piątek, 13 grudnia 2019

Jak zepsuć sobie święta. Level expert ;)

Sposobów na zmarnowanie Adwentu i zepsucie sobie świąt jest sporo. 
Można na przykład śpiewać “All I want for Christmas” i zapomnieć, że “Archanioł Boży Gabriel” został posłany do Panny Maryi. Można być ciągle jeszcze wczoraj albo już jutro i  codziennie odliczać kolejne dni tylko po to, by w końcu z rozczarowaniem stwierdzić, że święta, święta i po świętach. Można też przeżywać kolejno: Międzynarodowy Dzień Szorowania Podłóg, Ogólnopolskie Zawody w Myciu Okien na czas albo Światowy Dzień Gotowania Kapusty Kiszonej.

Jeśli jednak wypróbowałyście już te sposoby i szukacie nowych, podpowiem Wam dzisiaj co najmniej trzy kolejne. Trzy zupełnie świeże, nowiutkie i gotowe do wypróbowania sposoby na to, by zepsuć sobie święta.



1. Dostrzegaj to, co dzieli.

Dla mnie nadchodzące święta to Boże Narodzenie. Dla niektórych: Gwiazdka, “święta” albo po prostu kilka dni wolnego przed Sylwestrem. Ja potrafię zobaczyć w tym wszystkim to, co najważniejsze - duchową stronę świąt. Inni tego nie potrafią. To pewnie stąd te tłumy w centrach handlowych (ja wpadłam tam oczywiście tylko dziś, tylko po najważniejsze zakupy, nie to co inni, którzy pewnie codziennie włóczą się po sklepach). Ciekawe ilu z nich pójdzie na roraty? Albo chociaż do kościoła na święta? Ech, świat zmierza w złym kierunku.

Jeśli chcesz zepsuć sobie święta, zagraj w fascynującą grę, którą być może znasz z dzieciństwa. Znajdź dziesięć, sto, tysiąc różnic między dwoma obrazkami - tym, który przedstawia Twój ideał przeżywającego Adwent  katolika, a tym, na którym zobaczysz kogoś z tak zwanej “reszty świata”. Za żadne skarby nie myśl o tym, że Twoje przeżywanie świąt też nie zawsze było/jest takie, jakiego chciałby Jezus. Pamiętaj też, że na Twoją życzliwość nie zasługują Ci, którzy bratają się z “podrabianym” Mikołajem albo życzą Ci “magicznych Świąt”, tak jakby to magia była wtedy ważna. Pokaż jak daleko im do prawdziwego świętowania.

2. Słuchaj tego, co mówisz

Nie tego, co mówią inni. I nie tego, co chcieliby delikatnie powiedzieć między wierszami, bo nie potrafią wyrazić czegoś wprost. Pamiętaj, że liczy się to, co chcesz usłyszeć, a nie to, co faktycznie mówią inni. Jeśli ciotka skomplementuje sukienkę, którą kupiłaś ostatnio, by ukryć dodatkowe kilogramy, pamiętaj że prawdopodobnie widzi że przytyłaś i chce dać Ci to odczuć. Gdy znajomy będzie mówił o tym, jak jest u niego na Wigilii (że grzybowa, a nie barszcz, lub odwrotnie), zwróć uwagę na to, że pewnie patrzy na Ciebie z góry. Zresztą dajcie spokój, kto by jadł grzybową na święta (albo barszcz)... ?!
Domyślaj się, dopowiadaj, utwierdzaj się w przekonaniu, że zawsze to, co słyszysz, jest tym, co chciał powiedzieć Twój rozmówca. Pamiętaj że to nie jest tak, że się czepiasz albo doszukujesz złych intencji. Po prostu znasz życie i nie jesteś naiwna.

3. Bądź nieomylna

Nie zapomnij że są tylko dwie opcje - to będą albo najlepsze, albo najgorsze święta w Twoim życiu. Dlatego już zawczasu przygotuj dla siebie złoty medal lub etykietę z napisem najgorsza kobieta/żona/matka/gospodyni we Wszechświecie. Masz do wyboru jedną albo drugą opcję, kompromisy są dla cieniasów.  Postaw sobie poprzeczkę na odpowiedniej wysokości, bo co - nie dasz rady?

Pamiętaj, że obrus musi być śnieżnobiały, a zdjęcie na insta magiczne i niepowtarzalne. Potraw ma być dwanaście, ani mniej, ani więcej. Ty wiesz, jak ma wyglądać ten wieczór i na pewno wszystko zaplanowałaś najlepiej. Najlepiej nie śpiewajcie kolęd, bo sąsiedzi mogą usłyszeć, jak wujek Stefek śpiewa “rondel z głowy zdjęła”.  Nie jedzcie też pierniczków, przecież nie po to zarywałaś trzy noce, robiąc najlepszy lukier królewski ever, żeby to teraz zniszczyli, łakomczuchy jedne. Pierniczki na paterze wyglądają idealnie, o może to serduszko obrócisz jeszcze o 30 stopni w lewo. W drugie lewo. To znaczy w prawo. I pamiętaj, jeśli wydarzy się katastrofa, taka jak plama z barszczu (albo z grzybowej), to na pewno wszyscy to zauważą. Będą myśleć i mówić tylko o tym, a Ty… masz już tę etykietkę, o której pisałam?

Święta można zepsuć sobie na jeszcze milion innych sposobów. 
Wiem, bo czasem mi się to udawało (choć wiecie, nawet "popsute święta" udaje się Panu Bogu naprawić :) ). I ja też irytuję się, słysząc o “magii Świąt” albo stojąc w korku w pobliżu centrum handlowego. Z dużą przyjemnością słucham jednak świątecznych piosenek. Chociaż sączą się ze sklepowych głośników już od połowy listopada, jakoś nie umiem się nimi znudzić. 
Jedną z piosenek, którą ostatnio nucę najczęściej jest ta:
“Do you hear what I hear”. 

To piękna opowieść. Wiatr szepce do małej owieczki: czy widzisz to, co ja widzę - wielką gwiazdę na niebie? Owieczka z kolei pyta pasterza: czy słyszysz to, co ja słyszę - unoszącą się ponad koronami drzew pieśń? Pastuszek zaś mówi do króla: czy wiesz to, co ja wiem? 
I opowiada o Dzieciątku, które drży z zimna...



To duża sztuka: zobaczyć to, co widzi ktoś inny. Bez swoich okularów, bez schematów, którymi tłumaczymy to, co niewygodne. I bez “ja wiem najlepiej”. 
To duża sztuka: usłyszeć to, co słyszy ktoś inny. Usłyszeć słowa, a nie ich interpretację. Odczytać w nich to, czym druga osoba się dzieli. I nie słuchać tak, by odpowiedzieć od razu: “A ja… A mi… A moje…”
To duża sztuka: mieć w sobie nie tylko odpowiedzi, ale i pytania. Przyznać, że czegoś nie wiem, nie potrafię, nie rozumiem. Przyjąć to, co nowe i zaskakujące.

Może usłyszysz te proste pytania w Twojej świątecznej opowieści, która już teraz pisze się w Twojej codzienności? Może uda Ci się poszukać na nie odpowiedzi? Bo wiesz, to tylko zwykła piosenka… ale co by się stało, gdyby to sam Jezus zapytał:
“Czy widzisz to, co ja widzę?
Słyszysz to, co ja słyszę? 
Wiesz to, co ja wiem?”.

Pozwoliłabyś Mu dojść do głosu?

czwartek, 28 listopada 2019

Taki cud, że skarpetki ratują świat.

Pamiętam, jak bardzo mnie to poruszyło. Czytałam wiele listów do Mikołaja, ten jednak był szczególny. Kilkuletni chłopiec prosił w nim o słodycze i ciepłe skarpetki. Nie o klocki Lego, gry komputerowe, tableta, ale o skarpetki. Taka skromna prośba nie wpadłoby chyba do głowy nikomu, kto nosi dobre zimowe buty i śpi pod wystarczająco ciepłą kołdrą w domu, w którym nie brakuje pieniędzy na opał...

Pomyślałam wtedy, że choć wokół słyszę nieustannie o "magii Świąt", to ode mnie zależą świąteczne cuda i to tak zwyczajne, jak skarpetki, które mogą uratować świat jakiegoś nieznanego dziecka. Bo będzie mu ciepło. Bo ktoś się o nie zatroszczy.




Nieco ponad dwa tysiące lat temu świat powitał - dość chłodno raczej - również pewne nieznane Dziecko. A my, choć składamy często podniosłe deklaracji i polerujemy ten dodatkowy talerz, który stawiamy dla niespodziewanego gościa w czasie wigilijnej wieczerzy, nie mamy lepszej okazji do tego, by się o nie zatroszczyć, niż ta.

Dla Niego nie było miejsca w Betlejem w żadnej gospodzie. Magia Świąt polega na tym, że to miejsce może się znaleźć w naszej rodzinie. Nie tylko dlatego, że powiemy: "Oooo, gdybym TO JA miała wtedy możliwość przyjęcia Maryi i Józefa do swojego domu, śpiewalibyśmy dzisiaj kolędy innej treści". Możemy przecież przygarnąć dziecko - to konkretne, z równie konkretnymi marzeniami, na przykład o ciepłych skarpetkach. To jak zaproszenie go do siebie, swojej rodziny i swojego serca.

Piszę o tym, bo już za kilka dni większość z nas w takiej czy innej formie rozpocznie swoje adwentowe przygotowania. Jak co roku, wiele inspiracji dotyczących duchowego przeżycia tego czasu znajdziemy w internecie. Nie będzie to pewnie szczególne odkrywcza myśl, ale wraca ona do mnie uparcie od kilku dni - w adwentowym czuwaniu potrzebna jest równowaga. To wspaniałe, że tan czas dla wielu osób jest okazją do pewnego rodzaju mobilizacji, zadbania o modlitwę i poszukiwania duchowych inspiracji. Na końcu tego wpisu sama podam Wam kilka propozycji, z którymi warto się zapoznać.

Wydaje mi się jednak, że na tym nasze przygotowania nie mogą się skończyć. Kto naprawdę przyjmuje, kto angażuje się sercem w modlitwę i pyta o dobro, ten często odkrywa w sobie pragnienie, by dzielić się tym, czego doświadczył. Dlatego by adwentowa radość miała szansę nie tylko w nas zakiełkować, ale też rozkwitnąć w pełni, warto pomyśleć nad tym, co możemy dać innym. Może będą to po prostu pierniczki, przyprawione nie tylko cynamonem i goździkami, ale też miłością? A może zdecydujemy się otworzyć nasze serca, rodziny i... portfele :) by w jakimś nieznanym dziecku powiedzieć Jezusowi - "Lulajże... moja perełko. I niech Ci będzie ciepło w stópki"?

