niedziela, 18 listopada 2018

Przywilej.

Kiedyś może zobaczę ten Mount Everest, tak jak wymarzyłam. Tak, może kiedyś będzie szansa. I w sumie chyba myślę o tym tylko dlatego, że w Everest Base Camp jest teraz znajomy z liceum, a ja klikam "lubię to" zastanawiają się, dlaczego nie ma takiego oznaczenia jak "zazdroszczę". Chociaż gdyby była taka możliwość, czy na pewno przyznałabym się do tej zazdrości? Matce przecież nie wypada...

A jednak zazdroszczę czasem. Dalekich podróży, bo nam udało się wyskoczyć tylko na spacer do lasu. I wolnego czasu który można w tak konstruktywny sposób wykorzystać. Ja dzisiaj lukrowałam chatkę z piernika. Dzieci w tym czasie lukrowały stół, łokcie i ogon psa. A kolorowa cukrowa posypka rozsypana na podłodze sprawiła, że czułam się jak fakir! I nie cierpię tego, nie cierpię strasznie, gdy do skarpetek przykleją mi się małe drobinki. Choć jeśli mam być szczera, do skarpetek przykleja mi się ostatnio wiele rzeczy, bo nie wiem czy wspominałam, ale mamy szczeniaczka... Możecie sobie wyobrazić ;)

Oto więc moje wyzwania: godzenie pracy z prowadzeniem domu i prowadzenie domu tak, by nie było to tylko kolejne zadanie na liście obowiązków, lecz coś, co robię z sercem. Całą sobą. Dlatego te pierniczki już w listopadzie, bo listopadowa szaruga wręcz woła o ciepło i zapach cynamonu w domu. A że trzeba sprzątać? No cóż, to i tak neverending story, tak samo jak parowanie skarpetek, które zawsze są nie do pary. Matczyne wyzwania. Małe troski i małe radości. Takie zwyczajne. Zmieniające tylko niewielki kawałek świata, podczas gdy ja miałam zawsze apetyt na więcej! I mam wrażenie, że taki apetyt jest w każdej z nas.

Fajnie przecież robić coś nadzwyczajnego: organizować wielkie akcje ewangelizacyjne czy na dużą skalę  pomagać ubogim albo dzieciom z domu dziecka. Działać z rozmachem, nie dla rozgłosu, lecz żeby spojrzeć na owoce swojej pracy i z radością zauważyć: "No tak, plon stokrotny! Znowu. Wspaniale".

A u mnie znowu mizerny. Albo nie ma go wcale. U mnie znowu ziarenko ledwo kiełkuje, a zamiast tłumu głodnych, których mogłam nakarmić czy chorych, którzy doświadczyli uzdrowienia, jest stos prania i góra brudnych naczyń. Góra wyższa niż Mount Everest, bo nie do przeskoczenia przecież.

A jednak paradoksalnie czuję w sercu radość. No może poza tymi momentami w których wiecie... ta posypka i skarpetki, brrr. Ale na co dzień jest we mnie ogromna wdzięczność.

Bo dla innych nic z tym nadzwyczajnego, a ja czuję że mam ogromny przywilej patrzeć na to, jak dorastają moje dzieci. Jak z kruszynek, które nosiłam na rękach stają się niemowlakami, brzdącami, przedszkolakami. Jak dorastają i jak pięknieją. Bo czasem jest tak, że widok górskich szczytów zapiera dech w piersiach. Ale na co dzień taki sam zachwyt - a może większy, głębszy, dający ogromny pokój, zdarza się, gdy patrzę w te roześmiane oczy i słucham chichotania nad poranną jajecznicą. O tym stosunkowo rzadko się mówi, gdy opisuje się rodzicielstwo. Dużo częściej słyszę słowa "wyrzeczenie", "zmiana", "wyzwanie". I to jest prawda, oczywiście, ale prawda niepełna. To tylko część spojrzenia na przygodę bycia mamą i tatą.



Może generalizuję, ale współczesny świat chyba boi się życia. Tak dosłownie. Słyszę czasem, że dziecko przeszkadza w rozwoju zawodowym (swoją drogą, nie zauważyłam) czy wyklucza podróżowanie (no chyba że jest się tak wyrodną matką jak ja i pcha się w Tatry z półtoraroczniakiem i trzylatką). Ogranicza i utrudnia. I tylu wyzwań nie można podjąć, tylu pożytecznych rzeczy zrobić dla społeczeństwa czy dla siebie, dla samorozwoju. Nie macie wrażenia, że właśnie taki komunikat sączy się czasem bardzo dyskretnie w nasze uszy?

Rozmawiałam dziś chwilkę z Martą, mamą trójki. Edit: mamą trójki od tygodnia, co oznacza gromadkę małych dzieci domagających się uwagi i - jak się domyślam - niewyspanie i zmęczenie. Co odpowiedziała na pytanie, jak u niej?

"Jest pięknie! Bycie mamą trójki uczy tego, żeby nie liczyć, ile było pobudek w nocy i ile razy w ciągu dnia karmię. Czuję taką wolność!"

A ja tylko się uśmiechnęłam. Bo są takie szczyty, za których zdobycie nie otrzymamy żadnego medalu. Są wyzwania, które nie zachwycą nikogo oprócz nas i oprócz Tego, który zdecydował się przyjść na świat jako zwyczajne, bezbronne Dziecko. I są wysiłki, które w naszych oczach nie przynoszą żadnych owoców. Za to w oczach Boga, który ceni wierność w małych rzeczach, to coś więcej niż plon stokrotny. To nieskończoność, bo jak inaczej zmierzyć miłość?

piątek, 16 listopada 2018

Księżniczka czy królewna?


Czekoladowe góry, drzewa z waty cukrowej i różowe chmurki na błękitnym niebie - tak niekiedy wyglądają dziecięce sny. Są w nich pałace pełne księżniczek i dzielnych rycerzy. Są też niekiedy duszne ciemności, potwory i czyhające na każdym kroku zasadzki. Po jakimś czasie opuszczamy dziecięcy pokój, ale tak naprawdę - czy nie zabieramy ze sobą jakiejś części dziecięcych snów? Nadziei na szczęśliwe zakończenia? I lęków, które nie umiemy ubrać w słowa?

Ja dzisiaj chciałabym przypomnieć sobie jeden z dziecięcych snów - ten o księżniczce i księciu na białym koniu. Chciałabym pójść w nim krok dalej niż wtedy, gdy miałam pięć czy dziesięć lat. Chciałabym mniej skupić się na księciu z bajki, a bardziej - na kobiecie, którą wciąż w sobie odkrywam.

Jak mała dziewczynka

Kiedy ostatnio zostałam potraktowana w niesprawiedliwy sposób, poczułam jak narasta we mnie gniew. Pozwoliłam sobie nazwać wprost to wszystko, co mnie bolało: brak szacunku, lekceważenie i arogancję. Zaraz potem jednak miałam ochotę tupać nogami, krzyczeć ze złości i szukać odwetu. Ja nie tylko czułam się skrzywdzona. Ja chciałam wykrzyczeć całemu światu, że ktoś się względem mnie pomylił. Chciałam udowodnić, że jest inaczej - że jestem godna szacunku. I że mam rację.

Po chwili jednak uświadomiłam sobie, że choć chcę dawać sobie prawo do odczuwania emocji, również tych trudnych, nie chcę reagować na nie tak, jak mała rozzłoszczona dziewczynka. W sytuacji, w której uderza we mnie zło - czyjeś działania albo złe słowo - mam prawo się bronić, ale nie muszę krzyczeć i bić się z każdym, kto kwestionuje moje zdanie. Mogę wyrażać siebie, a jednocześnie nie pozwalać, by to, na co nie mam wpływu (jak zachowanie czy opinia innych ludzi o mnie) działało na mnie niszcząco, przytłaczało mnie i pozbawiało radości.

