sobota, 29 sierpnia 2020

I got you babe, czyli pięć słów na kryzys

Kryzys ma to do siebie, że zmienia nasze postrzeganie rzeczywistości. Szklanka jest nie tylko  do połowy pusta, ale i brudna, odrapana, brzydka jak noc, a noc z kolei zdaje się ciągnąć bez końca... Kryzys zmienia nie tylko nasze patrzenie. Czasami pozbawia też umiejętności słuchania.

Wróciłam ostatnio do sceny z rajskiego ogrodu i zastanowiło mnie to, co mówią tam Adam i Ewa. On mówi o tym, co usłyszał od niej. Ona - o tym, co powiedział jej wąż. Wygląda na to, że żadne z nich nie słucha ani siebie, ani tym bardziej głosu Stwórcy. I chyba tak samo dzieje się czasem również w mojej codzienności. Raj przestaje być rajem, gdy nie potrafię słuchać. 

Raj przestaje być rajem, a codzienność przestaje smakować, gdy słucham tylko swojego strachu albo cudzych lęków serwowanych mi różny sposób, a często opakowanych w powinności. Noc ciągnie się bez końca, gdy słucham pokusy, nie dając jednocześnie dojść do głosu ani sobie, ani Duchowi, który przychodzi po cichu, w lekkim powiewie. 

Znasz ten stan? Taki dziwny stan, gdy słuchasz:

głosu, który mówi Ci, że do niczego się nie nadajesz

głosu, który mówi Ci, że ludzie wokół Ciebie też do niczego się nie nadają

zatrważających wiadomości

głośnych - takich na sto decybeli - nawoływań do tego, co powinnaś i musisz, bo powinnaś i musisz i koniec

obietnic kuszących drogami na skróty

czarnych scenariuszy

i wielu wyrażeń zaczynających się od ja, moje, mnie...

Można od tego stracić głowę. Ba! Można też stracić serce do wszystkiego, co wcześniej uważało się za ważne. Ale jest na to sposób. I czasem, gdy noc ciągnie się bez końca, warto poszukać podpowiedzi w Słowie.  

«Wstań i zejdź do domu garncarza; tam usłyszysz moje słowa». Zstąpiłem więc do domu garncarza, on zaś pracował właśnie przy kole. Jeżeli naczynie, które wyrabiał, uległo zniekształceniu, jak to się zdarza z gliną w ręku garncarza, wyrabiał z niego inne naczynie, jak tylko podobało się garncarzowi. 

Bardzo przemawia do mnie ten obraz - glina w ręku garncarza. Glina miękka lub twarda i oporna, zawsze jednak - cenna. Nie ze względu na to, jakie tworzy naczynie, ale ze względu na to, że... jest gliną! Jeśli naczynie ulega zniekształceniu, to jest to jedynie pewien etap, będący częścią dłuższego procesu. A sam proces... no cóż, obstawiam, że garncarz wie, co robi, a jego dłonie są jednocześnie delikatne i stanowcze, pełne siły, ale i niesamowitej troski.

Cokolwiek się dzieje, to jeszcze nie koniec. To pewien etap. Jesteś w dobrych rękach, nawet jeśli wydaje Ci się, że nie ma już nadziei, bo wykorzystałaś sto jeden pomysłów na to, by coś zmienić. Jesteś w dobrych rękach. On ma sto jeden pomysłów razy nieskończoność. Czym ryzykujesz, próbując jeszcze jeden raz?... :)


Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico, 

oczarowałaś me serce

jednym spojrzeniem twych oczu,

jednym paciorkiem twych naszyjników.


Co było na początku? Tak, tak, "na początku Bóg stworzył niebo i ziemię...", ale gdyby nie sięgać tak daleko, można by odnaleźć początki Waszej wspólnej historii. Na początku była Miłość i to taka Miłość, która nie boi się marzyć. Ta Miłość stworzyła: Twoje serce, myśli, uczucia. Miłość, która sobie Ciebie wymarzyła, nauczyła Cię jak mieć wielkie pragnienia. A potem dzień po dniu, rok po roku prowadziła - czasem ku zielonym pastwiskom, a czasem przez pustynie, na których się gubiłaś. Niezmiennie z tym samym pragnieniem bliskości.

