest niepowtarzalne i inne dla każdej z nas. Każda z nas ma w sobie takie piękno, które zdarza się raz na miliard lat. Każda ma w sobie odwagę, śmiałość, empatię, wierność, troskliwość - w idealnych proporcjach. To, jakie jesteśmy, jest jednocześnie podpowiedzią w szukaniu tego, do czego zaprasza nas Bóg, bo "będę" od "jestem" dzieli tylko jeden krok. Ważne, by wykonać go w dobrym kierunku  i by każdy z takich kroków sprawiał, że w naszych oczach będzie pojawiał się zapał, a w sercu - pewność, że prowadzi nas Ktoś, kto zna nas najlepiej.

Znajdź dzisiaj trochę czasu na spotkanie z samą sobą. Weź kartkę i coś do pisania. Wpisz w kolumnach lub tabeli: Twoje zalety i mocne strony, Twoje wady i słabości, pasje i zainteresowania oraz pragnienia.

Jeszcze raz spróbuj dokończyć to zdanie: "Jestem..." . W jaki sposób dokończyłabyś dzisiaj również kolejne: "Chciałabym być..."?



Suplikacje

W głowie mamy mieszkają lęki. Czasem są niewielkie i pozornie nieszkodliwe, a jednak równie uciążliwe jak latający nad uchem komar. Wbijają od czasu do czasu bolesne szpileczki, udając z niewinną miną: "To nie my, to życie". Innym razem rosną do monstrualnych rozmiarów i rozszalałe jak bestia, atakują z krzykiem. Budzą wtedy w nocy, malują przed oczami straszne scenariusze, licząc z satysfakcją coraz szybsze uderzenia matczynego serca, które zaczyna bić w szalonym tempie. 

Bo być może. Bo  co by było gdyby. Bo nie jestem w stanie nad wszystkim zapanować (a chcę panować, nawet jeśli z przekonaniem powtarzam, że Panem jest Jezus).

Lęki wiją sobie wygodne gniazdko wszędzie tam, gdzie znajdą choćby niewielką przestrzeń niepewności. Siedzą cichutko, tak by trudno je było wyśledzić i pojawiają się znienacka. Gdy matka myśli o teraźniejszości i przyszłości, o zdrowiu, pieniądzach i relacjach. 

Gdy rozlicza się z wypowiedzianych w zmęczeniu słów, z ilości czasu, jaką ma dla siebie i innych, z pomysłów na to, jak układać rodzinną codzienność. Gdy patrzy na listę zajęć pozaszkolnych i zastanawia się, czy jej dziecko będzie miało dobry start w dorosłość, skoro nie zapewnia mu wszystkich możliwych środków do wszechstronnego rozwoju. Gdy patrzy na tę samą listę zajęć, niepokojąc się, czy wszechstronny rozwój nie jest jednak zbyt dużym obciążeniem i czy ważniejsza nie jest jednak zabawa i odpoczynek. Gdy patrzy w lustro i widzi, że ciągle jej czegoś brakuje więc - o zgrozo - czy tego samego braku nie doświadczą jej dzieci?

W głowie mamy mieszkają lęki. Mama robi więc czasem to samo, co ludzie robili od wieków, zwłaszcza gdy dotykało ich nieszczęście: "Święty Boże, święty mocny... Od powietrza, głodu, ognia i wojny Wybaw nas Panie!"  Z tym że mama robi to po swojemu. Od serca i po prostu, bez procesji i pieśni, w czasie pielgrzymowania z pracy do domu albo od sterty prania do kuchni. 

Mama śpiewa po swojemu i po swojemu prosi - bo lęk obrany w słowa w jakiś dziwny sposób staje się mniej straszny.

Od głodu miłości, który próbujemy zaspokajać jej namiastkami - wybaw nas, Panie!

Od ognia, który zamiast rozpalać serce, trawi jak gorączka i wypala - wybaw nas, Panie!

Od wojen, które toczymy zamiast rozmawiać i próbować zrozumieć - wybaw nas Panie.

Od braku wolności, który pcha do niemądrych wyborów - wybaw nas, Panie!

Od niemądrych wyborów, których konsekwencje spadają na nasze rodziny - wybaw nas, Panie!

Od raniących słów wypowiadanych w emocjach, zmęczeniu i smutku - wybaw nas, Panie!

Od kłótni, podziałów, niezrozumienia - wybaw nas, Panie!