Przytłaczają mnie ostatnio wielkie słowa, nawet te niesamowicie pozytywne. Dlatego mój plan na Adwent, oprócz radości z przygotowania podarunków dla tym, którzy od życia otrzymali ich zbyt mało, zakłada bardzo prostą rzecz. Nie zawsze mam siłę na DOBRO. Nie zawsze stać mnie na heroiczną i bezwarunkową miłość. I w sumie z poprzedniego zdania mogłabym wykreślić słowo "zawsze..." ;) Mogę jednak pozwolić sobie na małą, zwyczajną, cichą życzliwość. Taki drobiazg, który sprawi, że dla kogoś dzień będzie trochę bardziej znośny, a zimna mniej chłodna. I kto wie, może takie drobiazgi też czasem ratują komuś świat?...

Propozycje rekolekcji adwentowych:

Internetowy Dom Rekolekcyjny - "Nie bój się przyjąć..."

Siostry Sacre Coeur w Warszawie - Raduj się Córo Syjonu - Skupienie adwentowe dla kobiet oraz Skupienie: Bóg w moim życiu - przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia

Rekolekcje dla rodziców po stracie dziecka: „Adwent, czyli jak przygotować się do świąt, gdy zabrakło szczęśliwego narodzenia”

"Czekając na Jezusa". Adwentowa droga Ubogaconych. 

Rekolekcje adwentowe Inny Wymiar.

... zaglądajcie też na profil Chrześcijańskiej Mamy na FB i Instagramie :) tam, zgodnie z tym co napisałam, zapanuje prostota. I Słowo :)

Jeśli chcesz dać komuś gwiazdkę z nieba...

Wirtualna Choinka - to właśnie tam kilka lat temu przeczytałam o skarpetkach...

Robótka, czyli akcja wysyłania kartek (i opcjonalnie też prezentów) "dla koedukacyjnej brygady niepełnosprawnych intelektualnie mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Niegowie"

Zbiórka na zakup materiałów plastycznych do terapii osób ze spektrum autyzmu.

"Skarpeta świętego Mikołaja" Chcemy obdarować skazanych na dzień świętego Mikołaja (6.12).... skarpetami.

Czy pomożecie mi dopisać kolejne punkty w obu tych listach? :) Bardzo proszę, dawajcie znać w komentarzach! :)

P.S. Bonus dla wszystkich ludzi dobrej woli :) bo na jest więcej!







niedziela, 24 listopada 2019

Czekając na to, co DOBRE, czyli kalendarz i inspiracje adwentowe.

Nigdy nie zapomnę tego smaku... Kiedy byłam dzieckiem, otwieranie kolejnych okienek kalendarza adwentowego było prawdziwym przeżyciem, bo liczył się zarówno smak czekolady, jak i odkrywanie kolejnych kształtów, skrywanych za tekturową zasłoną.



Od tego czasu minęło trochę lat, a ja, choć nadal lubię czekoladę, czerpię teraz przyjemność raczej z wpatrywania się w uśmiechy moich dzieci, czekających na kolejne zadania i drobne słodkości, kryjące się w  kalendarzu. Jakiś czas temu zrobiłam własnoręcznie kalendarz adwentowy z małymi pudełeczkami. Jest śliczny, a jednak niezbyt praktyczny. W tym roku postanowiłam więc zrobić coś prostszego. Jest to chyba najłatwiejsza do wykonania wersja kalendarza adwentowego. Do jego przygotowania potrzebne są papierowe torebki śniadaniowe, dziurkacz, sznurek i klej. Specjalnie dla Was przygotowałam również kolorowe etykiety z kolejnymi grudniowymi cyframi, od 1 do 24.


Torebkę wystarczy zgiąć,wykonać w niej otwory dziurkaczem, przewiązać sznurkiem i ozdobić.
 A efekt? Zobaczcie sami:






Przygotowanie i ozdobienie torebek zajmuje naprawdę niewiele czasu. Można do tego wykorzystać również świąteczne naklejki czy papiery, które można dostać np. w Lidlu, Pepco czy Tedi (w tym ostatnim jest duży wybór w bardzo korzystnych cenach - piszę to nie mając naprawdę żadnych powiązań z żadnym z powyższych sklepów :) )




Co powinno stanowić zawartość kalendarza? Najlepiej, by było to coś, co sprawi radość dzieciakom, a jednocześnie pomoże im przygotować się do świąt - nie zawsze wprost. Zadanie, które możemy dołączyć do kalendarza, nie zawsze musi bezpośrednio nawiązywać do adwentu. Może być to coś, co w jakiś sposób otworzy nas na drugiego człowieka czy skłoni do refleksji. Rozmowa na ten temat może być dobrym punktem wyjścia do tego, by wspólnie z dziećmi odkrywać, co może dla nas znaczyć BOŻE Narodzenie. Możemy być razem z nimi w drodze, towarzysząc im, a jednocześnie ucząc się tego, co Pan Bóg chce nam powiedzieć również przez naszych najbliższych.

Listę zadań do kalendarza adwentowego - listę subiektywna, skierowaną do osób w różnym wieku i zdecydowanie nie zamkniętą - znajdziecie na końcu tego wpisu.

Możecie również pobrać ją tutaj: KLIK.

Tutaj znajdziecie etykiety na kalendarz adwentowy w dwóch częściach: CZĘŚĆ1 i CZĘŚĆ2.

W materiałach do wydruku znajdziecie również teksty, które możecie wykorzystać w czasie wykonywania kartek świątecznych:





Wśród zadań znajdziecie również zachętę do wykonania instrumentu muzycznego. Można do tego wykorzystać jakiekolwiek plastikowe pudełeczko i ryż lub groch. Można również zainwestować kilka złotych w bardzo prosty zestaw instrumentów dla dzieci. Wspólne kolędowanie, w czasie którego można ZAGRAĆ np. na trójkącie, jest często dla dzieci ogromną atrakcją... Czują się wtedy nie tylko docenione przez to, że powierza im się ważne zadanie, ale również - czują się słuchane. Bardzo dosłownie :)



Wśród zadań znajdziecie propozycję własnoręcznego wykonania bożonarodzeniowej szopki. Można do tego wykorzystać darmowe materiały, znajdujące się w internecie, np. tutaj:

https://www.designdazzle.com/free-printable-nativity-coloring-page/
https://makinglifeblissful.com/2018/11/printable-christmas-kindness-cards.html

W przygotowaniu ozdób świątecznych również możecie puścić wodze fantazji. Warto poszukać inspiracji np. na pinterest.com. Znalazłam tam  fantastyczne dekoracje, wykonane ze zwyczajnych patyczków do lodów. W zeszłym roku kilka miejsc w naszym kalendarzu zajęły takie mini zestawy kreatywne - z patyczkami, pomponikami i cekinami. Zaangażowanie dzieci i efekt ich pracy były fenomenalne!


źródło: https://pl.pinterest.com/pin/279504720597217001/

źródło: https://pl.pinterest.com/pin/706502260278722386/
źródło: https://pl.pinterest.com/pin/262968065725791243/

Jeśli macie ochotę, podzielcie się Waszymi propozycjami i pomysłami. Czekam na to bardzo! A po spodem wklejam propozycje zadań do kalendarza ( i przypominam, że powyżej w linku we wpisie znajdziecie je również w wersji do wydruku). Dobrej zabawy i pięknych rodzinnych przygotowań do świętowania!

Zadania do kalendarza:

Wykonajcie własnoręcznie instrument muzyczny (np. grzechotkę), który wykorzystacie w czasie kolędowania.

Nauczcie się nowej kolędy.

Upieczcie pierniczki.

Udekorujcie pierniczki.

Wykonajcie kartki świąteczne.

Wykonajcie łańcuch na choinkę albo inne ozdoby.

Przygotujcie własnoręcznie podarunek dla bliskiej osoby.

Wybierzcie się w odwiedziny do kogoś, kto jest samotny lub chory.

Policzcie dzisiaj, ile razy uśmiechnęliście się do innych.

Przeczytajcie historię narodzenia Jezusa (z Pisma Świętego). W jaki sposób opowiedzielibyście ją własnymi słowami?

Przeczytajcie fragment o zwiastowaniu Maryi (Łk 1, 26 – 38) i narysujcie tę scenę.

Przeczytajcie fragment Łk 1,46-56 (Magnificat) i pomyślcie, jak mógłby wyglądać Wasz hymn uwielbienia.

Przygotujcie listę 10 rzeczy, za które jesteście wdzięczni.

Policzcie dzisiaj, ile razy powiedzieliście dziś: „Dziękuję”.

Przygotujcie szopkę.

Napiszcie list do kogoś, kogo dawno nie widzieliście.

Przygotujcie dla kogoś miłą niespodziankę.

Przygotujcie lampion na roraty.

Wyręczcie kogoś w domowych obowiązkach.

Przygotujcie Wasze pokoje na święta – zróbcie porządki i przygotujcie świąteczną dekorację.

Policzcie, ile razy powiedzieliście dziś komuś komplement.

Zastanówcie się wspólnie, jak często w historii narodzenia Jezusa (od Zwiastowania) pojawia się anioł. Może spróbujecie go narysować?

Przeżyjcie ten dzień myśląc w szczególny sposób o Waszym Aniele Stróżu. Odmówcie modlitwę „Aniele Boży Stróżu Mój” zastanawiając się nad jej słowami.

Pójdźcie dziś na rodzinny spacer.

Przygotujcie wspólnie deser albo inne smakołyki, które lubi Wasza rodzina, a potem spędźcie razem trochę czasu.

Przeżyjcie dzisiejszy dzień bez korzystania z telefonu komórkowego (lub z mediów społecznościowych).

Włączcie się w jakąś akcję charytatywną, nawet jeśli będzie to drobiazg – niech to będzie pomoc płynąca z serca.

Powiedz dzisiaj Twojemu bratu/, co lubisz w nim najbardziej.

Powiedz dzisiaj Twojej siostrze, co lubisz w niej najbardziej.

Porozmawiaj dziś z tym kolegą/koleżanką z klasy, z który wydaje Ci się najbardziej samotny.

Pożycz komuś fajną książkę.
Zaśpiewajcie dziś jedną z pieśni adwentowych.

Wykonajcie wieniec adwentowy.

Przygotujcie prezent od serca dla przyjaciela.





niedziela, 17 listopada 2019

O kobiecie, która potrafiła czekać

Dwudziesty pierwszy dzień pierwszy marca roku Pańskiego 1818 niósł w sobie obietnicę wiosny, albo przynajmniej nowej nadziei. Tego dnia, w porcie Bordeaux, pewna czterdziestodziewięcioletnia kobieta wpatrywała się w linię horyzontu, jakby starała się upewnić, że to nie sen. Wiedziała, że przed nią jeszcze długa podróż. Wiedziała, że musi poczekać. A jednak czekanie już nie było jej straszne. Zdążyła je już oswoić…

Święta Filipina Duchesne, bo o niej mowa, przeszła długą drogę, zanim znalazła się w tym właśnie punkcie życia. Urodziła się w Grenoble w roku 1769. Jej ojciec był prawnikiem, a matka - oddaną rodzinie i pełną wiary kobietą. Filipina zdobywała wykształcenie w klasztorze sióstr Wizytek i to właśnie tam odczytała głos powołania - pragnęła poświęcić swoje życie tylko i wyłącznie Panu Bogu. Gdy miała osiemnaście lat, wstąpiła do klasztoru mimo początkowego braku aprobaty ze strony ojca. To była pierwsza przeszkoda, którą musiała pokonać na swojej drodze podążania za pragnieniami, jakie nosiła w sercu…

Niedługo później wybuchła Wielka Rewolucja Francuska. Klasztory zostały zamknięte, podobnie jak katolickie szkoły czy sierocińce. Dla Filipiny oznaczało to koniec życia, jakie wiodła do tej pory - a przynajmniej na to wskazywały okoliczności zewnętrzne. Wróciła do rodziny przebywającej w Grannes, a jednak mimo wszystko starała się prowadzić życie zbliżone do tego, jakie wiodła w klasztornych murach. Próbowała na tyle, na ile było to możliwe, żyć zgodnie z regułą zakonną, a jednocześnie pomagać tym, którzy na skutek rewolucyjnej zawieruchy doświadczali biedy i braku opieki, w tym dzieciom, pozbawionym pomocy, jakiej wcześniej udzielał im Kościół. Później zakupiła nawet budynek klasztorny, mając nadzieję na odbudowanie wspólnoty. Jej pragnienie spełniło się jednak w zupełnie inny sposób.

