czwartek, 14 lutego 2019

zwyczajność

Błogosławiony bądź, Boże mojej codzienności
Boże rzeczy zwyczajnych,
Boże nie tylko Abrahama, Izraela, Jakuba
nie tylko Faustyny i Wielkiej Teresy
ale też każdej Anki, Marysi czy Kasi,
które w żaden sposób nie zapisały się w historii świata.

W żaden sposób oprócz miłości...



Lubię moją zwyczajność. Ciepły szlafrok, w którym siedzę, pisząc te słowa. Ulubiony kubek z ulubioną kawą, której zawsze mi mało. Leniwą modlitwę, która łączy te wszystkie elementy. I one nie stają się przez to mniej zwyczajne. Po prostu - więcej w nich światła. I jakiejś takiej lekkości nie do opisania.

Całkiem niedawno zaczytałam się w jednej z wielu dyskusji dotyczących zagrożeń duchowych, potencjalnych amuletów i takich tam. Nie znam się, pewnie czytam za mało pobożnych pism, a na youtubie oglądam tylko Nie Ma Go Tu, i to mój błąd. Nie jestem na czasie. Ale chyba nigdy nie byłam, bo nie umiem odnaleźć się w poszukiwaniach achów i ochów (tych pozytywnych i negatywnych). Może się mylę, ale widzę w tym pogoń za "cudownością". I chyba nawet rozumiem, że niektórzy mają taką potrzebę. Do mnie jednak Bóg mówi inaczej. Bóg mojej codzienności, Bóg rzeczy zwyczajnych, jest dyskretny jak cichy wielbiciel (nie tylko w Walentynki). Dzięki temu doświadczam cudów na co dzień - tyle że w tych cudach nie ma niczego nadzwyczajnego. "Mędrca szkiełko i oko" od razu znalazłoby na ich wytłumaczenie milion dowodów. Ale ja ich nie potrzebuję, bo zgadzam się, że to rzeczy zwyczajne. Tyle że mi ta zwyczajność wystarcza.

Zwykła łza po spowiedzi. Zwyczajny poranek pachnący herbatą i jajecznicą (no ok, dla mnie kawą). I bałagan w kuchni. Zwyczajna Biblia, ze słowami które pozornie też wydają się zwyczajne, a jednak mają moc dotykania mojego serca nie dlatego, że akurat wylosowałam takie naj naj, ale dlatego, że daję im czas. I ciszę - zwyczajną. Zwykła Eucharystia w zwykłym kościele - niesamowita nie z powodu sławnego kaznodziei, ale dlatego, że mogę w jej czasie spotkać Boga. W zwyczajnym kawałku chleba...

Mój Bóg jest potężny w mocy swej, cytując klasyka ;) Jest Stwórcą i Artystą w jednym - skoro wymyślił nie tylko budowę atomu, ale i wszystkie kolory zachodzącego słońca. Jest Miłością, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje. Jest Miłością, która po trzydziestu latach zwyczajnego życia w Nazarecie i trzech latach głoszenia Dobrej Nowiny gdzieś na totalnej prowincji, dała się ukrzyżować...

Mój Bóg jest Bogiem rzeczy zwyczajnych. Nie dlatego, że nie umie inaczej, ale dlatego, że właśnie tam możemy się spotykać najczęściej i najpełniej. Bo mój Bóg nie jest Bogiem od święta. Nie jest Bogiem jednego cudu i wielu wspomnień "ech, jak to kiedyś było cudownie". Jest tu i teraz, zawsze. Idzie krok w krok ze mną i - mam nadzieję - nie obraża się, gdy piję z Nim kawę.

Czy to nie jest cudowne? :)

poniedziałek, 11 lutego 2019

Sosna karłowata

Najwyższa Boga dobroć, niezmierzona miłość, i serce ojcowskie
chętniejsze są do udzielania nam doskonałości,
niż my do jej szukania.
św. Ignacy „Maksymy…”

Powyżej pewnej wysokości w górach można spotkać jedynie karłowate odmiany drzew iglastych, czyli powszechnie wszystkim znaną kosodrzewinę lub gatunki jej pokrewne, jak syberyjską sosnę karłowatą. Jej widok nie dziwi – jest to przecież forma dostosowania się do niekorzystnych warunków.

Pomyślałaś kiedyś, że z twoim sercem może być podobnie?

Jezus w jednej z przypowieści wspomina o tym, że drzewo poznajemy po owocach (por. Mt 7,15-20). Czasem jednak owoców nie ma, jest ich bardzo mało lub są niedobre. W takich chwilach rozliczamy same siebie skrupulatniej niż księgowa z tytułem pracownika miesiąca w firmie windykacyjnej. Dużo rzadziej pytamy siebie o przyczynę takiego stanu rzeczy.

A gdyby drzewo, o którym mówi Jezus, doświadczyło silnego mrozu? Gdyby smagały je zimne wiatry lub gdyby nikt nie zapewnił mu wystarczającej ilości wody w upalne dni? Wtedy mogłoby się z nim stać to samo co z górską kosodrzewiną. Mogłoby przestać rosnąć lub pomimo pięknych kwiatów nie miałoby możliwości zawiązania owoców.

Odkreślamy kolejne daty w kalendarzach. Zmieniamy garderobę – z młodzieżowej na kobiecą, z tej w mniejszym rozmiarze na nieco większą lub odwrotnie. Wchodzimy po kolejnych szczeblach edukacji i kariery. Lustro mówi nam to samo co dowód osobisty i kalendarz – jesteśmy starsze, dojrzewamy, rozwijamy się. Jestem jednak przekonana, że w sercu każdej z nas są takie przestrzenie, w których pozostałyśmy dziećmi. I nie chodzi mi tu wcale o pozytywne aspekty związane z postawą dziecka, takie jak ufność czy prostota.

W każdej z nas są gałązki, które nie przynoszą owocu, bo ich wzrost został zahamowany. Zraniono nas tak mocno, że w głębi serca wciąż jesteśmy małymi dziewczynkami, przerażonymi, samotnymi, bezradnymi. Na zewnątrz maskujemy to uśmiechem, bierzemy sprawy w swoje ręce i działamy. A jednak przychodzą chwile, gdy płaczemy bez powodu albo jedno niewinne słowo, wypowiedziane przez kogoś bez złych intencji, psuje nam cały dzień. Są też momenty, w których z ogromną tęsknotą wołamy do kogoś, do kogokolwiek, kto mógłby choć trochę pomóc nam oswoić samotność czy powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Czasem najważniejsze życiowe decyzje, takie jak wybór powołania czy męża, podejmujemy właśnie z takich pobudek. To nasz głód pcha nas do nieracjonalnych wyborów (i nie, żadna z nas dobrowolnie się do tego nie przyzna). Dokonuje ich nie dorosła, ukształtowana i świadoma siebie kobieta, ale dziecko, które doświadczyło dotkliwego braku.

Możesz mieć dwadzieścia, trzydzieści lub czterdzieści lat, a w jakiejś przestrzeni życiowej reagować dokładnie tak samo jak zapłakana siedmiolatka – i nie rozumieć, dlaczego tak się dzieje. Możesz też wkładać mnóstwo wysiłku w rozwój duchowy, a mieć wrażenie, że nic w twoim życiu się nie zmienia. Nie zawsze przyczyną będzie to, o czym piszę, ale pomyśl o tym teraz – które gałązki w twoim życiu uginają się nie pod ciężarem dorodnych owoców, lecz pod ciężarem łez, powracającego wciąż poczucia krzywdy i żalu? Które z twoich pragnień i marzeń zdążyły wykiełkować, bo przecież potrafiłaś się nimi cieszyć, lecz później zostały zagłuszone, stłamszone i zupełnie skarłowaciały?