Skrusz mury, które budujemy. Naucz patrzyć z miłością najpierw na swoje odbicie w lustrze, a potem na naszych najbliższych. I tych trochę dalszych, a w końcu - tych, którzy ranią i odpychają.  Pozwól doświadczyć, że prawdziwa miłość naprawdę usuwa lęk, a tam, gdzie codzienność przytłacza tak, że już nie potrafimy się modlić, Ty nie tylko wybawiasz czy okazujesz miłosierdzie. Ty się nad nami uśmiechasz.* 

Czule i z troską - w taki sposób, by nawet mama miała szansę przypomnieć sobie, że jest też dzieckiem i że jest Ktoś, kto nad wszystkim czuwa... :)
_______________________________________________________
Boże po stokroć święty mocny i uśmiechnięty
iżeś stworzył papugę zaskrońca zebrę pręgowaną
kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom
teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami
dzisiaj gdy mi tak smutno i duszno i ciemno
- uśmiechnij się nade mną.
(ks. Jan Twardowski, Suplikacje)

Wystarczy

Była piękna. Przyciągała spojrzenia mężczyzn i widziała w nich podziw, a przynajmniej tak chciała odczytywać to, co pojawiało się w ich oczach. Oczu innych kobiet nie widywała zbyt często. Odwracały od niej wzrok, bez słów oceniając zarówno jej ubiór, jak i rozpuszczone włosy. Lśniące, gęste i piękne, ale przecież odsłonięte i powiewające zalotnie na wietrze! Każda szanująca się kobieta wiedziała, że to widok zarezerwowany jedynie dla męża - włosy powinny być skromnie upięte, tak by ich widok nie przyciągał uwagi.


Była piękna, tak przynajmniej mówili, choć ona coraz rzadziej miała odwagę, by spojrzeć sobie w lustrze prosto w oczy. Była przyzwyczajona do tego, że obok niej nie można było przejść obojętnie. Tamtego dnia wolałaby jednak nie zwracać na siebie uwagi. W jednej chwili pojęła nie tylko to, jak wielki głód nosi w sercu, ale również to, że jest kompletnie nieprzygotowana do najważniejszego spotkania w jej życiu...

Każde dziecko wie, w jaki sposób powitać ważnego gościa: trzeba ubrać się elegancko i schludnie, dobrze uczesać, przygotować odpowiedni poczęstunek i wysprzątać dom tak, by lśnił czystością. Ona też wiedziała, czego potrzeba było w tamtej chwili: odpowiedniego ubioru i uczesania, uprzejmego uśmiechu i wody do obmycia nóg Gościa. 

Nie potrzebowała też ani lustra, ani rachunku sumienia by zrozumieć, że w bilansie jej życiowych zysków i strat była na dramatycznym minusie. Zamiast odświętnej szaty miała ubranie, które mówiło o jej życiu więcej, niż by tego chciała. Zamiast uprzejmego uśmiechu - łzy w oczach i drżące dłonie. Nie miała misy z wodą ani nawet możliwości oficjalnego przywitania gościa. A jednak, choć wszystko wokół mówiło, że nie ma prawa nawet zbliżyć się do Nauczyciela, czuła że to ten czas i to miejsce. Że ten jeden raz w życiu może zrobić to, czego naprawdę w głębi serca pragnie. Once in a lifetime.

A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.(Łk 7,37-38)

Nie miała tego, czego w tej sytuacji oczekiwaliby od niej inni ludzie. "Dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza" mogła stwierdzić, że oddziela ją od Niego zbyt wiele, że to przepaść nie do pokonania. A jednak zaryzykowała. Nie wiem, czy słyszała wcześniej Jego słowa o tym, by sprzedać cały swój majątek, ale w pewnym sensie to właśnie zrobiła - oddała wszystko, choć w oczach innych wydawało się, że to tak niewiele.

Była piękna. Dla Niego była piękna w swojej bezradności i wrażliwości. W determinacji, by się z Nim spotkać. Nie widział w niej kobiety, która przegrała swoje życie - widział małą dziewczynkę, od zawsze głodną zainteresowania i czułości. Dziewczynkę, która przynosi Mu wszystko, co ma i która nie wie, że właśnie to WYSTARCZY, jeśli do swojego "nic" dodaje się miłość i tęsknotę...

Zadanie na dziś:
Zobacz, w jakich sytuacjach skupiasz się na swoich brakach. W jaki sposób to na Ciebie wpływa? Czy sprawia, że mimo pojawiania się różnych możliwości i Bożych zaproszeń, rezygnujesz z działania?

Zrób listę tego, czego Ci Twoim zdaniem brakuje. Weź pod uwagę zarówno to, co dotyczy Twojego wyglądu zewnętrznego, jak również zachowania, cech charakteru czy Twojej relacji z Bogiem. W czasie modlitwy stań przed Jezusem z tą listą braków i niedoskonałości. 

Jak sądzisz, co On powiedziały na jej temat? Dorzuciłby do niej kolejne pozycje - skoro wie o Tobie wszystko? Przyjąłby Cię z tym, czego Ci brakuje? A może tam, gdzie widzisz swoje "nic", On chce opowiedzieć Ci o Twoim potencjale, o talentach, których nie masz odwagi odkryć i dobru, które może dziać się przez Twoje zaanagażowanie?


piękne dłonie to te, które...