Rok 1804 był kolejnym rokiem jej oczekiwania na zmianę. Filipina nie wiedziała, jakim punktem zwrotnym będzie spotkanie z dziesięć lat od niej młodszą Magdaleną Zofią Barat, która cztery lata wcześniej założyła przy współpracy z o. Varin nowe zgromadzenie zakonne. Był to początek niezwykłej przyjaźni i wspólnego zaangażowania sił po to, by głosić światu miłość Serca Jezusa. Filipina przyłączyła się do Magdaleny Zofii i rozpoczęła nowy rozdział w swoim podążaniu za Jezusem - tym razem jako jedna z zakonnic Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa.

Pewnego dnia do Grenoble, gdzie przebywała nasza bohaterka, przybył misjonarz, który opowiadał o trudnym losie ludów z okolic Missisipi i Missouri. Jego przemówienie bardzo poruszyło Filipinę, która zaczęła odczytywać nowe pragnienie, rodzące się w jej sercu - wyjazd na misje. Podzieliła się tym w jednym z listów do Magdaleny Zofii, w którym wyrażała swój zapał w sposób, który jest mi bliski, bo przecież ja też, jeśli czegoś pragnę, to już, teraz, zaraz… Filipina pisała: Dobra Matko, gdy Matka mi powie: «Oto cię posyłam», odpowiem prędko: «Jadę!» Och! Gdyby to mogło być przed końcem tego roku!

Przed końcem roku? Nie… Miało minąć długich 13 lat, zanim Filipina ruszy w drogę, choć w jakimś sensie już się do tej drogi przygotowywała. Niezmiennie jednak na swoje prośby i pytania otrzymywała podobną odpowiedź: czekaj cierpliwie. „Twoje nadzieje się spełnią. Dużo rzeczy na to wskazuje. Bądź więc spokojna i czekaj cierpliwie, a przede wszystkim zgadzaj się, jak we wszystkim tak i w tym, z wolą Bożą, którą w swoim czasie pokaże.”- pisała do niej jej przyjaciółka i przełożona. Ale czekanie nie było łatwe dla kogoś, kto miał serce rozpalone wielkimi pragnieniami…

W końcu jednak nadszedł ten dzień. W Wielki Czwartek, 19 marca 1818 Filipina wraz z czterema towarzyszkami, stanęła na pokładzie statku, 21 marca ruszyła w drogę, a dzień później, w Wielkanoc, straciła z oczu Francję, do której miała już nigdy nie wrócić. Rozpoczęła się długa podróż.

W podobną trasę, choć z innego portu, niemal sto lat później wypłynie najbardziej znany transatlantyk, Titanic. Wygody czekające na luksusowym statku będą nieporównywalnie większe od tych, jakie czekały na pokładzie czteromasztowca “Rebecca”. W Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa (czy to nie wymowne?), po siedemdziesięciu dniach uciążliwej i niebezpiecznej morskiej podróży, Filipina wraz z trzema towarzyszkami przybyła do Nowego Orleanu. Stamtąd trafiła do… szpitala, czy raczej infirmerii prowadzonej przez siostry Urszulanki. Po tym krótkim przystanku czekało ją kolejne 40 dni podróży, tym razem na wolnym jak ślimak parostatku “Franklin”, również bez wygód, w tłoku i upale. W jednej z miejscowości, w których zatrzymał się statek, proboszcz przyjął zakonnice na plebani, która była bardzo uboga. W dzienniku z podróży zapisały one jednak coś, co bardzo mnie porusza: „Tam rozkoszowałyśmy się obecnością Pana Jezusa. Pięć tygodni spędzonych z dala od  Niego dało nam żywo odczuć, że jedna godzina u Jego stóp więcej warta niż tysiące na świecie.”  

W końcu, 22 sierpnia, parowiec dotarł do Saint Louis, gdzie Filipina i jej towarzyszki spotkały się z miejscowym biskupem. Zgodnie z jego wskazówkami, udały się do pobliskiej miejscowości Saint Charles, gdzie założyły pierwszą pierwszą poza Europą szkołę Najświętszego Serca Jezusa. Jej prowadzenie było jednak bardzo trudne z powodu warunków lokalowych i finansowych. Ludność zamieszkująca tamte tereny stanowiła mieszankę różnych kultur i narodowości, a wiele dzieci nie potrafiło czytać, pisać i praktycznie nie znało Jezusa i nauczania Kościoła. Było to duże wyzwanie - i takim wyzwaniom przez kolejne lata Filipina musiała stawiać czoła. W tym wszystkim znowu czekała - wprawdzie aktywnie, modląc się i działając tam, gdzie aktualnie była taka potrzeba, a jednak przecież życie, które prowadziła po przyjeździe do Ameryki to wciąż było zbyt mało. Pragnęła zanieść Dobrą Nowinę pierwotnym mieszkańcom tamtych ziem. Musiała na to czekać jednak kolejnych kilkadziesiąt lat, do roku 1841. Miała wtedy 72 lata, a stan jej zdrowia nie sprzyjał kolejnym podróżom. Podążanie za głosem pragnienia wydawało się szaleństwem. A jednak Filipina, zmierzając ku temu, za czym tak bardzo tęskniła, wyglądała ponoć, jakby ubyło jej połowę lat - tak przynajmniej opisywano jej podróż rzeką Missisipi ku ziemiom Indian Potomatowi.



„Oto, moje dzieci, kobieta, która od 35 lat nie przestaje prosić Boga, by mogła do was przyjść” - w ten sposób została przedstawiona przez księdza, który również współpracował z ludnością zamieszkującą miejscowość, do której dotarli, czyli Sugar Creek. Filipina wraz z towarzyszącymi jej zakonnicami otworzyły tam małą szkołę i uczestniczyły w życiu wioski. Niestety zakonnica nie była w stanie opanować języka Indian, który był bardzo skomplikowany i na który składały się długie, 8-10 sylabowe słowa. Nie mogła więc robić tego, czego tak bardzo pragnęła - opowiadać o Jezusie. A przynajmniej nie mogła robić tego wprost… Filipina znalazła jednak inny sposób na dzielenie się wiarą. Robiła to, co od zawsze wypełniało jej życie - po prostu modliła się. Indianie, obserwując ją trwającą nieruchomo i w milczeniu, patrzyli na nią z szacunkiem i nazywali ją “kobietą, która zawsze się modli”.

Ja  nazywam ją kobietą, która potrafiła czekać nawet wtedy, gdy wydawało jej się to zadaniem niewykonalnym… Kobietą odwagi i nadziei. Kobietą, która potrafiła nazwać swoje pragnienia i uwierzyć w to, że one są prawdziwe i dobre, że są sposobem, w jaki mówi do niej Bóg. Potrafiła też w Jego dłoniach złożyć to, czego tak bardzo pragnęła.

Nie umiem czekać - to dla mnie bardzo trudne. Patrząc na Filipinę, uczę się od niej cierpliwości i zaufania, bo trwać w oczekiwaniu może tylko ten, który wierzy, że na końcu oczekiwania czeka go coś dobrego. Chciałabym też tak jak ona trwać w zasłuchaniu i modlitwie niezależnie od okoliczności, bo wydaje się, że właśnie dzięki temu można działać mądrze i dobrze. Nie wiem, jakie imię nadaliby mi ludzie, którzy idą wraz ze mną przez życie. Ja sama wiem, że czasem jestem “kobietą, która nie umie czekać”... albo “kobietą, która dopiero uczy się miłości”. Nie wiem, czy kiedyś moje życie będzie można podsumować w tych prostych, pięknych słowach - “zawsze się modli”. Filipina pokazuje mi jednak, że coś takiego nie jest efektem jednorazowego wysiłku, ale wierności temu, co czasem nazywamy drobiazgami. Do tego co wielkie, piękne, wytęsknione, prowadzą nas wysiłki każdego dnia. Prowadzi nas wierność.

Wiem, że nie odkryję Ameryki - i kto wie, może Ty też słyszałaś takie słowa. Nie odkryjesz Ameryki, to prawda, tak jak nie zrobiła tego Filipina. Zrobiła za to coś więcej - zostawiła tam część siebie. Zostawiła tam swoje serce i zapał. Nie zawsze trzeba odkrywać nowe lądy i przemierzać nieznane wcześniej szlaki. Wystarczy, że na każdej z tych dróg będzie niosło się miłość, tak zwyczajnie, po prostu. 

Kto wie, może Twoja “Rebecca” już czeka w porcie, a może dopiero kreślisz mapę swoich pragnień i szukasz odwagi, by ruszyć własną drogą za tym, co podpowiada serce. Niezależnie od wszystkiego, niech Cię prowadzą te same słowa, który wyznaczały szlak świętej Filipiny i które być może pomagały jej trwać w oczekiwaniu, choć było to tak trudne: “Odwagi i ufności”.

Odwagi i ufności. 
To wystarczy.

(pisząc korzystałam ze źródeł:
https://www.siostry-sc.pl/kim-jestesmy/osobowosci-zgromadzenia/sw-filipina-duchesne/91-zycie-sw-filipiny-duchesne-baunard - stąd pochodzą też wszystkie cytaty;
https://www.siostry-sc.pl/kim-jestesmy/osobowosci-zgromadzenia/sw-filipina-duchesne/256-krotki-zyciorys-sw-filipiny-duchesne-rscj
 Mademoiselle Duchesne: Mere Duchesne, Rscj Theresa Riley Shaw 2018)

sobota, 9 listopada 2019

proste słowo: dziękuję

W zeszłym roku mniej więcej o tej porze, w kilku miejscach w internecie spotkałam się z pomysłem, aby jedenastego listopada upiec szarlotkę, zaprosić sąsiadów i również w taki sposób - integrujący i sprzyjający pogłębianiu więzi - świętować niepodległość. Do pieczenia nie trzeba mnie jakoś szczególnie zachęcać, dlatego również dziś - na niedzielę i na świąteczny poniedziałek - przygotuję ciasto, które dzięki zapachowi jabłek i cynamonu sprawi, że w domu będzie naprawdę ciepło i przytulnie...