Jeśli szukasz sposobu na kryzys, wróć do początku. Pozwól sobie na zachwyt. Od jednej takiej iskry może na nowo zapłonąć serce. I chyba o to właśnie chodzi...

 

Usunąłem twe grzechy jak chmurę

i twoje wykroczenia jak obłok.

Powróć do Mnie, bom cię odkupił.


Czasem trudno uwierzyć, że to takie proste - że On jest pierwszy w wybaczaniu, dawaniu, kochaniu. Wydaje nam się niekiedy, że możemy wrócić za trzy miesiące, jak już się poprawimy, albo za pięćdziesiąt zdrowasiek czy trzy litanie, bo tak od razu to raczej nie można. Nie ma nic za darmo. 

A jednak w tej relacji to On jest pierwszy w wybaczaniu, dawaniu, kochaniu. Mistrz Wszechświata w tym, co dobre. Nie stawia warunków, tylko zdaje się mówić: "Ej, zostaw już to wszystko i chodź do mnie, bo chcę Cię uczyć wybaczania, dawania, kochania. Za darmo". I co Ty na to?


Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja,

bo od Niego pochodzi moja nadzieja.

Modlitwa jest prosta. A jeśli ktoś mówi Ci o niej w sposób, który przypomina instrukcję składania piętrowego łóżka z Ikei, to poszukaj innego kogoś, serio :)

W cytowanym powyżej psalmie 62 są takie słowa: "Przed Nim serca wasze wylejcie!". Mam wrażenie że problem pojawia się wtedy, gdy próbujemy zbudować "tamę selektywną", to znaczy: wylać, owszem, możemy przed Nim to, co pobożne. To co trudne, brzydkie, niezrozumiałe lepiej zostawić dla siebie. No i tak, wtedy to faktycznie nie bardzo działa, a im większe zapory (nawet bardzo pobożne, bo zbudowane ze słów tych najbardziej "skutecznych" i polecanych modlitw), tym większy opór i co za tym idzie, większe zmęczenie.

Wróć do tego, co proste. Do zwykłej rozmowy, bez tematów tabu.

W sumie - kto ma zrozumieć to, co niezrozumiałe, jeśli nie On?...


Nauczał raz w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy». Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. 

Co widzi człowiek, który dźwiga jakiś duży ciężar? Widzi swoje nogi, z każdym krokiem coraz bardziej zmęczone. Widzi drogę pod swoimi stopami. Czasem, gdy zdobędzie się na większy wysiłek i podniesie głowę, może nawet przez chwilę zobaczyć horyzont. Tylko że to wcale nie o to chodzi. Nie chodzi o to, żeby jakoś to było, żeby przebiedować, żeby jakoś przetrwać. Chodzi o to, by móc spojrzeć w niebo, zachwycić się, zapragnąć czegoś więcej. I nie, nie zawsze mamy do tego siły same z siebie.

"Niewiasto, jesteś wolna od swojej niemocy". To nie są słowa, które ktoś kiedyś wypowiedział, a ktoś inny zapisał. To obietnica dla Ciebie i dla mnie. Słowo żywe i mające moc przemiany serca i życia. Wiem to, bo tego doświadczam (choć równie mocno doświadczam też swojej niemocy :) ). I chociaż z czasem znowu wracam do gapienia się na kamienie pod stopami, tęsknie za chwilami, gdy patrzę w niebo i oddycham pełną piersią. Do tego zostałam stworzona. 

środa, 15 lipca 2020

Ten cud możemy zrobić razem...


Jaś ma tylko 11 miesięcy, a w szpitalu spędził więcej czasu niż niejedna z nas... Jak każdemu maluchowi, nie trzeba mu wiele: wystarczy bliskość mamy i taty, bezpieczny dom, poznawanie świata. Jego małe serduszko potrzebuje jednak  dużo więcej: potrzebuje operacji. 
Ogromne serce jego rodziców to tak wiele... a jednak za mało. Jeśli jednak im pomożemy, może wspólnie uda nam się zrobić ten cud? :)

Zapraszam Was na krótką rozmowę z Anią, mamą Jasia.



