piątek, 16 listopada 2018

Księżniczka czy królewna?


Czekoladowe góry, drzewa z waty cukrowej i różowe chmurki na błękitnym niebie - tak niekiedy wyglądają dziecięce sny. Są w nich pałace pełne księżniczek i dzielnych rycerzy. Są też niekiedy duszne ciemności, potwory i czyhające na każdym kroku zasadzki. Po jakimś czasie opuszczamy dziecięcy pokój, ale tak naprawdę - czy nie zabieramy ze sobą jakiejś części dziecięcych snów? Nadziei na szczęśliwe zakończenia? I lęków, które nie umiemy ubrać w słowa?

Ja dzisiaj chciałabym przypomnieć sobie jeden z dziecięcych snów - ten o księżniczce i księciu na białym koniu. Chciałabym pójść w nim krok dalej niż wtedy, gdy miałam pięć czy dziesięć lat. Chciałabym mniej skupić się na księciu z bajki, a bardziej - na kobiecie, którą wciąż w sobie odkrywam.

Jak mała dziewczynka

Kiedy ostatnio zostałam potraktowana w niesprawiedliwy sposób, poczułam jak narasta we mnie gniew. Pozwoliłam sobie nazwać wprost to wszystko, co mnie bolało: brak szacunku, lekceważenie i arogancję. Zaraz potem jednak miałam ochotę tupać nogami, krzyczeć ze złości i szukać odwetu. Ja nie tylko czułam się skrzywdzona. Ja chciałam wykrzyczeć całemu światu, że ktoś się względem mnie pomylił. Chciałam udowodnić, że jest inaczej - że jestem godna szacunku. I że mam rację.

Po chwili jednak uświadomiłam sobie, że choć chcę dawać sobie prawo do odczuwania emocji, również tych trudnych, nie chcę reagować na nie tak, jak mała rozzłoszczona dziewczynka. W sytuacji, w której uderza we mnie zło - czyjeś działania albo złe słowo - mam prawo się bronić, ale nie muszę krzyczeć i bić się z każdym, kto kwestionuje moje zdanie. Mogę wyrażać siebie, a jednocześnie nie pozwalać, by to, na co nie mam wpływu (jak zachowanie czy opinia innych ludzi o mnie) działało na mnie niszcząco, przytłaczało mnie i pozbawiało radości.

Księżniczka czy królewna?
Królewna, jestem pewna.

Bajki mówią, że księżniczka czeka na księcia, który przyjedzie do niej na białym rumaku i zabierze ją w do krainy “żyli długo i szczęśliwie”. Ja coraz częściej przekonuję się, że czekanie na księcia z bajki nie przynosi niczego dobrego. I uwaga - absolutnie nie odnoszę się tutaj do głębokich relacji i związków. Piszę to jako szczęśliwa mężatka z kilkunastoletnim stażem. I jako mężatka jestem tym bardziej przekonana, że nie mogę uzależniać mojego szczęścia od nikogo i niczego z zewnątrz. Muszę odkryć je w sobie, jakkolwiek banalnie to brzmi. Muszę w sobie odkryć to, kim jestem. Muszę dostrzec, że jestem...królową.

Nie potrzebuję do tego księcia z bajki. Może trudno to przyjąć, ale do odkrycia w sobie królowej - kobiety pełnej godności, piękna, pełnej dobra i troski o siebie oraz innych - nie potrzebuję słów z zewnątrz. Nie potrzebuję pochwał, dowodów uznania, komplementów. One są miłe, owszem. Ale biada temu, kto od nich uzależni poczucie swojej wartości. Biada temu, kto na nich będzie chciał budować życie. Jeśli tak się stanie, utkwi na wieki w najwyższej, najbardziej samotnej wieży świata, wypatrując księcia z bajki. A potem kolejnego. A potem jeszcze jedno, by ostatecznie utwierdzić się w przekonaniu, że jest coś wart. Że jest wart uwagi, zainteresowania i miłości.

Aby poczuć się jak prawdziwa królowa nie potrzebuję też korony. Zbędna jest nawet odpowiednio królewska kreacja. To nie sukienka i nie pantofelki - nawet tak piękne jak te od Kopciuszka - dodają nam godności.

Aby poczuć się królową, muszę najpierw doświadczyć tego, że jestem księżniczką. Że mam Ojca, który jest Królem. Że płynie we mnie Jego Krew i że mam Jego wsparcie. Bo to od Niego mogę się uczyć - najpierw sposobu, w jaki patrzę na siebie. Potem sposobu, w jaki patrzę na świat i drugiego człowieka. Później z kolei - reakcji w sytuacjach, gdy świat i inni próbują mi wmówić, że jestem kimś innym, niż to czuję.



Moja siła jest w świadomości bycia ukochaną przez Kogoś, do kogo należy wszystko. Przy Nim mogę pozwolić sobie na chwile słabości. Nie muszę wiedzieć wszystkiego, bo tylko On jest wszechwiedzący. Nie muszę się na wszystkim znać i mam prawo popełniać błędy - bo On mi mówi, że to moje potknięcia nie definiują tego, kim jestem. To On to robi, mówiąc mi, że jestem jego Córką. Królewskim dzieckiem. Małą księżniczką, która może czuć się jak królowa - pełna godności, piękna, pełna dobra i troski o siebie oraz innych.





środa, 7 listopada 2018

Jeśli nic nie idzie dobrze, zadzwoń do babci.


Przyszłam na świat w stanie wojennym, niemal rok po tej smutnej niedzieli, która w pamięci dzieci zapisała brakiem “Teleranka”. Przyszłam na świat w momencie, kiedy na półkach sklepowych dostępny był tylko ocet. Brakowało wszystkiego. Przynajmniej tak ogólnie, bo tak naprawdę mi nie brakowało niczego. I to zasługa nie tylko moich Rodziców, ale też Dziadków, którzy od początku się o mnie troszczyli...

Pierwsze wspomnienia są jak chwilowe przebłyski. Babcia biegnąca za mną z wodą w czasie procesji Bożego Ciała, gdy jako kilkuletni szkrab sypałam kwiatki w czerwcowym upale. Dziadek, który chlapie się ze mną nad jeziorem, oswajając mnie z wodą. Ta lista jest długa, bo miałam to ogromne szczęście, że spędziłam i spędzam z moimi Dziadkami sporo czasu.

Z Dziadkiem jeszcze kilka lat temu szusowałam na nartach. Z Babcią odkrywałam zarówno tradycyjne, jak i nowe smaki w kuchni. Dzięki obojgu uwierzyłam w to, że zawsze trzeba próbować nowych rzeczy. Dziadek, który w tym roku skończył 80 lat, przesyła mi na maila pliki, które ma w chmurze (tak! dobrze czytacie!). A Babcia była pierwszą osobą, która zaserwowała mi sushi. Uczę się od nich tego, że uczymy się przez całe życie. I że prawdziwie młody jest ten, kto jest otwarty na nowe doświadczenia - niezależnie od tego, co znajduje się w jego metryce.

Jednym z najlepszych moich życiowych doświadczeń jest wakacyjna praca - właśnie u Dziadków. To tam naprawdę poczułam, że bez pracy nie ma kołaczy. Poznałam prawdziwą wartość pieniądza - o jak inaczej patrzy się na 10zł, na które trzeba zapracować niż na to, które spada nam z nieba albo wpada do portfela w ramach kieszonkowego… To lekcja na całe życie. A że razem ze mną pracował wtedy mój narzeczony, a potem mąż, jest to czas pięknych wspomnień - nie tyle beztroskich wakacji, co chwil w których można było poznawać, jak dobrze smakuje odpoczynek po solidnie wykonanej pracy. Wtedy była to tylko wakacyjna przygoda. Dzisiaj wiem, że to jedne z najcenniejszych chwil. Fantastyczne wspomnienia i czas, którego nie oddałabym za żadne skarby. Babciu, Dziadku - dziękuję!

Ciepło, miłość, troska. Pogotowie emocjonalne i infolinia dotycząca przepisów kulinarnych - można dzwonić niemalże o każdej porze dnia i nocy. Obecność i ramiona, które zawsze są otwarte, zawsze gotowe by przytulić - nieważne czy mam sześć czy trzydzieści sześć lat… Mam ogromne szczęście, że mogę tego doświadczać. I choć próbuję moją wdzięczność ubrać w słowa, wiem że nigdy nie znajdę odpowiednich… Może dlatego, że prawdziwej miłości nie da się ani wycenić, ani dobrze opisać. I chyba nie trzeba tego robić.



P.S. Dla tych, którzy chcieliby poczytać nieco więcej o dzieleniu się mądrością czasu, będzie na to szansa dzięki uprzejmości wydawnictwa WAM. Od dzisiaj do 12.11.2018 możecie dzielić się swoimi refleksjami i historiami, a do wygrania będą 3 egzemplarze fantastycznej książki:



Szczegóły na moim profilu na FB. Zapraszam.

niedziela, 28 października 2018

On mnie przyodział (Mk 10, 46b-52)

"Niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza"

Przez Ewangelie przewija się wiele postaci, których imion nie znamy. Tu natomiast pojawia się bardzo jasna informacja, zarówno o imieniu, jak i pochodzeniu niewidomego. Jest w tym określeniu jednak coś brutalnego. Pomyśl, że ktoś wita się z Tobą i mówi: "Cześć, jestem Bartymeusz z [tu wstaw niezbyt ciekawą dzielnicę miasta albo totalną prowincję], niewidomy żebrak". Mało zachęcające, prawda? Ale bardzo szczere.

Gdy słucham dzisiaj Bartymeusza, myślę że to właśnie uzdolniło go do równie szczerego wołania Jezusa. Wiedza o tym, kim jestem i jaki jestem, pozwala chyba na to, by jeszcze wyraźniej widzieć kim jest On - Rabbuni, Jezus z Nazaretu, Syn Jezusa.

Mogłabym bez problemu opowiedzieć nie tylko o tym, czyją jestem córką, ale również wnuczką i prawnuczką. Nie o taką wiedzę jednak chodzi. Bo przecież w pewnym sensie rodzę się nieustannie. Na to, jaka jestem, wpływają przeróżne doświadczenia - ekstremalna radość i szczęście, ale też zranienia, z których nie mogę otrząsnąć się mimo upływu czasu. Relacje, które zmieniły mnie na zawsze - i nie zawsze na dobre. Mogę temu zaprzeczać, mówiąc tylko: nie chcę taka być. Mogę też zrobić to, co Bartymeusz: spojrzeć prawdzie w oczy. Spojrzeć w oczy sobie. Powiedzieć: "Cześć, to ja, niewidoma żebraczka. To ja, którą trawi ogromny głód, lecz której duma nie pozwala się do niego przyznać..."

W jaki sposób opisałabyś siebie, gdybyś wiedziała, że możesz powiedzieć teraz absolutnie wszystko i nie zostaniesz wyśmiana ani odrzucona? Co powiedziałabyś o sobie, gdybyś wiedziała, że już nie musisz udawać, koloryzować, upiększać rzeczywistości?

Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! 

Bartymeusz wie, kim jest. Bartymeusz wie też, kim jest Jezus. "Ja, niewidomy żebrak, proszę o miłosierdzie Ciebie, Mesjasza!" - tak można by opisać jego wołanie.

Gdybyś na chwilę zapomniała o wszystkich mądrych książkach, w których czytałaś, o "najskuteczniejszych modlitwach" które miały naprawić Twoje życie... i  gdybyś wymazała z pamięci pobożne, lukrowane obrazki z Jezusem otoczonym tylko aniołami, a nie ludźmi - w jaki sposób byś się do Niego zwróciła? Jakich słów byś użyła? Kim jest dla Ciebie naprawdę? Nie według mądrych definicji z lekcji religii, ale według tego, co mówi Ci serce?

On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa.

Płaszcz. Dla biedaka to majątek. Można przykryć się nim w zimną noc, można się nim zasłonić nie tylko przed palącym słońcem, lecz odgradzając od ludzi. Płaszcz daje schronienie i namiastkę niezależności.

Zostawić płaszcz i zerwać się na nogi? Zastanawiam się nad tym, bo to powinna być przemyślana decyzja. Muszę przecież dbać o siebie - nikt inny tego za mnie nie zrobi. Muszę sama się o siebie zatroszczyć, a taki płaszcz- nawet szary, brzydki, pokryty kurzem - to już coś. To moje zabezpieczenie...

Mam więc wybór - zostać przy drodze, tu gdzie jestem. Ja, niewidomy żebrak, bezpieczny w świecie iluzji, które cenię na tyle mocno, by nie chcieć rewolucyjnych zmian. Albo ruszyć w drogę. W nieznane, choć jednocześnie za Nim - a o Nim, Jezusie z Nazaretu, przecież już trochę wiem. I doświadczyć tego, że On się o mnie troszczy.