Mogą być silne albo delikatne, spracowane lub wypielęgnowane. Czasem chwytają rączkę dziecka, by prowadzić je przez świat. Czasem zaciskają się w pięść w geście protestu lub agresji. Machają na pożegnanie, wyciągają się ku zgodzie albo budują mury. Nasze dłonie.

Pierwsze próby ich upiększania i ozdabiania pojawiły się już w czasach prehistorycznych.  W epoce brązu w Indiach dłonie pokrywano misternymi wzorami z henny. Z kolei lakiery do paznokci, bez których nie wyobraża sobie życia spora część kobiecego świata w wielu od lat 3 do 103, pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych XX wieku. Paznokcie malowano jednak już tysiące lat wcześniej w Chinach i starożytnym Egipcie.

Piękne dłonie to temat, który regularnie pojawia się w kolorowych wakacyjnych magazynach. Ja sama także lubię czasem kolorowe szaleństwo, bo to pewien sposób na wyrażenie siebie, na tej samej zasadzie co styl ubierania. Dzisiaj nie będę jednak rozwijać tego tematu - to tylko luźny wstęp do głębszej refleksji... :)

Przygotowując ten tekst i zastanawiając się, czym tak naprawdę są piękne dłonie, nie pomyślałam o modelkach czy osobach zajmujących się stylizacją paznokci. Może ten wybór Was zaskoczy, ale do dzisiejszych rozważań chciałam zaprosić na początku tę osobę:

Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej.On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. (Mk 30-31)

Początkowo chciałam napisać o tym, że piękne dłonie to te, które niosą pomoc innym. Dłonie, które potrafią służyć - tak zwyczajnie, po prostu, w konkrecie życia i w jego szarości. To dłonie mamy, która wstaje w nocy, by podać dziecku lekarstwo. Dłonie, które przygotowują ulubione dania domowników nie z przymusu czy przyzwyczajenia, ale po to, by w ten sposób okazać miłość. Dłonie, które niosą dobro.

Chwilę później pomyślałam jednak, że to jest coś, o czym większość z nas dobrze wie. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że wiele z nas stara się żyć podobnie, wkładając swój trud i serce w budowanie dobra w sposób bardzo zwyczajny, w codzienności. Wiele z nas angażuje się i stara ze wszystkich sił, a czasem i ponad siły.

I wiele z nas wciąż myśli, że robi za mało. Albo nie tak jak trzeba. Że nie spełnia odpowiednich standardów, bo kuchnia nieposprzątana, bo na obiad mrożonka z marketu a nie trzydaniowe ekologiczne i wegańskie rarytasy, bo dziecko nie umie jeszcze tabliczki mnożenia, a Jasiek z IIc owszem. I że nie spełnia oczekiwań Pana Boga, bo przecież brakuje cierpliwości, bo czasem nie chce się rano wstać z łóżka, bo chciałoby się ponarzekać, a nie wypada, skoro chrześcijanin musi być wdzięczny...


Dlatego - nie. Dzisiaj nie napiszę o tym, że piękne dłonie to te, które są wyrazem zapomnienia o sobie i stawiania dobra innych na pierwszym miejscu. Napiszę za to o swoich dłoniach sprzed trzydziestu lat.

Wpadłam wtedy na genialny pomysł - nauczę się grać na pianinie! Rodzice, widząc mój zapał, zapisali mnie na początek na zajęcia w ognisku muzycznym. I wtedy dopiero się zaczęło: jakieś dziwne robaczki zapisane na pięcioliniach, czyli tak naprawdę drugi alfabet, który musiałam opanować jako dziecko. Koślawe klucze wiolinowe które pisałam zamiast szlaczków. Koszmarna "Piosenka o konikach polnych" (kto grał, ten wie! :) ) i setki melodii, które wydawały mi się nudne, ale które musiałam grać godzinami...

"Dla Elizy" zagrałam na Dzień Matki. Cztery części, z pamięci, z zamkniętymi oczami. Sukces, radość, wzruszenie i chęć dalszego rozwijania się w tym kierunku. Chopina wprawdzie nigdy nie polubiłam, za to Bacha dla własnej przyjemności gram do dzisiaj. Droga, jaka do tego prowadziła, była długa, mozolna i nie do końca dla mnie zrozumiała. Potrzebowałam w jej trakcie pomocy, wsparcia i odpowiednich wskazówek. Potrzebowałam też czasu, cierpliwości i odpowiedniej liczny popełnionych błędów, które musiały zostać skorygowane. Musiałam być uczniem, by opanować konkretną umiejętność.