Księżniczka czy królewna?
Królewna, jestem pewna.

Bajki mówią, że księżniczka czeka na księcia, który przyjedzie do niej na białym rumaku i zabierze ją w do krainy “żyli długo i szczęśliwie”. Ja coraz częściej przekonuję się, że czekanie na księcia z bajki nie przynosi niczego dobrego. I uwaga - absolutnie nie odnoszę się tutaj do głębokich relacji i związków. Piszę to jako szczęśliwa mężatka z kilkunastoletnim stażem. I jako mężatka jestem tym bardziej przekonana, że nie mogę uzależniać mojego szczęścia od nikogo i niczego z zewnątrz. Muszę odkryć je w sobie, jakkolwiek banalnie to brzmi. Muszę w sobie odkryć to, kim jestem. Muszę dostrzec, że jestem...królową.

Nie potrzebuję do tego księcia z bajki. Może trudno to przyjąć, ale do odkrycia w sobie królowej - kobiety pełnej godności, piękna, pełnej dobra i troski o siebie oraz innych - nie potrzebuję słów z zewnątrz. Nie potrzebuję pochwał, dowodów uznania, komplementów. One są miłe, owszem. Ale biada temu, kto od nich uzależni poczucie swojej wartości. Biada temu, kto na nich będzie chciał budować życie. Jeśli tak się stanie, utkwi na wieki w najwyższej, najbardziej samotnej wieży świata, wypatrując księcia z bajki. A potem kolejnego. A potem jeszcze jedno, by ostatecznie utwierdzić się w przekonaniu, że jest coś wart. Że jest wart uwagi, zainteresowania i miłości.

Aby poczuć się jak prawdziwa królowa nie potrzebuję też korony. Zbędna jest nawet odpowiednio królewska kreacja. To nie sukienka i nie pantofelki - nawet tak piękne jak te od Kopciuszka - dodają nam godności.

Aby poczuć się królową, muszę najpierw doświadczyć tego, że jestem księżniczką. Że mam Ojca, który jest Królem. Że płynie we mnie Jego Krew i że mam Jego wsparcie. Bo to od Niego mogę się uczyć - najpierw sposobu, w jaki patrzę na siebie. Potem sposobu, w jaki patrzę na świat i drugiego człowieka. Później z kolei - reakcji w sytuacjach, gdy świat i inni próbują mi wmówić, że jestem kimś innym, niż to czuję.



Moja siła jest w świadomości bycia ukochaną przez Kogoś, do kogo należy wszystko. Przy Nim mogę pozwolić sobie na chwile słabości. Nie muszę wiedzieć wszystkiego, bo tylko On jest wszechwiedzący. Nie muszę się na wszystkim znać i mam prawo popełniać błędy - bo On mi mówi, że to moje potknięcia nie definiują tego, kim jestem. To On to robi, mówiąc mi, że jestem jego Córką. Królewskim dzieckiem. Małą księżniczką, która może czuć się jak królowa - pełna godności, piękna, pełna dobra i troski o siebie oraz innych.





środa, 7 listopada 2018

Jeśli nic nie idzie dobrze, zadzwoń do babci.


Przyszłam na świat w stanie wojennym, niemal rok po tej smutnej niedzieli, która w pamięci dzieci zapisała brakiem “Teleranka”. Przyszłam na świat w momencie, kiedy na półkach sklepowych dostępny był tylko ocet. Brakowało wszystkiego. Przynajmniej tak ogólnie, bo tak naprawdę mi nie brakowało niczego. I to zasługa nie tylko moich Rodziców, ale też Dziadków, którzy od początku się o mnie troszczyli...

Pierwsze wspomnienia są jak chwilowe przebłyski. Babcia biegnąca za mną z wodą w czasie procesji Bożego Ciała, gdy jako kilkuletni szkrab sypałam kwiatki w czerwcowym upale. Dziadek, który chlapie się ze mną nad jeziorem, oswajając mnie z wodą. Ta lista jest długa, bo miałam to ogromne szczęście, że spędziłam i spędzam z moimi Dziadkami sporo czasu.

Z Dziadkiem jeszcze kilka lat temu szusowałam na nartach. Z Babcią odkrywałam zarówno tradycyjne, jak i nowe smaki w kuchni. Dzięki obojgu uwierzyłam w to, że zawsze trzeba próbować nowych rzeczy. Dziadek, który w tym roku skończył 80 lat, przesyła mi na maila pliki, które ma w chmurze (tak! dobrze czytacie!). A Babcia była pierwszą osobą, która zaserwowała mi sushi. Uczę się od nich tego, że uczymy się przez całe życie. I że prawdziwie młody jest ten, kto jest otwarty na nowe doświadczenia - niezależnie od tego, co znajduje się w jego metryce.

Jednym z najlepszych moich życiowych doświadczeń jest wakacyjna praca - właśnie u Dziadków. To tam naprawdę poczułam, że bez pracy nie ma kołaczy. Poznałam prawdziwą wartość pieniądza - o jak inaczej patrzy się na 10zł, na które trzeba zapracować niż na to, które spada nam z nieba albo wpada do portfela w ramach kieszonkowego… To lekcja na całe życie. A że razem ze mną pracował wtedy mój narzeczony, a potem mąż, jest to czas pięknych wspomnień - nie tyle beztroskich wakacji, co chwil w których można było poznawać, jak dobrze smakuje odpoczynek po solidnie wykonanej pracy. Wtedy była to tylko wakacyjna przygoda. Dzisiaj wiem, że to jedne z najcenniejszych chwil. Fantastyczne wspomnienia i czas, którego nie oddałabym za żadne skarby. Babciu, Dziadku - dziękuję!

Ciepło, miłość, troska. Pogotowie emocjonalne i infolinia dotycząca przepisów kulinarnych - można dzwonić niemalże o każdej porze dnia i nocy. Obecność i ramiona, które zawsze są otwarte, zawsze gotowe by przytulić - nieważne czy mam sześć czy trzydzieści sześć lat… Mam ogromne szczęście, że mogę tego doświadczać. I choć próbuję moją wdzięczność ubrać w słowa, wiem że nigdy nie znajdę odpowiednich… Może dlatego, że prawdziwej miłości nie da się ani wycenić, ani dobrze opisać. I chyba nie trzeba tego robić.



P.S. Dla tych, którzy chcieliby poczytać nieco więcej o dzieleniu się mądrością czasu, będzie na to szansa dzięki uprzejmości wydawnictwa WAM. Od dzisiaj do 12.11.2018 możecie dzielić się swoimi refleksjami i historiami, a do wygrania będą 3 egzemplarze fantastycznej książki:



Szczegóły na moim profilu na FB. Zapraszam.

niedziela, 28 października 2018

On mnie przyodział (Mk 10, 46b-52)

"Niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza"

Przez Ewangelie przewija się wiele postaci, których imion nie znamy. Tu natomiast pojawia się bardzo jasna informacja, zarówno o imieniu, jak i pochodzeniu niewidomego. Jest w tym określeniu jednak coś brutalnego. Pomyśl, że ktoś wita się z Tobą i mówi: "Cześć, jestem Bartymeusz z [tu wstaw niezbyt ciekawą dzielnicę miasta albo totalną prowincję], niewidomy żebrak". Mało zachęcające, prawda? Ale bardzo szczere.

Gdy słucham dzisiaj Bartymeusza, myślę że to właśnie uzdolniło go do równie szczerego wołania Jezusa. Wiedza o tym, kim jestem i jaki jestem, pozwala chyba na to, by jeszcze wyraźniej widzieć kim jest On - Rabbuni, Jezus z Nazaretu, Syn Jezusa.