I że mnie "przyodział w szaty zbawienia,
okrył mnie płaszczem sprawiedliwości,
jak oblubieńca, który wkłada zawój,
jak oblubienicę strojną w swe klejnoty."
(Iz 61,10

Co wybierzesz?


grafika: https://www.morningstarministries.org







piątek, 26 października 2018

Stereotypy (nie) do pokonania, czyli jak się kłócimy

Iskrzy między nami. Czasem romantycznie, gdy nadajemy na tej samej fali. A czasem wręcz przeciwnie, gdy iskra jest tylko zwiastunem wybuchu, po którym sypią się wyrzuty i wymówki.

Tak naprawdę przecież iskrzy między nami, bo Ktoś rozpalił w naszych sercach Miłość, choć niekiedy codzienne drobiazgi przesłaniają to, co najważniejsze. Może dlatego, że patrząc na siebie i słuchając swoich słów, mamy w głowach bogaty zestaw stereotypów?

I kto wie, może znacie niektóre z tych tekstów?

ON - Bo Ty znowu coś wymyśliłaś...

Przyznaję bez bicia. Wymyślam. Zajęcia pozalekcyjne dla dzieci, miejsca do odwiedzenia w wakacje i zestawy aktywności na deszczowe popołudnia. Wymyślam też jednak prezenty gwiazdkowe, odpowiedzi na dziecięce "nudzimisie" i obiady na zasadzie "coś z niczego". Przy tym wymyślaniu, faktycznie, muszę czasem zadziałać jak orkiestra dęta budząca drzemiącego misia ze snu zimowego. A miś zmienia się niekiedy w ryczącego niedźwiedzia...

ONA - Bo Ty mnie nigdy nie słuchasz...

Coś tam mówiła... Coś o nowej torebce, o tym co trzeba załatwić przed urodzinami, może faktycznie coś wspominała o tym torcie? Ale czy mam go zamówić, czy on już zamówiony i tylko odebrać? Wyłączyłem się w momencie opisywania koloru lukru i dodatków smakowych. Co? Że niby jej nie słucham? A kto potakuje ze zrozumieniem, gdy narzeka na zbyt blady kolor bluzki, która nie pasuje do spódnicy?! Kto cierpliwie uśmiecha się, gdy pyta o smak tortu urodzinowego?!! No przecież...!!!

ON
- Kochanie, jesteś wspaniałym kierowcą, ale może jednak to ja zaparkuję?...

ONA
- Naprawdę umierasz? Wezwać pogotowie? Przecież to tylko katar.

ON
- Dlaczego Twoje "pięć minutek" w przypadku robienia makijażu przeciąga się do czterech godzin?

ONA
- Jak to nie wiesz, czy mąka pszenna to mąka tortowa, gdańska czy krupczatka?

ON
- Ile można mieć par butów?! No ile?!

ONA
- Niedługo pomyślę, że kochasz samochód bardziej ode mnie...

To normalne. To ludzkie. To codzienne i nasze. Czasem aż korci, żeby pokiwać głową i stwierdzić: "No tak, on znowu..." - typowy facet. Albo typowa kobieta, bo przecież baby to tak zawsze... Tyle że tak naprawdę to osoba, którą kocham.  Ktoś, kto całkowicie mnie sobą zauroczył nie dlatego, że jest idealny, ale dlatego, że jest taki, jaki jest...

Ksiądz Krzysztof Grzywocz w jednym ze swoich nagrań zwrócił uwagę na to, by słuchając drugiego człowieka, widzieć w nim nie tylko swojego męża czy żonę. Bo w każdym mężczyźnie jest mały chłopiec, który czasem dochodzi do głosu. To w jego głowie rodzą się marzenia i niespodzianki, to on sprawia, że w oczach pojawia się błysk, a na ustach - uśmiech. Na tej samej zasadzie w każdej kobiecie jest dziewczynka, pełna uroku jak mała księżniczka, z sercem wypełnionym nienazwanymi tęsknotami. Jeśli nie damy im dojść do głosu, jeśli nie będziemy chcieli ich słuchać, może się za jakiś czas okazać, że człowiek, który żyje z nami pod jednym dachem, to już nie ta sama osoba. Że coś z nim umarło, że coś się w niej zmieniło...

Mały chłopiec, który pragnie zrozumienia. Mała dziewczynka, która chce kochać i być kochana. Gdyby w czasie kolejnej małżeńskiej sprzeczki pozwolić im dojść do głosu, może na kłótniach - tak jak na błędach - moglibyśmy uczyć się wspólnego życia? Skutecznie i bez ranienia najbliższych?

grafika: Vitaliy Deyenga, rzeźba: Alexanr Milov


czwartek, 11 października 2018

Bo tak nas wychowano


Jest luty. Na zewnątrz minus dwadzieścia, w sali zaduch. Czas na oddziale położniczym mierzy się inaczej niż wszędzie. Tutaj ważniejsze od zegarka są pory karmienia i drzemek. Obchód odbywa się o różnych godzinach, zawsze jednak przebiega tak samo. Wprawdzie nie stajemy na baczność przed łóżkami, za to szybko i sprawnie kładziemy się na hasło: "idzie ordynator". To, że właśnie przystawiłam dziecko do piersi nie ma znaczenia, ono może chwile popłakać. Teraz nie mieści mi się to w głowie. Wtedy nie pomyślałam nawet, żeby zaprotestować.

Ojczyznę kochać trzeba i szanować 
Nie deptać flagi i nie pluć na godło... - nucę, wspominając tę sytuację.

Bo tak nas wychowano.

Nie wiem, ile z Was czuje się podobnie. Nie wiem też, dlaczego tak się dzieje. W przedziwny sposób jednak wdrukowano we mnie mnóstwo komunikatów, które bardzo u ł a t w i a j ą   ż y c i e. Ułatwiają życie innym. Tylko i wyłącznie.

Czy przekonanie o tym, że mam być miła i lubiana, wyssałam z mlekiem matki? Czy ukształtowały je we mnie przeróżne doświadczenia przedszkolne i wczesnoszkolne? Spacerowanie pod rękę z koleżanką na przerwie (tak! były takie czasy! i fartuszki granatowe z falbankami!) w czasie, gdy chłopaki kopali piłkę na boisku? Czy może obrazki z telewizji, gdzie uśmiechnięta Miss Świata nie krzywiła się ani trochę mimo butów na taaaakim obcasie i z zaangażowaniem mówiła o tym, że jej marzeniem jest zmieniać świat na lepsze?

Nie narzekać. Brać na siebie więcej, niż spodziewają się inni. Wzbudzać podziw tym, że dźwiga się na swoich barkach cały świat. Pot z czoła ocierać rzadko i dyskretnie. Płakać romantycznie, bez szlochania i smarkania w rękaw. Dawać sobie radę - z uśmiechem, z wdzięcznością, z odwagą. I dostosowywać się do każdej sytuacji, najlepiej w taki sposób, by nie budzić niepokoju czy niechęci innych.

Takie myśli pojawiają się w mojej głowie, gdy jest mi ciężko. Serwuję je sobie jak automat. Nie wiem, jak to się stało, wiem jednak, że była to droga drobnych ustępstw. Słowo "chciałabym" zamieniałam na "wypada". Słowo: "jestem zmęczona" na "dam radę". Słowo "nie chcę" na "powinnam". A słowo "pragnę" wykreślilam ze słownika. Przestało być ważne.

Od jakiegoś czasu uczę się go na nowo. Trochę jak dziecko, które najpierw ćwiczy szlaczki, a potem odwzorowuje kształt liter, robię to powoli. I równie powoli dociera do mnie absurd tego sposobu myślenia, który sobie przyswoiłam. Bo gdy jestem zmęczona, to mam prawo być zmęczona. Gdy czegoś nie chcę, mogę to głośno powiedzieć. Albo powiedzieć cicho, lecz stanowczo i bez wyrzutów sumienia. A gdy założę buty na obcasach, mogę skrzywić się brzydko, pogrymasić i stwierdzić że wolę jednak trampki. Że je wybieram.
Że wybieram!

I że nie muszę być superbohaterką. Mogę być zwyczajna, zmęczona, bez humoru. Może mi się rozmazać makijaż, może mi się wymknąć niezbyt eleganckie słowo, mogę mieć wszystkiego dość. Mogę być sobą. Słabą, niepoukładaną, wzruszającą ramionami z obojętnością na widok kolejnego wyzwania, które według świata powinno wzbudzać mój entuzjazm. Albo cieszącą się z drobiazgów, których uroku nie dostrzega nikt oprócz mnie.

Cześć, gdzie uciekasz, skryj się pod mój parasol
Tak strasznie leje i mokro wszędzie
Ty dziwnie oburzona odpowiadasz: nie trzeba
Odchodzisz w swoją stronę, bo tak cię wychowali (T.Love "Wychowanie")

Nie da się temu zaprzeczyć. Ale da się to zmienić. 

piątek, 5 października 2018

Schronienie

Litania oznacza poważne wykroczenie - tak wynikało z naszych dziecięcych rozmów po odejściu od konfesjonału. Niektórzy odmawiali jedynie "Ojcze nasz", inni musieli recytować kolejne wezwania, zakończone niezmiennym "Zmiłuj się nad nami". Litanie dłużyły się niemiłosiernie i zapisywały w pamięci jako coś nużącego. Tak było. I tak mogło zostać, a jednak w moim przypadku stało się inaczej, choć musiało minąć sporo czasu.

Żeby odkryć piękno litanijnych wezwań, musiałamz robić coś więcej, niż tylko zetrzeć kurz z książeczki do nabożeństwa.  Musiałam poszukać głębiej. Zaczęłam więc od samego początku - od Paray-le-Monial. To tam nieznana większej ilości osób zakonnica spotykała się z Jezusem w niezwykły sposób. To tam opowiadał jej On o swoim Sercu. Echo tych słów  rozbrzmiewa w Kościele przez wiele wieków, również w formie litanii do Najświętszego Serca Jezusa. Powstało zresztą wiele jej wersji, w tym ta, której autorką jest święta Małgorzata:

...Pozdrawiam Cię, Serce mojego Brata – pozostań ze mną.
Pozdrawiam Cię, Serce kochające – działaj we mnie.
Pozdrawiam Cię, Serce miłosierne – odpowiadaj za mnie...

Małgorzata Maria Alacoque w różnych słowach mówiła również o tym, że ratunek dla świata i dla człowieka jest w Sercu Jezusa. To może brzmieć podniośle, niezrozumiale lub niemodnie. A jednak do mnie ostatnio bardzo trafia to właśnie sformułowanie: ratunek. Nie podpowiada mi go lęk przed Bogiem, ale kobieca intuicja - bo przecież we wspomnianej już (i dobrze znanej litanii) słyszę o Sercu pełnym miłości, cierpliwości, dobroci. O Sercu, które płonie miłością do ludzi. O Sercu otwartym dla każdego. I gdyby słowa "uczyń serca nasze według Serca Twego" stawały nam się choć odrobinę bliższe każdego dnia, to świat zmieniałby się każdego dnia o tę właśnie odrobinę. Zmieniałby się od środka, po cichu, tak jak trzy miary mąki, w które ktoś włożył zaczyn...

Dziś pierwszy piątek miesiąca, dzień, który przynajmniej niektórym z nas kojarzy się z Sercem Jezusa. Wstyd przyznać, ale chyba nigdy nie udało mi się "uzbierać" dziewięciu pierwszych piątków po kolei. Co roku mam nadzieję, że to zmienię. Próbuję.

Próbuję dokonywać zmian zresztą w wielu dziedzinach życia. I chyba tylko ta jedna - próba uczenia się od Jezusa, jak czuć i działać jak On - wolna jest od poczucia presji i oczekiwania szybkich efektów działań. Patrząc na Jego Serce nie czuję, żebym musiała stawać na baczność i rozliczać się ze swoich porażek, niepowodzeń i podjętych prób naprawy siebie i świata. To nie moje zadanie. To On ratuje świat. Ja mam prawo być słaba, mam prawo nie potrafić, popełniać błędy - bo przecież wciąż się uczę.

"W jednej z medytacji, pochodzącej sprzed 1480r., napisanej w kręgu norymberskich kartuzów, Serce Jezusa porównane jest do miasta ucieczki, które zgodnie z tradycją dawało schronienie człowiekowi przypadkowo powodującemu zabójstwo. Człowiek taki według prawa Mojżeszowego miał prawo szukać schronienia przed gniewem najbliższych. Wspomniana medytacja w Sercu Jezusa widzi obronę i pokrzepienie dla uciekiniera." (Tadeusz Drozdowski SJ, "Poznaj Serce Jezusa").

Ja w uciekaniu nabrałam już sporej wprawy. Zdarza mi się uciekać przed obowiązkami, przed przykrymi konsekwencjami, przed prawdą i przed sobą. Uciekam od, ale coraz częściej zdaję sobie sprawę z tego, że warto również uciekać do. I że jest takie Miejsce, które nigdy nie będzie dla mnie zamknięte.


piątek, 28 września 2018

Życie, czyli pięć spotkań.