Maja: Jest lato, za kilka dni jadę na urlop, myślami wybiegam już do wypoczynku… W głowie pojawiają się też inne plany i marzenia, które w jakiś sposób nadają kierunek moim działaniom. Gdy przeczytałam o Twojej historii, pomyślałam, że u Ciebie pewnie zatrzymała się całą rozpędzona codzienność, a zostało to jedno, najważniejsze marzenie…

Ania: Tak to prawda nasze myśli skupiają się na jednym, na uzbieraniu pieniędzy na ratowanie życia naszego synka. Zbiórka trwa od prawie 2 miesięcy. Od początku jestem bardzo zaangażowana w zbieranie funduszy. Napisałam wiele maili, wiadomości na Facebooku, Instagramie z prośbą o udostępnienie zbiórki lub przekazanie fantów na licytacje. Często niestety odbijałam się od ściany, odpowiedź była odmowna lub nie było jej wcale. To trochę podcinało skrzydła. Ale wtedy wspierali mnie znajomi, rodzina, zapewniali, że pieniądze uda się uzbierać, tylko trzeba działać dalej. Tak też robiłam. Oni zresztą ze swojej strony robili to samo. Każdego dnia ja i znajomi, którzy włączyli się w tą akcję spędzaliśmy po kilka godzin dziennie starając się pozyskać fundusze na operację. Żeby zwiększyć zasięg informacji o zbiórce 3 razy była u nas telewizja, aby nakręcić materiał. Nie było to łatwe aby obnażyć się przed kamerą, ale wiedzieliśmy po co to robimy.

Zbiórka nadal trwa, póki co skupiamy się tylko na niej. Jeśli zakończy się z sukcesem, będziemy myśleć o wyjeździe do Stanów. Gdyby nasz synek nie był chory, nasze życie i tak byłoby skupione wokół niego, tylko w trochę inny, weselszy sposób, mielibyśmy zwyczajne problemy rodzicielskie. My mamy na głowie jeszcze jeden poważny problem i to trochę odciąga nas od codzienności.



M: A kiedy dowiedziałaś się, że te “zwyczajne problemy rodzicielskie” będą musiały zejść na dalszy plan? W czasie ciąży czy już po narodzinach Jasia?

A: O tym, że coś jest nie tak z sercem dziecka dowiedziałam się już w 12 tygodniu ciąży. Wówczas nie można było podać konkretów. Na dokładną diagnozę musieliśmy zaczekać aż 8 tygodni. To były bardzo długie i ciężkie dni. Nie było chwili żebym nie myślała o tym co się okaże, wymyślając różne scenariusze ale przede wszystkim bardzo obawiając się tego co nas czeka. Płakałam codziennie, zastanawiając się dlaczego właśnie mnie i moje nienarodzone dziecko to spotkało. To była moja pierwsza i w planach ostatnia ciąża, więc tym bardziej czułam się bardzo doświadczona przez los.

W 20 tygodniu podano nam diagnozę, skorygowane przełożenie pni tętniczych. Lekarka wyjaśniła, na czym polega ta wada, że ma dobre rokowanie i że być może synek nie będzie wymagał operacji przez wiele lat. To był najbardziej optymistyczny scenariusz i razem z Mężem bardzo się jego trzymaliśmy. Trochę odetchnęliśmy, zaczęliśmy bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość i wyczekiwać naszego malucha.