Taki chwile jak ta, gdy spokojnie płynie sobie kolejny zwyczajny dzień, są dla mnie okazją do refleksji. Dużo we mnie ostatnio wdzięczności... Jestem oczywiście wdzięczna za to, że żyję w wolnym kraju i że będę mogła świętować sto pierwszą rocznicę odzyskania niepodległości. Ale cieszę się również tym, co składa się na moją codzienność i co jest dużo bardziej zwyczajne...

Najprościej jest zawsze wyliczyć to, czego nie mamy - zwłaszcza gdy bardzo czegoś pragniemy, gdy za czymś tęsknimy. Gdy w sercu pojawia się ukłucie żalu, że coś nie wyszło... I gdy zagląda się przez płot do ogródka sąsiada, a tam trawa jest bardziej zielona, a życie prostsze i jakoś tak chyba bardziej udane..



Najprościej wyliczyć to, czego się nie posiada. Nieco trudniej - znaleźć radość w tym, co nasze i docenić smak codzienności. Nazwać marzenia i pragnienia, i żyć nimi, dążyć do ich spełnienia, ale nie na zasadzie narzekania, że gwiazdka jeszcze nam nie spadła z nieba. Zanim spadnie, minie trochę czasu. Zamiast marnować go na wzdychanie z żalem, fajnie jest ucieszyć się tym, czego na co dzień nie doceniamy.

Nie piszę tego, żeby wywierać jakąkolwiek presję czy wpędzać kogoś w wyrzuty sumienia. Nie chcę pisać: "ciesz się, bo inni mają gorzej" ani tym bardziej: "ciesz się, bo kiedyś sama będziesz miała gorzej". Bardzo dobrze wiem, że są takie dni, gdy widzi się wszystko w czarnych barwach i wcale nie trzeba do tego listopada za oknem. Takie dni też są potrzebne. Dobrze jednak traktować je jako przystanek na drodze, a nie miejsce stałego pobytu. I dobrze jest w takich chwilach popatrzeć nie tylko na to, co dzieje się teraz, ale na to, co było i do czego zmierzamy.

W wielu miejscach w Biblii wspominane jest wyjście Izraelitów z Egiptu i cuda, jakich doświadczali w drodze przez pustynię. Większość z nas ma w swoim życiu takie wydarzenia: swój Egipt i udrękę niewoli, niepewność drogi, cud Bożej opieki i radość bycia odnalezionym. To historia, która pisała się i pisze w naszej codzienności. Wracając do tego, co było doświadczeniem mocy Miłości, przypominamy sobie nie tylko tym, w jaki sposób sposób działa Bóg, ale również o tym, kim naprawdę jesteśmy. Jeśli więc masz poczucie, że zgubiłaś w życiu drogę, mapę, kompas i radość, może warto wrócić po samego początku? Zobaczyć, Kto powiedział Ci: "chodź za mną, będzie pięknie"? I zamiast patrzeć pod nogi, z rezygnacją, spojrzeć w kierunku, który On chce Ci pokazać?...

Wdzięczność jest drogowskazem, który nie zawsze łatwo jest zauważyć. Czasami jednak proste słowo: "dziękuję" jest dobrym początkiem. Od tego warto zacząć nawet gdy wydaje się, że wszystko się skończyło.

piątek, 1 listopada 2019

Elżbieta i jej najdroższy niedowiarek


„Elżbieto, znasz moje nastawienie, przysiągłem Bogu nienawiść, żyję tą nienawiścią i w niej umrę!” – krzyczał. Zadziwiał go jej spokój i pogodne spojrzenie, od zdziwienia silniejszy był jednak wszechogarniający gniew spotęgowany całkowitą bezsilnością. Jego ukochana żona odchodziła. Nie mógł z tym absolutnie nic zrobić.

Feliks Leseur, bo o nim mowa, był francuskim dziennikarzem i lekarzem. Jego małżeństwo z piękną, pogodną i pełną elegancji Elżbietą było bardzo szczęśliwe. Tylko jednego nie potrafił w niej rozumieć. To jedno ich dzieliło: jej wiara.

Nie mieściło mu się w głowie, że te „przesądy” można brać na poważnie. Na krótki okres nawet udało mu się zachwiać wiarą Elżbiety. Podsuwał jej antyreligijne książki, dyskutował z nią, aż w końcu prawie się złamała. Potem jednak sama zaczęła dociekać, czytać, szukać odpowiedzi na pytania budzące jej wątpliwości. Nie tylko wyszła z tej próby zwycięsko, ale jej wiara tak się umocniła, że nawet pomimo osamotnienia i cierpienia więcej nie zwątpiła. Mimo trudności zaufała Jezusowi tak mocno, że tej wiary starczyło nie tylko dla niej, ale i dla jej męża. Jego nawrócenie jest jednym z najbardziej spektakularnych nawróceń, o których słyszałam. Zanim do niego doszło, Feliks przeszedł wspólnie ze swoją żoną długą drogę.

Elżbieta urodziła się w zamożnej paryskiej rodzinie w 1866 roku. Jej ojciec był znanym adwokatem, matka prowadziła dom i dbała o wychowanie dzieci, przekazując im również swoją miłość do Boga. Być może to właśnie dzięki świadectwu mamy Elżbieta już od wczesnych lat trwała w relacji z Jezusem.

Możliwe też, że wzięła sobie do serca to, co usłyszała od jednego ze swoich krewnych – że jej imię znaczy po hebrajsku „dom Boży”. I to chyba właśnie widać w jej życiu: Bóg nie był w nim gościem, nawet najdostojniejszym i przyjmowanym z honorami. On był dla niej Domownikiem – kimś, kto szedł z nią przez codzienność i swoją obecnością przemieniał nawet to co po ludzku nie dawało nadziei na zmianę.

Dzienniczek młodej Elżbiety pełen jest opisów codzienności i małych zmagań, takich jak kłótnie z bratem czy odmawianie zrobienia tego, o co ją proszono: „Gdy mnie o coś proszą, to zawsze odmawiam przez przekorę; to bardzo brzydko i postaram się z tego poprawić; proszę Boga, aby mi dał łaskę potrzebną, abym się poprawiła”

Tuż obok znajdują się jednak zapiski, które zdumiewają i zachwycają dojrzałością. Młoda
Elżbieta pisze o komunii: „Nic mówić nie mogłam, zanadto byłam szczęśliwa. Słuchałam Boga, który przemawiał do mej duszy, który mi wciąż powtarzał: «Jestem z tobą, posiadasz
mnie!»”


Codzienność dorastającej Elżbiety wypełniał czas spędzany z rodziną i nauka na prywatnej pensji. Choć atmosfera panująca w domu była pełna życzliwości i ciepła, w młodości Elżbiety nie brakowało trudnych wydarzeń. Jednym z nich była śmierć jej młodszej siostrzyczki, Marii, która zmarła niedługo po uroczystości pierwszej komunii świętej Elżuni.

W wieku dwudziestu lat Elżbieta poznała swojego przyszłego męża, Feliksa Leseura. Połączyło ich zainteresowanie muzyką i literaturą. Wydaje się, że naprawdę do siebie pasowali - on kulturalny i wykształcony, ona miła, elegancka i również z bardzo dobrym wykształceniem. Pobrali się w roku 1889 i wtedy zaczęło się ich wspólne życie.

Elżbieta była szczęśliwa w swojej roli. Należała do elity towarzyskiej tamtych czasów, zawsze
wytworna, taktowna i uprzejma. Nikt nie wiedział, że ta światowa dama w sercu była skupiona na Bogu, zatopiona w modlitwie i żyła duchem ofiarowania.
Kilka miesięcy po ślubie zapadła na przewlekłą chorobę, która z czasem sprawiała jej coraz więcej cierpienia. Elżbieta oddawała je Bogu wraz z modlitwą za swoich niewierzących przyjaciół. Przeczuwając być może, w jaki sposób rozwinie się jej choroba, prosiła Boga również za swojego ukochanego. Prosiła w sposób niezwykły, mówiąc Bogu, że oddaje swoje życie w intencji powrotu Feliksa do wiary. A na co dzień, zwyczajnie i po cichu, chciała opowiadać o Bogu, nie wymawiając Jego imienia, tak by przybliżać Go mężowi. „Najdroższy niedowiarek” – pisała o Leseurze z czułością.



Nie prowadziła krucjat. Nie manifestowała swojej dezaprobaty dla jego wyborów. Wybrała inną drogę: bycia blisko, z troską, czułością i modlitwą. Czuła, że właśnie do tego zaprasza ją Bóg:

Bóg dał mi tę łaskę, że widzę, jakie mam szczególne przeznaczenie. Kazał mi Bóg żyć wśród ludzi, którzy przeczą prawdom wiary, którzy prawd tych nie znają. Chciał On zapewne, abym poznała i zrozumiała najróżnorodniejsze stany dusz, abym mogła z niemi współczuć i z większą miłością i wyrozumieniem potrafiła pochylać się nad niewiarą lub zwątpieniem. Być dobrym Samarytaninem względem tylu zgorzkniałych serc, umysłów niespokojnych, zmąconych sumień; okazywać poszanowanie, delikatność, zrozumienie dla dusz; z całą łagodnością starać się przenikać do ich wnętrz, wlewając do nich po kropli, stosownie do stanu ich słabości lub rany, kojący balsam lub wzmacniające wino; ukazywać im Boga, promieniującego niejako z duszy naszej, w której On przebywa; wszystkim służyć i tym sposobem zdobywać serca dla Jezusa – oto zadanie apostoła, które przyjmuję od Ciebie, Panie mój, pomimo mej niegodności.
.

Elżbieta pisze o „zadaniu apostoła”. Ja jednak widzę w tym zadanie matki – duchowej matki, z troską i delikatnością dbającej o zagubionych. Elżbieta wybrała drogę, która jest mi bliska.
Wybrała zacieśnianie relacji z Jezusem i wiarę, że On może działać również dzięki niej. Czuję, że to dobra podpowiedź zwłaszcza dla tych, którzy mają wokół siebie osoby niewierzą- ce. Co zrobić w takiej sytuacji? Jak dawać świadectwo i autentycznie głosić Ewangelię, a jednocześnie nie wznosić murów między sobą a ludźmi, którzy myślą i czują inaczej?