W Nim było życie, 
a życie było światłością ludzi... (J 1,4)

To coś więcej niż słowa i coś innego niż historia, która wydarzyła się wieki temu. To rzeczywistość, której można doświadczyć, jeśli pozwoli się sobie na spotkanie. A On pokazuje, że w takich chwilach naprawdę można doświadczyć życia - niezależnie od tego, jaka trudność spędza nam sen z powiek.

1. gdy dźwigasz na swoich barkach cały świat

Są takie ciężary i troski, których się nie wybiera. Spadają jak grom z jasnego nieba. Często udaje się nawet zarzucić je sobie na plecy i brnąć do przodu. A jednak gdy idzie się przez życie nieustannie zgiętym w pół, widzi się tylko ziemię pod stopami. Gdy jakimś nieludzkim wysiłkiem uda się unieść głowę, można czasem zerknąć na linię horyzontu. W niebo nie patrzy się nigdy. Nie ma na to sił.

Tylko... czy na pewno to właśnie Ty musisz dźwigać to wszystko?...

A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy».  Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. (Łk 13, 11-13)

2. gdy zapomniałaś, jak masz na imię

Ewangelia mówi o kobiecie, która prowadziła w mieście życie grzeszne. Wiedział o tym każdy. Wiedzieli o tym może tak dobrze, że nawet zapomnieli, jak miała na imię. Być może ona sama nie chciała o nim pamiętać. Myślała, że definiuje ją tylko i wyłącznie jej słabość. A jednak On przypomniał jej, że niezależnie od wszystkiego jest Kobietą, cenną jak perła i stworzoną z miłości. Córką oczekiwaną z wytęsknieniem przez Ojca.  Kto wie, może wyszeptał też wtedy do ucha jej imię? To prawdziwe, najgłębsze, którym nie nazywał jej nikt inny?...

On zaś rzekł do kobiety: "Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!" (Łk 6, 50)

3. gdy prawie udało Ci się osiągnąć doskonałość

Prawie, bo trzeba jeszcze popracować. Stworzyć odpowiedni plan, zainwestować wszystkie swoje siły, a potem jeszcze więcej sił, by kontrolować efekty. Poszukać najskuteczniejszej modlitwy, znaleźć najmądrzejszego spowiednika, wypracować najlepsze tempo zdobywania kolejnych cnót i zasług. W międzyczasie wypróbować najskuteczniejsze tabletki ułatwiające zasypianie i odganiające troski, które jedna po drugiej galopem pędzą przez myśli, nie pozwalając ani na chwilę zwolnić tempa. Już prawie się udało. Trzeba się tylko bardziej postarać?

«Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele,  a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona». (Łk 10,41-42)

4. gdy nie masz sił

Wypróbowałaś sto jeden sposobów na rozwiązanie problemu. Zawiodły sto dwa. Wiesz, że to się nie uda, nie masz sił walczyć. Najchętniej zapadłabyś w sen zimowy, by obudzić się wiosną. W międzyczasie ktoś mógłby - jak książę z bajki - pojawić się w Twoim życiu i rozwiązać wszystkie problemy. I w pewnym sensie... tak właśnie może być. A biorąc pod uwagę to, że Eucharystia rozpoczyna się od pocałunku (ucałowanie ołtarza), jesteśmy chyba coraz bliżej... Ciepło, cieplej, gorąco?

Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: «Talitha kum», to znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań!"  Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat.  (Mk 5,41-42)

5. gdy już nie wierzysz

Bo wszystko się skończyło. Jesteś w stanie wyobrazić sobie trudności, problemy, nawet spory kryzys. Ale sytuacja w której na krzyżu umiera Nauczyciel? To koniec. Trzeba pozbierać się i zacząć żyć inaczej, znaleźć inny pomysł na siebie. Jak tylko uda Ci się wstać. Jak tylko uda się zapanować nad płaczem, który aż wstrząsa całym Twoim ciałem i nie pozwala wstać z ziemi. Jak tylko uda się znaleźć choć jeden powód, by w ogóle cokolwiek zaczynać. Są przecież takie zakończenia, do których nikt nie dopisze happy endu. Chyba, że...?

 Rzekł do niej Jezus: «Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?» Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: «Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę».  Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Nauczycielu! (J 20,15-16)


...a światłość w ciemności świeci 
i ciemność jej nie ogarnęła. (J 1,5)

I nikt nie doświadcza tego mocniej, niż ten, kto zmaga się ze słabością i brakiem nadziei, z ciemnością i mrokiem.
Dlatego życie może dopisywać kolejne punkty do tej listy i każdy z nich może być szansę na spotkanie z Życiem.
Nie wszystko jeszcze stracone.
grafika: https://cdn.pixabay.com/photo/2016/08/18/19/18/jesus-1603691_960_720.jpg


sobota, 22 września 2018

wrześniowe odkrycia

Wrzesień: pierwsze wyprawy na grzyby, zapach syropu z malin, który wraz z latem zamykam w słoikach oraz poranne mgły. I oczywiście początek szkoły.  Podejrzewam, że nie tylko ja mam takie skojarzenia. Wrzesień to jednak - jak każdy miesiąc w sumie :) - nowe odkrycia. Nie wiem, czy uda mi się dzielić nimi tutaj regularnie, ale w tym miesiącu spróbuję. Może dlatego, że wiele z tych odkryć dotyczy tego samego tematu? 

O tym, że jestem tym, co jem i o tym, jak czuć się dobrze w swoim ciele. 
Wrześniowe odkrycia - czas start!

Owsianka w gdańskim Retro




Brzmi banalnie, ale to naprawdę najlepsza owsianka, jaką jadłam w moim życiu! Dodatki można wybierać z długiej i bogatej listy, a sama potrawa ma idealny smak i konsystencję. Niebo w gębie! Gdybym mogła, codziennie rano wpadałabym tam na śniadanie.

To dla mnie odkrycie, ponieważ do tej pory wcale nie było to moje ulubione danie. Nie miałam na nie pomysłu, choć już od dłuższego czasu wiedziałam, że warto go znaleźć. Płatki owsiane zawierają antyoksydanty, błonnik i magnez i witaminy z grupy B (czyli coś, czego bardzo potrzeba zabieganej matce ;) ).Dlatego od dawna wiedziałam, że z owsianką warto się zaprzyjaźnić. Teraz już wiem, w jaki sposób to zrobić. I uwielbiam Retro... :)

Marie Zelie




Słyszałam o ich sukienkach. Oglądałam nawet zdjęcia. Przez długi czas jednak nie potrafiłam się przełamać i spróbować. Nie ukrywam, że jednym z powodów były wysokie ceny. Była też jednak druga przyczyna - zastanawiałam się, jak będę wyglądać w sukienkach z marszczeniami w okolicy talii (które - jak wiadomo - podkreślają tę część ciała, w przypadku niektórych osób dość newralgiczną... ;) ). Skorzystałam jednak z promocji, dzięki której sukienkę kupiłam nie za milion monet, a potem podjechałam do pracowni, by przymierzyć wybrany przez mnie model.

Przyznaję, że ubierając piękną Aglaię, poczułam się jak księżniczka. Patrząc w lustro miałam jednak pewne wątpliwości. Nie do końca dobrze czułam się także w sukience uszytej z nieco sztywnego (choć przez to bardzo eleganckiego) materiału. I wtedy przyszło odkrycie - sukienki z dzianiny! Coś w sam raz dla mnie, bo choć lubię pięknie wyglądać, uwielbiam też legginsy, wygodne swetry i buty bez obcasów. Wizyta w pracowni zakończyła się pełnym sukcesem - mam sukienkę wygodną jak dres, a jednocześnie elegancką i podkreślającą atuty mojej figury.  Marie Zelie dopisuję jednocześnie do listy moich odkryć, mam nadzieję, że na dłużej. 


"Słodziutki. Biografia cukru"



To jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam. "Biografia cukru" wciąga nie tylko dzięki temu, że podaje mnóstwo ciekawych faktów na temat cukru, ale również dlatego, że napisana jest w genialny sposób. Szczerzę zazdroszczę stylu pisania i chylę czoła przed autorami. 

"Słodziutki" to podróż przez wieki, która pokazuje historię cukru i sposób, w jaki zrobił swoją zawrotną karierę. To również sporo ciekawostek medycznych, niezwykłych anegdotek i faktów, które sprawiają, że włos jeży się na głowie... Myślę że coraz więcej z nas ma nawyk czytania etykiet, autorzy książki pokazują jednak, jak często ulegamy manipulacjom i jak wielkie pieniądze stoją za tym, co dzieje się w firmach produkujących żywność. "Słodziutki" pomaga też w refleksji nad historią. Nie tak dawno powszechnie wierzono przecież, że "cukier krzepi". Ba! Za posiadanie jego zamiennika, jakim jest sacharyna, można było pójść do więzienia na kilka miesięcy! Do tej pory zresztą informacje o tym, że cukier naprawdę jest szkodliwy są przez niektórych negowane (polecam lekturę artykułu o dentystce, która ośmieliła się zwrócić uwagę na zawartość cukru w dziecięcej diecie...). Bardzo możliwe że to dlatego, że cukier uzależnia. Naprawdę. Dokładnie tak jak narkotyki czy alkohol. 

"Gdyby tylko niewielki ułamek tego, co już wiadomo na temat skutków działania cukru, został ujawniony w odniesieniu do jakiegokolwiek innego materiału używanego jako dodatek do żywności, materiał ten zostałby natychmiast zakazany" - powiedział brytyjski fizjolog John Yudkin (cytat z książki). Nie chcemy o tym na co dzień pamiętać...

Odkrycia września były, jak widać, dosyć monotematyczne.


 Z tych kulinarnych dodałabym jeszcze zupy, które od niedawna stały się moim sposobem na jedzenie więcej niż pięciu porcji warzyw dziennie. Nie mogę też nie wspomnieć o warzywie, które wciąż jeszcze można kupić w sklepie (również na zapas), a które również uwielbiam: dynia makaronowa. Moja rodzina początkowo podchodziła do niej nieufnie. Wystarczyła jednak godzina by to zmienić- bo tyle trzeba, by dynię upiec i przygotować do niej tradycyjny sos pomidorowy z mięsem mielonym. Od tego czasu znika ze stołu błyskawicznie. A ja - polecam :)



W zdrowym ciele zdrowy duch, jak mówi przysłowie. 
A ja odkrywam stopniowo i od dłuższego czasu, że miłość bliźniego zaczyna się od okazania miłości samej sobie. I nie chodzi mi tylko o to, by łaskawie patrzeć na swoje oblicze w lustrze. Chodzi też o to, by potrafić na chwilę zwolnić i cieszyć się smakiem zwyczajnych potraw. O to, by wybierać nie tylko to, czym będę mogła "zajadać smutki" - bo przecież zasłużyłam na małą przyjemność - ale o to, co będzie naprawdę dobre dla mojego zdrowia i samopoczucia. Ciągle się tego uczę. Ale z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc sprawia mi to więcej radości. Nie ma w tym nic z egoizmu. Jest za to spokój, który udziela się innym... :)

P.S. To nie jest wpis sponsorowany. Przez żadną z wymienionych firm (czy autorów, czy hodowców dyni spaghetti ;) ) nie zostałam w jakikolwiek sposób zachęcona do przedstawienia swojej opinii. Na przedstawianiu opinii również - ani tu, ani w żadnym innym wpisie - nie zarabiam :)

sobota, 15 września 2018

Słucham serduszka

Kiedy w 2001 roku pojechałam na moje pierwsze rekolekcje ignacjańskie, miałam 19 lat i bardzo mgliste pojęcie o jezuitach, świętym Ignacym i modlitwie w milczeniu. Osiem dni, które spędziłam w Wolborzu, było zaledwie początkiem duchowej (r)ewolucji. Dopiero po jakimś czasie miało okazać się, że duchowość ignacjańska to nie tylko zbiór reguł ubranych w mądre słowa. To sposób patrzenia na świat, życie, siebie i Boga. 

Kilka dni temu dotarła do mnie książka "Słucham serduszka", będąca zbiorem czterdziestu krótkich spotkań dla dzieci w wieku przedszkolnym.


Książka wprowadza dziecko w świat uczuć i duchowości ignacjańskiej, a robi to w tak przystępny i pełen ciepła sposób, że jestem nią zachwycona.  Po raz kolejny przekonuję się też, jak bardzo droga proponowana przez Ignacego ułatwia podążanie w życiu za tym, co naprawdę dobre i prowadzi do szczęścia i poczucia sensu. Przy okazji ja również przypomniałam sobie to wszystko, co od dłuuugiego czasu staram się powtarzać swojemu odbiciu w lustrze: "masz prawo czuć to, co czujesz". Dobrze, że już teraz mogę mówić o tym dzieciom w prostu sposób - że w ich sercach mogą się pojawiać wszystkie uczucia (choć nie za każdym z nich warto iść).