Czy zauważyłyście, że w tekście o uzdrowieniu teściowej Szymona Piotra, pojawiają się te słowa: "Podniósł ją ująwszy za rękę"? Ja, wyobrażając sobie tę scenę, widzę kobietę, która po ustąpieniu dolegliwości wręcz biegnie, by wyrazić swoją miłość i wdzięczność przez działanie. Może dlatego, że widzę w niej siebie?... Mojej uwadze umyka ten pozornie drobny szczegół. "Podniósł ją ująwszy za rękę" - tak jak podnosi się dziecko, które próbuje chodzić albo malucha, który chce wdrapać się na pięćdziesiąt razy większą od niego górkę. Za rękę ujmuje się także ucznia, który próbując rysować szlaczki (albo koślawe klucze wiolinowe), nie wie w jaki sposób poprowadzić dłoń.

Może więc piękne dłonie to właśnie te, które pozwalają, by poprowadził je Jezus? Które pozwalają podnieść się z upadku, nie zasłaniając się tym, że "przecież mi nie wyszło, przecież nie jestem godna" itede itepe. Nie dłonie, które kurczowo trzymają się swojego perfekcyjnego obrazu rzeczywistości. Dłonie ucznia, który jest pewien dwóch rzeczy: tego, że jest niedoskonały, nie umie i nie potrafi oraz tego, że jest ktoś, kto go tego nauczy. 

Mam dla Ciebie dzisiaj propozycję ćwiczenia, składającego się z dwóch części.
Na początku wróć do tego krótkiego opisu uzdrowienia teściowej Piotra. Spróbuj wyobrazić sobie, że to Ty leżysz bez sił. Czym jest gorączka, która Cię trawi? Co odbiera Ci siły i możliwość działania? Wyobraź sobie, że Jezus ujmuje Cię za rękę. Może chce Ci coś teraz powiedzieć...posłuchasz?

W drugiej części tego ćwiczenia pomyśl o celach, jaki sobie stawiasz. Do czego dążysz? Jaki idealny obraz siebie samej rysuje się na końcu Twojej drogi? I jak reagujesz, gdy nie udaje Ci się do niego zbliżyć, gdy ponosisz porażki i doznajesz zawodu? Spójrz na chwile, w których pojawia się: "nie jestem taka, jaka powinnam być". W jaki sposób możesz do tych chwil zaprosić Jezusa? Co może stać się dla Ciebie szansą na to, by On "podniósł Cię ująwszy za rękę"? Poszukaj konkretów i zapisz je, by wracać do nich w trudnych momentach.

Piękno spojrzenia

"Ma pani wagę w oczach" - powiedziałam ostatnio z uśmiechem i podziwem do ekspedientki, która precyzyjnie odmierzyła i zważyła tyle mojego ulubionego żółtego sera bez dziur, o ile poprosiłam. Przez chwilę obie się uśmiechałyśmy. A potem pomyślałam o tym, że z moim spojrzeniem dzieje się czasem to samo. Mam w oczach nie tylko wagę, ale również linijkę i celownik. Patrzę na świat, ale widzę często to, co chcę zobaczyć: kalkuluję, odmierzam i przyklejam etykietki... innym, oraz sobie.

Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Często zdradzają więcej, niż uśmiech czy słowa. To  właśnie spojrzenia drugiej osoby szukamy, gdy chcemy powiedzieć coś ważnego, bo spoglądając w oczy widzimy, czy to, co chcieliśmy przekazać, zostało usłyszane i zrozumiane. Spojrzenia szukamy też, by rozmawiać bez słów. Czasem nasze oczy mówią: "Lubię Cię". Innym razem ostrzegają: "Nie podchodź ani kroku bliżej". Niekiedy oceniają i porównują.

Podejdź na chwilę do lutra, Spójrz sobie w oczy. Wytrzymaj tak pełną minutę. Co widzisz w swoim spojrzeniu?

O tym, że bliźniego kochamy tak, jak siebie samego, słyszałaś pewnie niejednokrotnie. A co jeśli to samo dotyczy również naszego spojrzenia? Czy na najbliższych i tych trochę dalszych, na przyjaciół, kolegów z pracy i osoby przypadkowo mijane w ciągu dnia patrzymy tak, jak na siebie samego? Jak jest w Twoim przypadku?

Podkreślanie głębi spojrzenia to trudne zadanie, a jednak wiele z nas opanowało tę sztukę do perfekcji dzięki eyelinerowi i mascarze. Dzisiaj chciałam Cię jednak zaprosić do innego sposobu na podkreślenie piękna Twoich oczu. Kosmetyki, płatki pod oczy, maseczki, zalotki, makijażowe tricki - to wszystko jest ważne, oczywiście. Jednak nic nie ożywia spojrzenia bardziej niż życzliwość i uśmiech - nie ten sztucznie przyklejony na potrzeby odegrania roli uprzejmej dziewczyny, ale ten, który rozświetla nas od środka, od wewnątrz. 