Ojciec Ronald Rolheiser, autor książki Duchowość seksualności genialnie ubrał to w słowa:

Co zrobić, gdy ci, których kochamy, nie podzielają już naszej wiary, nie kierują się naszymi wartościami i zasadami moralnymi?
Oczywiście można się modlić i żyć dalej zgodnie z własnymi przekonaniami z nadzieją, że nasze życie będzie dla nich lepszą zachętą niż nasze słowa. Ale można zrobić coś jeszcze. Można ich nadal kochać i przebaczać im, wiedząc, że jak długo będą otrzymywać miłość i przebaczenie od nas, będą otrzymywać miłość i przebaczenie od Boga. My jesteśmy częścią ciała Chrystusa, a oni nas dotykają.
Będąc członkami ciała Chrystusa, gdy obejmujemy kogoś w miłości, obejmuje go ciało Chrystusa


Elżbieta obejmowała swojego męża w miłości, pozwalając jednocześnie, by dzięki niej obejmował go swoją miłością sam Jezus. Pozostawiała przy tym przestrzeń i dawała wolność, wierząc, że Bóg sam znajdzie najlepszy czas i sposób działania, bo „to, co dzieje się między duszą ludzką a Bogiem, jest rzeczą świętą i nikt nie ma prawa niebacznie tego dotykać”
.
Z biegiem czasu Elżbieta doświadczała coraz większych cierpień fizycznych, choć długo ukrywała je przed otoczeniem. Codzienność niosła również inne wyzwania. W 1905 roku umarła jej kolejna młodsza siostra, Julia, którą Elżbieta otaczała niemalże macierzyńską miłością. Elżbieta gorąco modliła się o jej uzdrowienie, a po jej odejściu boleśnie przeżywała stratę, choć wiara była jej w tym pomocą. Później postanowiła duchowo zaopiekować się chrześniaczką Julii (a jednocześnie swoją siostrzenicą). Przed uroczystością pierwszej komunii napisała dla niej rozprawkę na temat życia chrześcijanki. Pisze tam o relacji z Bogiem w sposób daleki od sztywnych regułek katechizmu. Pisze od serca, podkreślając, że duch jest ważniej szy niż litera prawa, a autentyczna wiara i miłość znaczą więcej niż zewnętrzne postawy: „Nie sądź bynajmniej, iż mówiąc to, potępiam praktyki religijne. Daleka jestem od tego. Lecz praktyki owe powinny być jedynie wyrazem głębokich uczuć
duszy: musimy być najpierw przeniknięte Prawdą, harmonią owej wielkiej całości, jaką stanowi Kościół, żywotnością i skutecznością dogmatów chrześcijańskich oraz wartością moralną i społeczną nauki katolickiej”

Podobny tekst Elżbieta napisała również z myślą o swoim
siostrzeńcu. Mimo pragnienia macierzyństwa nie miała dzieci, ale otaczała sercem i troską dzieci swoich najbliższych, spędzając z nimi czas i dbając o ich rozwój duchowy.

Można się tylko domyślić, jak bardzo czuła się osamotniona w wierze, nie mogąc dzielić się tym, co dla niej cenne, ze swoim mężem. Po wspomnianym już kryzysie wiary w 1899 roku Elżbieta zaczęła systematycznie zapisywać swoje przeżycia w pamiętniku. Kilka lat później, w 1910 roku, otrzymała w końcu wsparcie duchowe po nawiązaniu kontaktu z siostrą zakonną, Marie Goby. W listach do niej mogła opowiedzieć o tym, co czuła i przeżywała, o swoich najgłębszych pragnieniach. Po jej śmierci korespondencja ta została zebrana i wydana pod wymownym tytułem Listy o cierpieniu.

A cierpienie z biegiem czasu się nasilało. Choroba Elżbiety stopniowo wyniszczała jej organizm. Kobieta przechodziła kolejne operacje, do jej przewlekłych dolegliwości dołączył nowotwór i została niemalże przykuta do łóżka. Zmarła 3 maja 1914 roku, pozostawiając ukochanych przyjaciół, rodzinę oraz pełnego goryczy i rozpaczy męża. Po pogrzebie Amelia, siostra Elżbiety, wskazała mu skrytkę w biurku, a w niej zapiski żony. Feliks odczytywał kolejne kartki i ze zdumieniem odkrywał znane fakty z życia żony w zupełnie innym świetle. Dwa lata później pisma te ukazały się drukiem i mimo szalejącej we Francji wojny były przekazywane z rąk do rąk i czytane z wielkim zainteresowaniem.

A Feliks? Feliks w pewnym sensie również umarł, przynajmniej dla świata. Nie tylko w końcu zrozumiał swoją żonę, nie tylko uwierzył, ale w wieku pięćdziesięciu sześciu lat wstąpił do nowicjatu dominikanów. Przeżył dwadzieścia siedem lat jako kapłan, do końca życia opowiadając o historii Elżbiety i dając świadectwo swojego nawrócenia
.
„Każda dusza, która wznosi się ku Bogu, wznosi również ku Niemu cały świat” – napisał Jan Paweł II. Elżbieta uniosła ku niebu swojego męża. Trudno o piękniejsze wypełnienie słów małżeńskiej przysięgi.

(fragment mojej książki "O matko święta!", Wydawnictwo WAM 2019; pełna bibliografia - w książce :) tu podam tylko, że tekst powstał po lekturze książki: Suchodolska Felicja, Niewiasta mężna: Elżbieta Leseur, Katowice 1935)

czwartek, 31 października 2019

Czego uczy mnie Halloween?

Zadałyście sobie kiedyś takie pytanie? Ja chyba nie, ale uświadomiłam sobie dzisiaj, że wszystko, co spotyka mnie w życiu, wywołuje jakąś moją reakcję ( bo brak reakcji też jest jakąś reakcją). Nie zawsze się nad tym nie zastanawiam, bo nie jestem w stanie zatrzymywać się nad każdym drobiazgiem, który w jakiś sposób mnie porusza. A jednak wszystko, co się dzieje, może mnie czegoś uczyć. WSZYSTKO :) Dlatego warto czasem zrobić sobie przerwę w oburzaniu się (na innych, na świat, albo na Halloween) i prowadzeniu gorących dyskusji, a zamiast tego zapytać siebie - no dobrze, ale czy w tym wszystkim jest coś, co może pomóc mi lepiej poznać świat, ludzi i siebie?...

Wierzcie lub nie - Halloween uczy mnie tego, że:

1. It's all 'bout money

Halloween dobrze się sprzedaje, a nawet jeśli nie, to zawsze można spróbować to zmienić. I tak właśnie się dzieje. Dekoracje, kostiumy, słodycze i dynie królują w sklepach i kuszą promocyjnymi cenami. Im głośniej jest o Halloween (nieważne w jakim kontekście), tym lepiej, bo to przecież reklama. A reklama, jak wiadomo, jest dźwignią handlu.

Z Bożym Narodzeniem wcale nie jest inaczej. Gdy ze sklepowych półek znikną znicze, natychmiast pojawi się na nich plastikowa chińszczyzna w setkach przeróżnych form, od atrap świerkowych gałązek, przez bombki, po zabawki.

Co mogę z tym zrobić? Niewiele :) Mogę być tego świadoma - to już połowa sukcesu. Mogę kupować z głową i  wybierać mądrze. Z tego powodu na Halloween wybrałam dynię. Serio, serio. Zapas dyniowego puree oznacza pyszne pancakes albo ciasto dyniowe. Mniam! Całą resztę strasznej i straszącej brzydoty omijam szerokim łukiem.



2. Będziemy się kłócić.

Zaciekli przeciwnicy Halloween z umiarkowanymi. Umiarkowani z niezbyt umiarkowanymi. Widzowie TVNu z widzami wszystkiego-byle-nie-TVNu. Wegetarianie z mięsożercami, weganie z wegetarianami itede itepe.

Wiecie, co jest najlepsze w tym wszystkim? I jednocześnie najgorsze? To że wszyscy mają rację. Wszyscy absolutnie, bo moja racja, cytując klasyka, jest zawsze najmojsza.

Tak przy okazji - 31 października Roku Pańskiego 1517 w Wittenberdze Marcin Luter ogłosił tezy, mające być początkiem religijnej dyskusji. Co działo się dalej, wie z grubsza każdy z nas. Ta data w kalendarzu przypomina mi, że w każdym sporze i niejasności warto nie tylko mówić (czy krzyczeć) ale też słuchać. I że niekończące się kłótnie nie prowadzą do jedności...

3. Dzieci są mądrzejsze niż myślimy...

Zdarza mi się słyszeć, że Halloween jest niebezpieczne dlatego, że może prowadzić u dzieci do "popkulturowego" podejścia do śmierci i braku szacunku dla zmarłych. W związku z tym dzieciaki miałyby nie odróżniać świata haloweenowych straszydeł i tego, co należy do naszej spuścizny kulturowej i duchowej. I być może faktycznie istnieje takie niebezpieczeństwo - albo istniałoby, gdyby był to jedyny element, który sprawia, że dzieci słyszą o tym, czym jest śmierć.

W tym roku cała nasza rodzina musiała przerobić trudną lekcję pożegnania z bliską osobą. Zmarło nasze nienarodzone dziecko, czyli młodsze rodzeństwo moich dzieci. To pokazało mi, że moje dzieciaki są mądre. Widzą i wiedzą więcej niż nam się wydaje. Dzieci, odpowiednio pokierowane (i dorastające w rodzinie, w której przecież dzieją się różne rzeczy, również trudne) są w stanie zrozumieć śmierć czasem lepiej niż my. Takie są przynajmniej nasze doświadczenia. Dzieci bardzo dobrze rozróżniają to, co jest zabawą - mój syn przebrany na balu karnawałowym za pirata nie zaciągnie się przecież na okręt, mimo że do portu w Gdyni mamy niedaleko. Na podobnej zasadzie widok jakiegoś duszyska w zamczysku potraktuje jak fikcję, a nie wyobrażenie życia po śmierci. Ja to wiem, bo z nim rozmawiam. I daleko mi do lekceważenia tematu, bo to ważne sprawy. Nie banalizuję, ale uspokajam. Dzieci są mądre.

Czasem wystarczy po prostu pogadać z dzieckiem. I to może być rozmowa, która otworzy nowe horyzonty nie tylko przed naszą pociechą, ale również przed nami.

4. To świat wirtualny...

...przynajmniej częściowo. Uświadomiłam sobie w tym roku, że większość gorących dyskusji czy wątpliwej jakości grafik dociera do mnie za pośrednictwem internetu. Niewirtualne są imprezy "Holy Wins" i Bale Wszystkich Świętych - czyli to, co jest bardzo pozytywne i budujące. Ani razu nie spotkałam się z manifestacją przeciwników Halloween na żywo... za to w internecie - oj dzieje się. Są zdjęcia na których niemalże płoną już stosy ;) I tak, przyznaję szczerze - mi to przeszkadza.

To pokazuje mi, że warto czasem wyłączyć komputer i skupić się na tym, co tu i teraz. A u mnie dzisiaj niewirtualny i całkiem realny jest pyszny, cynamonowy zapach ciasta marchewkowego. Jest zmęczenie po pracy, ale i przytulne ciepło spędzonego z dziećmi popołudnia (piekliśmy ciasteczka :) ). Są również te refleksje - moje, najmojsze. Nie zmuszam do tego, by się z nimi zgadzać. Zamiast tego proponuję niewirtualnie zajrzeć w swoje serca, pragnienia, oczekiwania. Zejść w głąb. Zapytać, co mogę wyciągnąć dla siebie z tego, co dzisiaj dzieje się wokół mnie i we mnie.

5. Nie lubię Halloween :)

Ale lubię dynię. I ciasteczka, które dzieci dekorowały dzisiaj czekoladą. Lubię jesień, zadumę i zmrok rozświetlony przez światełka zniczy na cmentarzu.