Mogłabym bez problemu opowiedzieć nie tylko o tym, czyją jestem córką, ale również wnuczką i prawnuczką. Nie o taką wiedzę jednak chodzi. Bo przecież w pewnym sensie rodzę się nieustannie. Na to, jaka jestem, wpływają przeróżne doświadczenia - ekstremalna radość i szczęście, ale też zranienia, z których nie mogę otrząsnąć się mimo upływu czasu. Relacje, które zmieniły mnie na zawsze - i nie zawsze na dobre. Mogę temu zaprzeczać, mówiąc tylko: nie chcę taka być. Mogę też zrobić to, co Bartymeusz: spojrzeć prawdzie w oczy. Spojrzeć w oczy sobie. Powiedzieć: "Cześć, to ja, niewidoma żebraczka. To ja, którą trawi ogromny głód, lecz której duma nie pozwala się do niego przyznać..."

W jaki sposób opisałabyś siebie, gdybyś wiedziała, że możesz powiedzieć teraz absolutnie wszystko i nie zostaniesz wyśmiana ani odrzucona? Co powiedziałabyś o sobie, gdybyś wiedziała, że już nie musisz udawać, koloryzować, upiększać rzeczywistości?

Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! 

Bartymeusz wie, kim jest. Bartymeusz wie też, kim jest Jezus. "Ja, niewidomy żebrak, proszę o miłosierdzie Ciebie, Mesjasza!" - tak można by opisać jego wołanie.

Gdybyś na chwilę zapomniała o wszystkich mądrych książkach, w których czytałaś, o "najskuteczniejszych modlitwach" które miały naprawić Twoje życie... i  gdybyś wymazała z pamięci pobożne, lukrowane obrazki z Jezusem otoczonym tylko aniołami, a nie ludźmi - w jaki sposób byś się do Niego zwróciła? Jakich słów byś użyła? Kim jest dla Ciebie naprawdę? Nie według mądrych definicji z lekcji religii, ale według tego, co mówi Ci serce?

On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa.

Płaszcz. Dla biedaka to majątek. Można przykryć się nim w zimną noc, można się nim zasłonić nie tylko przed palącym słońcem, lecz odgradzając od ludzi. Płaszcz daje schronienie i namiastkę niezależności.

Zostawić płaszcz i zerwać się na nogi? Zastanawiam się nad tym, bo to powinna być przemyślana decyzja. Muszę przecież dbać o siebie - nikt inny tego za mnie nie zrobi. Muszę sama się o siebie zatroszczyć, a taki płaszcz- nawet szary, brzydki, pokryty kurzem - to już coś. To moje zabezpieczenie...

Mam więc wybór - zostać przy drodze, tu gdzie jestem. Ja, niewidomy żebrak, bezpieczny w świecie iluzji, które cenię na tyle mocno, by nie chcieć rewolucyjnych zmian. Albo ruszyć w drogę. W nieznane, choć jednocześnie za Nim - a o Nim, Jezusie z Nazaretu, przecież już trochę wiem. I doświadczyć tego, że On się o mnie troszczy.

I że mnie "przyodział w szaty zbawienia,
okrył mnie płaszczem sprawiedliwości,
jak oblubieńca, który wkłada zawój,
jak oblubienicę strojną w swe klejnoty."
(Iz 61,10

Co wybierzesz?


grafika: https://www.morningstarministries.org







piątek, 26 października 2018

Stereotypy (nie) do pokonania, czyli jak się kłócimy

Iskrzy między nami. Czasem romantycznie, gdy nadajemy na tej samej fali. A czasem wręcz przeciwnie, gdy iskra jest tylko zwiastunem wybuchu, po którym sypią się wyrzuty i wymówki.

Tak naprawdę przecież iskrzy między nami, bo Ktoś rozpalił w naszych sercach Miłość, choć niekiedy codzienne drobiazgi przesłaniają to, co najważniejsze. Może dlatego, że patrząc na siebie i słuchając swoich słów, mamy w głowach bogaty zestaw stereotypów?

I kto wie, może znacie niektóre z tych tekstów?

ON - Bo Ty znowu coś wymyśliłaś...

Przyznaję bez bicia. Wymyślam. Zajęcia pozalekcyjne dla dzieci, miejsca do odwiedzenia w wakacje i zestawy aktywności na deszczowe popołudnia. Wymyślam też jednak prezenty gwiazdkowe, odpowiedzi na dziecięce "nudzimisie" i obiady na zasadzie "coś z niczego". Przy tym wymyślaniu, faktycznie, muszę czasem zadziałać jak orkiestra dęta budząca drzemiącego misia ze snu zimowego. A miś zmienia się niekiedy w ryczącego niedźwiedzia...

ONA - Bo Ty mnie nigdy nie słuchasz...

Coś tam mówiła... Coś o nowej torebce, o tym co trzeba załatwić przed urodzinami, może faktycznie coś wspominała o tym torcie? Ale czy mam go zamówić, czy on już zamówiony i tylko odebrać? Wyłączyłem się w momencie opisywania koloru lukru i dodatków smakowych. Co? Że niby jej nie słucham? A kto potakuje ze zrozumieniem, gdy narzeka na zbyt blady kolor bluzki, która nie pasuje do spódnicy?! Kto cierpliwie uśmiecha się, gdy pyta o smak tortu urodzinowego?!! No przecież...!!!

ON
- Kochanie, jesteś wspaniałym kierowcą, ale może jednak to ja zaparkuję?...

ONA
- Naprawdę umierasz? Wezwać pogotowie? Przecież to tylko katar.

ON
- Dlaczego Twoje "pięć minutek" w przypadku robienia makijażu przeciąga się do czterech godzin?

ONA
- Jak to nie wiesz, czy mąka pszenna to mąka tortowa, gdańska czy krupczatka?

ON
- Ile można mieć par butów?! No ile?!

ONA
- Niedługo pomyślę, że kochasz samochód bardziej ode mnie...

To normalne. To ludzkie. To codzienne i nasze. Czasem aż korci, żeby pokiwać głową i stwierdzić: "No tak, on znowu..." - typowy facet. Albo typowa kobieta, bo przecież baby to tak zawsze... Tyle że tak naprawdę to osoba, którą kocham.  Ktoś, kto całkowicie mnie sobą zauroczył nie dlatego, że jest idealny, ale dlatego, że jest taki, jaki jest...

Ksiądz Krzysztof Grzywocz w jednym ze swoich nagrań zwrócił uwagę na to, by słuchając drugiego człowieka, widzieć w nim nie tylko swojego męża czy żonę. Bo w każdym mężczyźnie jest mały chłopiec, który czasem dochodzi do głosu. To w jego głowie rodzą się marzenia i niespodzianki, to on sprawia, że w oczach pojawia się błysk, a na ustach - uśmiech. Na tej samej zasadzie w każdej kobiecie jest dziewczynka, pełna uroku jak mała księżniczka, z sercem wypełnionym nienazwanymi tęsknotami. Jeśli nie damy im dojść do głosu, jeśli nie będziemy chcieli ich słuchać, może się za jakiś czas okazać, że człowiek, który żyje z nami pod jednym dachem, to już nie ta sama osoba. Że coś z nim umarło, że coś się w niej zmieniło...

Mały chłopiec, który pragnie zrozumienia. Mała dziewczynka, która chce kochać i być kochana. Gdyby w czasie kolejnej małżeńskiej sprzeczki pozwolić im dojść do głosu, może na kłótniach - tak jak na błędach - moglibyśmy uczyć się wspólnego życia? Skutecznie i bez ranienia najbliższych?

grafika: Vitaliy Deyenga, rzeźba: Alexanr Milov


czwartek, 11 października 2018

Bo tak nas wychowano


Jest luty. Na zewnątrz minus dwadzieścia, w sali zaduch. Czas na oddziale położniczym mierzy się inaczej niż wszędzie. Tutaj ważniejsze od zegarka są pory karmienia i drzemek. Obchód odbywa się o różnych godzinach, zawsze jednak przebiega tak samo. Wprawdzie nie stajemy na baczność przed łóżkami, za to szybko i sprawnie kładziemy się na hasło: "idzie ordynator". To, że właśnie przystawiłam dziecko do piersi nie ma znaczenia, ono może chwile popłakać. Teraz nie mieści mi się to w głowie. Wtedy nie pomyślałam nawet, żeby zaprotestować.