Nie da się tego kupić w żadnym sklepie. Nie można też postanowić sobie, że od dzisiaj będzie ze mnie promieniować subtelny kobiecy wdzięk i urok. To znaczy oczywiście - postanawiać można sobie bardzo wiele, ale jeśli masz za sobą kilka takich prób, wiesz, że to nie takie łatwe. Dlatego dzisiaj nie chcę Cię zapraszać do tego, by po raz kolejny stawiać sobie poprzeczkę niemiłosiernie wysoko... Zamiast tego chciałabym popatrzeć wspólnie z Tobą na Kobietę o wyjątkowym spojrzeniu.

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. (J 2,1).

 Znasz dobrze tę historię, prawda? Ona pokazuje nie tylko, jak wielkie cuda może zdziałać zaufanie i posłuszeństwo słowom Jezusa. Pokazuje też, w jaki sposób Miriam patrzyła na siebie, świat i innych. W jej spojrzeniu nie było oceniania - było za to współczucie. Dostrzegła zamieszanie, problemy i ludzką biedę, ale nie podsumowała tego żadnym dobitnym komentarzem. Jestem też pewna, że gdyby ktoś wtedy spojrzał w Jej oczy, nie dostrzegłby tam rozczarowania brakiem dobrej organizacji wesela. Nie dostrzegłby też  litości, która zazwyczaj wiąże się z patrzeniem na kogoś z góry. Myślę, że w Jej oczach było ciepło i siła, jaka bierze się z wiary w to, że świat funkcjonuje nie tylko zgodnie z prawami natury, ale też z Bożą logiką.

Z dużą nieśmiałością podchodzę do odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób Maryi udało się przeżywać codzienność w taki sposób. Była przecież "łaski pełna", a więc pełna Jego miłości, pokoju i zaufania - na ten temat napisano tyle dzieł teologicznych, że pewnie nie starczyłoby mi życia, by je przeczytać. Ale staram się patrzeć na Nią również nieco inaczej, zostawiając na boku pobożne słowa czy podniosłe wezwania litanii. I myślę, że przecież na co dzień On była kobietą taką jak Ty i ja - Kobietą o niesamowitej relacji z Bogiem, a jednocześnie przeżywającą codzienność, w której nie brakowało wyzwań i trudności. 
Jej siłą była jednak świadomość tego, kim jest i na kim buduje swoje życie. Wiedziała, że Jej Ojciec troszczy się o wszystko, wiedziała, że Jej Syn jest tym, który przynosi pokój, wyzwolenie i radość. Wiedziała, że może poprosić Go o działanie w tak zwyczajnej sytuacji jak ta na weselu w Kanie Galilejskiej. Gdy patrzę na siebie i swoje zmagania, wiem że chciałabym patrzeć na Boga, siebie i świat podobnie jak Ona...

Chciałabym zaprosić Cię do pewnego ćwiczenia. Znajdź trochę wolnego czasu, ołówek lub kredki i kartkę. Narysuj na niej własne drzewo nie-genealogiczne. W przypadku drzewa genealogicznego, w odpowiednie miejsca wpisuje się ważne rodzinne daty oraz imiona i nazwiska przodków. Tym razem chodzi mi o coś innego. Wypisz to wszystko, co jest dla Ciebie ważne - to, co sprawia, że jesteś właśnie taką osobą jaką widzisz w lustrze. Zapisz tam ważne wydarzenia, daty, ludzi, którzy wpłynęli na Twoje życie. Może znajdzie się tam wspomnienie ważnych rekolekcji, przeczytanych książek czyli ulubione modlitwy? Zapisz wszystko, co wydaje Ci się ważne. Tu nie ma dobrych i złych odpowiedzi - jest Twoje życie i Twoje korzenie, dzięki którym możesz wzrastać.

Pomódl się dzisiaj, patrząc na to, w KIM JESTEŚ. Zobacz, co jest Twoją siłą, błogosławieństwem, Bożym darem. Dziękuj za to, co dobre. Pytaj bez lęku o to, co trudne. I proś o to, co jest Ci dzisiaj najbardziej potrzebne. 

Jeśli chcesz, po tej modlitwie stań znowu przed lustrem. Co widzisz w swoim spojrzeniu?

 
znaleziono na pinterest.com[/caption]

Wakacyjny trening przyjaźni ze sobą.

W jaki sposób zmierzyć poczucie własnej wartości? W ilościach komplementów, które słyszymy w czasie przyjęcia, na które zakładamy najlepszą kreację? Czy w liczbie centymetrów, które zgubiłyśmy w talii i biodrach dzięki sumiennej diecie?

Może życie byłoby prostsze, gdyby tak właśnie było. A jednak gdy ostatnio robiłam porządki na strychu i wyciągnęłam z jego czeluści ubrania sprzed dziesięciu lat, zdziwiło mnie nie tylko to, że faktycznie mieściłam się w ciuchy mniejsze o dwa czy trzy rozmiary. Zdziwiło mnie to, że wtedy patrzyłam na siebie tak samo jak teraz - mając kilka ładnych kilogramów mniej, uważałam że powinnam schudnąć. Tu i ówdzie miałam za dużo i gdybym zrzuciła kilogram lub dwa - no tak, wtedy byłoby idealnie. Czy na pewno?...