Jutro zerwę kartkę z kalendarza wchodząc w nowy dzień i nowy miesiąc. Dzień Wszystkich Świętych oznacza też nową nadzieję. A Halloween? To tylko jeden dzień w roku. Naprawdę jest taki ważny?...


poniedziałek, 14 października 2019

Radość spotkania

o. Grzegorz Ginter SJ

Radość spotkania

Śmierć zawsze przychodzi nie w porę. Burzy to, co mamy w życiu poukładane, pod kontrolą. To nie w porządku. Najlepiej, żeby jej w ogóle nie było. Ale jest. I nie da się jej poukładać, mieć pod kontrolą. Śmierć może najbardziej ze wszystkiego na tym świecie obnaża to, że próba kontroli wszystkiego prowadzi do niczego.

Kiedy śmierć zabiera nam kogoś bliskiego, bardzo nas to boli. A boli szczególnie, kiedy zabiera dziecko. Rozdarcie, jakie robi się na sercu, jest nie do zacerowania. Tym bowiem, co jest najważniejsze w naszym życiu, są więzi. Chcemy mieć coraz lepsze, coraz głębsze więzi z tymi, którzy są blisko. Dziecko jest krwią z naszej krwi, ciałem z naszego ciała. Jest miłością z naszej miłości. Śmierć rozdziera więź, jaka jest między nami. Tę więź fizyczną, cielesną, głębokiej bliskości. Czujemy brak, którego nikt i nic nie jest w stanie zastąpić.

Dla mnie więzi są tym, co nas zbawia, co prowadzi ostatecznie do pełni miłości. Wierzę, że tam, w niebie, jakkolwiek je sobie wyobrażam, nie będę oddzielony od bliskich, lecz wszyscy będziemy trwać w wiecznej radości bycia razem - w głębokich więziach bliskości, intymności. Tego właśnie pragnę, za tym tęsknię. I pewnie nie tylko ja.

Ta tęsknota i te pragnienia są moją nadzieją. Bez nich nic nie miałoby sensu. W tym znaczeniu również strata, która mi kogoś zabiera, niesie w sobie obdarowanie. Wydaje się to paradoksem, ale tak jest. Zaprasza do wdzięczności w tak niewdzięcznym czasie. Śmierć i związana z nią strata wydaje się bez sensu. Ale gdyby to życie się nie pojawiło - tej konkretnej osoby, tego dziecka - czy sens byłby większy? Strata obdarowuje głęboką tęsknotą i pragnieniem spotkania. A skoro jest pragnienie, jest i jego spełnienie.

Poruszający dla mnie jest kanon Taize, którego słowa brzmią: “W ciemności idziemy, w ciemności, do źródła Twojego życia. Tylko pragnienie jest światłem”. Pragnienie jest mocnym i jasnym światłem dla mnie, kiedy idę po omacku doczesności. Bo właśnie śmierć, a szczególnie śmierć dziecka uświadamia mi bardzo, że nic na tym świecie nie jest w stanie mnie nasycić. Nic, oprócz głębokich więzi miłości, których spełnienia spodziewam się w Miłości trwającej wiecznie - w Bogu. Jak Jezus na krzyżu wołam: Pragnę! Jego pragnienie przechodzi przez śmierć; moje też przez nią ostatecznie przejdzie. Ale tylko ono jest światłem, które śmierć zwycięża. Pragnienie bliskości i więzi, które nie przemijają. Tam się wszyscy spotkamy. Tam nie będzie płaczu, ani cierpienia.
Tam będzie radość Spotkania.

Tyle, że owo “tam” jest już tutaj. Bo choć odchodzi ktoś bliski, jednak nie tracimy z nim więzi. Ona staje się inna, głębsza, bardziej dojrzała, niedostrzegalna. Ta więź jest wtedy karmiona przez naszą tęsknotę, pobudza nasze pragnienia. Ona może sprawić, że chcemy iść po omacku naszej doczesności ku światłu spotkania. Wtedy pragnienie stanie się rzeczywistością. Wtedy oczekiwanie stanie się spotkaniem. Nadzieja wyznacza szlak. Wtedy pojawia się radość.
Wieczna radość wiecznego spotkania.



Jestem niewidzialna.

Marta Mital:

Opowiem Wam o tym, jak stałam się niewidzialna.

Byłam w dwudziestym tygodniu ciąży, gdy moi nienarodzeni synowie nagle i niespodziewanie zmarli w moim łonie. Urodziłam dwóch maleńkich, martwych chłopców. I wtedy stałam się dla wielu ludzi niewidzialna. Nie spodziewałam się tego.
Z natury jestem dosyć szczupła, więc moja dwudziestotygodniowa bliźniacza ciąża była bardzo widoczna.

A tu nagle brzucha nie ma, zniknął razem z moimi synami.

O śmierci chłopców mówiliśmy jasno i wyraźnie wszystkim. Dostaliśmy mnóstwo wsparcia i ciepła od wielu osób. Były telefony, maile, przyniesione nam obiady, spacery, rozmowy albo po prostu zwykłe – niezwykłe ludzkie gesty życzliwości – przytulenie, pogłaskanie po policzku, wspólne milczenie…

Mam takie wspomnienie z tego sierpnia 2018 roku - idę sobie taka niespodziewanie wyszczuplona uliczkami mojej dzielnicy i co rusz natykam się na tych, dla których stałam się niewidzialna. Nie wiedzą, jak się zachować, bo wiedzą o mojej stracie, więc albo szybko skręcają w boczną uliczkę, albo omijają mnie wzrokiem, albo udają, że nic się nie stało, zagadują o pogodę a po chwili poklepują po ramieniu i konspiracyjnie szepczą – Macie przecież już pięcioro dzieci. Wystarczy.
Na początku bardzo mnie takie zachowania bolały. A potem uświadomiłam sobie, że ci ludzie boją się dwóch rzeczy: że mnie zranią swoim współczuciem i że okazując mi je, będą musieli zmierzyć się z tematem śmierci i cierpienia a tematy te do łatwych nie należą.

Minął rok od śmierci Franka i Edmunda. Za mną, moim mężem, naszymi czterema córkami i synem cały bagaż doświadczeń składających się na okres żałoby. Te doświadczenia były dla nas bardzo trudne, ale myślę, że jeszcze bardziej nas ze sobą związały.

Jestem niezmiernie wdzięczna wszystkim bliższym i dalszym znajomym, którzy w tym trudnym okresie okazywali nam współczucie. Jakież to piękne słowo „współ – czucie”, współodczuwanie, czy to gestem przytulenia, pogłaskania, słowem, rozmową czy propozycją zaopiekowania się naszymi młodszymi dziećmi. Bardzo tego potrzebowaliśmy.

Pamiętam, jak w takim trudnym czasie, pomyślałam że Jezus przecież również prosił uczniów, by trwali, gdy On modlił się w Ogrodzie Oliwnym. Ucieszył się spotkawszy na swojej drodze krzyżowej płaczące niewiasty. Wcześniej z taką radością i tkliwością zjadł z apostołami Ostatnią Wieczerzę. Chciał mieć w tym trudnym czasie bliskich wokół siebie.

Co z tymi, dla których byłam niewidzialna?

Omijanie tematu, udawanie że nic się nie stało, ucieczka od czyjegoś cierpienia, to tak naprawdę ucieczka od siebie i od swoich lęków.

Nie uciekajmy. Nie uciekam, staram się towarzyszyć, gdy widzę czyjeś cierpienie. Tego wszystkiego nauczyli mnie i moją siedmioosobową rodzinę Franek i Edmund, moi synkowie, którzy żyli tylko dwadzieścia tygodni pod moim sercem.


Szukam serc na niebie...

MAJA:

Miłość

W jaki sposób zmierzyć miłość? Nie da się jej zważyć. Nie da się jej opisać. Można próbować liczyć dobre uczynki i konkretnie działania, które prowadzą do jej pomnożenia - czy wtedy jednak ocenimy, kto kocha bardziej, a kto mniej? …

Większość z nas wyda jej owoc w ciągu wielu lat starań i zmagań. I wtedy, pod koniec życia, zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża, będziemy sądzeni z miłości. Niektórym jednak wystarczy tylko chwila, by sprawić w sercach innych ludzi cud rozmnożenia wiary, nadziei i miłości.

Tak jest z naszymi nienarodzonymi dziećmi. Ich obecność, choć tak boleśnie krótka, była błogosławieństwem. One były miłością.
One wciąż są miłością w nas.

Nasza historia

Szpitalne korytarze są zbudowane głównie z oczekiwania. Najpierw czekałam w kolejce na izbie przyjęć. Później czekałam na pielęgniarkę. Potem na położną, później z kolei na lekarza.

Nie czekałam jednak na cud. Słowa lekarza, które spadły na mnie godzinę wcześniej jak grom z jasnego nieba, nie pozostawiały złudzeń: “Bardzo mi przykro, pani dziecko nie żyje…”. Nie wiedziałam wtedy, że jak bardzo przeciągnie się oczekiwanie na narodziny naszego Maleństwa. Nie wiedziałam wielu rzeczy - i dobrze, bo ta wiedza nie przyniosłaby ulgi. Tymczasem - był szpitalny korytarz. Było coraz głośniejsze: “dlaczego?”. I pełne łez rozmyślania o tym, co było przed i co będzie po. I czego nie będzie już nigdy więcej…

Kiedy leżałam już w szpitalnym łóżku, bezskutecznie próbowałam zasnąć. Wpatrywałam się w okno, najpierw zupełnie ciemne, potem pokazujące kolejne odcienie wstającego dnia.
Niebo stawało się nieco jaśniejsze, potem granatowe, w końcu błękitne.
Ciszę panującą na korytarzach przerwały pierwsze odgłosy szpitalnego poranka. Co jakiś czas wracało poczucie, że to jakaś totalnie abstrakcyjna sytuacja. To się nie dzieje. To niemożliwe. To nie może być prawda, nie może, nie może…

To była moja pierwsza z czterech nieprzespanych nocy.

Inaczej

“Urodziłyśmy dzieci do życia wiecznego” - napisała do mnie Marta, również mama po stracie. Chwyciłam się tych słów, szukając w nich ukojenia. W nocy, głaszcząc brzuch, pozwoliłam mojej córeczce odejść. Powiedziałam: jesteś wolna, idź. Wypuściłam ją z dłoni, jak motyla który przysiadł na chwilę i uniósł się znowu ku niebu, ku pięknu.



Jestem mamą.

Jestem mamą.
Moje ciało wie o tym lepiej, niż ja sama. Moje ciało czuje - i to jest dobre.
Kiedy straciłam pierwszą ciążę, nie mogłam wybaczyć mojemu ciału, że mogło mi to zrobić. Czułam się, jakbym nosiła w sobie śmierć - to była moja wina. Nie byłam wystarczająco silna i dobra, by utrzymać przy życiu swoje dziecko.

Tym razem jest inaczej. Moje ciało jest dobre. Moje ciało dało życie. Moje ciało czuje. I to pierwsze błogosławieństwo, które udaje mi się zauważyć.