Ojczyznę kochać trzeba i szanować 
Nie deptać flagi i nie pluć na godło... - nucę, wspominając tę sytuację.

Bo tak nas wychowano.

Nie wiem, ile z Was czuje się podobnie. Nie wiem też, dlaczego tak się dzieje. W przedziwny sposób jednak wdrukowano we mnie mnóstwo komunikatów, które bardzo u ł a t w i a j ą   ż y c i e. Ułatwiają życie innym. Tylko i wyłącznie.

Czy przekonanie o tym, że mam być miła i lubiana, wyssałam z mlekiem matki? Czy ukształtowały je we mnie przeróżne doświadczenia przedszkolne i wczesnoszkolne? Spacerowanie pod rękę z koleżanką na przerwie (tak! były takie czasy! i fartuszki granatowe z falbankami!) w czasie, gdy chłopaki kopali piłkę na boisku? Czy może obrazki z telewizji, gdzie uśmiechnięta Miss Świata nie krzywiła się ani trochę mimo butów na taaaakim obcasie i z zaangażowaniem mówiła o tym, że jej marzeniem jest zmieniać świat na lepsze?

Nie narzekać. Brać na siebie więcej, niż spodziewają się inni. Wzbudzać podziw tym, że dźwiga się na swoich barkach cały świat. Pot z czoła ocierać rzadko i dyskretnie. Płakać romantycznie, bez szlochania i smarkania w rękaw. Dawać sobie radę - z uśmiechem, z wdzięcznością, z odwagą. I dostosowywać się do każdej sytuacji, najlepiej w taki sposób, by nie budzić niepokoju czy niechęci innych.

Takie myśli pojawiają się w mojej głowie, gdy jest mi ciężko. Serwuję je sobie jak automat. Nie wiem, jak to się stało, wiem jednak, że była to droga drobnych ustępstw. Słowo "chciałabym" zamieniałam na "wypada". Słowo: "jestem zmęczona" na "dam radę". Słowo "nie chcę" na "powinnam". A słowo "pragnę" wykreślilam ze słownika. Przestało być ważne.

Od jakiegoś czasu uczę się go na nowo. Trochę jak dziecko, które najpierw ćwiczy szlaczki, a potem odwzorowuje kształt liter, robię to powoli. I równie powoli dociera do mnie absurd tego sposobu myślenia, który sobie przyswoiłam. Bo gdy jestem zmęczona, to mam prawo być zmęczona. Gdy czegoś nie chcę, mogę to głośno powiedzieć. Albo powiedzieć cicho, lecz stanowczo i bez wyrzutów sumienia. A gdy założę buty na obcasach, mogę skrzywić się brzydko, pogrymasić i stwierdzić że wolę jednak trampki. Że je wybieram.
Że wybieram!

I że nie muszę być superbohaterką. Mogę być zwyczajna, zmęczona, bez humoru. Może mi się rozmazać makijaż, może mi się wymknąć niezbyt eleganckie słowo, mogę mieć wszystkiego dość. Mogę być sobą. Słabą, niepoukładaną, wzruszającą ramionami z obojętnością na widok kolejnego wyzwania, które według świata powinno wzbudzać mój entuzjazm. Albo cieszącą się z drobiazgów, których uroku nie dostrzega nikt oprócz mnie.

Cześć, gdzie uciekasz, skryj się pod mój parasol
Tak strasznie leje i mokro wszędzie
Ty dziwnie oburzona odpowiadasz: nie trzeba
Odchodzisz w swoją stronę, bo tak cię wychowali (T.Love "Wychowanie")

Nie da się temu zaprzeczyć. Ale da się to zmienić. 

piątek, 5 października 2018

Schronienie

Litania oznacza poważne wykroczenie - tak wynikało z naszych dziecięcych rozmów po odejściu od konfesjonału. Niektórzy odmawiali jedynie "Ojcze nasz", inni musieli recytować kolejne wezwania, zakończone niezmiennym "Zmiłuj się nad nami". Litanie dłużyły się niemiłosiernie i zapisywały w pamięci jako coś nużącego. Tak było. I tak mogło zostać, a jednak w moim przypadku stało się inaczej, choć musiało minąć sporo czasu.

Żeby odkryć piękno litanijnych wezwań, musiałamz robić coś więcej, niż tylko zetrzeć kurz z książeczki do nabożeństwa.  Musiałam poszukać głębiej. Zaczęłam więc od samego początku - od Paray-le-Monial. To tam nieznana większej ilości osób zakonnica spotykała się z Jezusem w niezwykły sposób. To tam opowiadał jej On o swoim Sercu. Echo tych słów  rozbrzmiewa w Kościele przez wiele wieków, również w formie litanii do Najświętszego Serca Jezusa. Powstało zresztą wiele jej wersji, w tym ta, której autorką jest święta Małgorzata:

...Pozdrawiam Cię, Serce mojego Brata – pozostań ze mną.
Pozdrawiam Cię, Serce kochające – działaj we mnie.
Pozdrawiam Cię, Serce miłosierne – odpowiadaj za mnie...

Małgorzata Maria Alacoque w różnych słowach mówiła również o tym, że ratunek dla świata i dla człowieka jest w Sercu Jezusa. To może brzmieć podniośle, niezrozumiale lub niemodnie. A jednak do mnie ostatnio bardzo trafia to właśnie sformułowanie: ratunek. Nie podpowiada mi go lęk przed Bogiem, ale kobieca intuicja - bo przecież we wspomnianej już (i dobrze znanej litanii) słyszę o Sercu pełnym miłości, cierpliwości, dobroci. O Sercu, które płonie miłością do ludzi. O Sercu otwartym dla każdego. I gdyby słowa "uczyń serca nasze według Serca Twego" stawały nam się choć odrobinę bliższe każdego dnia, to świat zmieniałby się każdego dnia o tę właśnie odrobinę. Zmieniałby się od środka, po cichu, tak jak trzy miary mąki, w które ktoś włożył zaczyn...

Dziś pierwszy piątek miesiąca, dzień, który przynajmniej niektórym z nas kojarzy się z Sercem Jezusa. Wstyd przyznać, ale chyba nigdy nie udało mi się "uzbierać" dziewięciu pierwszych piątków po kolei. Co roku mam nadzieję, że to zmienię. Próbuję.

Próbuję dokonywać zmian zresztą w wielu dziedzinach życia. I chyba tylko ta jedna - próba uczenia się od Jezusa, jak czuć i działać jak On - wolna jest od poczucia presji i oczekiwania szybkich efektów działań. Patrząc na Jego Serce nie czuję, żebym musiała stawać na baczność i rozliczać się ze swoich porażek, niepowodzeń i podjętych prób naprawy siebie i świata. To nie moje zadanie. To On ratuje świat. Ja mam prawo być słaba, mam prawo nie potrafić, popełniać błędy - bo przecież wciąż się uczę.

"W jednej z medytacji, pochodzącej sprzed 1480r., napisanej w kręgu norymberskich kartuzów, Serce Jezusa porównane jest do miasta ucieczki, które zgodnie z tradycją dawało schronienie człowiekowi przypadkowo powodującemu zabójstwo. Człowiek taki według prawa Mojżeszowego miał prawo szukać schronienia przed gniewem najbliższych. Wspomniana medytacja w Sercu Jezusa widzi obronę i pokrzepienie dla uciekiniera." (Tadeusz Drozdowski SJ, "Poznaj Serce Jezusa").