Poczucie spełnienia, przekonanie, że życie ma sens, i radość z owoców własnych wysiłków (nie tylko w sferze dotyczącej ducha) to nie prosty efekt działania, w której po jednej stronie są twoje dobre chęci, a po drugiej gwarantowany sukces. Aby dobre drzewo przyniosło dobre owoce, potrzeba wielu czynników. Nikt nie wie tego lepiej niż ogrodnik. To przecież właśnie z ogrodnikiem pomyliła Jezusa Maria Magdalena. Może nieprzypadkowo Jezus chce pokazywać nam się właśnie z tej strony, zapewniając, że potrafi zadbać o nasz wzrost w sposób najlepszy z możliwych. I że naprawdę się na tym zna....

To fragment mojej książki "Pogoda ducha". Do 14.02 na moim profilu facebookowym trwa konkurs, w którym można wygrać 3 egzemplarze książki - zapraszam :)

czwartek, 31 stycznia 2019

wspomnienie szczególne

Od czasu do czasu Facebook wyświetla mi jakieś wspomnienia. Tego jednak przypomnieć nie mógł, bo nikt na świecie całym nie wie, co działo się we mnie dokładnie 7 lat temu. A ja pamiętam. Pamiętam dobrze.

Siedziałam na twardej szpitalnej ławce. Twardości nie łagodził nawet ciepły i miękki szlafrok. Może i dobrze - dzięki temu mocniej czułam otaczającą mnie rzeczywistość. Siedziałam w głębi korytarza, w takim miejscu, w którym nie byłam widoczna. Wsłuchiwałam się w kroki pielęgniarek, płacz dzieci i dochodzące z daleka rozmowy kobiet. I czekałam.

Szpitalne korytarze zbudowane są głównie z czekania. Mają niezwykłą właściwość: oswajają brak cierpliwości. Tutaj czas płynie inaczej, a rzeczywistość składa się tylko z przed i po. Ze wspomnień i z oczekiwania. I z nadziei, bo to umiera ostatnia i wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma.

Siedem lat temu wrosłam w jeden ze szpitalnych korytarzy i nie umiałam spojrzeć w przyszłość. Bałam się. Bałam się tego, że lekarze nie mówią mi wszystkiego, co powinnam usłyszeć. Obawy były uzasadnione, bo po amniopunkcji ciężko było mi z nich cokolwiek wyciągnąć, a podsłuchane rozmowy o stopniu rozwoju płuc u mojego syna sprawiły, że bardzo gorliwie poszukiwałam odpowiedzi u wujka Googla. A wiecie - to nie pomaga. Nie pomagały też inne pytania - o to, jak bardzo będzie bolało. Ile nieprzespanych nocy przede mną. Czy dam radę, skoro w domu czekała na mnie jeszcze domagająca się uwagi dwulatka. Te pytania nie przynosiły ze sobą żadnej odpowiedzi. Tylko łzy spływały mi po policzku.

Nie było też nikogo, kto mógłby powiedzieć mi te proste słowa: że będzie dobrze. Że jakkolwiek będzie, damy radę. Że nie przesadzam i mam prawo się bać. Byłam tylko ja, szpitalny korytarz, bardzo dobrze znane przed i kompletnie nieznane po.

I wtedy wśród piosenek, które słuchałam, próbując zagłuszyć mój lęk, pojawił się ten: Moje uwielbienie. I słowa, które przyniosły ukojenie:

Kryjesz w swojej dłoni świat,
Delikatnie jak puch.
Swoją ręką chronisz go.
Chociaż jest pełen kłamstw i ludzkich wad,
Jak dziecko tulisz go.
Ty usłyszysz cichy płacz, 
Kiedy inni się śmieją,
I ukoisz ból, gdy inni ranią tak.
Ty uzdrawiasz swą miłością -
Leczysz nas...

Nie pamiętam, ile czasu spędziłam, wsłuchując się w te słowa. Pamiętam jednak, że towarzyszyły mi również dzień później i w kolejnych dniach. Już nie byłam sama. Już nie jestem i nie będę - nigdy.

Siedem lat później patrzę na bałagan w kuchni. Właśnie skończyłam robić biszkopt, niedługo zabiorę się za krem, a jutro rano na śniadanie zjemy tort. I nie będziemy mieli żadnych wyrzutów sumienia, a co! Siódme urodziny obchodzi się przecież raz w życiu.

Z pokoju docierają do mnie na przemian odgłosy dobrej zabawy, śmiechu, ale też kłótni i buntu. Tak już jest - to nasza codzienność, nieidealna, ale taka, która sprawia, że w coraz mniejszym stopniu słucham swoich lęków. Nadzieja jest lepszym doradcą.

Za chwilę ruszę się w końcu by posprzątać. Po domu rozchodzi się słodki zapach ciasta. A ja jestem wdzięczna. I śpiewam cicho, tak że pewnie tylko On to słyszy:

Moje uwielbienie ofiaruję Ci,
Tyle mogę Tobie dać.

Mam za co dziękować <3



sobota, 12 stycznia 2019

Chciałam napisać o WOŚP...

Chciałam napisać o WOŚP. O pompie insulinowej, którą od nich dostałam. O moich dzieciach w inkubatorze i o finansowanych przez Orkiestrę przesiewowych badaniach słuchu. Chciałam napisać o moich wspomnieniach sprzed lat ponad dwudziestu, kiedy było mi tak strasznie, strasznie zimno, ale dzielnie trwałam na posterunku i zbierałam datki do puszki. Zamiast naklejek mieliśmy wycięte z kolorowego papieru serduszka, które przyczepialiśmy szpilkami - to były trochę inne czasy. A miejscem, w którym mogliśmy się ogrzać, była salka parafialna.

Chciałam o tym wszystkim napisać, ale jestem zmęczona przepychankami. Wszystkimi przepychankami. Jestem zmęczona czytaniem o tym, że pan X powiedział to, a pan Y tamto. Jestem zniesmaczona wszystkimi manipulacjami, które się nam serwuje, przemycając je w atrakcyjnie wyglądającej informacyjnej papce. Wkurza mnie to, że z aferami kojarzy mi się nawet Brzechwa! Bo "dzik jest dziki, dzik jest zły...".

Dlatego nie będę pisać o WOŚP, choć nie ukrywam, że jutro na pewno włączę się w tę akcję, dorzucając od siebie kilka groszy i kilka ciepłych słów dla (zapewne zmarzniętych) wolontariuszy. Napiszę o czymś innym. Bez zbędnych komentarzy. Do przemyślenia.

Łatwo jest oceniać ludzi. Łatwo jest wywlekać takie fakty z ich przeszłości, które świadczą o tym, że są złymi ludźmi, a więc ich słowa, pomysły, działania automatycznie powinny zostać potępione. Tak stało się kilka dni temu, gdy na facebookowym profilu Chrześcijańskiej Mamy grafikę ze słowami Meryl Streep: "Minuta, w której zaczynasz myśleć, jak odbierają cię inni, jest minutą, w której przestajesz być sobą". Dowiedziałam się wtedy, że aktorka była obecna na imprezie organizowanej przez Planned Parenthood. No i oczywiście - jestem przeciwniczką aborcji! Nie popieram działalności ani Planned Parenthood, ani żadnej innej organizacji tego typu. Ale znowu - to nie o tym chcę pisać. Tylko o ocenianiu. O tej wszechwiedzy, która pojawia się w nas, gdy widzimy zachowanie innych i wyrokujemy: na stos!...

To zabrzmi mocno, ale nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była Meryl Streep. Gdybym urodziła się na innym kontynencie, w innej rodzinie, jako wyznawca innej religii. Gdyby mój narzeczony - jak narzeczony Meryl Streep - zmarł na raka. Gdybym gdzieś po drodze zgubiła Pana Boga. Nie wiem, jakich wyborów bym dokonywała. Lepszych niż ci, których mam pokusę oceniać? Daj Panie Boże! A jeśli gorszych?...

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym przyszła na świat w niepełnej rodzinie. Gdyby mój bunt nastolatka przybrał mniej grzeczną formę, niż to się stało w moim przypadku. Gdybym mieszkała w jakiejś wiosce na końcu świata albo pośrodku miejskiej pustyni. Gdybym była dzieckiem patologicznie zaniedbanym albo otoczonym patologiczną nadopiekuńczością.