Wakacje to czas, który niekiedy bezlitośnie konfrontuje nas z naszymi niedoskonałościami. Która z Was czuje się zadowolona, patrząc na siebie w lustrze tuż przed wyjściem na plażę? A która chciałaby poprawić to i owo... albo decyduje się na sukienkę do samej ziemi i ponczo pomimo 30 stopni w cieniu? Chciałam Was zaprosić do wspólnego zmierzenia się z tematem patrzenia na siebie. I już tłumaczę, dlaczego.

Daleka jestem do zachęcania, by niczego w sobie nie zmieniać i patrząc w lustro powiedzieć: "taka już jestem", a potem skusić na się na już naprawdę ostatnie ciastko z kremem. Nie chodzi mi o to, by zniechęcić kogokolwiek do ćwiczeń i dbałości o dietę - wręcz przeciwnie. Chciałam jednak zaproponować nieco inny kierunek wszystkich tych działań. Od tego, w jaki sposób patrzę na tą dziewczynę, która zakłopotana albo zniechęcona patrzy na mnie z odbicia w lustrze, zależy nie tylko moje samopoczucie tu i teraz. Zależy od tego również moje działanie w przyszłości. Jeśli patrząc w lustro będę widziała tylko te niedoskonałości, których muszę się pozbyć, jest duża szansa, że wiele z moich pomysłów na siebie skończy się w taki sposób: porażka przyniesie takie poczucie klęski, że będę musiała to sobie jakoś wynagrodzić. Czekoladą, drinkiem, pochłonięciem zawartości lodówki albo kompletnie nieprzemyślanym szaleństwem, które miało być drobne i wyzwalające, a przypomni o sobie później swoimi konsekwencjami.

Fajnie byłoby polubić tę dziewczynę w lustrze. Pokochać ją z tymi nadmiarowymi kilogramami, odstającymi uszami czy za dużym nosem. Z rozstępami po ciąży, włosami za bardzo kręconymi albo zbyt prostymi, z rumieńcem na twarzy, który pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie. W przeciwnym wypadku każda próba dotarcia do celu (a przynajmniej wiele z nich) skończy się katowaniem samej siebie - drastyczną dietą albo równie drastycznym objadaniem się, obwinianiem się, brakiem cierpliwości dla siebie albo serwowaniem sobie w myślach pogadanek pełnych ostrych słów... Trudno się dziwić - w końcu właśnie tak traktujemy naszych wrogów. Tak postępujemy wobec tych, których nie lubimy, nie jesteśmy życzliwi. Wypatrujemy tylko błędu, potknięcia, a potem krytykujemy i mówimy: "Wiedziałam, że tak będzie. Jesteś beznadziejna".

Ile razy zwracałaś się w taki sposób do siebie samej?...

Chciałam zaproponować Ci dzisiaj refleksję nad tym, w jaki sposób na siebie patrzysz i jak się do siebie zwracasz. W tym cyklu refleksji będzie kilka części, dotyczących nie tylko ciała, ale też ducha. Na pewno nie będzie to jednak poradnik. Internet wypełniony jest po brzegi tekstami, które obiecują: "najlepsze porady", "dziesięć skutecznych sposobów by... " , "zmienisz swoje życie, gdy tylko...".

Nie, nie zmienisz. Nic nie zmienia się w pięć minut, a po przeczytaniu nawet najbardziej inspirującego artykułu nie wydarzy się nic, o ile sama nie wcielisz tego w życie. Proponuję Ci więc wspólną refleksję - naszą, kobiecą, Twoją i moją, bo dla mnie to również pewnego rodzaju wyprawa wgłąb siebie. Proponuję spojrzenie na siebie zarówno w lustrze wiszącym na ścianie, jak i w lustrze

 Słowa Bożego. Jeśli chcesz być na bieżąco, zapraszam do dołączenia do Facebookowego wydarzenia. Co jakiś czas pojawi się tam nowy temat i nowa szansa na spojrzenie na siebie nieco inaczej.

podróż w czasie, czyli historia magistra vitae est.

Maj 2018. 
Wszystko zaczyna się w Tykocinie, który leży na naszej trasie w czasie długiego weekendu. Z sentymentem wchodzimy do kościoła, który wraz z mężem znamy z bardzo przez nas lubianego filmu "Biała sukienka". Mijamy synagogę - w remoncie - by chwilę później ustawić się w kolejce do restauracji "Tejsza". 

Tripadvisor poleca, a nam się nie spieszy, czekamy więc cierpliwie na stolik, a potem rozpływamy się smakując żydowski kawior (czyli wątróbki z jajkiem, cebulą i kiszonym ogórkiem), kugel i cymes. Te smaki są dla mnie nowe, choć przecież starsze ode mnie...
Ze ścian restauracji spoglądają na mnie uśmiechnięci młodzi ludzie. Uśmiecham się do nich, ale nie zapisują się w mojej pamięci. Jeszcze nie teraz.