Ja w uciekaniu nabrałam już sporej wprawy. Zdarza mi się uciekać przed obowiązkami, przed przykrymi konsekwencjami, przed prawdą i przed sobą. Uciekam od, ale coraz częściej zdaję sobie sprawę z tego, że warto również uciekać do. I że jest takie Miejsce, które nigdy nie będzie dla mnie zamknięte.


piątek, 28 września 2018

Życie, czyli pięć spotkań.

W Nim było życie, 
a życie było światłością ludzi... (J 1,4)

To coś więcej niż słowa i coś innego niż historia, która wydarzyła się wieki temu. To rzeczywistość, której można doświadczyć, jeśli pozwoli się sobie na spotkanie. A On pokazuje, że w takich chwilach naprawdę można doświadczyć życia - niezależnie od tego, jaka trudność spędza nam sen z powiek.

1. gdy dźwigasz na swoich barkach cały świat

Są takie ciężary i troski, których się nie wybiera. Spadają jak grom z jasnego nieba. Często udaje się nawet zarzucić je sobie na plecy i brnąć do przodu. A jednak gdy idzie się przez życie nieustannie zgiętym w pół, widzi się tylko ziemię pod stopami. Gdy jakimś nieludzkim wysiłkiem uda się unieść głowę, można czasem zerknąć na linię horyzontu. W niebo nie patrzy się nigdy. Nie ma na to sił.

Tylko... czy na pewno to właśnie Ty musisz dźwigać to wszystko?...

A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy».  Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. (Łk 13, 11-13)

2. gdy zapomniałaś, jak masz na imię

Ewangelia mówi o kobiecie, która prowadziła w mieście życie grzeszne. Wiedział o tym każdy. Wiedzieli o tym może tak dobrze, że nawet zapomnieli, jak miała na imię. Być może ona sama nie chciała o nim pamiętać. Myślała, że definiuje ją tylko i wyłącznie jej słabość. A jednak On przypomniał jej, że niezależnie od wszystkiego jest Kobietą, cenną jak perła i stworzoną z miłości. Córką oczekiwaną z wytęsknieniem przez Ojca.  Kto wie, może wyszeptał też wtedy do ucha jej imię? To prawdziwe, najgłębsze, którym nie nazywał jej nikt inny?...

On zaś rzekł do kobiety: "Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!" (Łk 6, 50)

3. gdy prawie udało Ci się osiągnąć doskonałość

Prawie, bo trzeba jeszcze popracować. Stworzyć odpowiedni plan, zainwestować wszystkie swoje siły, a potem jeszcze więcej sił, by kontrolować efekty. Poszukać najskuteczniejszej modlitwy, znaleźć najmądrzejszego spowiednika, wypracować najlepsze tempo zdobywania kolejnych cnót i zasług. W międzyczasie wypróbować najskuteczniejsze tabletki ułatwiające zasypianie i odganiające troski, które jedna po drugiej galopem pędzą przez myśli, nie pozwalając ani na chwilę zwolnić tempa. Już prawie się udało. Trzeba się tylko bardziej postarać?

«Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele,  a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona». (Łk 10,41-42)

4. gdy nie masz sił

Wypróbowałaś sto jeden sposobów na rozwiązanie problemu. Zawiodły sto dwa. Wiesz, że to się nie uda, nie masz sił walczyć. Najchętniej zapadłabyś w sen zimowy, by obudzić się wiosną. W międzyczasie ktoś mógłby - jak książę z bajki - pojawić się w Twoim życiu i rozwiązać wszystkie problemy. I w pewnym sensie... tak właśnie może być. A biorąc pod uwagę to, że Eucharystia rozpoczyna się od pocałunku (ucałowanie ołtarza), jesteśmy chyba coraz bliżej... Ciepło, cieplej, gorąco?

Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: «Talitha kum», to znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań!"  Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat.  (Mk 5,41-42)

5. gdy już nie wierzysz

Bo wszystko się skończyło. Jesteś w stanie wyobrazić sobie trudności, problemy, nawet spory kryzys. Ale sytuacja w której na krzyżu umiera Nauczyciel? To koniec. Trzeba pozbierać się i zacząć żyć inaczej, znaleźć inny pomysł na siebie. Jak tylko uda Ci się wstać. Jak tylko uda się zapanować nad płaczem, który aż wstrząsa całym Twoim ciałem i nie pozwala wstać z ziemi. Jak tylko uda się znaleźć choć jeden powód, by w ogóle cokolwiek zaczynać. Są przecież takie zakończenia, do których nikt nie dopisze happy endu. Chyba, że...?

 Rzekł do niej Jezus: «Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?» Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: «Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę».  Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Nauczycielu! (J 20,15-16)


...a światłość w ciemności świeci 
i ciemność jej nie ogarnęła. (J 1,5)

I nikt nie doświadcza tego mocniej, niż ten, kto zmaga się ze słabością i brakiem nadziei, z ciemnością i mrokiem.
Dlatego życie może dopisywać kolejne punkty do tej listy i każdy z nich może być szansę na spotkanie z Życiem.
Nie wszystko jeszcze stracone.
grafika: https://cdn.pixabay.com/photo/2016/08/18/19/18/jesus-1603691_960_720.jpg


sobota, 22 września 2018

wrześniowe odkrycia

Wrzesień: pierwsze wyprawy na grzyby, zapach syropu z malin, który wraz z latem zamykam w słoikach oraz poranne mgły. I oczywiście początek szkoły.  Podejrzewam, że nie tylko ja mam takie skojarzenia. Wrzesień to jednak - jak każdy miesiąc w sumie :) - nowe odkrycia. Nie wiem, czy uda mi się dzielić nimi tutaj regularnie, ale w tym miesiącu spróbuję. Może dlatego, że wiele z tych odkryć dotyczy tego samego tematu? 

O tym, że jestem tym, co jem i o tym, jak czuć się dobrze w swoim ciele. 
Wrześniowe odkrycia - czas start!

Owsianka w gdańskim Retro




Brzmi banalnie, ale to naprawdę najlepsza owsianka, jaką jadłam w moim życiu! Dodatki można wybierać z długiej i bogatej listy, a sama potrawa ma idealny smak i konsystencję. Niebo w gębie! Gdybym mogła, codziennie rano wpadałabym tam na śniadanie.

To dla mnie odkrycie, ponieważ do tej pory wcale nie było to moje ulubione danie. Nie miałam na nie pomysłu, choć już od dłuższego czasu wiedziałam, że warto go znaleźć. Płatki owsiane zawierają antyoksydanty, błonnik i magnez i witaminy z grupy B (czyli coś, czego bardzo potrzeba zabieganej matce ;) ).Dlatego od dawna wiedziałam, że z owsianką warto się zaprzyjaźnić. Teraz już wiem, w jaki sposób to zrobić. I uwielbiam Retro... :)

Marie Zelie




Słyszałam o ich sukienkach. Oglądałam nawet zdjęcia. Przez długi czas jednak nie potrafiłam się przełamać i spróbować. Nie ukrywam, że jednym z powodów były wysokie ceny. Była też jednak druga przyczyna - zastanawiałam się, jak będę wyglądać w sukienkach z marszczeniami w okolicy talii (które - jak wiadomo - podkreślają tę część ciała, w przypadku niektórych osób dość newralgiczną... ;) ). Skorzystałam jednak z promocji, dzięki której sukienkę kupiłam nie za milion monet, a potem podjechałam do pracowni, by przymierzyć wybrany przez mnie model.