Obecność mojego męża - to błogosławieństwo. Wsparcie rodziny i modlitwa przyjaciół - to błogosławieństwo. Pełne empatii towarzyszenie położnej - błogosławieństwo. Chwila, w której przez łzy patrzymy na naszą Kruszynkę i możemy się z nią pożegnać - błogosławieństwo.

Jestem
Czuję.
Moje ciało będzie pamiętać to wszystko lepiej niż ja sama.

Potem nastaje cisza. Życie toczy się dalej. Z korytarza dochodzą odgłosy wydawania posiłku, kroków położnych, obchodu. Słońce zachodzi i następnego dnia wstaje w ten sam sposób co zawsze. A w szpitalnej żałobie czarna jest tylko kawa w moim kubku.
Szpitalna żałoba jest biała. Białe ściany, białe prześcieradło, biały lekarski fartuch.
Biel i cisza pożegnań.
I ciężar pytań, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi...

Są pytania, na które odpowiedzieć może ci albo echo twojego płaczu, albo cisza wiary. Na razie słyszę to pierwsze, ale nasłuchuję. Nie tracę nadziei.


Liczę błogosławieństwa

Byłaś pięknem.
Jesteś pięknem. To o Tobie pomyślałam od razu, gdy zachwycił mnie intensywny kolor hortensji. Myślę o Tobie patrząc na lawendę i motyle, które na niej przysiadają - lekkie jak marzenie, wolne, ulotne.
Tak bardzo chciałam Ci to wszystko pokazać…
A może nie muszę? Może zachwycasz się tym bardziej niż ja? Bo jesteś bardziej - czysta, niewinna, radosna. Żywa.

Od samego początku smutek przeplata się z wdzięcznością. Za nieustanną obecność mojego Męża i jego miłość. Za pomoc rodziny, wsparcie przyjaciół, potok dobrych słów i modlitwy. Po kilku dniach postanawiam zacząć liczyć te błogosławieństwa i skupiać się na tym, co jest dzisiaj. Co dzisiaj pozwala mi żyć.

Bicie serca mojego Męża, które słyszę tak dobrze, gdy się do niego przytulam. Śmiech naszych dzieci. Zapach lawendy. Nadzieja na nowe życie. Miłość, jaka rozlała się w naszej rodzinie dzięki obecności tej małej Istotki, która rosła pod moim sercem. Nasz mały rodzinny świat zaczął się zmieniać. Zmieniało się moje serce - dzięki Tobie, Córeczko.

Wypatruję

“Mamo, poprosiłam Boga żeby dał mi znak, czy Iga jest tak szczęśliwa.” - mówi do mnie po kilku dniach moja starsza córka, nieco roztrzepana, ale bardzo mądra dziewięciolatka. “Jeśli tak, chciałam dziś zobaczyć albo kawałek nieba w kształcie serca, albo taką chmurę. I teraz co chwilę widzę na niebie chmury w kształcie serca, patrz.”

Patrzę.
Od tamtej chwili też wypatruję serc na niebie.

Jestem mamą.

Jestem mamą po stracie. A skoro dla miłości nie ma granic, mieszkam jednocześnie tu i trochę w niebie, z moim dzieckiem. To rozdarcie może stać się raną nie do uleczenia albo doświadczeniem, które otwiera serce. I jeszcze nie wiem, czy będzie jednym czy drugim, ale mam nadzieję.

Mam nadzieję.



MARTA:

- Pamiętam, napisałaś do mnie: Marta … myślę, że bardzo będę potrzebowała rozmowy z Tobą … - Byłaś wtedy w szpitalu. Niedługo wcześniej dowiedziałaś się, że Iga nie żyje. To była godzina 23:09. Czekałaś na leki. Przed Tobą była długa noc w szpitalu. Ja wtedy byłam daleko, za Kołem Podbiegunowym. Wiesz, tam latem nie zachodzi słońce. Jest cały czas jasno. Siedziałam w tej jasności, w namiocie, wtulona w śpiwór, z tym telefonem w garści, czytałam raz za razem wiadomość od Ciebie i cofnął mi się czas…

Bo właśnie mijał rok od śmierci Franka i Edmunda. Zmarli w 20 tygodniu ciąży, byli dwujajowymi bliźniętami. Napisałaś do mnie, bo wiedziałaś, że ja wiem, co czujesz. Wiedziałam. Na ten telefon w dłoni kapały wielkie łzy.

- Jezu, jakie to trudne … jakie niespodziewane – pisałaś a ja w tej polarnej nocy prosiłam moich synów bliźniaków, żeby wstawiali się za Tobą, za Twoją rodziną, żeby to cierpienie Was nie przygniotło.

Bo ja rok wcześniej, po niespodziewanej śmierci moich synów dokonałam odkrycia, że łzy się nie kończą. Na kilka dni straciłam zmysł smaku, nie odczuwałam potrzeby jedzenia. Cierpiałam.
Napisałam Tobie wtedy – Wiesz, myśl o tym, że urodzisz je do życia w Niebie, w Wieczności. – No dobra, wiem jakie to trudne, ale wiesz, ta myśl o Niebie wyrwała mnie z rozpaczy. Życie bez perspektywy Nieba byłoby takie puste i płaskie. Muszę tak żyć, by tych chłopców kiedyś spotkać. Ich życie nie było bez sensu. Byli błogosławieństwem dla mnie, mojego męża, naszych czterech córek, syna i całej rodziny. Ja tkam moje życie dzień po dniu, oni są już po drugiej stronie. Bardzo za nimi tęsknię.

Szpitalne korytarze, tak ja je też pamiętam. Odgłosy KTG, stukot chodaków położnych, lekarzy i pielęgniarek. I wiesz, pamiętam księdza, który przyszedł z Jezusem w komunii. Zastukał, uchylił lekko drzwi szpitalnej sali i patrząc mi prosto w oczy powiedział: - Pani nie chce Jezusa? - Nie mam pojęcia dlaczego tak powiedział. Widziałam go pierwszy raz w życiu. Już chciał uciec za drzwi, gdy wrzasnęłam za nim – Chcę, chcę Jezusa .- I od tego momentu było mi już łatwiej, zrozumiałam że bez Jezusa nie dam rady.

Napisałaś, że Iga odeszła razem z twoimi marzeniami. Pamiętam wizyty u ginekologa i ekran aparatu usg .To był widok! Wiesz, ja od zawsze wiedziałam, że to chłopcy. Na usg wciąż się kopali, wymieniali ciosy. Byli bardzo aktywni. A ja w myślach zastanawiałam się, czy poza moim brzuchem też będą tacy waleczni.
- Czy pani chce zobaczyć synów? – pamiętam to pytanie lekarza po wybudzeniu z narkozy. Pisałaś, że pożegnałaś Igę dwukrotnie – pierwszy raz czekając na poród i modląc się i potem po urodzeniu. Ja i mój mąż też mogliśmy pożegnać chłopców. Byli tacy maleńcy. I tacy piękni.

Jesteśmy mamami.
Doświadczyłyśmy cudu narodzin i rozpaczy śmierci. Doświadczamy na co dzień bycia żonami i mamami. Pakujemy kanapki do śniadaniówek, pomagamy w lekcjach, sztorcujemy za wybryki, dyskutujemy o modzie, gnamy za dziećmi na nartach, rowerach, podcieramy zakatarzone nosy, pokazujemy świat, wskazujemy Boga.

(Marta Mital)


czwartek, 3 października 2019

Życie to nie bajka

Życie ma dla mnie różne bajki. I choć gdy myślę o bajce, w mojej głowie automatycznie pojawia się przytojny książę ratujący z opresji piękną księżniczkę, życie czyta chyba inne scenariusze baśniowych opowieści.

Rzadko czuję się jak księżniczka. Zdarza mi się być za to dziewczynką z zapałkami, próbującą desperacko ogrzać się przy nikłym płomieniu. Zdarza mi się błądzić jak Czerwony Kapturek albo Małgosia bez Jasia, w ciemnym lesie. Zdarza mi się uciekać przed rozpaczą  jak przed złą czarownicą. I w tym wszystkim - naprawdę bajkowo doświadczam pomocy dobrych ludzi. Oni ratują mi życie, a przynajmniej - kolejny jego dzień, kiedy zamiast stanąć w drodzę, postanawiam iść dalej, mimo przeciwności...

Od pewnego czasu czekam na dodruk książki "Nieplanowane", autorstwa Abby Johnson. Do kin wchodzi niebawem film, opisujący losy autorki, która była kiedyś dyrektorką jednek z aborcyjnych klinki sieci Planned Parenthood. Dzisiaj Abby nie tylko wprost mówi o tym, że aborcja oznacza nie "zabieg", ale śmierć dziecka. Jest również szczęśliwą mamą sporej gromadki - ma ośmioro dzieci. A jaki wpływ na losy innych kobiet oraz ich dzieci ma jej świadectwo? Trudno to ocenić, ale na pewno ogromne.

Abby pokazuje mi coś, co staram się powoli odkrywać - dobre zakończenie mojej bajki wcale nie zależy od scenografii, innych bohaterów i tego, jakie karty dostałam od życia do rozegrania tej partii, która jest przede mną. Nasze bajki są różne. Nasze bajki układają się czasem w bardzo zawirowany sposób. Nie mamy na to wpływu, ale to, co dzisiaj wydaje nam się ciężarem i trudem, to co jest częścią naszej historii, jest wyjątkowe. Możemy na to narzekać i odrzucić to jako coś, czego nie rozumiemy i co nie ma sensu. Możemy też przyjąć to, jako coś co nas kształtuje - tak jak Abby przyjęła trudne konsekwencje swoich złych wyborów, ale nie pozwoliła, by to one były jej ostatnim słowem.

Wydaje mi się czasem, że nie mamy dużego wpływu na to, co dzieje się w świecie. Czuję się tak  słuchając kolejnych wiadomości, budzących we mnie lęk i sprawiających, że zastanawiam się, dokąd tak naprawdę zmierzamy jako ludzkość... Nie mamy wpływu na to, co globalne, ale mamy wpływ na to, co lokalne, na świat wokół nas.

Brzmi banalnie? Być może, ale przecież "zło w świecie" to nie jest bliżej nieokreślona siła, której zwykły człowiek nie ma możliwości stawić czoła. Zło zaczyna się od pojedynczych, zwyczajnych decyzji. Od tego, że ktoś (również ja!) wybiera egoizm, wygodę, chciwość czy dążenie do władzy za wszelką cenę. Skoro "zło na świecie" rozpoczyna się od zwyczajnych decyzji zwyczajnych ludzi, to czy z dobrem nie jest podobnie? Jeśli tak, ono ma szansę urzeczywistniać się już teraz, choć może wyglądać tak zwyczajnie, jak kubek herbaty, którą wypijesz z przyjacielem czy uśmiech, którym powitasz swoje dzieci...