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była tym młodym gościem na Woodstoku, który po prostu przyjechał posłuchać tam dobrej muzyki. Albo tym, który upił się w sztok i bełkotał do kamery. Albo wykrzykiwał swój bunt, przyzwyczajony do tego, że gdy mówi szeptem, nikt go nie słyszy. Więc krzyczy: głosem, zachowaniem, ubiorem. Nie wiem.

A Ty - wiesz?
Jesteś tego pewna?

poniedziałek, 31 grudnia 2018

brać z życia mniejszą łyżką

"Brać z życia mniejszą łyżką" - przeczytałam to zdanie w jednym z wywiadów na temat życia na kredyt i od razu bardzo mi się spodobało. Na co dzień jesteśmy przyzwyczajeni do innego podejścia. Z życia trzeba czerpać pełnymi garściami, a miarą szczęścia staje się ilość doświadczeń - podróży, spotkań ze sławnymi ludźmi i nadzwyczajnych przeżyć (i chyba często w podobny sposób traktujemy również przeżywanie naszej wiary).

Słysząc ostatnio w radio reklamy środków likwidujących skutki przejedzenia i pozwalających uniknąć kaca, pomyślałam, że bardzo komplikujemy sobie życie! Bo najprostszą metodą na uniknięcie złego samopoczucia po hucznej imprezie jest wypicie tyle, żeby fajnie się bawić, a jednocześnie dobrze trzymać się na nogach. Proste i trudne, czego pewnie większość z nas doświadczyła przynajmniej raz w życiu. I nie wiem, czy mamy szansę na łatwą zmianę nawyków tego typu, skoro nawet tak banalne "święto" jak Tłusty Czwartek wiąże się zazwyczaj z licytowaniem się, kto zjadł więcej pączków. Zauważyliście, jak mało osób mówi wtedy o ich smaku?...

Pomyślałam ostatnio, że życie smakuje lepiej, gdy bierze się z niego "mniejszą łyżką". Ale niemodne słowo "wstrzemięźliwość" nie ma siły przebicia. Stało się synonimem frajerstwa albo świadomie wybieranego unieszczęśliwiania się. Kiedy rozmawiałam o tym z moim mężem, zwrócił moją uwagę na to, że w tym wszystkim nie chodzi o posiadanie nadmiaru, chodzi po prostu o przyjemność. Tylko że owszem, wszystko jest dla ludzi, ale jedynie w określonej ilości. Nadmiar zawsze szkodzi, a jednak jest w nas coś takiego (i piszę również o sobie!) co sprawia, że chcemy na zapas, na wszelki wypadek i trochę więcej niż trzeba. Bo chwile przyjemności są ulotne i krótkie, a chciałoby się je za wszelką cenę przedłużyć. Więc jeszcze jeden pączuś. Jeszcze na drugą nóżkę. A co tam, raz się żyje...

Nie wiem, czy to z przekory, ale w nadchodzącym roku chcę MNIEJ. Mniej kupować i mniej marnować. Mniej czasu zapychać korzystaniem z internetu. Mniej gonić i skrócić listę tego, co koniecznie muszę zrobić, by pozwolić sobie w końcu na wewnętrzny luz.

Bardziej BYĆ. Wiem, to takie chwytliwe hasło za którym nie wiadomo, co się kryje. Dla mnie oznaczało to ostatnio więcej słuchania siebie. I leniwe wieczory z słuchawkami w uszach i kubkiem herbaty w ręku, z gapieniem się na choinkowe światełka i poczuciem, że w sumie to niewiele mi potrzeba do szczęścia. Nie muszę za nim gonić, nie muszę temu szczęściu stawiać poprzeczki bardzo wysoko, jeszcze wyżej niż w zeszłym roku. A nadchodzący rok wcale nie musi być witany głośniejszymi fajerwerkami niż 365 dni temu.



Ja w tym roku chcę nauczyć się chcieć MNIEJ i chcieć MĄDRZEJ.  Na dobry początek. Reszta przyjdzie powoli, w tempie jakie podyktuja nie moje przekonania o tym co muszę i co wypada, ale prawdziwe pragnienia. I to jest właśnie to "więcej", którego chcę w nadchodzącym roku - więcej odkrywania tego, co noszę w sobie. Bo to tam jest przepis na moje prawdziwe szczęście, takie za jakim nie trzeba gonić.

Takiego właśnie Nowego Roku chcę Wam dzisiaj życzyć - szczęśliwego. Prawdziwie.

źródło grafiki: https://pl.pinterest.com/annam3330/

piątek, 28 grudnia 2018

Punkt podparcia

Dla niektórych to niezrozumiałe albo śmieszne - bo pierwszy dzień stycznia to dzień jak każdy inny, a dobre postanowienia rzadko niosą ze sobą konkretną zmianę. A jednak nie umiem inaczej - nie umiem udawać, że koniec roku to nic nadzwyczajnego. Przecież przewracam ostatnią kartę w kalendarzu. Przecież zmienia się zapisywana przeze mnie data, choć przez najbliższe dni będę się jeszcze mylić i pisać uparcie"2018". Przecież patrzę z nadzieją nie tylko w przyszłość, ale i za okno, bo dzień zaczyna się wydłużać i ...byle do wiosny.

Tylko ode mnie zależy, czy w najbliższych dniach zapełnię karty notatnika nierealnymi postanowieniami, których nie mam szansy zrealizować, czy też po prostu spojrzę na miniony czas i na siebie z miłością. Bo to miłość ma szansę podpowiedzieć mi, co mogę zmieniać w sobie, by moje życie stawało się nie tyle bardziej doskonałe, co wypełnione coraz większą wolnością.

Mam wrażenie, że niekiedy moje próby naprawienia swoje życia wyglądają tak:



Naprawianie życia razem z Bogiem nie oznacza jednak, że najpierw muszę odprawić jakiś tajemny rytuał, odmówić pięć litanii, dwie koronki i przejść na kolanach trasę szlakiem znanych sanktuariów. Powiedzenie Mu: "Zdaję się na Ciebie, działaj według własnego planu" nie oznacza też, że nagle spadnie na nas grad nieszczęść i przeciwności, przez które On będzie chciał nas zahartować i sprawdzić naszą wiarę i wytrwałość. Bo On naprawdę nie jest kimś, kto chciałby ukraść nasze szczęście. Jest za to kimś, kto widzi i wie więcej. I gdy mówi: "Przyjdź do mnie, gdy jesteś utrudzony i umierasz ze zmęczenia, a ja dam Ci wytchnienie i prawdziwe życie" (por. Mt 11,28) to mówi szczerze. To nie podstęp, nie tani chwyt marketingowy z dopiskiem drobnym druczkiem, ale zaproszenie.

Doświadczenia ostatnich kilku tygodni pokazują mi, że warto zapytać Jego o to, od czego zacząć porządkowanie swojego życia. Mnie często kusi, żeby naprawiać wszystko na raz albo przynajmniej zacząć od tego, co największe, najtrudniejsze albo co mi najbardziej zawadza. I czasem właśnie tak robię. I czasem nawet coś się zmienia, a ja czuję jak bardzo - oooooj jak bardzo - musiałam się natrudzić i napracować. I biorę się za kolejną rzecz, a potem wracam do tego, co na jakiś czas zostawiłam odłogiem. Kręcę się tak w kółko, dźwigając na swoich barkach coraz większy ciężar...

Pamiętacie Archimedesa? "Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię" - miał powiedzieć, próbując wyjaśnić działanie dźwigni. Bo przecież jeśli w odpowiedni sposób zastosuje się dźwignię odpowiedniej długości, można unieść ogromny ciężar z zastosowaniem stosunkowo niewielkiej siły. Trzeba tylko wiedzieć, jak to zrobić...