Przyznaję, że ubierając piękną Aglaię, poczułam się jak księżniczka. Patrząc w lustro miałam jednak pewne wątpliwości. Nie do końca dobrze czułam się także w sukience uszytej z nieco sztywnego (choć przez to bardzo eleganckiego) materiału. I wtedy przyszło odkrycie - sukienki z dzianiny! Coś w sam raz dla mnie, bo choć lubię pięknie wyglądać, uwielbiam też legginsy, wygodne swetry i buty bez obcasów. Wizyta w pracowni zakończyła się pełnym sukcesem - mam sukienkę wygodną jak dres, a jednocześnie elegancką i podkreślającą atuty mojej figury.  Marie Zelie dopisuję jednocześnie do listy moich odkryć, mam nadzieję, że na dłużej. 


"Słodziutki. Biografia cukru"



To jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam. "Biografia cukru" wciąga nie tylko dzięki temu, że podaje mnóstwo ciekawych faktów na temat cukru, ale również dlatego, że napisana jest w genialny sposób. Szczerzę zazdroszczę stylu pisania i chylę czoła przed autorami. 

"Słodziutki" to podróż przez wieki, która pokazuje historię cukru i sposób, w jaki zrobił swoją zawrotną karierę. To również sporo ciekawostek medycznych, niezwykłych anegdotek i faktów, które sprawiają, że włos jeży się na głowie... Myślę że coraz więcej z nas ma nawyk czytania etykiet, autorzy książki pokazują jednak, jak często ulegamy manipulacjom i jak wielkie pieniądze stoją za tym, co dzieje się w firmach produkujących żywność. "Słodziutki" pomaga też w refleksji nad historią. Nie tak dawno powszechnie wierzono przecież, że "cukier krzepi". Ba! Za posiadanie jego zamiennika, jakim jest sacharyna, można było pójść do więzienia na kilka miesięcy! Do tej pory zresztą informacje o tym, że cukier naprawdę jest szkodliwy są przez niektórych negowane (polecam lekturę artykułu o dentystce, która ośmieliła się zwrócić uwagę na zawartość cukru w dziecięcej diecie...). Bardzo możliwe że to dlatego, że cukier uzależnia. Naprawdę. Dokładnie tak jak narkotyki czy alkohol. 

"Gdyby tylko niewielki ułamek tego, co już wiadomo na temat skutków działania cukru, został ujawniony w odniesieniu do jakiegokolwiek innego materiału używanego jako dodatek do żywności, materiał ten zostałby natychmiast zakazany" - powiedział brytyjski fizjolog John Yudkin (cytat z książki). Nie chcemy o tym na co dzień pamiętać...

Odkrycia września były, jak widać, dosyć monotematyczne.


 Z tych kulinarnych dodałabym jeszcze zupy, które od niedawna stały się moim sposobem na jedzenie więcej niż pięciu porcji warzyw dziennie. Nie mogę też nie wspomnieć o warzywie, które wciąż jeszcze można kupić w sklepie (również na zapas), a które również uwielbiam: dynia makaronowa. Moja rodzina początkowo podchodziła do niej nieufnie. Wystarczyła jednak godzina by to zmienić- bo tyle trzeba, by dynię upiec i przygotować do niej tradycyjny sos pomidorowy z mięsem mielonym. Od tego czasu znika ze stołu błyskawicznie. A ja - polecam :)



W zdrowym ciele zdrowy duch, jak mówi przysłowie. 
A ja odkrywam stopniowo i od dłuższego czasu, że miłość bliźniego zaczyna się od okazania miłości samej sobie. I nie chodzi mi tylko o to, by łaskawie patrzeć na swoje oblicze w lustrze. Chodzi też o to, by potrafić na chwilę zwolnić i cieszyć się smakiem zwyczajnych potraw. O to, by wybierać nie tylko to, czym będę mogła "zajadać smutki" - bo przecież zasłużyłam na małą przyjemność - ale o to, co będzie naprawdę dobre dla mojego zdrowia i samopoczucia. Ciągle się tego uczę. Ale z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc sprawia mi to więcej radości. Nie ma w tym nic z egoizmu. Jest za to spokój, który udziela się innym... :)

P.S. To nie jest wpis sponsorowany. Przez żadną z wymienionych firm (czy autorów, czy hodowców dyni spaghetti ;) ) nie zostałam w jakikolwiek sposób zachęcona do przedstawienia swojej opinii. Na przedstawianiu opinii również - ani tu, ani w żadnym innym wpisie - nie zarabiam :)

sobota, 15 września 2018

Słucham serduszka

Kiedy w 2001 roku pojechałam na moje pierwsze rekolekcje ignacjańskie, miałam 19 lat i bardzo mgliste pojęcie o jezuitach, świętym Ignacym i modlitwie w milczeniu. Osiem dni, które spędziłam w Wolborzu, było zaledwie początkiem duchowej (r)ewolucji. Dopiero po jakimś czasie miało okazać się, że duchowość ignacjańska to nie tylko zbiór reguł ubranych w mądre słowa. To sposób patrzenia na świat, życie, siebie i Boga. 

Kilka dni temu dotarła do mnie książka "Słucham serduszka", będąca zbiorem czterdziestu krótkich spotkań dla dzieci w wieku przedszkolnym.


Książka wprowadza dziecko w świat uczuć i duchowości ignacjańskiej, a robi to w tak przystępny i pełen ciepła sposób, że jestem nią zachwycona.  Po raz kolejny przekonuję się też, jak bardzo droga proponowana przez Ignacego ułatwia podążanie w życiu za tym, co naprawdę dobre i prowadzi do szczęścia i poczucia sensu. Przy okazji ja również przypomniałam sobie to wszystko, co od dłuuugiego czasu staram się powtarzać swojemu odbiciu w lustrze: "masz prawo czuć to, co czujesz". Dobrze, że już teraz mogę mówić o tym dzieciom w prostu sposób - że w ich sercach mogą się pojawiać wszystkie uczucia (choć nie za każdym z nich warto iść).

"Duchowość ignacjańska jako jedno z głównych założeń przyjmuje radykalną dobroć świata. Oznacza to, że wszystko, co zostało stworzone, ma swoje źródło w Bogu, a przez sam fakt Jego dobroci nie może być z natury złe. To przekonanie odnosi się także do człowieka, który jest dobry nie tylko w aspekcie duchowym, ale także psychicznym, fizycznym czy emocjonalnym. Stąd akceptacja pojawiających się uczuć ma szersze uzasadnienie niż tylko troska o zdrowie psychiczne. Emocje są moralnie obojętne. Złość czy zazdrość - mimo że bywają trudne - same w sobie nie są grzechem, mogą jedynie prowadzić do grzechu" (s. 25)




Na początku książki znajdziecie informacje na temat rozwoju psychofizycznego i funkcjonowania dziecka trzyletniego. W przystępny i zwięzły sposób opisana została także duchowość i pedagogika ignacjańska.





Na kolejnych stronach znajdują się propozycje kilkudziesięciu spotkań, prowadzących nas przez kolejne treści. Zostały one pogrupowane i podzielone na siedem części, a dotyczą nie tylko uczuć i dostrzegania przeróżnych prezentów, jakie otrzymujemy od Pana Boga, ale również roku liturgicznego i Mszy świętej. Każde spotkanie to nowe odkrycia i jednocześnie (tak bardzo ignacjańskie!) powtórki tego, co najważniejsze.




Książka adresowana jest do dzieci w wieku przedszkolnym (3-4 latki), ja jednak nieco zmodyfikowałam te treści, by pracować na jej podstawie z moimi dziećmi (6 i 9 lat). Pomogły w tym znajdujące nie na końcu książki elementy do wycięcia - atrakcyjne nie tylko dla trzylatków :) Udało nam się fajnie porozmawiać o tym, jakie emocje najczęściej się w nas pojawiają i jak sobie z nimi radzimy. 


Zakończyliśmy naszą (nie)zabawę krótką rozmową o Bożych darach i modlitwą dziękczynienia, często obecną w naszym domu. I chociaż wydawało mi się, że moja dziewięciolatka jest już za duża na tę formę rozmowy o uczuciach, po raz kolejny czekała mnie niespodzianka. Po słowach: "dziękujemy Ci za nasze serca" dodała z uśmiechem: "i połącz je w jedno BIG" (mamy fazę na angielski, więc wybaczcie ;) ).