"Duchowość ignacjańska jako jedno z głównych założeń przyjmuje radykalną dobroć świata. Oznacza to, że wszystko, co zostało stworzone, ma swoje źródło w Bogu, a przez sam fakt Jego dobroci nie może być z natury złe. To przekonanie odnosi się także do człowieka, który jest dobry nie tylko w aspekcie duchowym, ale także psychicznym, fizycznym czy emocjonalnym. Stąd akceptacja pojawiających się uczuć ma szersze uzasadnienie niż tylko troska o zdrowie psychiczne. Emocje są moralnie obojętne. Złość czy zazdrość - mimo że bywają trudne - same w sobie nie są grzechem, mogą jedynie prowadzić do grzechu" (s. 25)




Na początku książki znajdziecie informacje na temat rozwoju psychofizycznego i funkcjonowania dziecka trzyletniego. W przystępny i zwięzły sposób opisana została także duchowość i pedagogika ignacjańska.





Na kolejnych stronach znajdują się propozycje kilkudziesięciu spotkań, prowadzących nas przez kolejne treści. Zostały one pogrupowane i podzielone na siedem części, a dotyczą nie tylko uczuć i dostrzegania przeróżnych prezentów, jakie otrzymujemy od Pana Boga, ale również roku liturgicznego i Mszy świętej. Każde spotkanie to nowe odkrycia i jednocześnie (tak bardzo ignacjańskie!) powtórki tego, co najważniejsze.




Książka adresowana jest do dzieci w wieku przedszkolnym (3-4 latki), ja jednak nieco zmodyfikowałam te treści, by pracować na jej podstawie z moimi dziećmi (6 i 9 lat). Pomogły w tym znajdujące nie na końcu książki elementy do wycięcia - atrakcyjne nie tylko dla trzylatków :) Udało nam się fajnie porozmawiać o tym, jakie emocje najczęściej się w nas pojawiają i jak sobie z nimi radzimy. 


Zakończyliśmy naszą (nie)zabawę krótką rozmową o Bożych darach i modlitwą dziękczynienia, często obecną w naszym domu. I chociaż wydawało mi się, że moja dziewięciolatka jest już za duża na tę formę rozmowy o uczuciach, po raz kolejny czekała mnie niespodzianka. Po słowach: "dziękujemy Ci za nasze serca" dodała z uśmiechem: "i połącz je w jedno BIG" (mamy fazę na angielski, więc wybaczcie ;) ).

Znowu okazało się, że dzieci potrafią podsumować to, co najważniejsze, w prostszy i bardziej trafny sposób niż niejeden dorosły... :)


POLECAMY BARDZO :)

"Słucham serduszka. Cykl inspirujących spotkań dla rodzica i dziecka w wieku przedszkolnym, wprowadzających w świat uczuć, wiary i duchowości" 
Katarzyna Panek, Zbigniew Szulczyk SJ; Wydawnictwo WAM




piątek, 14 września 2018

naprawdę jaka jesteś

 "Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt. Bo tego nie wiesz nawet sama Ty" - śpiewał Bogusław Mec. Dla niektórych to poezja, dla mnie jest jednak - samo życie. Zdarzają się takie dni, kiedy próbuję po kolei nazywać moje tęsknoty i niespełnienia, ale niewiele z tego wychodzi. Nie zawsze wiem, jaka jestem. Nie zawsze wiem, czego chcę. Często dlatego, że zamiast słuchać siebie i swojego serca, całą swoją uwagę kieruję na to, co myślą i mówią o mnie inni.

Bądź tym, kim Bóg chce żebyś był, a rozpalisz cały świat. To z kolei Katarzyna ze Sieny, święta Kościoła Katolickiego i jedna z wielu kobiet, które miały odwagę żyć pełnią swojego powołania. Są takie chwile, w których ich głos jest mi szczególnie potrzebny. Dlatego czasem ruszam w wędrówkę ich śladami - śladami kobiet, które umiały słuchać swojego serca i które miały odwagę wybierać dobro...

Prawdziwym powołaniem kobiety jest takie, w którym w pełni dochodzi do głosu dusza kobieca i które może ją kształtować. (Edyta Stein)

Zwróciłam ostatnio uwagę na scenę, w której Bóg przemawia do młodego Samuela, mieszkającego w świątyni i przebywającego pod opieką Helego. Bóg nie mówi do niego: "Ej Ty". Nie woła: "Chłopcze!". Mówi: "Samuelu". Cicho, delikatnie, z czułością, a jednocześnie z mocą. Wzywa go po imieniu - a imię w Biblii oznacza tożsamość i istotę danej osoby.

Bóg, powołując i zapraszając do działania, nie urządza wyliczanki: "Entliczek-pentliczek". Nie robi też rankingu najbardziej efektywnych pracowników w Jego winnicy, pozostawiając na pastwę losu tych, którym coś wiecznie nie wychodzi. On dla każdej z nas ma unikalną misję, wynikającą z tego, kim naprawdę jesteśmy i co nosimy głęboko w sercu. I to dotyczy nie tylko wyboru naszej życiowej drogi, ale również Jego codziennych zaproszeń.

Bądź taką kobietą, jaką Bóg chce byś była, a rozpalisz świat - mogłabym sparafrazować słowa św. Katarzyny. Czasem wydaje się nam, że musimy być najlepsze: w wypełnianiu przykazań i w organizowaniu domowych porządków, w relacjach z dziećmi, domowym wypieku chleba i odmawianiu różańca. I to wszystko jest ważne, oczywiście. Ale dużo ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, jaką kobietą Bóg chce, bym była dzisiaj, tu i teraz, w tym co składa się na moją codzienność. Co pomoże mi w odkrywaniu Jego pragnień? I co jeśli okaże się, że "kobietą, jaką Bóg chce bym była" nie będzie wcale kobieta niepopełniająca błędów? Co jeśli mogę być kobietą nieidealną, ale sercem całkowicie zawierzającą właśnie Jemu? Jemu, a nie swojej liście idealnie wypełnionych oczekiwań?...

W sercu Kościoła, mojej Matki, ja będę miłością - napisała mała Tereska. To coś więcej niż tylko odkrycie pewnej młodej zakonnicy. Dla mnie to słowa, które w poruszający sposób oddają misję kobiety. Moją misję.

Być w sercu Kościoła, mojej Matki. Czerpać z tego, co w Kościele jest w centrum - z obecności żywego Boga, dającego nam Siebie w Eucharystii. I od Niego uczyć się miłości, jak dziecko, z zaufaniem i świadomością, że choć mam swój bagaż doświadczeń, wyraziste opinie i zapas ciętych ripost w kieszeni, nie pozjadałam jeszcze wszystkich rozumów. Mogę czegoś nie wiedzieć, rozłożyć ręce w geście bezradności, zawołać: "Pomóż. Naucz. Poprowadź.". A potem dawać to samo innym, bo moja kobieca droga często tak właśnie wygląda.

I choć często to "pomóż-naucz- poprowadź" oznacza tak przyziemne sprawy, jak wiązanie butków tuptającemu maluchowi, wiem przecież, że te tuptające nóżki mogą zajść daleko. Przez długi czas będą jednak szły moimi śladami, w mniejszym stopniu słuchając moich słów, w większym - naśladując to, co robię. Dlatego właśnie muszę wiedzieć: kim jestem, czego pragnę, za Kim chcę iść i na czym budować swoje życie.

Dla mnie to budowanie to bycie "w sercu Kościoła, mojej matki" i praktyczna nauka miłości każdego dnia. A jak jest u Ciebie?

grafika: theofeel.pl



piątek, 31 sierpnia 2018

jesienne astry

Potknęłam się o rozsypane klocki. Potem dotarłam do kuchni, spojrzałam na talerze, pozostawione po kolacji i na naklejki z dinozaurami, które - gdyby ożyły - mogłyby spacerować wśród wyglądających jak wulkaniczne pagórki pozostałości jajecznicy...

Westchnęłam ciężko, bo przecież nie od dziś powtarzam jakieś tysiąc razy dziennie, by dbać o porządek. I to się nawet dzieciom udaje - 990 razy na dobę. A ja z moim zmęczeniem trafiam zazwyczaj na te dziesięć razy, które mogłyby dowodzić mojej porażki wychowawczej. I wtedy ciężko wzdycham...

Za kilka dni codzienność przyspieszy. Kula ziemska obracać się będzie wprawdzie wciąż z tą samą prędkością, ale w naszej domowej rzeczywistości nastąpi (niezbyt) cudowne rozmnożenie zadań i odpowiedzialności i próba upychania ich tak, by doba nie musiała mieć więcej niż 24 godziny.

Co roku o tej porze przeżywam to samo. Patrzę na zwiastujące jesień astry i widzę już zbliżający się listopad, szarą mżawkę, a potem przymrozki i szyby, które trzeba drapać. I zaspy po kolana. Zerkam w kalendarz, w którym data "1 września" oznacza doskonalenie umiejętności stawania na głowie, by wszystkie plany lekcji pogodzić z pracą i prowadzeniem domu. Mam to szczęście, że dźwigamy to razem, w dream teamie, wraz z Mężem, któremu w dowodzie wpisali nieprawidłowe imię (bo tak naprawdę na drugie ma Superman). A jednak wrzesień zawsze jest dla mnie nerwowy. I może nawet nie do końca wiem, czego tak naprawdę się boję...

Co roku to samo.

Patrzę na zwiastujące jesień astry. Patrzę na astry, ale nie mam pojęcia, jaki mają zapach...!

Patrzę w kalendarz, próbując zaplanować wszystko jak najlepiej, a umyka mi to wszystko, co choć nieplanowane, bywa piękne.

Usiadłam dziś z zapisanym już w połowie drobnym maczkiem terminarzem, po to, by pod dywan kolejnej tabelki, wykresu i listy spraw do załatwienia zamieść swoje lęki. Mam w tym wprawę, a przynajmniej wiele na to wskazuje (zapisany drobnym maczkiem terminarz na przykład). Czy to wina jesiennych astrów? Czy może mój Anioł Stróż szepnął mi do ucha, by tym razem w moje plany, bardzo na serio, wpisać nie tylko dziecięce zajęcia z logopedą i dodatkowy angielski, ale też to, czego mi trzeba?

Bo chciałabym w najbliższym czasie na przykład spojrzeć daleko przed siebie. Pogapić się na horyzont. Ba! - stanąć w takim miejscu, gdzie horyzont widać, gdzie nie zasłaniają go wieżowce ani bloki, ani nawet góry prania czy stosu dokumentów do wypełnienia . Pogapić się, czyli spojrzeć przed siebie. Nie pod nogi. I nie na tramwaj, który ucieka, ojejku, ojejku jak późno.

Chciałabym zjeść jabłko. Soczyste, jesienne, słodko-kwaśne. Poczuć jego zapach. Ucieszyć się jego smakiem, tak zwyczajnym, że często mi umyka. W biegu. Być tą radością i dziękować za nią tak, jak za chleb powszedni. Za zwyczajność.


Chciałabym policzyć nie tylko ile minut zajmuje mi dojazd do pracy, ale też ile oddechów moich śpiących dzieci rozbrzmiewa wśród nocnej ciszy ich pokoju. Popatrzeć na ich spokojne twarze, na misia przytulonego tak mocno, że chyba brakuje mu tchu. Na marzenia, które lżejsze od dorosłych trosk, unoszą się w górę. Nie znają granic.

Od - do. Tak rozpisuję kolejny dzień - i bardzo dobrze, bo tak robić trzeba. I bardzo dobrze też, że są takie sprawy, których w terminarzu zapisywać nie muszę. O ile tylko będę o nich pamiętać: by bardziej BYĆ niż się MARTWIĆ. By częściej smakować niż gonić. By żyć dzisiaj, nie czekając na to, co lepsze, zaplanowane, wymarzone. 

Żyć codziennie. I pozwalać, by życie mi o tym przypominało.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Kościół, za jakim tęsknię.

Z duszą na ramieniu.

Właśnie tak mierzę się z tym tematem. Brakuje słów i nie starcza wyobraźni, bo zostały przekroczone wszelkie możliwe granice. W takich przypadkach naturalną reakcją bywa milczenie - tak niestosowne w przypadku, gdy milczenia było już zbyt wiele...

Już samo zestawienie słów "pedofilia" i "Kościół" jest dla mnie tak trudne, że aż boli. "To nie powinno się wydarzyć!!!" - chciałabym krzyczeć. Może dlatego, że chociaż w tym roku stuknie mi podwójna osiemnastka, wciąż jeszcze wierzę nie tylko w Boga, ale i w człowieka. W ideały. W piękno i dobro.

A może dlatego, że moja droga do Kościoła była kręta i wyboista. To była droga buntu i poszukiwań, droga trudnych pytań, zadawanych czasem z bezczelną miną. Droga równie trudnych odpowiedzi i wielu znaków zapytania, które wciąż jeszcze noszę cierpliwie w sercu tylko dlatego, że udało mi się znaleźć nadzieję większą niż moje wątpliwości.

Ta droga zaprowadziła mnie do Kościoła pełnego Życia. Taki Kościół znam, za takim tęsknię i taki chciałabym pokazywać innym. Kościół, który jest wspólnotą. Kościół, w którym można poczuć się jak u siebie w domu. W którym można kochać, inspirować się, wzrastać.