 
Żródło: https://shtetlroutes.eu/uk/tykocin-karta-dziedzictwa-kulturowego/[/caption]

Od jakiegoś czasu podróżujemy na zasadzie pokazania paluchem mijanego miejsca i okrzyku: "o tam się zatrzymaj!". Mój mąż, kierowca, nie jest rzecz jasna fanem tego rozwiązania, bo oznacza to zwiedzanie dróżek rowerowych trzeciorzędowych i wsłuchiwanie się w komunikat: "połączenie GPS zostało zerwane, więc radź sobie waćpan sam jak potrafisz". 

Tym razem droga jest jednak krótka i prosta - od starego żydowskiego cmentarza dzieli nas kilkanaście metrów. Tyle że tam nie ma nic oprócz trawy i wyłaniających się z niej, pochylonych ku ziemi macew, na których napisów nie potrafimy rozczytać. 

To najstarszy kirkut na Podlasiu. Dzieci nie potrafią zrozumieć, dlaczego cmentarz wygląda właśnie w ten sposób. Zadają pytanie. Potem kolejne. A ja próbując wytłumaczyć zawiłe dzieje tych ziem, sama zaczynam się gubić. Właśnie wtedy wracają do mnie roześmiane twarze z żydowskiej restauracji. Właśnie wtedy podejmuję próbę dotarcia do ich prawdziwej historii. 

Szybko przekonuję się jednak, że to wymaga czasu i determinacji, a definicje "prawdy" różnią się w zależności od tego, kto opowiada o latach, które pozostawiły wszechobecne blizny w polskim krajobrazie i ludzkich sercach.


*

Wysokie, województwo lubelskie, powiat krasnostawski. 

Nie wiem, jak ma na imię: Abram, Dawid, Josef? Wiem o nim jednak dwie rzeczy. Jest dobrze sytuowany i musi być pobożny, w najlepszym tego słowa znaczeniu, bo chyba wziął sobie do serca te słowa z Księgi Amosa: "Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego
i bezrolnego pozostawiacie bez pracy,
którzy mówicie: «Kiedyż minie nów księżyca2,
byśmy mogli sprzedawać zboże?
Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz?
A będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl

i wagę podstępnie fałszować. (Am 8,5-6).

Z Julią Winiarską, krawcową i żoną kowala, mamą dwóch uroczych dziewczynek - Teresy i Alicji - miał niepisaną umowę. Z beli materiału, którą jej dostarczał, Julia miała uszyć konkretną ilość zamówionych sztuk odzieży. Z resztą materiału mogła zrobić, co jej się podoba. A że Julia naprawdę znała się na swoim fachu, potrafiła w taki sposób tworzyć wykroje, że nie tylko doskonale wywiązywała się z zamówienia, ale jednocześnie zaopatrywała w odzież całą rodzinę.

Pewnego dnia jednak monotonne stukanie starego Singera przerwane zostało nagłym wtargnięciem jej pracodawcy do domu. Stłumiony szept, przerażenie w oczach i opowieść, której scenariusz powtórzy się w domach milinów Josefów, Abramów i Dawidów: żona i dzieci zostały zabrane przez Niemców, jemu udało się zbiec. Ukrywany przez Julię, po kilku dniach postanowił poszukać rodziny i poszedł - w ciemną noc lub w ciepło jasnego przedpołudnia, za złudną nadzieją albo zasłyszaną plotką. Nie wrócił. 

Nie znam jego imienia, nie wiem jak nazywali się jego przodkowie, bo kirkut w Wysokiem nie istnieje. Rozpłynął się w powietrzu, wygumkowano go jak nieudany element szkicu w malarskim dziele. Przestał pasować do krajobrazu w którym puste pożydowskie domy były puste tylko przez kilka chwil. Oni odeszli. Świat kręcił się dalej. Trzeba było sobie radzić.

Stary Singer stoi w kącie w domu moich rodziców, przechylając się lekko na jedną stronę, jakby nie był w stanie unieść ciężaru słów, których nie jest w stanie wypowiedzieć. Babcia Julcia również nie ma na to szansy - umarła wiele lat temu, zabierając ze sobą wspomnienia. Nie ma już świadków. Nie ma synagog, kirkutów, zapachu wątróbki z rodzynkami i świątecznego cymesu. 

Tylko czasem, gdy ugotuję rosół, ktoś ze starszego pokolenia westchnie: "No tak, to najlepsze: żydowska aspiryna". Czasem też mówię o tym, że mam frajdę, bajzel w pokoju, fajne ciuchy, albo że wszystko git. Znane słowa o pochodzeniu których nie chcemy pamiętać. A historia czasem nas w ten sposób dogania.