W ciągu ostatnich tygodni przekonałam się, że czasem taką właśnie podpowiedź daje mi Pan Bóg: podpowiada, od czego zacząć. Bo czasem jest tak, że jedna zmiana pociąga za sobą kolejne, jedna dobra decyzja prowadzi do zupełnie innego spojrzenia na świat i siebie. To z kolei rodzi nowe pragnienia - autentyczne i pełne mocy. A że "dla chcącego nic trudnego", siła pragnień staje się motorem napędowym do kolejnych zmian. I czasem są tak zmiany tak duże, że porusza się Ziemia - albo przynajmniej trochę zmienia się nasz świat...

W jaki sposób to zrobić? Od czego zacząć? 

Nie wiem. Ale On to wie. Dlatego dzisiaj na zakończenie proponuję Ci nie puentę, lecz nowy początek. Proponuję spotkanie z Jego Słowem. Jeśli chcesz, zapraszam Cię do modlitwy - do spojrzenia wraz z Jezusem na miniony rok i pełnego odwagi spoglądania w przyszłość.

(Łk 2,16-21)
Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie [Matki].

Zanim rozpoczniesz modlitwę, skup się na tym, gdzie jesteś i z Kim za chwilę będziesz rozmawiać. Wycisz się, postaraj skupić się na Jezusie.

Zacznij od znaku krzyża świętego.

Proś Jezusa, aby wszystko, co będzie działo się w czasie medytacji (twoje uczucia, wspomnienia, zamiary i decyzje) prowadziło cię do Niego. Proś, by On sam prowadził tę modlitwę.

Przeczytaj jeszcze raz tekst Ewangelii. Zanim wejdziesz w rozważanie konkretnych treści, które cię poruszają, zatrzymaj się przez chwilę w Betlejem.  Daj sobie chwilę na to, by patrzeć na Świętą Rodzinę i zwróć uwagę na uczucia, jakie się w tobie pojawiają.

W tej modlitwie proś szczególnie o mądrość i podejmowanie dobrych decyzji 

1. „Nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki.” Boży plan wypełnia się w każdym szczególe, a po narodzinach w mieście Dawida, Dziecko otrzymuje imię, jakie zostało dla Niego wybrane jeszcze przed narodzeniem. Podobnie jest z Tobą. W Bożym zamyśle istniałeś od zawsze, od zawsze też Bóg z czułością i miłością wypowiadał Twoje imię. Spróbuj usłyszeć Jego głos, gdy zwraca się do Ciebie po imieniu.
Być może też wiele razy słyszałeś o tym, że jesteś częścią Bożego planu i że On ma najlepszy pomysł na Twoje życie. Spróbuj spojrzeć na te słowa nie jak na slogan i znane hasło ewangelizacyjne, ale jak na coś, co dotyczy konkretnych sytuacji Twojego życia. Może ubiegły rok przyniósł doświadczenia, których na początku nie rozumiałeś, ale które z czasem doprowadziły do większego dobra? Może Bóg w jakiś sposób zaskoczył Cię swoim prowadzeniem, pokazał że w życiu chrześcijanina nie ma przypadków? Proś Go, by pokazywał Ci, w jaki sposób troszczył się o Ciebie i prowadził Cię w ostatnim czasie i uciesz się tym.

2. „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.” Wyobraź sobie, jak wyglądał w życiu Maryi ten rok, w którym urodziła Jezusa. Jej życie zmieniło się w tak niesamowity sposób w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Maryja prowadziła bardzo zwyczajne życie, a potem nagle zaczęła uczestniczyć w wydarzeniach, których nie była w stanie pojąć. Jej reakcją była modlitwa, rozważanie tych spraw w swoim sercu, nie tylko po to, by po ludzku zrozumieć co się dzieje, lecz by spojrzeć na to z Bożej perspektywy. Taka postawa przygotowała ją do tego, by wiele lat później pójść drogą wiodącą na Golgotę, w absolutnej wierności Bożej woli.
Na początku nowego roku masz być może swoje plany i postanowienia. Opowiedz teraz o nich Jezusowi, a potem zapytaj, w jaki sposób On patrzy na to, co przed Tobą. Zapytaj, jakie są Jego plany i pragnienia.

Na koniec porozmawiaj z Jezusem o tym, co pojawiało się w Twoim sercu w czasie tej modlitwy.


Zakończ odmawiając „Ojcze nasz”.


piątek, 30 listopada 2018

Adwentowe zasłuchanie....


Adwent na bogato! Tak pomyślałam, przeglądając przeróżne propozycje na ten czas. Chciałam je dla Was zebrać w jednym miejscu, zapraszając do wybrania tego, co podpowiada Wam serce. O moim sercu też dziś będzie trochę, ale nieco później... :)


Tymczasem - kilka propozycji pogrupowanych tematycznie.

Dzieci:

- Na stronie  Spotkanie z Chrystusem znajdziecie w Adwencie propozycję zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, w tym intrygująco brzmiący cykl: "Szkoła rodzenia z Józefem i Maryją" oraz bajki z Serduszkiem Stefankiem w roli głównej. Myślę że warto regularnie zaglądać na profil na FB i wybrać coś dla siebie.

- Kasia Marcinkowska przygotowała podobnie jak w zeszłym roku adwentową propozycję dla dzieci i ich rodzin - uRodziny Jezusa. Jest to program na każdy dzień i zaproszenie do poznawania historii od stworzenia świata do narodzin Jezusa. Pomagają w tym naklejki, czyli coś, co dzieci uwielbiają :)

- Jeśli chcielibyście skorzystać z nagrań o tematyce związanej z Adwentem, zapraszam na stronę Modlitwy w drodze. Nagrania pochodzą wprawdzie z zeszłego roku, ale są jak najbardziej aktualne forever :) może więc komuś przyda się powtórka? :) Adwentowy Kącik dla dzieci znajduje się tu - klik.

- Adwentownik to kolejna propozycja dla dzieci i ich rodzin. Wygodny format, przejrzystość i piękna szata graficzna to jego niewątpliwe atuty - dla mnie ważna jest też prostota. Popatrzcie sami:



Założę się, że oprócz ciekawostek i postanowień, atrakcją dla moich dzieci będzie samo przekładanie kolejnej strony i odliczanie czasu do Wigilii... i chyba własnie o to chodzi, prawda? :)


- Jeszcze jedną propozycją na ten czas (choć nie tylko) jest książka Wydawnictwa Zacheusz - Bóg na Jaśminowej. Mam przyjemność być patronem prasowym tej książeczki i szczerze polecam ją wszystkim, którzy chcieliby w prosty sposób zapoznać dzieci z kerygmatem.




Mamy (i nie tylko):


- "Weź mnie za rękę, pobiegnijmy" to adwentowa propozycja Sióstr od Aniołów



Jeśli macie ochotę zagłębić się w Pieśń nad Pieśniami, to śmiało zaglądajcie na stronę Sióstr :) "Będziemy spotykać Boga Żywego, obecnego zarówno w Oblubieńcu jak i w Oblubienicy. 
W tym Adwencie spróbujmy przeczytać całą Pieśń nad pieśniami, niezależnie od wprowadzeń. Możemy sięgać do w różnych tłumaczeń, wydań, bo każde z nich wnosi świeży powiew Ducha. Na czas Adwentu przenieśmy się sercem do Ziemi Obiecanej, wykorzystując wszelkie dostępne nam środki – zdjęcia, filmy, muzykę, zapachy..." Brzmi obiecująco, prawda? :)


- Agnieszka ze strony Domowe Zawirowania zaprasza na Święta Pełne Spokoju. Na swojej stronie pisze: "Kiedy byłam już bardzo zmęczona tym, że jest coraz mniej bliskości i radości w naszym domu, podjęłam desperacką próbę: zrobię coś z tym sama albo będę żyła w ciągłej frustracji i poczuciu samotności. Odnalazłam wtedy klucz do przemiany: powrót do mojego SERCA." 