Niestety zaraz po urodzeniu, w pierwszym badaniu echo zdiagnozowano dodatkowo anomalię Ebsteina czyli niedomykalność zastawki trójdzielnej. Dopiero po kilku miesiącach dowiedziałam się, że to znacznie pogarsza rokowanie i że na pewno w którymś momencie jego serduszko nie będzie mogło bić. To był kolejny cios, bo przecież miało być dobrze. W szpitalu gdzie się leczymy nie operują dzieci z taką złożoną wadą. Zaczęłam więc informacji czy coś da się zrobić szukać na własną rękę. Na jednej grupie na facebooku odezwała się do mnie Mama chłopca z tą samą wadą, którą ma Jaś. Powiedziała, że on jest już po dwóch operacjach w Bostonie i że to jest jedyna droga żeby uratować serduszko. Przystąpiłam więc do działania. Sprawdziłam wszystkie informację, napisałam do kliniki w Bostonie i otrzymaliśmy odpowiedź, że nasz syn jest dobry kandydatem do operacji. Wiedziałam więc, że taką drogę należy obrać.

M: Domyślam się, że zorganizowanie wyjazdu i leczenia pochłania teraz większość Waszego czasu i energii… Czy to mocno wpływa na Waszą domową rzeczywistość?

A: Poza zbiórką nasza codzienność jest taka jak w innych domach. Bawimy się z Jasiem, wychodzimy na spacer, oczywiście przewijamy i usypiamy. Dzięki temu, że Jaś jest bardzo wesołym i uśmiechniętym dzieckiem, daje nam na co dzień choć na chwilę zapomnieć o naszych problemach, o tym, że jest chory. Rozwija się prawidłowo, właśnie mając 11 miesięcy wstaje na nóżki i stawia pierwsze kroczki. Dużo rzeczy go cieszy i dzięki temu my też odkrywamy życie na nowo.



Pobyt w szpitalu to był bardzo ciężki czas i staram się go wymazać z pamięci. Pomogła świadomość, że byliśmy w dobrych, profesjonalnych rękach. Niestety czeka nas to po raz kolejny. Mam chociaż nadzieję, że jeśli chodzi o operację będzie to ostatni raz.

M: Mówisz o szpitalu i sama też jesteś lekarzem, Wybrałaś zawód, w którym stajesz do walki z chorobą, ramię w ramię z pacjentem i jego rodziną. Czy studia i doświadczenie medyczne pomaga Ci w walce o zdrowie Jasia?

A: Bycie lekarzem z jednej strony pomaga w takiej sytuacji a z drugiej przeszkadza. Na pewno jest mi łatwiej zrozumieć co mówią do mnie specjaliści, co nas czeka. Dzięki temu, że mam wiedzę medyczną szukałam sama informacji na temat wady Jasia, drążyłam temat. Z  drugiej strony ta pełna świadomość jest też utrudnieniem. Wiem, że w medycynie nie wszystko się udaje, nie każda operacja kończy się sukcesem. Obserwowanie Jasia po operacji z pełną świadomością, jakie leki dostaje i co się z nim dzieje było bardzo trudne. Będąc lekarzem wierzę  w medycynę i lekarzy, i wiem, że nie zdałabym się na los w kwestii zdrowia mojego synka.

M: Z chorobą zmaga się Jaś, ale też w pewnym sensie cała Wasza rodzina. Jak to na Was wpływa? Czy coś Cię zaskoczyło, też pozytywnie?

To faktycznie trudny czas dla nas wszystkich. W domu jest więcej nerwowości, napięcia. Ale wspieramy się bo mamy ten sam cel do osiągnięcia i to nas trzyma razem. Jest to na pewno sprawdzian dla naszej rodziny. Wspólnie się cieszymy, gdy pieniędzy na liczniku przybywa, wspólnie też wymyślamy co jeszcze zrobić. Mam nadzieję, że w dłuższej perspektywie złączy to nas bardziej a nie rozdzieli.

M: A jak wygląda wsparcie ze strony innych osób? Pytam, bo wydaje mi się, że kiedy widzimy czyjeś nieszczęście, czasem nie wiemy, jak się zachować. Pojawiają się dobre rady, czasem ktoś zapewnia, że “wszystko będzie dobrze”. Może chciałabyś podzielić się tym, co jest ważne dla mamy, zmagającej się z chorobą dziecka? Co jest potrzebne w takim doświadczeniu? Czego Ci brakuje i jak inni mogą pomagać w tej sytuacji?