Znowu okazało się, że dzieci potrafią podsumować to, co najważniejsze, w prostszy i bardziej trafny sposób niż niejeden dorosły... :)


POLECAMY BARDZO :)

"Słucham serduszka. Cykl inspirujących spotkań dla rodzica i dziecka w wieku przedszkolnym, wprowadzających w świat uczuć, wiary i duchowości" 
Katarzyna Panek, Zbigniew Szulczyk SJ; Wydawnictwo WAM




piątek, 14 września 2018

naprawdę jaka jesteś

 "Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt. Bo tego nie wiesz nawet sama Ty" - śpiewał Bogusław Mec. Dla niektórych to poezja, dla mnie jest jednak - samo życie. Zdarzają się takie dni, kiedy próbuję po kolei nazywać moje tęsknoty i niespełnienia, ale niewiele z tego wychodzi. Nie zawsze wiem, jaka jestem. Nie zawsze wiem, czego chcę. Często dlatego, że zamiast słuchać siebie i swojego serca, całą swoją uwagę kieruję na to, co myślą i mówią o mnie inni.

Bądź tym, kim Bóg chce żebyś był, a rozpalisz cały świat. To z kolei Katarzyna ze Sieny, święta Kościoła Katolickiego i jedna z wielu kobiet, które miały odwagę żyć pełnią swojego powołania. Są takie chwile, w których ich głos jest mi szczególnie potrzebny. Dlatego czasem ruszam w wędrówkę ich śladami - śladami kobiet, które umiały słuchać swojego serca i które miały odwagę wybierać dobro...

Prawdziwym powołaniem kobiety jest takie, w którym w pełni dochodzi do głosu dusza kobieca i które może ją kształtować. (Edyta Stein)

Zwróciłam ostatnio uwagę na scenę, w której Bóg przemawia do młodego Samuela, mieszkającego w świątyni i przebywającego pod opieką Helego. Bóg nie mówi do niego: "Ej Ty". Nie woła: "Chłopcze!". Mówi: "Samuelu". Cicho, delikatnie, z czułością, a jednocześnie z mocą. Wzywa go po imieniu - a imię w Biblii oznacza tożsamość i istotę danej osoby.

Bóg, powołując i zapraszając do działania, nie urządza wyliczanki: "Entliczek-pentliczek". Nie robi też rankingu najbardziej efektywnych pracowników w Jego winnicy, pozostawiając na pastwę losu tych, którym coś wiecznie nie wychodzi. On dla każdej z nas ma unikalną misję, wynikającą z tego, kim naprawdę jesteśmy i co nosimy głęboko w sercu. I to dotyczy nie tylko wyboru naszej życiowej drogi, ale również Jego codziennych zaproszeń.

Bądź taką kobietą, jaką Bóg chce byś była, a rozpalisz świat - mogłabym sparafrazować słowa św. Katarzyny. Czasem wydaje się nam, że musimy być najlepsze: w wypełnianiu przykazań i w organizowaniu domowych porządków, w relacjach z dziećmi, domowym wypieku chleba i odmawianiu różańca. I to wszystko jest ważne, oczywiście. Ale dużo ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, jaką kobietą Bóg chce, bym była dzisiaj, tu i teraz, w tym co składa się na moją codzienność. Co pomoże mi w odkrywaniu Jego pragnień? I co jeśli okaże się, że "kobietą, jaką Bóg chce bym była" nie będzie wcale kobieta niepopełniająca błędów? Co jeśli mogę być kobietą nieidealną, ale sercem całkowicie zawierzającą właśnie Jemu? Jemu, a nie swojej liście idealnie wypełnionych oczekiwań?...

W sercu Kościoła, mojej Matki, ja będę miłością - napisała mała Tereska. To coś więcej niż tylko odkrycie pewnej młodej zakonnicy. Dla mnie to słowa, które w poruszający sposób oddają misję kobiety. Moją misję.

Być w sercu Kościoła, mojej Matki. Czerpać z tego, co w Kościele jest w centrum - z obecności żywego Boga, dającego nam Siebie w Eucharystii. I od Niego uczyć się miłości, jak dziecko, z zaufaniem i świadomością, że choć mam swój bagaż doświadczeń, wyraziste opinie i zapas ciętych ripost w kieszeni, nie pozjadałam jeszcze wszystkich rozumów. Mogę czegoś nie wiedzieć, rozłożyć ręce w geście bezradności, zawołać: "Pomóż. Naucz. Poprowadź.". A potem dawać to samo innym, bo moja kobieca droga często tak właśnie wygląda.

I choć często to "pomóż-naucz- poprowadź" oznacza tak przyziemne sprawy, jak wiązanie butków tuptającemu maluchowi, wiem przecież, że te tuptające nóżki mogą zajść daleko. Przez długi czas będą jednak szły moimi śladami, w mniejszym stopniu słuchając moich słów, w większym - naśladując to, co robię. Dlatego właśnie muszę wiedzieć: kim jestem, czego pragnę, za Kim chcę iść i na czym budować swoje życie.

Dla mnie to budowanie to bycie "w sercu Kościoła, mojej matki" i praktyczna nauka miłości każdego dnia. A jak jest u Ciebie?

grafika: theofeel.pl



piątek, 31 sierpnia 2018

jesienne astry

Potknęłam się o rozsypane klocki. Potem dotarłam do kuchni, spojrzałam na talerze, pozostawione po kolacji i na naklejki z dinozaurami, które - gdyby ożyły - mogłyby spacerować wśród wyglądających jak wulkaniczne pagórki pozostałości jajecznicy...

Westchnęłam ciężko, bo przecież nie od dziś powtarzam jakieś tysiąc razy dziennie, by dbać o porządek. I to się nawet dzieciom udaje - 990 razy na dobę. A ja z moim zmęczeniem trafiam zazwyczaj na te dziesięć razy, które mogłyby dowodzić mojej porażki wychowawczej. I wtedy ciężko wzdycham...

Za kilka dni codzienność przyspieszy. Kula ziemska obracać się będzie wprawdzie wciąż z tą samą prędkością, ale w naszej domowej rzeczywistości nastąpi (niezbyt) cudowne rozmnożenie zadań i odpowiedzialności i próba upychania ich tak, by doba nie musiała mieć więcej niż 24 godziny.

Co roku o tej porze przeżywam to samo. Patrzę na zwiastujące jesień astry i widzę już zbliżający się listopad, szarą mżawkę, a potem przymrozki i szyby, które trzeba drapać. I zaspy po kolana. Zerkam w kalendarz, w którym data "1 września" oznacza doskonalenie umiejętności stawania na głowie, by wszystkie plany lekcji pogodzić z pracą i prowadzeniem domu. Mam to szczęście, że dźwigamy to razem, w dream teamie, wraz z Mężem, któremu w dowodzie wpisali nieprawidłowe imię (bo tak naprawdę na drugie ma Superman). A jednak wrzesień zawsze jest dla mnie nerwowy. I może nawet nie do końca wiem, czego tak naprawdę się boję...

Co roku to samo.

Patrzę na zwiastujące jesień astry. Patrzę na astry, ale nie mam pojęcia, jaki mają zapach...!

Patrzę w kalendarz, próbując zaplanować wszystko jak najlepiej, a umyka mi to wszystko, co choć nieplanowane, bywa piękne.

Usiadłam dziś z zapisanym już w połowie drobnym maczkiem terminarzem, po to, by pod dywan kolejnej tabelki, wykresu i listy spraw do załatwienia zamieść swoje lęki. Mam w tym wprawę, a przynajmniej wiele na to wskazuje (zapisany drobnym maczkiem terminarz na przykład). Czy to wina jesiennych astrów? Czy może mój Anioł Stróż szepnął mi do ucha, by tym razem w moje plany, bardzo na serio, wpisać nie tylko dziecięce zajęcia z logopedą i dodatkowy angielski, ale też to, czego mi trzeba?