- Na stronie Dom dobre miejsce znajdziecie kolejną propozycję - adwentową ścieżkę rozwoju dla mam. Autorka zachęca do refleksji i ćwiczeń, mających na celu rozwój relacji z Bogiem, sobą i bliźnimi. 

MamySię to z kolei kalendarz adwentowy dla singli i narzeczonych. Na stronie znajduje się plik do pobrania oraz zachęta do przeżycia adwentowego oczekiwania ze Słowem Bożym :)

- Adwent z Maryją proponuje  uBOGAcONA - Kasia zaprasza nas do wsłuchania się w słowa Maryi. Powiem szczerze, że to bardzo współgra z tym, co sama noszę w sercu, będę więc pewnie do Kasi zaglądać. I zasłuchiwać się :)

Ja

No właśnie - jakie są moje plany? Na pewno w przeżywaniu Adwentu pomoże nam wspomniany już Adwentownik oraz Kalendarz Adwentowy przygotowany przez Parenti. Bardzo podoba mi się pomysł - bo jest prosty i skupia na Słowie. Każdy dzień to fragment czytań i zadanie albo postanowienie adwentowe. Do tego piękne zdjęcia :)






Bardzo serdecznie zapraszam Was również do Internetowego Domu Rekolekcyjnego na rekolekcje adwentowe w nieco innej formie: "Będziemy towarzyszyć trzem Siostrom: Wierze, Nadziei i Miłości. Są one niezawodnymi przewodniczkami, z nimi niepodobna zbłądzić.
Te Siostry, wśród których największa jest Miłość, zawsze idą razem. Próba rozdzielenia ich sprawia, żeznikają wszystkie. Drogą, po której kroczą jest wolność, dlatego i my zapraszamy do przejścia drogi rekolekcji, w czasie których będzie mało treści i wiele wolności." Te rekolekcje na pewno pochłoną najwięcej mojej uwagi i serca, będę miała bowiem w nich swój mały wkład, z czego bardzo się cieszę.... :)



Jezus.


W natłoku informacji może umknąć to, co najważniejsze - że nawet najbardziej pobożne słowa nie mają prowadzić tylko do jeszcze bardziej pobożnych słów. I że w tym wszystkim nie chodzi ani o uniesienia serca, ani o wielkie emocje, ani o wypełnienie wszystkich adwentowych postanowień. Cokolwiek będzie się działo w tym czasie, ma nas prowadzić do Niego. Tylko tyle. I aż tyle...

Łatwo o Nim zapomnieć nie tylko w przedświątecznym zamieszaniu, ale nawet w bardzo pobożnych działaniach... Szczerze mówiąc, sama się ostatnio właśnie tak trochę pogubiłam. Pomógł mi bardzo niespodziewanie Babilon i fragment Apokalipsy, od którego lektury pewnie uciekłabym, gdyby nie rozważanie zaproponowane z Internetowego Domu Rekolekcyjnego:

...I głosu harfiarzy, śpiewaków, fletnistów, trębaczy już w tobie się nie usłyszy. I żadnego mistrza jakiejkolwiek sztuki już w tobie nie odnajdą. I terkotu żaren już w tobie nie będzie słychać. I światło lampy już w tobie nie rozbłyśnie. I głosu oblubieńca i oblubienicy już w tobie się nie usłyszy... 

Znacie taki stan? Gdy brakuje Życia w życiu?... No właśnie. Czasem tak właśnie jest...

Może dlatego w tym roku w adwencie wybieram ciszę. Wybieram ją również tutaj, w sieci. Na Facebooku będą pojawiać się zaplanowane wcześniej grafiki i trochę muzyki (pięknej :) ) którą będę chciała się z Wami w tym czasie podzielić. Poza tym zamierzam jednak zrobić trochę więcej przestrzeni Życiu. Tak aby ożyła w moim sercu muzyka i pieśń uwielbienia, by rozbłysło Jego światło, by miłość przemówiła swoim głosem... Pewnie pojawię się tuż przed Wigilią by złożyć Wam życzenia i odgruzować sekcję powiadomień na FB ;) do tego czasu jednak zapraszam do kontaktu mailowego: chrzescijanskamama@gmail.com.

A kto chciałby doświadczyć, że nie zawsze Boże Narodzenie kończy się stwierdzeniem "święta, święta i po świętach", tego zapraszam na Spotkanie Kobiet 27.12 - w kameralnym kobiecym gronie. Szczegóły na stronie wydarzenia  FB i w kontakcie mailowym :)

Pięknego oczekiwania dla Was! :)



niedziela, 18 listopada 2018

Przywilej.

Kiedyś może zobaczę ten Mount Everest, tak jak wymarzyłam. Tak, może kiedyś będzie szansa. I w sumie chyba myślę o tym tylko dlatego, że w Everest Base Camp jest teraz znajomy z liceum, a ja klikam "lubię to" zastanawiają się, dlaczego nie ma takiego oznaczenia jak "zazdroszczę". Chociaż gdyby była taka możliwość, czy na pewno przyznałabym się do tej zazdrości? Matce przecież nie wypada...

A jednak zazdroszczę czasem. Dalekich podróży, bo nam udało się wyskoczyć tylko na spacer do lasu. I wolnego czasu który można w tak konstruktywny sposób wykorzystać. Ja dzisiaj lukrowałam chatkę z piernika. Dzieci w tym czasie lukrowały stół, łokcie i ogon psa. A kolorowa cukrowa posypka rozsypana na podłodze sprawiła, że czułam się jak fakir! I nie cierpię tego, nie cierpię strasznie, gdy do skarpetek przykleją mi się małe drobinki. Choć jeśli mam być szczera, do skarpetek przykleja mi się ostatnio wiele rzeczy, bo nie wiem czy wspominałam, ale mamy szczeniaczka... Możecie sobie wyobrazić ;)

Oto więc moje wyzwania: godzenie pracy z prowadzeniem domu i prowadzenie domu tak, by nie było to tylko kolejne zadanie na liście obowiązków, lecz coś, co robię z sercem. Całą sobą. Dlatego te pierniczki już w listopadzie, bo listopadowa szaruga wręcz woła o ciepło i zapach cynamonu w domu. A że trzeba sprzątać? No cóż, to i tak neverending story, tak samo jak parowanie skarpetek, które zawsze są nie do pary. Matczyne wyzwania. Małe troski i małe radości. Takie zwyczajne. Zmieniające tylko niewielki kawałek świata, podczas gdy ja miałam zawsze apetyt na więcej! I mam wrażenie, że taki apetyt jest w każdej z nas.

Fajnie przecież robić coś nadzwyczajnego: organizować wielkie akcje ewangelizacyjne czy na dużą skalę  pomagać ubogim albo dzieciom z domu dziecka. Działać z rozmachem, nie dla rozgłosu, lecz żeby spojrzeć na owoce swojej pracy i z radością zauważyć: "No tak, plon stokrotny! Znowu. Wspaniale".

A u mnie znowu mizerny. Albo nie ma go wcale. U mnie znowu ziarenko ledwo kiełkuje, a zamiast tłumu głodnych, których mogłam nakarmić czy chorych, którzy doświadczyli uzdrowienia, jest stos prania i góra brudnych naczyń. Góra wyższa niż Mount Everest, bo nie do przeskoczenia przecież.

A jednak paradoksalnie czuję w sercu radość. No może poza tymi momentami w których wiecie... ta posypka i skarpetki, brrr. Ale na co dzień jest we mnie ogromna wdzięczność.

Bo dla innych nic z tym nadzwyczajnego, a ja czuję że mam ogromny przywilej patrzeć na to, jak dorastają moje dzieci. Jak z kruszynek, które nosiłam na rękach stają się niemowlakami, brzdącami, przedszkolakami. Jak dorastają i jak pięknieją. Bo czasem jest tak, że widok górskich szczytów zapiera dech w piersiach. Ale na co dzień taki sam zachwyt - a może większy, głębszy, dający ogromny pokój, zdarza się, gdy patrzę w te roześmiane oczy i słucham chichotania nad poranną jajecznicą. O tym stosunkowo rzadko się mówi, gdy opisuje się rodzicielstwo. Dużo częściej słyszę słowa "wyrzeczenie", "zmiana", "wyzwanie". I to jest prawda, oczywiście, ale prawda niepełna. To tylko część spojrzenia na przygodę bycia mamą i tatą.