Nie jestem lektorem z amerykańskiego filmu. Nie zamierzam optymistycznym tonem zagrzewać do walki i mówić, że zawsze damy radę. Nie mam żadnych łatwych recept, również dla siebie. Mam za to nadzieję. Cichą, nieśmiałą, niezmiennie obecną. Nadzieję na to, że można błądzić w ciemnym lesie, ale potem znaleźć w sobie i innych okruchy dobra - i dotrzeć do celu. Że można spotkać swój naczarniejszy smutek i wyjść z tego spotkania mądrzejszym. I że każda z nas ma tu, na ziemi, swoje zadanie. Swoją misję. Każda z nas może przyjąć to, z czym dzisiaj się zmaga i uznać to za część swojego życiowego doświadczenia, dzięki któremu staje kimś mądrzejszym i bardziej wrażliwym. Kimś kto czuje więcej i otwiera się na innych.

"Żyli długo i szczęśliwie" to zakończenie, które każda z nas definiuje w inny sposób. Ale kto wie, może Ty i ja, razem... może Ty i ja i nasze niedokończone baśnie i niewyśnione marzenia... może Ty i ja możemy razem walczyć o to, żeby w świecie było trochę więcej dobra?  I razem się tym dobrem dzielić. Na przekór temu, co gasi w nas chęć życia w pełni. Na przekór złym wiadomościom, które docierają do nas z gazet czy ekranu telewizora.

To nie bajka. To rzeczywistość. To moc ściągania nieba na ziemię.
Siła nadziei...

piątek, 23 sierpnia 2019

Dzielne kobiety - dziękuję!

Minął prawie miesiąc, a ja nadal nie wiem, czy i w jaki sposób o tym pisać. Nie umiem ubrać tego w słowa - uczuć, jakie wybuchają, gdy słyszy się wiadomość o śmierci dziecka, które nosiło się pod swoim sercem i bólu, który tylko chwilami staje się lżejszy, a tak naprawdę wciąż trwa... Nie umiem. Więc nie o tym będę pisać.

Napiszę inaczej. O okruchach dobra. O spojrzeniach pełnych miłości. O słowach, które podnoszą i obecności, która wystarcza. O Kościele, który żyje...

Chciałabym móc ubrać maskę dzielnej dziewczyny i napisać, że wszystko było dobrze i że wszystko będzie dobrze. Nie umiem jednak tego zrobić. Nie umiem też przechodzić przez to, co trudne, bez niewygodnych pytań, łez i buntu. Dostałam jednak od Pana Boga cenny prezent - widzę dobro. Dostrzegam i doceniam nieprzypadki. I w moim trudnym doświadczeniu (którego ból zna na pewno część z Was...) czułam, że On działa. Działał przez miłość mojej Rodziny, która otaczała mnie troską. Otaczał mnie ramionami mojego Męża, który był i jest dla mnie ogromnym wsparciem. Pozwolił doświadczyć wsparcia przyjaciół, którzy zapewniali o modlitwie i byli ze mną w trudnym czasie, w szpitalu i podczas pogrzebu. Postawił też na mojej drodze ludzi, którzy nieśli mnie przez to doświadczenie tak samo, jak kiedyś czterech upartych facetów jednego, pewnie bardzo cennego dla nich, sparaliżowanego mężczyznę... prosto do Jezusa.

Doświadczyłam mocy Kościoła. I wiem, wiem, wielu z nas z Kościołem ostatnio nie po drodze. Rozumiem to. Sama mam różne przejścia i wspomnienia, zarówno dobre, jak i złe. A jednak zaskoczyło mnie bardzo to, czego doświadczyłam w kancelarii parafialnej, gdy załamał mi się głos - bo trudno, żeby się nie załamał, gdy mówi się o pogrzebie własnego dziecka. Ksiądz proboszcz położył rękę na mojej głowie, nakreślił mi na czole znak krzyża i pobłogosławił - mimo że nie znamy się dobrze, a ja byłam tego dnia kolejną parafianką w kolejce, kolejną osobą, która chciała załatwić formalności... Odeszłam nie tylko "załatwiona". Odeszłam z poczuciem wsparcia, takiego ojcowskiego, ludzkiego... Drobny gest o wielkiej sile. Umocnienie.

Doświadczyłam też mocy Kościoła, który do kobiety posyła... kobiety. I to chyba zadziwia mnie najmocniej - siła, jaka z tego płynie. Moc modlitwy, wymiany doświadczeń, prostego bycia. Moc troski o drugiego człowieka, słów wsparcia i wskazywania cicho, dyskretnie, ale niezmiennie - na Boga, który jest, kocha, czuwa. Nawet gdy nie rozumiemy wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu.

Kobiety, które się jednoczą, które tworzą wspólnotę - to ogromna moc. Ogromna pomoc. Dokładnie dzisiaj dotarła do mnie moja nowa książka - o kobietach właśnie. W czasie jej pisania wiele się działo... A ostatnie doświadczenia sprawiają, że jeszcze bardziej chcę szukać inspiracji w życiu osób, które zmierzyły się z podobnymi wyzwaniami i potrafiły wytrwać, zaufać, kochać jeszcze mocniej.

Pamiętam, jak którejś zimowej nocy spisywałam refleksje dotyczące życia Marii Zelii Martin:


Nie sądziłam, że gdy wrócę do tych słów, będę już inną mamą - mamą, która też poznała gorzki smak tego rodzaju macierzyństwa... macierzyństwa po stracie. Mamą, która zamiast wózka i kocyka wybiera nagrobek dla swojego dziecka...

Maria Zelia Martin i Joanna Beretta Molla pomagają mi spojrzeć w przyszłość z nadzieją. Stanisława Leszczyńska, dzielna położna z Auschwizt, zadziwia odwagą. Równie dzielne kobiety otaczają mnie na co dzień, tylko że (jeszcze) nikt nie napisał o nich książki. Pisze się za to coś innego - historia moich zmagań i wyborów oraz historia świata, w której moje zmagania i wybory mają jakiś swój udział. Dzielne kobiety, niewiasty, dziewczyny - dziękuję. Rodzino moja kocha i przyjaciele - dziękuję. Kościele tu na ziemi i tam w Niebie - dziękuję. Dziękuję za dobro, które rodzi nadzieję. Za dobro, którego mogę się chwycić i trzymać uparcie, nawet gdy wokół burza...

niedziela, 7 lipca 2019

Boża matematyka, czyli równanie z wieloma niewiadomymi

Równanie z jedną niewiadomą to niewielkie wyzwanie, możliwe do ogarnięcia nawet przez jednostki mało wybitne matematycznie (takie jak ja :) ). Z równaniem z dwiema niewiadomymi musiałabym się pewnie bardziej pomęczyć, ale w końcu dałabym radę. Gdy jednak niewiadomych robi się więcej - zarówno w obliczeniach, jak i w życiu - zaczynam się gubić. Czy tak naprawdę musi być?... Życie nie jest przecież ani tak proste, ani logiczne jak matematyka. W cyfrach usiłujemy zamknąć wiele, ale nie zawsze się to udaje. Nie wszystko możemy wyliczyć, nie wszystko potrafimy przewidzieć. Czasem to przytłacza, pozostawia nas z rękami rozłozonymi w geście bezradności, nawet gdy próbujemy złożyć je do modlitwy...

Ostatnie dni spędziłam w ciszy, pozwalając Słowu, by pokazywało mi świat, Boga i siebie z nieco innej perspektywy. Czas rekolekcji ignacjańskich jest niezwykły i po raz kolejny jestem za niego ogromnie wdzięczna. Jak zwykle, był to czas wielu niespodzianek. Jedną z nich było odkrycie Maryi - po raz pierwszy w ten sposób, bardzo życiowo i praktycznie, bardzo naturalnie.

(obraz: The Solemnity of Mary)


Pomyślałam, że Ona najlepiej radziła sobie z  niewiadomymi. Wiele razy stawała przed wyzwaniami, które mogły ją przerastać i mierzyła się z trudnymi pytaniami. "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" było tylko jednym z nich. Wydarzenia związane z narodzinami Jezusa czy też słowa Symeona i Anny w świątyni jerozolimskiej były kolejnymi sprawami, które Maryja, jak pisze święty Łukasz, zachowywała i rozważała w swoim sercu. Poruszyło mnie bardzo, że Ona właśnie tam szukała odpowiedzi. Nie biegła do innych ludzi, pytając ich o możliwe rozwiązania. Nie otwierała Biblii na chybł-trafił ani nie szukała najbardziej "skutecznych" modlitw, które pozwoliłyby jej w ekspresowym tempie zgłębić to, co niezgłębione. Szukała odpowiedzi w swoim sercu. Szukała jej w sobie.

Dlaczego? Bo Maryja nie musiała mierzyć się z równaniami z wieloma niewiadomymi. Dla Niej jasne było to, co dla mnie wciąż często stanowi zagadkę. Po pierwsze: wiedziała, kim jest Bóg. Oczywiście, dla Niej pewnie też był tajemnicą, ale Ona wiedziała to, co najważniejsze - że On jest dobry, że może Mu wierzyć, że jest Miłością. Nie traciła czasu i energii na roztrząsanie, czy na pewno warto być Mu zaufać. Nie dokładała sobie tego ciężaru, który wraz z burzą wątpliwości, przygniata mnie czasem do ziemi...

Po drugie, Maryja wiedzała kim jest ona sama. Wiedziała, że jest cenna w oczach Boga. Znała swoje piękno i umiała się nim cieszyć. To kolejna niewiadoma, która czasem komplikuje moje życiowe wybory - bo ja wciąż szukam i wciąż nie jestem pewna. Czy na pewno jestem dobra? Czy jestem wystarczająca? Czy mogę zaufać pragnieniom, które pojawiają się w moim sercu i próbują prowadzić w nieznane?...

No właśnie - nieznane jest częścią codzienności. Gdy do niewiadomych dotyczących naszych planów, przyszłości, marzeń i relacji dodajemy kolejne, życiowe równania mogą się komplikować, frustrować i przytłaczać. Ostatnie dni pokazały mi bardzo mocno, że gdy próbuję dźwigać na swoich barkach ciężar rozwiązywania tego, co wciąż niewiadome, biorę na siebie zadanie niemożliwe do wykonania. Dużo lepiej jest szukać odpowiedzi na pytania, które są zarówno dużo trudniejsze, jak i o Niebo prostsze: kim jest Bóg w moim życiu i kim jestem ja sama.

Maryja stała się dla mnie ostatnio nie tylko matką, ale również przyjaciółką i siostrą - kimś, kto pokazuje mi, jaką kobietą mogę się stawać i jaką kobietą już jestem. Każda z nas jest stworzona przez Boga, który naprawdę wiedział, co robi. Każda ma swoją misję i niewiarygodne wręcz zasoby dobra, które dobry Bóg w nas złożył - ciepło spojrzenia, serce które może uczyć się wrażliwości i miłości, matczyną troskę, pomysłowość w okazywaniu innym serdeczności i milion innych. Milion, naprawdę. Warto dać sobie czas, by to odkryć. Warto zaufać, że w swoim sercu każda z nas, razem z Bogiem, może znaleć odpowiedzi na pytania, które są najważniejsze w danej chwili. Nie na wszystkie, na pewno. Ale na wystarczająco dużo, by nie szarpać się ze zbyt wieloma niewiadomymi.