Gdy dzieją się rzeczy, które w tak dramatyczny sposób zaprzeczają wszystkiemu, w co wierzę, w czym pokładam nadzieję i co kocham, czuję się bezsilna. Nie mam wątpliwości, że o tym, co złe, trzeba mówić jasno i szczerze. Nie mam wątpliwości, że potrzebne jest zmierzenie się z prawdą, choćby była ona najtrudniejsza. Czuję jednak, że to wszystko za mało. Czuje też, że choć ja - zwykła mama z prowincjonalnej części kraju będącego prowincją Europy - nie zmienię świata, mogę zrobić coś, co będzie częścią większej zmiany.

[czasem przecież ziarenko przeważa szalę]

Chciałabym więc pamiętać o tym, że nawet cichy głos może odbić się głośnym echem. A tak stanie się tylko wtedy, gdy będę pamiętać o tym, że mam głos. Że choć jestem świecką kobietą, jestem też włączona w Kościół przez chrzest święty. Że buduję ten Kościół w taki sam sposób jak księża, biskupi i diakoni. To oznacza dla mnie dwie ważne rzeczy.

Po pierwsze: uświadomienie sobie swojej roli w Kościele - roli, która nie ogranicza się to siedzenia w pierwszej czy ostatniej ławce przez jedną godzinę w tygodniu. Jeśli tylko chcę, jeśli tylko Pan Bóg do tego zaprosi, mogę robić więcej: na miarę swoich możliwości współpracować i współdziałać, zamiast być jedynie biernym widzem w czasie nabożeństwa.

Po drugie, budowanie Kościoła oznacza współodpowiedzialność, czyli reagowanie. Dotyczy to nie tylko chwil, w których obok mnie mógłby dziać się taki dramat jak w Pensylwanii czy w Chile. To oznacza reagowanie w każdej sytuacji, która będzie budziła moje poważne wątpliwości czy oburzenie.

Gdy przeglądam (nie tylko katolickie) internety, wiem że my, Polacy, jesteśmy w tym mistrzami, ale tylko wtedy, gdy chowamy się za anonimowym nickiem na jeszcze bardziej anonimowym forum. Czy starczy mi odwagi, by o stylu prowadzenia katechezy, organizacji Pierwszej Komunii w parafii czy harmonogramie prac przy remoncie kościoła porozmawiać z proboszczem twarzą w twarz? Czy ograniczę się jedynie do wymiany uwag z sąsiadami czy wylewaniem frustracji na forum internetowym?

Co to ma wspólnego z pedofilią w Kościele - zapytacie? Pozornie - niewiele. A jednak jeśli nie uda się nam - świeckim i księżom - zbudować klimatu otwartości i szczerości, przed nami jeszcze sporo niedopowiedzeń, skandali i kryzysów. Musimy nauczyć się rozmawiać, z szacunkiem, ale bez lęku. Po partnersku - chciałabym napisać. I wierzę, że to możliwe, bo wiem, że Kościół to nie tylko "oni". Kościół to "my", czyli również ja, moje starania, wybory, mój potencjał, upadki i słabości.

Nie ma prostych słów. Nie ma prostych sposobów na to, by poukładać sobie - w głowie i w sercu - to, co rozsypuje się w drobny mak, gdy słyszy się doniesienia mediów. Można, a czasem nawet trzeba, ubierać w słowa swoje niezrozumienie, protest i smutek. Niektórych te uczucia być może zaprowadzą do trudnych pytań i trudnych decyzji. Niektórzy może odejdą z Kościoła na krok lub dwa. Albo na całe życie. We mnie wciąż jednak trwa ta sama nadzieja, mała jak ziarenko gorczycy, z której wyrasta wielkie drzewo. Ona niezmiennie podpowiada, że Kościół jest nie tylko tam, gdzie krzyczą nagłówki gazet, ale też tu, gdzie po cichu żyję, oddycham Słowem, kocham. Że moim zadaniem jest robić tyle, ile mogę. Moim zadaniem jest dobro - małe, codzienne, budujące. Na przekór temu, co złe.





Nie będzie wołał ni podnosił głosu, 
nie da słyszeć krzyku swego na dworze. 
Nie złamie trzciny nadłamanej, 
nie zagasi knotka o nikłym płomyku. 
On niezachwianie przyniesie Prawo. 
Nie zniechęci się ani nie załamie, 
aż utrwali Prawo na ziemi, 
a Jego pouczenia wyczekują wyspy. 
(Iz 42, 2-5)


środa, 22 sierpnia 2018

małżeński kryzys...


Wyczytałam gdzieś, że powinien nas dopaść po siedmiu latach bycia razem, nie wiem jednak, czy powinnam była liczyć ten czas od momentu, w którym powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak”, czy też od pierwszej randki. W obu przypadkach, siedem lat zbiegłoby się z narodzinami naszych dzieci. I może właśnie dlatego nie nadszedł? Bo nie mieliśmy na niego czasu? Bo wieczory wypełniało nam kołysanie do snu, dni - godzenie nauki, pracy i dalszego kołysania, tym razem do popołudniowej drzemki, a jednocześnie życie oszczędziło nam dramatycznych wydarzeń i sytuacji bez wyjścia?...

Małżeński kryzys. Nie kłótnia o nieodkładanie rzeczy na swoje miejsce. Nie dyskusje na temat tego, kto ostatnio zmywał naczynia albo w jaki sposób spędzić urlop, skoro jedno chce w góry, a drugie nad morze. Prawdziwy kryzys z prawdziwymi wątpliwościami, trudnymi pytaniami jeszcze trudniejszymi odpowiedziami. Nie wiem, dlaczego nas ominął. Nie wiem, czy jest jeszcze przed nami, bo choć za kilka dni będziemy świętować trzynasta rocznicę ślubu, wierzę że przed nami jeszcze dużo wspólnego czasu, śmiechu, kłótni i okazji do tego, by się godzić.

Zastanawiałam się ostatnio, jaki jest przepis na udany związek (a w udanym związku też mogą zdarzać się kryzysy – to od razu jasno zaznaczam). Odpowiedzi na to pytanie starają się udzielić przeróżne poradniki i kursy. Dla mnie jest ona prosta, bo zawiera się w sumie w trzech wyrazach: miłość, przyjaźń i dojrzałość.



Miłość oznacza, że chcę czyjegoś dobra, nawet wtedy gdy mnie wkurza, bo nie słucha kiedy opowiadam dłuuugą historię o trudnym dniu w pracy. Miłość oznacza, że jestem gotowa do poświęceń – i nie mówię tu wcale o wielkich deklaracjach i gotowości oddania życia, jeśli ktoś zagrozi mi jego odebraniem. Mówię o rzeczach codziennych i bardzo prostych: o zrobieniu jego ulubionej kawy w moim ulubionym kubku z niebieską stokrotką. O powstrzymaniu się od marudzenia, gdy wymyśli sobie wyjazd na koncert punkrockowej kapeli właśnie wtedy, gdy planowałam wypełnianie planu pięcioletniego pod tytułem „cała rodzina sprząta chałupę”. O dawaniu wolności i przyjmowaniu tego, w czym się różnimy. Bo to są drobiazgi, a nas łączy dużo więcej.

Wspólna codzienność nie byłaby też łatwa, gdybyśmy nie byli przyjaciółmi. To przyjaźń sprawia, że lubimy spędzać razem czas. To na ramieniu najlepszego przyjaciela wypłakuję się w chwilach, gdy cały świat mnie nie rozumie i cały świat jest bez sensu. W przeciwny sposób – dzięki temu cały świat przestaje mieć znaczenie. Ale przyjaźń to nie tylko wzruszające chwile i piękne słowa. To również trudności, które pokonujemy wspólnie, jako jedna drużyna. To szczerość, dzięki której możemy ponarzekać i na problemy, i na siebie nawzajem. I poczucie humoru, czyli coś, co ratuje nas niekiedy w sytuacjach, gdy jesteśmy o krok od małżeńskiego dramatu. Fajnie jest wtedy pośmiać się ze sobą i z siebie nawzajem. Fajnie jest złapać odpowiedni dystans

Miłość i przyjaźń to jednak za mało, by zbudować związek, w którym mimo niedających się uniknąć tarć, sprzeczek i konfliktów, obie strony będą szczęśliwe i spełnione. Potrzebna jest jeszcze dojrzałość, czyli umiejętność brania odpowiedzialności za swoje decyzje. Ba! - umiejętność podejmowania decyzji w ogóle. Mam wrażenie, że to sztuka, która staje się coraz trudniejsza, bo łatwiej żyć w wiecznym zawieszeniu, czekać aż życie samo się ułoży, aż ktoś zdecyduje za mnie. Może właśnie dlatego na ślubnym kobiercu stajemy w coraz późniejszym wieku, a termin „późne macierzyństwo” oznacza coś zupełnie innego niż 20 lat temu?

W opublikowanym na blogu niedawno wywiadzie z Magdaleną Misztak-Hola padły słowa o tym, że mężczyzna żeni się nie tylko z taką kobietą, jaką widzi: z blondynką, brunetką, chudą czy przy kości. Mężczyzna żeni się też z jej... cyklem. Niektórych to wyrażenie może dziwić, inni mogą się z nim nie zgadzać. Dla mnie jest bardzo trafne, nie tylko zresztą w kontekście stosowania naturalnych metod planowania rodziny. Mój mąż ożenił się ze mną taką, jaka jestem, wliczając w to również wynikające z mojej fizjologii zmiany samopoczucia. Poślubiając siebie, poślubiliśmy jednocześnie nasze historie rodzinne, doświadczenia, zranienia i trudności. Poślubiliśmy też nasze marzenia, tak niekiedy różne, a tak ważne... Wiem, że zabrzmi to jak najbardziej banalny banał na świecie, ale to właśnie nasze marzenia i pragnienia sprawiają, że życie nabiera smaku. Z części tych marzeń w naturalny sposób trzeba zrezygnować, ale niektóre można próbować spełniać. Można dawać do tego przestrzeń mężowi czy żonie, pomagając im w realizacji tego, o czym zawsze marzyli, a co sprawia, że aż błyszczą im się oczy gdy o tym mówią. A potem doświadczać radości, która jest jedyna w swoim rodzaju – gdy patrzy się na kogoś, kogo się kocha, i widzi się jego szczęście (nawet jeśli nie zawsze się to szczęście rozumie).

O prawdziwych małżeńskich kryzysach wiem niewiele. Absolutnie nie czuję się uprawniona do tego, by na ich temat pisać. Moje dzisiejsze refleksje to raczej owoc wdzięczności i zachwytu tym, w jaki sposób Pan Bóg prowadził nas przez trudności i wyzwania. Nie wiem, w jaki sposób On to robi, ale robi to dobrze! :)

Dla tych, których doświadczają trudności w swoich związkach, nie mam żadnych złotych rad ani gotowych recept. U nas sprawdza się właśnie ten przepis: miłość, przyjaźń, dojrzałość. Dwóm pierwszym można stwarzać w codzienności odpowiedni klimat, by mogły się rozwijać. Z ostatnim może być większy problem, bo dojrzałość to cel, który w pewnym sensie zawsze jest przed nami. O ile tylko chcemy uczyć się na swoich błędach, rozwijać i wzrastać, mamy na to szansę. Tyle że zawsze dotyczy to nas, a nie drugiej osoby (w której zdarza nam się widzieć więcej błędów czy przestrzeni do rozwoju i wzrostu niż u nas...). Pojawiające się czasem w sprzeczkach: „bo Ty zawsze...”, „bo Ty nigdy...” można więc starać się zamieniać na pytanie o to, na mnie nigdy albo zawsze działa jak płachta na byka lub dotyka dawnych zranień. W ten sposób można małymi krokami lepiej poznawać siebie i swoje potrzeby, lepiej rozumieć swoje zachowanie i mieć dzięki temu więcej cierpliwości – najpierw dla siebie, a potem też dla tego, co w mężu jest zawsze, nigdy lub zazwyczaj nie w porę. Kto wie, może to również droga, która prowadzi do umocnienia miłości i przyjaźni... :)

Jeden plus jeden równa się dwa – tyle mówi matematyka. W matematyce wszystko jest proste (choć dla niektórych, jak dla mnie niewiele jest zrozumiałe... :) ). W życiu bywa inaczej. U nas po kilku latach z liczby dwa zrobiło się dwa do potęgi drugiej. Znam pary, u których po jakimś czasie wyniku 1+1 zrobiło się...zero. I nie ma na to prostej rady ani drogi, która bez zakrętów i wybojów doprowadzi do celu. Wierzę jednak, że małżeństwo to nie coś, co nam się przytrafia – to nasz kawałek poletka, na którym zasiewamy to, co dobre i to, co w nas słabe. To nasz wspólny wysiłek, starania i odpowiedzialność. I wspólna radość, gdy pomimo chwastów, które zawsze się zdarzają, możemy widzieć jak kiełkuje, rozkwita i owocuje dobro.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

wakacyjny survival czyli z dzieckiem w podróży


Latem 1978 pogoda nie rozpieszczała turystów nad Bałtykiem – lało, wiało i było zimniej niż zwykle. Tak się jednak złożyło, że właśnie wtedy znad Bałtyku nad Balaton – z pogodą diametralnie inną – doturlał się wyładowany po brzegi Fiat 126p, czyli maluch. Na jego widok ustały rozmowy o pogodzie, zaczęły się za to dywagacje na temat tego, W JAKI SPOSÓB można w tak niewielkim samochodzie zmieścić namiot, turystyczny stolik, krzesełka, zapas prowiantu, bagaże.... aaaa i jeszcze pasażerów??