Może generalizuję, ale współczesny świat chyba boi się życia. Tak dosłownie. Słyszę czasem, że dziecko przeszkadza w rozwoju zawodowym (swoją drogą, nie zauważyłam) czy wyklucza podróżowanie (no chyba że jest się tak wyrodną matką jak ja i pcha się w Tatry z półtoraroczniakiem i trzylatką). Ogranicza i utrudnia. I tylu wyzwań nie można podjąć, tylu pożytecznych rzeczy zrobić dla społeczeństwa czy dla siebie, dla samorozwoju. Nie macie wrażenia, że właśnie taki komunikat sączy się czasem bardzo dyskretnie w nasze uszy?

Rozmawiałam dziś chwilkę z Martą, mamą trójki. Edit: mamą trójki od tygodnia, co oznacza gromadkę małych dzieci domagających się uwagi i - jak się domyślam - niewyspanie i zmęczenie. Co odpowiedziała na pytanie, jak u niej?

"Jest pięknie! Bycie mamą trójki uczy tego, żeby nie liczyć, ile było pobudek w nocy i ile razy w ciągu dnia karmię. Czuję taką wolność!"

A ja tylko się uśmiechnęłam. Bo są takie szczyty, za których zdobycie nie otrzymamy żadnego medalu. Są wyzwania, które nie zachwycą nikogo oprócz nas i oprócz Tego, który zdecydował się przyjść na świat jako zwyczajne, bezbronne Dziecko. I są wysiłki, które w naszych oczach nie przynoszą żadnych owoców. Za to w oczach Boga, który ceni wierność w małych rzeczach, to coś więcej niż plon stokrotny. To nieskończoność, bo jak inaczej zmierzyć miłość?

piątek, 16 listopada 2018

Księżniczka czy królewna?


Czekoladowe góry, drzewa z waty cukrowej i różowe chmurki na błękitnym niebie - tak niekiedy wyglądają dziecięce sny. Są w nich pałace pełne księżniczek i dzielnych rycerzy. Są też niekiedy duszne ciemności, potwory i czyhające na każdym kroku zasadzki. Po jakimś czasie opuszczamy dziecięcy pokój, ale tak naprawdę - czy nie zabieramy ze sobą jakiejś części dziecięcych snów? Nadziei na szczęśliwe zakończenia? I lęków, które nie umiemy ubrać w słowa?

Ja dzisiaj chciałabym przypomnieć sobie jeden z dziecięcych snów - ten o księżniczce i księciu na białym koniu. Chciałabym pójść w nim krok dalej niż wtedy, gdy miałam pięć czy dziesięć lat. Chciałabym mniej skupić się na księciu z bajki, a bardziej - na kobiecie, którą wciąż w sobie odkrywam.

Jak mała dziewczynka

Kiedy ostatnio zostałam potraktowana w niesprawiedliwy sposób, poczułam jak narasta we mnie gniew. Pozwoliłam sobie nazwać wprost to wszystko, co mnie bolało: brak szacunku, lekceważenie i arogancję. Zaraz potem jednak miałam ochotę tupać nogami, krzyczeć ze złości i szukać odwetu. Ja nie tylko czułam się skrzywdzona. Ja chciałam wykrzyczeć całemu światu, że ktoś się względem mnie pomylił. Chciałam udowodnić, że jest inaczej - że jestem godna szacunku. I że mam rację.

Po chwili jednak uświadomiłam sobie, że choć chcę dawać sobie prawo do odczuwania emocji, również tych trudnych, nie chcę reagować na nie tak, jak mała rozzłoszczona dziewczynka. W sytuacji, w której uderza we mnie zło - czyjeś działania albo złe słowo - mam prawo się bronić, ale nie muszę krzyczeć i bić się z każdym, kto kwestionuje moje zdanie. Mogę wyrażać siebie, a jednocześnie nie pozwalać, by to, na co nie mam wpływu (jak zachowanie czy opinia innych ludzi o mnie) działało na mnie niszcząco, przytłaczało mnie i pozbawiało radości.

Księżniczka czy królewna?
Królewna, jestem pewna.

Bajki mówią, że księżniczka czeka na księcia, który przyjedzie do niej na białym rumaku i zabierze ją w do krainy “żyli długo i szczęśliwie”. Ja coraz częściej przekonuję się, że czekanie na księcia z bajki nie przynosi niczego dobrego. I uwaga - absolutnie nie odnoszę się tutaj do głębokich relacji i związków. Piszę to jako szczęśliwa mężatka z kilkunastoletnim stażem. I jako mężatka jestem tym bardziej przekonana, że nie mogę uzależniać mojego szczęścia od nikogo i niczego z zewnątrz. Muszę odkryć je w sobie, jakkolwiek banalnie to brzmi. Muszę w sobie odkryć to, kim jestem. Muszę dostrzec, że jestem...królową.

Nie potrzebuję do tego księcia z bajki. Może trudno to przyjąć, ale do odkrycia w sobie królowej - kobiety pełnej godności, piękna, pełnej dobra i troski o siebie oraz innych - nie potrzebuję słów z zewnątrz. Nie potrzebuję pochwał, dowodów uznania, komplementów. One są miłe, owszem. Ale biada temu, kto od nich uzależni poczucie swojej wartości. Biada temu, kto na nich będzie chciał budować życie. Jeśli tak się stanie, utkwi na wieki w najwyższej, najbardziej samotnej wieży świata, wypatrując księcia z bajki. A potem kolejnego. A potem jeszcze jedno, by ostatecznie utwierdzić się w przekonaniu, że jest coś wart. Że jest wart uwagi, zainteresowania i miłości.

Aby poczuć się jak prawdziwa królowa nie potrzebuję też korony. Zbędna jest nawet odpowiednio królewska kreacja. To nie sukienka i nie pantofelki - nawet tak piękne jak te od Kopciuszka - dodają nam godności.

Aby poczuć się królową, muszę najpierw doświadczyć tego, że jestem księżniczką. Że mam Ojca, który jest Królem. Że płynie we mnie Jego Krew i że mam Jego wsparcie. Bo to od Niego mogę się uczyć - najpierw sposobu, w jaki patrzę na siebie. Potem sposobu, w jaki patrzę na świat i drugiego człowieka. Później z kolei - reakcji w sytuacjach, gdy świat i inni próbują mi wmówić, że jestem kimś innym, niż to czuję.



Moja siła jest w świadomości bycia ukochaną przez Kogoś, do kogo należy wszystko. Przy Nim mogę pozwolić sobie na chwile słabości. Nie muszę wiedzieć wszystkiego, bo tylko On jest wszechwiedzący. Nie muszę się na wszystkim znać i mam prawo popełniać błędy - bo On mi mówi, że to moje potknięcia nie definiują tego, kim jestem. To On to robi, mówiąc mi, że jestem jego Córką. Królewskim dzieckiem. Małą księżniczką, która może czuć się jak królowa - pełna godności, piękna, pełna dobra i troski o siebie oraz innych.





środa, 7 listopada 2018

Jeśli nic nie idzie dobrze, zadzwoń do babci.


Przyszłam na świat w stanie wojennym, niemal rok po tej smutnej niedzieli, która w pamięci dzieci zapisała brakiem “Teleranka”. Przyszłam na świat w momencie, kiedy na półkach sklepowych dostępny był tylko ocet. Brakowało wszystkiego. Przynajmniej tak ogólnie, bo tak naprawdę mi nie brakowało niczego. I to zasługa nie tylko moich Rodziców, ale też Dziadków, którzy od początku się o mnie troszczyli...