Bo chciałabym w najbliższym czasie na przykład spojrzeć daleko przed siebie. Pogapić się na horyzont. Ba! - stanąć w takim miejscu, gdzie horyzont widać, gdzie nie zasłaniają go wieżowce ani bloki, ani nawet góry prania czy stosu dokumentów do wypełnienia . Pogapić się, czyli spojrzeć przed siebie. Nie pod nogi. I nie na tramwaj, który ucieka, ojejku, ojejku jak późno.

Chciałabym zjeść jabłko. Soczyste, jesienne, słodko-kwaśne. Poczuć jego zapach. Ucieszyć się jego smakiem, tak zwyczajnym, że często mi umyka. W biegu. Być tą radością i dziękować za nią tak, jak za chleb powszedni. Za zwyczajność.


Chciałabym policzyć nie tylko ile minut zajmuje mi dojazd do pracy, ale też ile oddechów moich śpiących dzieci rozbrzmiewa wśród nocnej ciszy ich pokoju. Popatrzeć na ich spokojne twarze, na misia przytulonego tak mocno, że chyba brakuje mu tchu. Na marzenia, które lżejsze od dorosłych trosk, unoszą się w górę. Nie znają granic.

Od - do. Tak rozpisuję kolejny dzień - i bardzo dobrze, bo tak robić trzeba. I bardzo dobrze też, że są takie sprawy, których w terminarzu zapisywać nie muszę. O ile tylko będę o nich pamiętać: by bardziej BYĆ niż się MARTWIĆ. By częściej smakować niż gonić. By żyć dzisiaj, nie czekając na to, co lepsze, zaplanowane, wymarzone. 

Żyć codziennie. I pozwalać, by życie mi o tym przypominało.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Kościół, za jakim tęsknię.

Z duszą na ramieniu.

Właśnie tak mierzę się z tym tematem. Brakuje słów i nie starcza wyobraźni, bo zostały przekroczone wszelkie możliwe granice. W takich przypadkach naturalną reakcją bywa milczenie - tak niestosowne w przypadku, gdy milczenia było już zbyt wiele...

Już samo zestawienie słów "pedofilia" i "Kościół" jest dla mnie tak trudne, że aż boli. "To nie powinno się wydarzyć!!!" - chciałabym krzyczeć. Może dlatego, że chociaż w tym roku stuknie mi podwójna osiemnastka, wciąż jeszcze wierzę nie tylko w Boga, ale i w człowieka. W ideały. W piękno i dobro.

A może dlatego, że moja droga do Kościoła była kręta i wyboista. To była droga buntu i poszukiwań, droga trudnych pytań, zadawanych czasem z bezczelną miną. Droga równie trudnych odpowiedzi i wielu znaków zapytania, które wciąż jeszcze noszę cierpliwie w sercu tylko dlatego, że udało mi się znaleźć nadzieję większą niż moje wątpliwości.

Ta droga zaprowadziła mnie do Kościoła pełnego Życia. Taki Kościół znam, za takim tęsknię i taki chciałabym pokazywać innym. Kościół, który jest wspólnotą. Kościół, w którym można poczuć się jak u siebie w domu. W którym można kochać, inspirować się, wzrastać.

Gdy dzieją się rzeczy, które w tak dramatyczny sposób zaprzeczają wszystkiemu, w co wierzę, w czym pokładam nadzieję i co kocham, czuję się bezsilna. Nie mam wątpliwości, że o tym, co złe, trzeba mówić jasno i szczerze. Nie mam wątpliwości, że potrzebne jest zmierzenie się z prawdą, choćby była ona najtrudniejsza. Czuję jednak, że to wszystko za mało. Czuje też, że choć ja - zwykła mama z prowincjonalnej części kraju będącego prowincją Europy - nie zmienię świata, mogę zrobić coś, co będzie częścią większej zmiany.

[czasem przecież ziarenko przeważa szalę]

Chciałabym więc pamiętać o tym, że nawet cichy głos może odbić się głośnym echem. A tak stanie się tylko wtedy, gdy będę pamiętać o tym, że mam głos. Że choć jestem świecką kobietą, jestem też włączona w Kościół przez chrzest święty. Że buduję ten Kościół w taki sam sposób jak księża, biskupi i diakoni. To oznacza dla mnie dwie ważne rzeczy.

Po pierwsze: uświadomienie sobie swojej roli w Kościele - roli, która nie ogranicza się to siedzenia w pierwszej czy ostatniej ławce przez jedną godzinę w tygodniu. Jeśli tylko chcę, jeśli tylko Pan Bóg do tego zaprosi, mogę robić więcej: na miarę swoich możliwości współpracować i współdziałać, zamiast być jedynie biernym widzem w czasie nabożeństwa.

Po drugie, budowanie Kościoła oznacza współodpowiedzialność, czyli reagowanie. Dotyczy to nie tylko chwil, w których obok mnie mógłby dziać się taki dramat jak w Pensylwanii czy w Chile. To oznacza reagowanie w każdej sytuacji, która będzie budziła moje poważne wątpliwości czy oburzenie.

Gdy przeglądam (nie tylko katolickie) internety, wiem że my, Polacy, jesteśmy w tym mistrzami, ale tylko wtedy, gdy chowamy się za anonimowym nickiem na jeszcze bardziej anonimowym forum. Czy starczy mi odwagi, by o stylu prowadzenia katechezy, organizacji Pierwszej Komunii w parafii czy harmonogramie prac przy remoncie kościoła porozmawiać z proboszczem twarzą w twarz? Czy ograniczę się jedynie do wymiany uwag z sąsiadami czy wylewaniem frustracji na forum internetowym?

Co to ma wspólnego z pedofilią w Kościele - zapytacie? Pozornie - niewiele. A jednak jeśli nie uda się nam - świeckim i księżom - zbudować klimatu otwartości i szczerości, przed nami jeszcze sporo niedopowiedzeń, skandali i kryzysów. Musimy nauczyć się rozmawiać, z szacunkiem, ale bez lęku. Po partnersku - chciałabym napisać. I wierzę, że to możliwe, bo wiem, że Kościół to nie tylko "oni". Kościół to "my", czyli również ja, moje starania, wybory, mój potencjał, upadki i słabości.

Nie ma prostych słów. Nie ma prostych sposobów na to, by poukładać sobie - w głowie i w sercu - to, co rozsypuje się w drobny mak, gdy słyszy się doniesienia mediów. Można, a czasem nawet trzeba, ubierać w słowa swoje niezrozumienie, protest i smutek. Niektórych te uczucia być może zaprowadzą do trudnych pytań i trudnych decyzji. Niektórzy może odejdą z Kościoła na krok lub dwa. Albo na całe życie. We mnie wciąż jednak trwa ta sama nadzieja, mała jak ziarenko gorczycy, z której wyrasta wielkie drzewo. Ona niezmiennie podpowiada, że Kościół jest nie tylko tam, gdzie krzyczą nagłówki gazet, ale też tu, gdzie po cichu żyję, oddycham Słowem, kocham. Że moim zadaniem jest robić tyle, ile mogę. Moim zadaniem jest dobro - małe, codzienne, budujące. Na przekór temu, co złe.





Nie będzie wołał ni podnosił głosu, 
nie da słyszeć krzyku swego na dworze. 
Nie złamie trzciny nadłamanej, 
nie zagasi knotka o nikłym płomyku. 
On niezachwianie przyniesie Prawo. 
Nie zniechęci się ani nie załamie, 
aż utrwali Prawo na ziemi, 
a Jego pouczenia wyczekują wyspy. 
(Iz 42, 2-5)