Tak. Mój Dziadek wzbudził wtedy sensację, a jego zaradność jest dla mnie do tej pory dowodem na to że dla chcieć znaczy móc. Dotyczy to nie tylko wakacyjnych wojaży, ale idealnie oddaje moje odczucia na temat podróżowania z dziećmi.




Wakacyjny survival

Podróżujemy od zawsze. Zanim z rodziny dwa plus pies staliśmy się rodziną o modelu 2+2, przejechaliśmy wspólnie kawałek Europy z plecakami wypakowanymi zupkami chińskimi. Pierwszy raz na rodzinny wypad w Tatry ruszyliśmy niemal równo pięć lat temu – młody miał wtedy półtora roku i zdobywał górskie szlaki w nosidle (ufff....), a nasza 3,5-letnia córka dzielnie tuptała na własnych nóżkach. Czy było łatwo? Nie... Czy było warto? Jak najbardziej!

Od tamtego czasu mamy za sobą podróże małe i duże, w kraju i poza jego granicami. Wiemy, na jakich stacjach benzynowych można kupić najlepsze na świecie hotdogi :) Znamy plan toalet publicznych w Zakopanem, nauczyliśmy się czytać prognozę pogody z chmur lepiej niż najstarsi górale, a jeśli będzie trzeba, zdamy najbardziej wymagający test na kreatywność i znajdziemy 101 zastosowań chusteczki higienicznej. Jeśli chcecie, chętnie podzielimy się kilkoma naszymi doświadczeniami. Chcecie? Zapraszamy :)

Po pierwsze – nie wierz w to, co idealne

Widzisz mega pozytywne relacje z podróży? Wczytujesz się w przewodniki i poradniki, które obiecują Ci „idealne spędzanie czasu z dziećmi”? Przeglądasz Facebooka i wzdychasz z zazdrością, widząc fotografie uśmiechniętych (!), czystych (!!!) dzieci i zrelaksowanych rodziców?

Zapewniam Cię, że podróżnicza rzeczywistość z dziećmi rzadko wygląda w ten sposób. Wszystkie dzieci marudzą. Wszystkie pytają, jak długo jeszcze będziemy jechać samochodem i czemu tak długo. Wszystkie też miewają gorsze dni, urządzają czasem sceny jak z filmu grozy dla młodych rodziców i testują cierpliwość otoczenia na wszelkie możliwe sposoby. W związku z tym każdy rodzic czasem tę cierpliwość traci. Każdy myśli czasem, ze „na co mi to było i lepiej było siedzieć w domu”. To jednak wcale nie oznacza, że faktycznie lepiej jest zrezygnować z marzeń o wspólnym zwiedzaniu Polski i świata (o ile oczywiście macie takie marzenia, bo rozumiem również osoby, które z natury są domatorami).

Prawda jest dokładnie taka: „czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”. Każda wspólnie pokonywana trudność pozwala naszym dzieciom zdobyć nową wiedzę i umiejętności. Czasem trzeba przebrnąć przez sytuacje, w których nasz dwulatek w złości rozsmarowuje zawartość talerza na białym obrusie w restauracji (tak u nas było! A na talerzu było spaghetti, w dodatku nie carbonara...). Trzeba przebrnąć przez marudzenie w czasie spacerów czy nadmiar energii sprawiającej, że podróż samochodem czy pociągiem staje się ciężką próbą. Dzieci uczą się szybciej, niż się spodziewamy, a trudno, by wiedzę na temat zachowania w restauracji, kościele czy hotelu czerpały z podręczników. Podróżowanie uczy życia :)

Warto więc już przed wyruszeniem w podróż PODZIELIĆ nasze idealne oczekiwania przez cztery, za to przez dwa POMNOŻYĆ ilość prowiantu, jaki przygotowaliśmy na drogę, bo nasze doświadczenie pokazuje, że podróż wyostrza apetyty.



Planuj, przewiduj, odpuszczaj

Mapy, przewodniki i internet - dzięki tym źródłom informacji, każda podróż może być zaplanowana i przebiegać w miarę sprawnie. Nie da się jednak przewidzieć wszystkiego. Dopiero w czasie wędrówki na górskim szlaku możesz przekonać się, czym naprawdę jest oberwanie chmury i że chmury mają w nosie prognozę pogody. Odetchniesz wtedy z ulgą myśląc o suchych ubraniach na zmianę, które przecież masz w plecaku. Potem może się jednak okazać, że plecak może i jest wodoszczelny, ale o tym nie wie. Albo że faktycznie jest wodoszczelny, ale pierworodna włożyła do niego bidon z wodą. Otwarty. Dziubkiem do dołu...

Dlatego już przed wyjazdem na wakacje warto powiedzieć sobie, że Ty - mama - nie jesteś biurem podróży, przewodnikiem i organizatorem turystyki. Ty też jedziesz na wakacje. Dla wygody własnej i członków rodziny, warto taki wyjazd przemyśleć, zaplanować i zorganizować. Nie masz jednak wpływu na pogodę, natężenie ruchu samochodowego na autostradzie, częstotliwość sygnalizowania potrzeby korzystania z wc przez dziec i  kłótnie tychże.. Wakacje idealne może byłyby czymś, o co warto walczyć. Wydaje mi się jednak, że dużo cenniejsze są takie wakacje, które pozwolą po prostu odpocząć. Dlatego warto od samego początku założyć, że mimo najlepszych chęci, nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. I wiecie co? Czasem takie chwile wspomina się najlepiej.

U nas jednym z elementów nieplanowania jest pozwalanie sobie na zbaczanie z wcześniej ustalonej trasy. Dzięki temu poznaliśmy kilka miejscowości, o których istnieniu nie mieliśmy wcześniej pojęcia, na przykład Górę Świętej Małgorzaty. Zgadniecie, jak ma na imię nasza córka?... :)

Warto podróżować, bo... wakacje to szkoła

Taka, w której nikt się nie nudzi. Nie ma wtedy tabliczki mnożenia, ale jest tabliczka czekolady, którą trzeba podzielić po równo - uwierzcie, nic tak nie mobilizuje do doskonalenia umiejętności matematycznych! Wakacje to również czas spotkań z historią miejsc, które odwiedzamy. To historia, która nie zapisuje się w pamięci ciągiem dat i nazwisk. To historia, której można dotknąć i doświadczyć. To okazja do smakowania tego, co nowe i nieznane. Pamiętam z jaką nieufnością moje dzieci spojrzały na świeżo uwędzonego oscypka, jeszcze gorącego. One z kolei do tej pory pamiętają, jak wspaniale smakował!

Wakacje to również szkoła modlitwy, ale nie takiej, w której trzeba recytować poustawiane w równym rządku słowa. Modlitwa zaczyna się przecież od prostego bycia. Od ciszy. Od wsłuchania się w szum lasu, śpiew ptaków, odgłos kroków czy własny oddech. Wspólne podróżowanie to okazja, by wspomagać rozwój takiej właśnie wrażliwości u dziecka.


Tu i teraz

Prawdę mówiąc jednak, to okazja do nauki nie tylko dla dzieci. To my, dorośli, mamy wtedy szansę, by uczyć się być „tu i teraz”, nie zależnie od tego, czy to „tu i teraz” wypełnia dziecięce marudzenie, gradobicie i burza z piorunami, czy wzbudzający zachwyt górski krajobraz. Ja bardzo często łapię się na tym, że w przypadku trudności, chciałabym w jakiś sposób je ominąć i przejść już do tego, co będzie po tym – jak na taśmie video, gdzie mogę przewinąć nudny czy zbyt trudny dla mnie fragment. Kiedy z kolei czuję się szczęśliwa i pełna spokoju, chciałabym mieć możliwość wciśnięcia guzika „pauza”. Wpatrując się w tym roku w ciągnące się po horyzont bieszczadzkie połoniny, pomyślałam, że chciałabym tak jak apostołowie w czasie Przemienienia postawić tu swój namiot. I trwać. I być tylko tu. Zostawić na dole rutynę, trudności, problemy i być sercem bliżej nieba... A jednak chwile oderwania od codzienności nie są nam dane po to, by od tej codzienności uciec. Takie chwile dają nam schronienie, oddech, pokój serca właśnie po to, by po odpowiednim czasie wrócić do tego, co zwyczajne – z nowymi siłami, innym spojrzeniem na rzeczywistość i świadomością, że wszystko, co wypełnia nasze „tu i teraz” ma sens.


Życzę Wam jak najwięcej takich doświadczeń. Życzę aby podróże – te małe i większe – były okazją do odkrywania świata i budowania wspomnień. Życzę też odkrywania tego, że trudności, które przeżywa się razem, zmieniają się w przygody, a przygody przeżywane wspólnie sprawiają, że rodzina staje się prawdziwą drużyną. I z jednej z takich podróży razem z moim rodzinnym dream teamem serdecznie Was pozdrawiamy.





poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Wszystko, co chciałabyś wiedzieć o NPR (ale boisz się zapytać)



Naturalne metody planowania rodziny - co tak naprawdę (i w praktyce) kryje się pod tym terminem? tylko zbiór teoretycznych założeń czy praktyczne narzędzie, które może przydać się (nie tyko katolickiemu) małżeństwu?

O odpowiedź na pytania, które nurtują wielu katolików poprosiłam osobę, która zna wszystkie te zagadnienie od strony praktycznej i teoretycznej.

Magdalena Misztak-Hola to mama czterech córek, żona od 26 lat i magister teologii KUL. Ukończyła Międzywydziałowe Podyplomowe Studia nad Małżeństwem i Rodziną KUL, jest instruktorem NPR, wykładowcą na kursach kwalifikacyjnych i studiach podyplomowych WdŻwR. Od 25 lat pracuje w poradnictwie rodzinnym, jest więc przyzwyczajona do odpowiadania nawet na najbardziej skomplikowane pytania :) Przede wszystkim jednak, to osoba autentycznie żyjąca wiarą (mówi o sobie, że jej hobby to przyjaźń z Jezusem) i ktoś, kto nie tylko mówi o teorii, ale przede wszystkim stosuje NPR w praktyce.

MM: Pracujesz w poradni rodzinnej prawie dwadzieścia pięć lat, czyli ćwierć wieku. Czy na przestrzeni tych lat widzisz jakieś zmiany w podejściu do stosowania naturalnych metod planowania rodziny? Czy ludzie 25 lat temu mieli takie same problemy jak my?

MH: Pytania dotyczące zarówno NPR, jak i treści encykliki Humanae Vitae - od której ukazania się mija w tym roku 50 lat - pozostają takie same. Zaobserwowałam jednak pewną zmianę. Ludzie chętniej słuchają o naturalnych metodach rozpoznawania płodności i się ich uczą. Dlaczego? Dlatego, że pobierają się później i to zazwyczaj w takim momencie, kiedy chcieliby już zaplanować poczęcie dziecka. Teraz również są dużo większe możliwości sensownego wejścia w metody niż 25 lat temu, bo internet jest źródłem wielu informacji, są też udogodnienia w formie aplikacji na telefon, dzięki którym można w wygodny sposób zapisywać obserwacje. Na uczelniach medycznych pojawiły się fakultety z metod rozpoznawania płodności, dzięki czemu lekarze również zdobywają wiedzę z tej dziedziny i mogą się nią.

MM: Mówisz o kształceniu lekarzy i konkretnej wiedzy, ale słyszy się przecież czasem określenia takie jak “kalendarzyk małżeński” czy nawet  “ruletka watykańska”...

MH: Tak, też słyszałam o ruletce, a z wyrażeniem “kalendarzyk” walczę, odkąd żyję. Ja w takich wypadkach mówię, że z tego, że powieszę sobie kalendarz na ścianie, dla mojej płodności nic nie wynika.

MM: Ale takie wyrażenia wpisują się chyba w taki obraz nas, osób stosujących NPR, jaki jest wśród osób będących z dala od Kościoła. Mam wrażenie, że powszechne jest myślenie o tych metodach na zasadzie “entliczek-pentliczek” albo że w ogóle nie można uprawiać seksu. Poza tym również wśród wierzących katolików pojawiają się takie wątpliwości, jak możliwość stosowania metod naturalnych w momencie, gdy na przykład kobieta pracuje na nocnej zmianie albo ma nieregularne cykle miesiączkowe. NPR jaki się jako kula u nogi i uciemiężenie.