*
Po "Tajemnicę pana Cukra" Anny Kłys sięgnęłam po to, by w końcu poznać prawdę - nie tą, która chce coś nam udowodnić. Nie prawdę, która rozlicza albo się przed rozliczeniami broni. Chciałam poznać fakty: gazety z czasów przedwojennych, policyjne kartoteki i wspomnienia ocalałych. To wszystko pokazało mi świat, który różni się od tego, jaki chcielibyśmy widzieć. Świat, w którym istnieją nie tylko "Sprawiedliwi wśród narodów świata", lecz również ci, którzy potrzebują jedynie pretekstu, by sięgnąć po kamień i rzucić go wraz z oskarżeniami. Świat, w którym słowo "inny" jest ważniejsze od słowa "człowiek".

*
"Abramek Szenker miał pięć lat, kiedy zginął, i był najmłodszym pośród Polaków narodowości żydowskiej zabitych do 1939 roku z racji pochodzenia. Chociaż w październiku 1937 roku w Ogrodzie Krasińskich wydarzyło się coś, co mogło zmienić tę statystykę. Adela Waszówna, służąca Dawida Menachera z Pawie 20, jak zwykle po obiedzie spacerowała z jego trzyipółletnim synkiem. Była druga po południu, w ogrodzie mnóstwo niań z dziećmi, Adela pchała wózek alejkami i obserwowała, jak to miała w zwyczaju,, towarzystwo. Przez to zapewne nie zwróciła uwagi na idących za nią mężczyzn. Nagle grupka otoczyła ją, jeden z nieznanych jej chuliganów oblał wózek i dziecko benzyną, a drugi rzucił zapałkę. Adela widzi, jak zaczyna się palić kocyk, płaszczyk i rajstopki na małym, wrzeszczy, biega w kółko, dopiero przechodnie wyciągnęli dziecko, płaszczami zdusili płomienie. Poparzone dziecko odwieziono do prywatnej lecznicy, sprawcy zbiegli. ("Tajemnica pana Cukra", wydawnictwo Wielka Litera, str. 321)
*
Tak, wiem, że Polacy również cierpieli ogromnie w czasie drugiej wojny światowej. Wiem, że takie mroczne czasy wyzwalają w ludziach albo najgorsze odruchy , albo to, co najlepsze . Wiem że przedwojenny antysemityzm nie udzielał się wszystkim, że byli tacy, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Ratowali ludzi.

Nie chcę wywoływać dyskusji na ten temat i nie będę się w nią włączać, bo tak naprawdę nie do końca chodzi mi tu o historię. Chodzi o coś innego.

O to, co odpowiadać dzieciom, które historię dopiero poznają, a które widzą niekiedy więcej niż my - chociażby to, że skoro mówimy o cmentarzu, to powinien na nim panować porządek i szacunek dla zmarłych. Tego przecież ich uczę. A nasz krajobraz, to co nas otacza? Czy uczy tego samego?...


Chodzi też o to, co słyszę w radio i telewizji. O biskupa, który mówi, że nie będzie u niego rządził uchodźca i gładko łączy to ze słowami: "nie będzie Niemiec pluł nam w twarz". O chwile, w ktoś mówi  "o tych Jechowych", pozbawiając ich prawa do wiary w Boga. O podziały, do których zaistnienia wystarczą różniące się od naszych sympatie polityczne czy oglądanie konkretnej stacji telewizyjnej. I o emocje, przez które można - jak pisał ks. Twardowski - tak bronić Boga, że chlaśnie się w twarz człowieka. O emocje i poglądy, które przechodzą w nawyk i rewolucyjne hasła.

Kocham moją Ojczyznę tak, jak kochali ją moi przodkowie, którzy stracili zdrowie w obozie koncentracyjnym i w walkach z UPA. Mogłabym schować się za ich zasługami jak za wygodną i obszerną tarczą. A jednak mam świadomość, że wybory naszych dziadków i pradziadków, bohaterstwo albo jego brak, nie gwarantują, że my sami przeżyjemy  nasze życie dobrze, godnie, po ludzku i po chrześcijańsku. Przyszłość budujemy sami, swoimi zmaganiami, decyzjami i poszukiwaniami prawdy. Budujemy ją ucząc się na błędach.

Piszę to chyba przede wszystkim dlatego, że czasem zapala mi się w głowie ostrzegawcza lampka - że chociaż historia jest nauczycielką życia, to jednak daleko jej do łagodności. Jeśli nie odrobimy tej lekcji, zapisanej łzami, krwią i krzykiem, którego echo wciąż brzmi na polskiej ziemi, ryzykujemy, że ten sam materiał będziemy musieli powtarzać. Żaden z nas nie pragnie tego dla swoich dzieci. I każdy ma szansę sprawić, by nasze błędy były nie tylko niechcianym spadkiem, ale też nauczką na przyszłość.