Pierwsze wspomnienia są jak chwilowe przebłyski. Babcia biegnąca za mną z wodą w czasie procesji Bożego Ciała, gdy jako kilkuletni szkrab sypałam kwiatki w czerwcowym upale. Dziadek, który chlapie się ze mną nad jeziorem, oswajając mnie z wodą. Ta lista jest długa, bo miałam to ogromne szczęście, że spędziłam i spędzam z moimi Dziadkami sporo czasu.

Z Dziadkiem jeszcze kilka lat temu szusowałam na nartach. Z Babcią odkrywałam zarówno tradycyjne, jak i nowe smaki w kuchni. Dzięki obojgu uwierzyłam w to, że zawsze trzeba próbować nowych rzeczy. Dziadek, który w tym roku skończył 80 lat, przesyła mi na maila pliki, które ma w chmurze (tak! dobrze czytacie!). A Babcia była pierwszą osobą, która zaserwowała mi sushi. Uczę się od nich tego, że uczymy się przez całe życie. I że prawdziwie młody jest ten, kto jest otwarty na nowe doświadczenia - niezależnie od tego, co znajduje się w jego metryce.

Jednym z najlepszych moich życiowych doświadczeń jest wakacyjna praca - właśnie u Dziadków. To tam naprawdę poczułam, że bez pracy nie ma kołaczy. Poznałam prawdziwą wartość pieniądza - o jak inaczej patrzy się na 10zł, na które trzeba zapracować niż na to, które spada nam z nieba albo wpada do portfela w ramach kieszonkowego… To lekcja na całe życie. A że razem ze mną pracował wtedy mój narzeczony, a potem mąż, jest to czas pięknych wspomnień - nie tyle beztroskich wakacji, co chwil w których można było poznawać, jak dobrze smakuje odpoczynek po solidnie wykonanej pracy. Wtedy była to tylko wakacyjna przygoda. Dzisiaj wiem, że to jedne z najcenniejszych chwil. Fantastyczne wspomnienia i czas, którego nie oddałabym za żadne skarby. Babciu, Dziadku - dziękuję!

Ciepło, miłość, troska. Pogotowie emocjonalne i infolinia dotycząca przepisów kulinarnych - można dzwonić niemalże o każdej porze dnia i nocy. Obecność i ramiona, które zawsze są otwarte, zawsze gotowe by przytulić - nieważne czy mam sześć czy trzydzieści sześć lat… Mam ogromne szczęście, że mogę tego doświadczać. I choć próbuję moją wdzięczność ubrać w słowa, wiem że nigdy nie znajdę odpowiednich… Może dlatego, że prawdziwej miłości nie da się ani wycenić, ani dobrze opisać. I chyba nie trzeba tego robić.



P.S. Dla tych, którzy chcieliby poczytać nieco więcej o dzieleniu się mądrością czasu, będzie na to szansa dzięki uprzejmości wydawnictwa WAM. Od dzisiaj do 12.11.2018 możecie dzielić się swoimi refleksjami i historiami, a do wygrania będą 3 egzemplarze fantastycznej książki:



Szczegóły na moim profilu na FB. Zapraszam.

niedziela, 28 października 2018

On mnie przyodział (Mk 10, 46b-52)

"Niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza"

Przez Ewangelie przewija się wiele postaci, których imion nie znamy. Tu natomiast pojawia się bardzo jasna informacja, zarówno o imieniu, jak i pochodzeniu niewidomego. Jest w tym określeniu jednak coś brutalnego. Pomyśl, że ktoś wita się z Tobą i mówi: "Cześć, jestem Bartymeusz z [tu wstaw niezbyt ciekawą dzielnicę miasta albo totalną prowincję], niewidomy żebrak". Mało zachęcające, prawda? Ale bardzo szczere.

Gdy słucham dzisiaj Bartymeusza, myślę że to właśnie uzdolniło go do równie szczerego wołania Jezusa. Wiedza o tym, kim jestem i jaki jestem, pozwala chyba na to, by jeszcze wyraźniej widzieć kim jest On - Rabbuni, Jezus z Nazaretu, Syn Jezusa.

Mogłabym bez problemu opowiedzieć nie tylko o tym, czyją jestem córką, ale również wnuczką i prawnuczką. Nie o taką wiedzę jednak chodzi. Bo przecież w pewnym sensie rodzę się nieustannie. Na to, jaka jestem, wpływają przeróżne doświadczenia - ekstremalna radość i szczęście, ale też zranienia, z których nie mogę otrząsnąć się mimo upływu czasu. Relacje, które zmieniły mnie na zawsze - i nie zawsze na dobre. Mogę temu zaprzeczać, mówiąc tylko: nie chcę taka być. Mogę też zrobić to, co Bartymeusz: spojrzeć prawdzie w oczy. Spojrzeć w oczy sobie. Powiedzieć: "Cześć, to ja, niewidoma żebraczka. To ja, którą trawi ogromny głód, lecz której duma nie pozwala się do niego przyznać..."

W jaki sposób opisałabyś siebie, gdybyś wiedziała, że możesz powiedzieć teraz absolutnie wszystko i nie zostaniesz wyśmiana ani odrzucona? Co powiedziałabyś o sobie, gdybyś wiedziała, że już nie musisz udawać, koloryzować, upiększać rzeczywistości?

Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! 

Bartymeusz wie, kim jest. Bartymeusz wie też, kim jest Jezus. "Ja, niewidomy żebrak, proszę o miłosierdzie Ciebie, Mesjasza!" - tak można by opisać jego wołanie.

Gdybyś na chwilę zapomniała o wszystkich mądrych książkach, w których czytałaś, o "najskuteczniejszych modlitwach" które miały naprawić Twoje życie... i  gdybyś wymazała z pamięci pobożne, lukrowane obrazki z Jezusem otoczonym tylko aniołami, a nie ludźmi - w jaki sposób byś się do Niego zwróciła? Jakich słów byś użyła? Kim jest dla Ciebie naprawdę? Nie według mądrych definicji z lekcji religii, ale według tego, co mówi Ci serce?

On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa.

Płaszcz. Dla biedaka to majątek. Można przykryć się nim w zimną noc, można się nim zasłonić nie tylko przed palącym słońcem, lecz odgradzając od ludzi. Płaszcz daje schronienie i namiastkę niezależności.

Zostawić płaszcz i zerwać się na nogi? Zastanawiam się nad tym, bo to powinna być przemyślana decyzja. Muszę przecież dbać o siebie - nikt inny tego za mnie nie zrobi. Muszę sama się o siebie zatroszczyć, a taki płaszcz- nawet szary, brzydki, pokryty kurzem - to już coś. To moje zabezpieczenie...

Mam więc wybór - zostać przy drodze, tu gdzie jestem. Ja, niewidomy żebrak, bezpieczny w świecie iluzji, które cenię na tyle mocno, by nie chcieć rewolucyjnych zmian. Albo ruszyć w drogę. W nieznane, choć jednocześnie za Nim - a o Nim, Jezusie z Nazaretu, przecież już trochę wiem. I doświadczyć tego, że On się o mnie troszczy.

I że mnie "przyodział w szaty zbawienia,
okrył mnie płaszczem sprawiedliwości,
jak oblubieńca, który wkłada zawój,
jak oblubienicę strojną w swe klejnoty."
(Iz 61,10

Co wybierzesz?


grafika: https://www.morningstarministries.org







piątek, 26 października 2018

Stereotypy (nie) do pokonania, czyli jak się kłócimy

Iskrzy między nami. Czasem romantycznie, gdy nadajemy na tej samej fali. A czasem wręcz przeciwnie, gdy iskra jest tylko zwiastunem wybuchu, po którym sypią się wyrzuty i wymówki.

Tak naprawdę przecież iskrzy między nami, bo Ktoś rozpalił w naszych sercach Miłość, choć niekiedy codzienne drobiazgi przesłaniają to, co najważniejsze. Może dlatego, że patrząc na siebie i słuchając swoich słów, mamy w głowach bogaty zestaw stereotypów?

I kto wie, może znacie niektóre z tych tekstów?