MH: Większość tych wątpliwości bierze się często z tego, że osoba, która te wątpliwości zgłasza, tak naprawdę raczej tak uczciwie nie zadała sobie trudu, żeby wejść w te metody i żeby tymi pytaniami NPR prześwietlić.

MM: Czyli idziemy na łatwiznę?

MH: Tak, bo łatwiej jest się oprzeć na opinii powtarzanej z ust do ust, która niekoniecznie zgodna jest z prawdą i nie ma podstaw naukowych.

MM: A jednak takie sytuacje, w których obserwacja cyklu jest znacznie utrudniona, są pewnie problemem części osób. Wpływa to zresztą nie tylko na ewentualne odroczenie w czasie poczęcia, ale również na sytuację, w której pary bezskutecznie starają się o dziecko. Może wpływ ma między innymi to, o czym już wspominałaś, czyli to, że obecnie w coraz późniejszym wieku wchodzimy w związki małżeńskie.

MH: Przyczyną jest nie tylko wiek. Czasami chodzi też o to, że młode kobiety nie do końca liczą się ze swoją biologią - zaniedbują czas potrzebny na sen, odpoczynek, nie dojadają, żyją w ciągłym biegu i pod presją. Wtedy takie zaburzenia cyklu to czasem nic innego, jak organizm wołający: “Stop, please, zwolnij. OPIEKUJ SIĘ MNĄ”.

MM: Czyli co mówisz komuś, kto przychodzi z taką informacją: “Nie jestem w stanie stosować NPR, bo mam nieregularne cykle”?

MH: Punktem wyjścia jest obserwacja. Dzięki temu, po zapisaniu takiego cyklu, możemy wspólnie na niego spojrzeć i zastanowić się, w czym tkwi problem.

MM: Czy w takim razie możemy stwierdzić, że NPR to dla kobiety jeden z elementów szeroko pojętego dbania o siebie, o swój organizm? 

MH: Tak, to jest wyraz miłości do samej siebie. To wyraz mojej akceptacji dla samej siebie i to jest też monitorowanie mojego zdrowia, co jest bardzo ważne! Jeżeli faktycznie jest tak, że w kolejnych cyklach dzieje się coś, co uniemożliwa stosowanie reguł, to jedynym powodem tego jest to, że mój organizm nie jest w pełni zdrowy. Problem może być tylko i wyłącznie dietetyczny, ale mogą być to również dużo poważniejsze sprawy, jak zaburzenia endokrynologiczne albo immunologiczne. Może być również związany ze stosowaniem niektórych leków. Ale to nie znaczy, że tego się zupełnie nie da ogarnąć. To znaczy, że właśnie wtedy trzeba działać i uporządkować swoje zdrowie i styl życia.

MM: I to jest NPR z punktu widzenia kobiety. A jak to jest z facetami? Jakie oni mają podejście: metody naturalne to kula u nogi czy przestrzeń do współpracy z kobietą?

MH: Bardzo lubię sytuacje, w których mężczyzna jest autentycznie zainteresowany tematem i zadaje pytania. To jest super, ale mówiąc szczerze, takich narzeczonych nie jest dużo - powiedziałabym że od  10 do góra 20%. Na ogół mężczyźni przychodzą zainteresowani w niewielkim stopniu. Staram się ich w to wciągać, pokazywać, że opłaca im się, żeby się tym zainteresowali.

MM: A później, w czasie małżeństwa? Jak sądzisz, jak to się układa w życiu?

MH: W praktyce niestety wygląda to tak, że to wszystko spada na kobietę.

MM: Może dlatego też NPR bywa tak niechętnie przyjmowany i zdarza się, że ludzie myślą (i być może też czasem głośno mówią o tym), że metody naturalnego planowania rodziny wymagają ogromnej samokontroli, pozbawiają spontaniczności i mogą prowadzić niemalże do nerwicy. Że to obciążenie i presja.

MH: Jacek Pulikowski mówi fantastyczną rzecz - mówi, że najlepiej jest dla rozwoju więzi intymnej, czyli czegoś co facetowi zaprocentuje w małżeństwie, jeśli całą odpowiedzialność za możliwość poczęcia dziecka weźmie na siebie… kto?

MM: Wydaje mi się, że para, małżeństwo.

MH: MĄŻ!

MM: Mąż?

MH: Mąż. Dlaczego? On to mówi jako mężczyzna i ojciec. Facet lubi konkrety. Czyli facet jeśli chce w ten sposób zaangażować się w tą dziedzinę życia, to dla niego konkretem będzie prowadzenie obserwacji. Jeżeli żona jest źródłem informacji, to naprawdę przeciętny gość ze średnią głową jest w stanie bawić się w zabawę połącz kropki [na wykresie do obserwacji - mój dopisek] albo będzie szukał super aplikacji na telefon czy innego wynalazku, który pozwoli mu efektywnie zapisywać obserwacje. Prowadzenie karty obserwacji to jest coś, co z powodzeniem może robić mężczyzna.

MM: Ale to brzmi dla mnie jak element świata idealnego i niestety nierealnego. 

MH: Ale tacy mężczyźni istnieją, to nie są Marsjanie. Kiedyś przychodził do mnie do poradni narzeczony, którego wybranka serca mieszkała w innym mieście i on codziennie rano do niej dzwonił pytając, co ma zapisać na karcie.

MM: Wydaje mi się jednak, że niektórzy woleliby, żeby to jednak było prostsze, czyli na przykład jeżeli ja dzisiaj czuję, że między nami iskrzy, a nie możemy współżyć…

MH: Jeżeli jesteśmy małżeństwem to zawsze możemy, tylko musimy się liczyć z konsekwencjami.

MM: Rozumiem, ale decyzja o poczęciu dziecka nie zawsze jest łatwa. Są różne sytuacje życiowe, problemy zdrowotne, finansowe i tak dalej.

MH: Dobrze, ale popatrzmy najpierw, czym jest małżeństwo. Małżeństwo jest przymierzem, w którym król mąż oddaje całego siebie do szpiku kości razem z butami do końca życia królowej żonie, a królowa ten dar przyjmuje. I królowa żona oddaje całą siebie do szpiku kości razem z butami i do końca życia królowi mężowi, a on ten dar przyjmuje. Jak mówi Karol Wojtyła (“Miłość i odpowiedzialność”) - to jest wzajemna wymiana darów. I tylko dlatego, że to jest taka totalna wymiana darów, Bóg zarezerwował dla tej wyjątkowej miłości wyjątkowy znak, jakim jest akt małżeński. Jeżeli mężczyzna się żeni z kobietą, to żeni się nie tylko z wysoką, niską, grubą, chudą, blondynką, brunetką czy rudą. On się żeni z jej cyklem. Jego zadaniem jest pokochać jej cykl.

MM: To jest dla mnie bardzo świeże spojrzenie na ten temat… I nie wiem, ile osób tak naprawdę dorosło do takiego spojrzenia.

MH: Tak, spotyka się czasem pytania na przyład o stosowanie prezerwatywy i to, czy ona faktycznie jest taka zła. Ojciec Karol Meissner mówi tak:  współżycie, jeśli ma być prawdziwie ludzkie, musi coś oznaczać. To jest komunikacja.

MM: No tak, ale może oznaczać po prostu wyrażanie miłości, a nie tylko chęć poczęcia dziecka.

MH: OK. Wyrażenie miłości i bliskości, ale mówiliśmy o miłości totalnej: totalnie ciebie przyjmuję i totalnie się tobie oddaję. Jeżeli nie mamy podejścia antykoncepcyjnego, to faktycznie to jest totalne. Jeżeli natomiast mamy sytuację “ale ja założę prezerwatywę”, to znaczy że tak: “to masz fajne, to mi się podoba, to masz super...ale z tym to coś zrób, bo ja nie chcę”. To już nie jest totalne.

MM: A co jeśli stosujemy naturalne metody planowania rodziny, ale na takiej zasadzie, żeby wykluczyć poczęcie? Czym to się różni od stosowania prezerwatywy?

MH: Samo stosowanie NPR jest moralnie neutralne - jest narzędziem, tak jak ogień lub nóż. Można kogoś zabić, można ukroić chleb, można kogoś ogrzać albo mu podpalić chałupę. Moralna ocena tego, jak jest stosowany NPR zależy od intencji, od tego, co jest w nas gdy tę konkretną metodę stosujemy i niestety ma to też taką wadę, że można to stosować z nastawieniem antykoncepcyjnym, kiedy się dziecko wyklucza.

MM: A w jaki sposób rozpoznać, kiedy działa się na zasadzie antykoncepcyjnej, a kiedy nie? Co jeśli na przykład kobieta ze względów zdrowotnych lub jakichkolwiek innych nie powinna zachodzić w kolejne ciąże?

MH: Jeśli istnieją takie przeciwwskazania, to faktycznie może być tak, że mimo otwartości na życie czy pragnienia posiadania dziecka, małżeństwo może stosować NPR po to, by nie dopuścić do poczęcia.

MM: I wtedy to też będzie taki “seks po Bożemu”? 

MH: Ja w ogóle nieco inaczej nazwałabym tę rzeczywistość. Jeśli chcemy popatrzeć na to “po Bożemu”, to popatrzmy na to pod innym kątem. Jakie jest Boże spojrzenie? Pan Bóg posyła nas na ten świat po to, żebyśmy nauczyli się absolutnie najważniejszej umiejętności jaką jest?

MM: Miłość?

MH: Tak jest. W małżeństwie mamy taką szczególną sytuację, w której mamy kochać siebie nawzajem, być dla siebie nawzajem świadkami Bożej miłości. Co to znaczy żyć sakramentalnością sakramentu małżeństwa? Ten sakrament urzeczywistnia się, aktualizuje w każdej sytuacji, w której żona bezinteresownie czyni dobro dla męża i mąż bezinteresownie czyni dobro dla żony.

MM: Czyli to nasze “ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską” może się wypełniać każdego dnia, kiedy nawet w drobnej sytuacji okazuję mężowi miłośc, troskę, dobro.

MH: Tak. To jest też realizowanie naszej funkcji kapłańskiej, bo każdy z nas ochrzczonych jest zanurzony w Kapłana, Proroka i Króla, jakim jest Chrystus. I w tym momencie my ofiarowujemy tą swoją bezinteresowną miłość, a jednocześnie tę miłość przyjmujemy i umacniamy się wzajemnie.

MM: Chciałam Cię jeszcze zapytać o czystość małżeńską, bo to też jest temat, który często pojawia się w związku z rozważaniami na temat NPR.

MH: Czystość nie jest celem małżeństwa - ona jest środkiem do osiągnięcia celu, czyli realizowania sakramentu małżeństwa i do świętości. Fantastyczne słowo na czystość jest w języku rosyjskim, to jest tzw “tielo mudrie"  czyli “mądrość ciała”. Jeśli wymawiane to jest z tzw. akcentem petersburskim, to brzmi to nieco inaczej i można to przetłumaczyć jako “pełnia mądrości”. O co więc chodzi z tą czystością? Czystość jest formą postu. Ja sama dużo zrozumiałam właśnie po kontakcie z osobami prawosławnymi. Wiesz, że jeżeli ktoś jest takim naprawdę praktykującym prawosławnym, to w pewnym sensie nie musi stosować npr? Dlatego, że u nich każdy post wiąże się też ze wstrzemięźliwością płciową, czyli małżeństwo nie współżyje w dniach postu.

MM: Czyli na przykład cały Wielki Post?

MH: Cały Wielki Post, cały Adwent, czas przed Zesłaniem Ducha Świętego, każda środa, każdy piątek, dwadzieścia cztery godziny przed przystąpieniem do Komunii Świętej

MM: Właśnie dochodzę do wniosku, że katolicy mają jednak nieco łatwiej [śmiech]

MH: Oni mają nieco inne myślenie na temat postu. Co to jest post? To nie jest sytuacja, w której wyrzekamy się grzechu. My jako chrześcijanie z zasady o grzechu mamy nie myśleć. Post polega na tym, że ze względu na Pana Boga, na miłość do Niego i na to, żebyśmy my jako dzieci Boże, panowali duchem nad ciałem, wyrzekamy się rzeczy dobrych.

MM: I rozumiem, że właśnie w takim kluczu można pojmować NPR i te dni wstrzemięźliwości.

MH: Tak, ale też trzeba pamiętać, że NPR to są po prostu metody, czyli trzeba postępować metodycznie: metodycznie obserwują, metodycznie notuję, metodycznie interpretuję i metodycznie stosuję do tego najważniejszy organ seksualny człowieka, jakim jest głowa. Ponieważ jako człowiek wiem, czego w życiu chcę i co służy do realizowania moich celów, a co nie. I jeszcze jedna ważna rzecz, którą znajdziemy w Piśmie Świętym. Posłuchaj: “Mąż niech oddaje powinność żonie, podobnie też żona mężowi. Żona nie rozporządza własnym ciałem, lecz jej mąż; podobnie też i mąż nie rozporządza własnym ciałem, ale żona. Nie unikajcie jedno drugiego, chyba że na pewien czas, za obopólną zgodą, by oddać się modlitwie; potem znów wróćcie do siebie, aby - wskutek niewstrzemięźliwości waszej - nie kusił was szatan.” (1 Kor 7,3-5) Przecież to nic innego, jak NPR!