ON - Bo Ty znowu coś wymyśliłaś...

Przyznaję bez bicia. Wymyślam. Zajęcia pozalekcyjne dla dzieci, miejsca do odwiedzenia w wakacje i zestawy aktywności na deszczowe popołudnia. Wymyślam też jednak prezenty gwiazdkowe, odpowiedzi na dziecięce "nudzimisie" i obiady na zasadzie "coś z niczego". Przy tym wymyślaniu, faktycznie, muszę czasem zadziałać jak orkiestra dęta budząca drzemiącego misia ze snu zimowego. A miś zmienia się niekiedy w ryczącego niedźwiedzia...

ONA - Bo Ty mnie nigdy nie słuchasz...

Coś tam mówiła... Coś o nowej torebce, o tym co trzeba załatwić przed urodzinami, może faktycznie coś wspominała o tym torcie? Ale czy mam go zamówić, czy on już zamówiony i tylko odebrać? Wyłączyłem się w momencie opisywania koloru lukru i dodatków smakowych. Co? Że niby jej nie słucham? A kto potakuje ze zrozumieniem, gdy narzeka na zbyt blady kolor bluzki, która nie pasuje do spódnicy?! Kto cierpliwie uśmiecha się, gdy pyta o smak tortu urodzinowego?!! No przecież...!!!

ON
- Kochanie, jesteś wspaniałym kierowcą, ale może jednak to ja zaparkuję?...

ONA
- Naprawdę umierasz? Wezwać pogotowie? Przecież to tylko katar.

ON
- Dlaczego Twoje "pięć minutek" w przypadku robienia makijażu przeciąga się do czterech godzin?

ONA
- Jak to nie wiesz, czy mąka pszenna to mąka tortowa, gdańska czy krupczatka?

ON
- Ile można mieć par butów?! No ile?!

ONA
- Niedługo pomyślę, że kochasz samochód bardziej ode mnie...

To normalne. To ludzkie. To codzienne i nasze. Czasem aż korci, żeby pokiwać głową i stwierdzić: "No tak, on znowu..." - typowy facet. Albo typowa kobieta, bo przecież baby to tak zawsze... Tyle że tak naprawdę to osoba, którą kocham.  Ktoś, kto całkowicie mnie sobą zauroczył nie dlatego, że jest idealny, ale dlatego, że jest taki, jaki jest...

Ksiądz Krzysztof Grzywocz w jednym ze swoich nagrań zwrócił uwagę na to, by słuchając drugiego człowieka, widzieć w nim nie tylko swojego męża czy żonę. Bo w każdym mężczyźnie jest mały chłopiec, który czasem dochodzi do głosu. To w jego głowie rodzą się marzenia i niespodzianki, to on sprawia, że w oczach pojawia się błysk, a na ustach - uśmiech. Na tej samej zasadzie w każdej kobiecie jest dziewczynka, pełna uroku jak mała księżniczka, z sercem wypełnionym nienazwanymi tęsknotami. Jeśli nie damy im dojść do głosu, jeśli nie będziemy chcieli ich słuchać, może się za jakiś czas okazać, że człowiek, który żyje z nami pod jednym dachem, to już nie ta sama osoba. Że coś z nim umarło, że coś się w niej zmieniło...

Mały chłopiec, który pragnie zrozumienia. Mała dziewczynka, która chce kochać i być kochana. Gdyby w czasie kolejnej małżeńskiej sprzeczki pozwolić im dojść do głosu, może na kłótniach - tak jak na błędach - moglibyśmy uczyć się wspólnego życia? Skutecznie i bez ranienia najbliższych?

grafika: Vitaliy Deyenga, rzeźba: Alexanr Milov


czwartek, 11 października 2018

Bo tak nas wychowano


Jest luty. Na zewnątrz minus dwadzieścia, w sali zaduch. Czas na oddziale położniczym mierzy się inaczej niż wszędzie. Tutaj ważniejsze od zegarka są pory karmienia i drzemek. Obchód odbywa się o różnych godzinach, zawsze jednak przebiega tak samo. Wprawdzie nie stajemy na baczność przed łóżkami, za to szybko i sprawnie kładziemy się na hasło: "idzie ordynator". To, że właśnie przystawiłam dziecko do piersi nie ma znaczenia, ono może chwile popłakać. Teraz nie mieści mi się to w głowie. Wtedy nie pomyślałam nawet, żeby zaprotestować.

Ojczyznę kochać trzeba i szanować 
Nie deptać flagi i nie pluć na godło... - nucę, wspominając tę sytuację.

Bo tak nas wychowano.

Nie wiem, ile z Was czuje się podobnie. Nie wiem też, dlaczego tak się dzieje. W przedziwny sposób jednak wdrukowano we mnie mnóstwo komunikatów, które bardzo u ł a t w i a j ą   ż y c i e. Ułatwiają życie innym. Tylko i wyłącznie.

Czy przekonanie o tym, że mam być miła i lubiana, wyssałam z mlekiem matki? Czy ukształtowały je we mnie przeróżne doświadczenia przedszkolne i wczesnoszkolne? Spacerowanie pod rękę z koleżanką na przerwie (tak! były takie czasy! i fartuszki granatowe z falbankami!) w czasie, gdy chłopaki kopali piłkę na boisku? Czy może obrazki z telewizji, gdzie uśmiechnięta Miss Świata nie krzywiła się ani trochę mimo butów na taaaakim obcasie i z zaangażowaniem mówiła o tym, że jej marzeniem jest zmieniać świat na lepsze?

Nie narzekać. Brać na siebie więcej, niż spodziewają się inni. Wzbudzać podziw tym, że dźwiga się na swoich barkach cały świat. Pot z czoła ocierać rzadko i dyskretnie. Płakać romantycznie, bez szlochania i smarkania w rękaw. Dawać sobie radę - z uśmiechem, z wdzięcznością, z odwagą. I dostosowywać się do każdej sytuacji, najlepiej w taki sposób, by nie budzić niepokoju czy niechęci innych.

Takie myśli pojawiają się w mojej głowie, gdy jest mi ciężko. Serwuję je sobie jak automat. Nie wiem, jak to się stało, wiem jednak, że była to droga drobnych ustępstw. Słowo "chciałabym" zamieniałam na "wypada". Słowo: "jestem zmęczona" na "dam radę". Słowo "nie chcę" na "powinnam". A słowo "pragnę" wykreślilam ze słownika. Przestało być ważne.

Od jakiegoś czasu uczę się go na nowo. Trochę jak dziecko, które najpierw ćwiczy szlaczki, a potem odwzorowuje kształt liter, robię to powoli. I równie powoli dociera do mnie absurd tego sposobu myślenia, który sobie przyswoiłam. Bo gdy jestem zmęczona, to mam prawo być zmęczona. Gdy czegoś nie chcę, mogę to głośno powiedzieć. Albo powiedzieć cicho, lecz stanowczo i bez wyrzutów sumienia. A gdy założę buty na obcasach, mogę skrzywić się brzydko, pogrymasić i stwierdzić że wolę jednak trampki. Że je wybieram.
Że wybieram!

I że nie muszę być superbohaterką. Mogę być zwyczajna, zmęczona, bez humoru. Może mi się rozmazać makijaż, może mi się wymknąć niezbyt eleganckie słowo, mogę mieć wszystkiego dość. Mogę być sobą. Słabą, niepoukładaną, wzruszającą ramionami z obojętnością na widok kolejnego wyzwania, które według świata powinno wzbudzać mój entuzjazm. Albo cieszącą się z drobiazgów, których uroku nie dostrzega nikt oprócz mnie.

Cześć, gdzie uciekasz, skryj się pod mój parasol
Tak strasznie leje i mokro wszędzie
Ty dziwnie oburzona odpowiadasz: nie trzeba
Odchodzisz w swoją stronę, bo tak cię wychowali (T.Love "Wychowanie")

Nie da się temu zaprzeczyć. Ale da się to zmienić.