MM: A co jeśli to jest za trudne dla niektórych?

MH: Zawsze jest za trudne. Człowiek upada i się podnosi. Warto patrzeć na to nie tylko przez pryzmat trudności, ale przede wszystkim - miłości.

Chciałam powiedzieć Ci coś jeszcze. Prorocy Starego Testamentu zasadniczo w większości walczyli z dwoma bóstwami. Jedno to było bóstwo o dwóch twarzach, Isztar Baal. A drugie bóstwo to był Moloch. I prorocy upominali, żeby nie chodzi w dolinę składać ofiary Molochowi. Ta dolina była blisko Jerozolimy. Moloch to był bożek pomyślności. Będzie ci się działo dokładnie tak, jak sobie zaplanowałeś. Otrzymasz wszystko, co sobie wymarzyłeś - dobrobyt, karierę, sukcesy życiowe, co tylko chcesz, ale na ołtarzu tego bożka masz złożyć ofiarę ze swojego dziecka.

Ono ma być zabite.

MM: Mocne. I myślę, że to dobry temat do refleksji. 



Magda dopowiada jeszcze, że...
Nie samym seksem żyje człowiek….
Czy małżeństwo to tylko seks? Czy w Nauce Kościoła seks to grzech? 


O co właściwie chodzi Bogu w VI przykazaniu? 

Wielu osobom się wydaje, że Bóg dał VI przykazanie dlatego, że seks ze swojej natury jest zły. To przekonanie jest niestety niechlubnym spadkiem po herezji manichejskiej, która odrzucała jako grzeszne wszystko, co cielesne. A prawda jest taka, że to Pan Bóg stworzył seks- i dał do tego wynalazku swoją instrukcję obsługi (a wszyscy wiemy, co się dzieje, gdy używamy jakiegokolwiek urządzenia niezgodnie z instrukcją obsługi, ba! a nawet wbrew niej).

Używany zgodnie z instrukcją obsługi SEKS JEST ŚWIĘTY. Można powiedzieć, że używanie seksu bez poszanowania Bożej instrukcji jest rodzajem świętokradztwa - i dlatego jest to grzech.

Gdzie znaleźć instrukcję obsługi, którą Wynalazca dał do seksu? Ano, w całościowej Instrukcji obsługi do człowieka. A ponieważ człowiek to bardzo skomplikowany system operacyjny, dlatego też Instrukcja jest bardzo obszerna.

Nazywamy ją… Biblią.


Jakie właściwie miejsce w życiu chrześcijanina powinien mieć seks? 

Dokładnie takie pytanie zadał niegdyś w programie telewizyjnym Wojciech Eichelberger o. Józefowi Augustynowi SJ.

Odpowiedź o. Augustyna jest wyjątkowo celna: powinien mieć miejsce szóste! Take dał mu Bóg, patrząc na kolejność przykazań. W małżeństwie źle się dzieje, gdy w praktyce seks spada poniżej tego miejsca. Ale dzieje się jeszcze gorzej, gdy nie pilnowany na tym miejscu zaczyna wspinać się wyżej, aż zajmie miejsce pierwsze - stając się bożkiem, na którego ołtarzu ludzie są skłonni składać ofiarę z życia swoich dzieci- bo tym jest aborcja i antykoncepcja.

Celem małżeństwa nie jest dbanie o "czystość małżeńską".... 

Tak, zatem warto zacząć od tego- CO JEST CELEM MAŁŻEŃSTWA?

Wg Katechizmu Kościoła Katolickiego , który cytuje Kodeks Prawa Kanonicznego: pisząc, że cele są dwa i to równorzędne: dobro małżonków oraz dzieci (wraz z całym dobrodziejstwem tego słodkiego inwentarza).

Celem jest DOBRO MAŁŻONKÓW- no i co to jest to dobro? O jakie dobro nam chodzi? Jeśli jest to sakrament, to najważniejszym tropem jest uświęcenie. Ale, chwila- mowa jest o małżeństwie, a gdzie tu jest miłość?

Definicji miłości jest tak wiele… 

W Biblii również jest wiele uzupełniających się wskazówek. Choćby w 1 Kor 13. Jest też taka definicja, która być może wszystkie te wskazówki zbiera, a pochodzi od pewnego biskupa krakowskiego, autora rozprawy filozoficznej “Miłość i odpowiedzialność”: Miłość to posiadanie siebie w dawaniu siebie. Nie mogę dać czegoś, czego nie mam. Najpierw muszę to MIEĆ.

Mieć siebie= panować nad sobą. A dawać, jeśli z miłości, to jedynie w pełni bezinteresownie. A miłość małżeńska to wymiana darów osobowych. Pełnych (bez zastrzeżeń, że czegoś ci nie daję lub czegoś od ciebie nie chcę, np. płodności) i bezinteresownych.

Czym zatem ma być “czystość małżeńska”? 

Właściwym środkiem do tego celu. Do posiadania siebie w dawaniu siebie. Żeby akt małżeński był czynem osoby ludzkiej, a nie jedynie czynem człowieka…

Czystość jest cnotą. Jedną z wielu. Cnota jest po prostu sprawnością w dobrym osiągniętą dzięki ćwiczeniu się w niej. Działanie pod hasłem “róbta co chceta” nie jest ćwiczeniem się w cnocie (jakiejkolwiek). Jeśli poszczę np. o chlebie i wodzie, to jest to dla mnie ćwiczenie i test- na ile faktycznie panuję nad sobą w dziedzinie jedzenia. A na ile jestem tego jedzenia niewolnikiem.

Na czym polega “czystość małżeńska”? Na wprowadzeniu zasad w tej dziedzinie, uporządkowania jej zgodnie z właściwym miejscem, jakie zaplanował dla seksualności Bóg. Brak czystości małżeńskiej (oprócz cudzołóstwa) to rozpusta. Dziś trudno zrozumieć, co to słowo właściwie znaczy. Ale jeśli użyjemy synonimów, stanie się to łatwiejsze.

Rozpasanie- pas jest najważniejszą częścią munduru żołnierza. Oddaje go żołnierz, gdy dostaje się do niewoli. Pas symbolizuje gotowość do walki, pewne ogarnięcie się.

Rozwiązłość- elementem stroju liturgicznego jest cingulum, sznur owijany wokół pasa na albie. Związuję siębie, znaczy mam siebie w garści, panuję nad sobą.

Wyuzdanie- to zdjęcie uzdy z dziedziny seksualności. Uzda to kierownica i hamulec w jeździe konnej. Każdy wie, czym grozi jeźdźcowi jazda na koniu pozbawionym uzdy, szczególnie, gdy koń czując swobodę poderwie się do galopu...

Dokładnie to samo dzieje się w sferze seksualnej. “Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale niczemu nie oddam się w niewolę” 1 Kor 6, 12.


NPR to jedna z metod, które wprowadzają niejednokrotnie niechęć, zmęczenie, a nawet nerwicę albo nadmierne poczucie kontroli? 


Moment- a na jakiej podstawie stwierdzenie: “wprowadzają niechęć, zmęczenie”? Badania naukowe? Ankieta wśród użytkowników? KTO konkretnie się w taki sposób wypowiada?

Znam trochę artykułów naukowych na ten temat i nie ma w nich potwierdzenia dla tego typu stwierdzeń. Jeżeli ktoś ma takie zarzuty- to się prosi o mocną podstawę.

Dokładnie tak samo można czuć niechęć, zmęczenie czy nadmierną kontrolę z powodu… mycia zębów czy innych codziennych czynności higienicznych- bo właśnie na poziomie codziennych czynności higienicznych jest “procedura” stosowania NPR.

Zatem- obawiam się, że nie chodzi tu o niechęć czy zmęczenie, ale raczej o… lenistwo. Zresztą- stosowanie jakiejkolwiek metody planowania rodziny wiąże się z jakimiś czynnościami.

Poczucie kontroli- naprawdę zależy wyłącznie od małżonków, na ile chcą kontrolować, a na ile ignorować stosowanie metody. To ich decyzja, jaki mają w danym momencie cel i motywację. W konkretnym momencie życia może być im wszystko jedno, czy dziecko się pojawi, czy nie- to jest ich wybór.

Jeśli jednak chcą stosować metodę- to obligują sami siebie do postępowania metodycznego: metodycznie obserwujemy objawy płodności, metodycznie notujemy, metodycznie interpretujemy i podejmujemy lub nie działanie- korzystając z najważniejszego organu seksualnego człowieka, jakim jest mózg.

Nerwicę- no, jak już ktoś taką kolumbrynę przeciwko NPR wyciąga, to niech znajdzie naukowe potwierdzenie. Ja pierwsze słyszę. I, dopóki rzucający ten zarzut nie znajdzie do niego naukowych podstaw, uważać będę za kalumnię. Zatem- jeśli to nie plotka- gdzie dowód? Jeśli brak dowodów- należy zdementować. Jak dotąd znane mi doniesienia naukowe i autorytety medyczne wskazują, że NPR jest nieszkodliwy dla zdrowia- także psychicznego.


Czy ta propozycja Kościoła to otwieranie się na życie i dlaczego stoi w opozycji do seksu powszedniego wtedy, kiedy dwie osoby pragną takiej bliskości...? 

NPR jest tylko narzędziem. To, czy konkretne małżeństwo otwiera się na życie- to jest ich wewnętrzna postawa, którą NPR umożliwia (w przeciwieństwie do antykoncepcji), ale nie przesądza. Otwarcie się na życie zakłada z jednej strony pewną wielkoduszność w jego przekazywaniu, ale z drugiej roztropny namysł- bo chodzi o to, żeby nowemu dziecku przygotować możliwie najlepsze, w pełni godziwe warunki do życia i zaspokojenia potrzeb jego- i całej rodziny. Tak to ujmuje Humanae Vitae 10.

Seks powszedni, jak sama nazwa wskazuje, może bardzo spowszednieć. I stać się jedynie neurotycznym sposobem na rozładowanie napięcia.

Sprowadzającym osobę współmałżonka jedynie do używanego narzędzia. Wówczas jest mizernym rzemiosłem, a nie pełną finezji poezją, sztuką (jak mówi ks. Piotr Pawlukiewicz). Dlaczego małżeństwo w konkretnym wykonaniu ma być miernym wyrobem dyletantów, a nie mistrzowskim dziełem sztuki? Ilość w każdej dziedzinie szybko obniża jakość…

Zachowajcie dobre wino miłości cielesnej aż do “tej” pory. Czystość małżeńska pomaga temu winu nie skwaśnieć.

Skoro NPR jest dobry, to czemu prezerwatywa w małżeństwie jest zła? Przecież i to i to jest formą antykoncepcji. 

Typowe pytanie dla kogoś, kto nie przeczytał ze zrozumieniem Humanae Vitae…

Co to jest antykoncepcja? To są metody i środki nastawione PRZECIW (anty) poczęciu dziecka (biologicznie: przeciw zapłodnieniu, ale w praktyce również przeciw zagnieżdżeniu). Czyli aktywne przeciwdziałanie. Takie właśnie działanie jest nieodłącznie związane z użyciem prezerwatywy.

NPR samo z siebie nie jest aktywnym działaniem przeciw czemukolwiek. To działanie analogiczne do działania meteorologów czy ornitologów. Czy meteorolog może cokolwiek zdziałać przeciw nadchodzącej burzy czy upałom? Czy ornitolog może uniemożliwić migrację całych stad ptaków? Nie. Tak samo użytkownik NPR nie może uniemożliwić zmian w organizmie kobiety. Może jedynie je obserwować i wyciągać wnioski.

Dlatego NPR sam z siebie jest moralnie obojętny. Ocenie moralnej podlega natomiast INTENCJA z jaką jest stosowany.

I, owszem, dopóki para nie osiągnie pewności,że ciało kobiety działa inteligentnie (czyli, że płodność daje się intelektem ogarnąć, a owulacja nie wyskakuje, jak pajacyk z pudełka), może mieć intencje nacechowane lękiem. Ale nikt nie mówi, że ma z nim pozostać sama. W Polsce mamy naprawdę wielu certyfikowanych Nauczycieli NPR, którzy z radością pomogą każdej parze w stosowaniu NPR bez stresu.

Tak naprawdę w sytuacji trudności w etycznym postępowaniu zawsze mamy dwie możliwości: albo pójść na skróty, dając sobie taryfę ulgową, albo drogę per aspera ad astra- taką z wyższej półki. I podejmowania wyzwań pójścia tą drugą drogą wszystkim czytelnikom powyższego tekstu życzę.



Jeśli chcielibyście zadać Magdzie jakieś pytanie, piszcie: chrzescijanskamama@gmail.com .