A: Mnie drażniły komentarze, że wszystko będzie dobrze. Przecież nikt tego nie może wiedzieć. Bardziej potrzebne mi były słowa wsparcia, poczucie że ktoś będzie pomagał i że mogę na niego liczyć. Warto też nie zadawać za dużo pytań, pozwolić Mamie która ma problem, aby mówiła tyle ile chce, nie starać się za wszelką cenę wypytać ją o wszystko. Ważne żeby czuła, że zawsze może się do kogoś zwrócić w potrzebie.
W trakcie zbiórki ważne były dla mnie oznaki, że znajomi wspierają zbiórkę, że udostępniają, że widać ich zaangażowanie. Wspaniałe było też to, gdy ludzie sami oferowali swoją pomoc, znajomi i nieznajomi. To bardzo trudne, gdy bliskich znajomych trzeba prosić o wsparcie. Bo przecież wydaje mi się to oczywiste, że potrzebujemy pomocy i każdy powinien ją zaoferować sam jeśli ma taką chęć.
Brakowało mi natomiast wsparcia w szpitalu po urodzeniu Jasia, gdy byliśmy rozdzieleni, bo on przebywał na obserwacji na Intensywnej Terapii. Ja w tym czasie zmagałam się z odciąganiem pokarmu laktatorem, byłam zmęczona bo robiłam to co 3 godziny, również w nocy, jednocześnie chodząc do Jasia żeby go nakarmić butelką i przewinąć. To był dla mnie trudny czas psychicznie a wsparcia ze strony psychologa nie miałam. Wówczas w szpitalu bardzo by mi to pomogło. Każda kobieta po urodzeniu dziecka ma huśtawkę hormonalną, czasem dziwnie i nadmiernie reaguje, jest bardziej wrażliwa i płaczliwa. Dla mnie z powodu rozłąki z nowonarodzonym dzieckiem było to jeszcze trudniejsze.

M: Aniu, bardzo Ci dziękuję za naszą rozmowę i podzielenie się sobą, tym co przeżywasz. W Twoim imieniu chciałabym poprosić wszystkich czytających te słowa, o wsparcie dla Jasia i jego rodziny.

Jeśli możecie, udostępnijcie stronę, na której przeprowadzana jest zbiórka: https://www.siepomaga.pl/uratuj-serce-jasia
Jeśli macie taką możliwość, proszę Was również o wpłaty, również te najmniejsze (liczba wpłat wpływa na pozycjonowanie strony ze zbiórką i jej widoczność - to ważne).

Zapraszam do dołączenia do grupy z licytacjami dla Jasia - można wylicytować m.in. komplet moich książek :) klik :)

Założyłam również skarbonkę: 
https://www.siepomaga.pl/chrzescijanskamama
Każdy, kto wpłaci choćby najmniejszą sumę, otrzyma (po kontakcie mailowym) zestaw trzech plakatów do samodzielnego wydruku (pliki graficzne, możliwość wydruku w formacie A4).



Bardzo Wam dziękuję za każdy okruch dobra :)

czwartek, 7 maja 2020

Będę prawdziwą kobietą

Podobno prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna, zasadzić drzewo i zbudować dom. A prawdziwa kobieta? Co powinna zrobić, by dowieść, że zasługuje na to miano?

Nikt nie powiedział nam tego wprost, a przynajmniej nie potrafię sobie tego przypomnieć. Nie dostałam na osiemnaste urodziny książki w stylu "Instrukcja obsługi kobiecości" albo "Kobieta idealna: zasady i reguły". Nie było też takiego przedmiotu na lekcjach. A jednak w jakiś dziwny sposób w moim krwiobiegu zaczęły kiedyś krążyć przeróżne "powinnam", nieodłącznie związane z porównywaniem się. Zadomowiły się we mnie. Poznały mnie od środka i nauczyły się idealnie naśladować głos moich tęsknot i pragnień, udając jednocześnie, że są prawdą o mnie i mojej kobiecości.

Sączyły we mnie po cichu...
... będziesz prawdziwą kobietą gdy będziesz się zawsze uśmiechać
... będziesz prawdziwą kobietą gdy nigdy nie będziesz narzekać
... będziesz prawdziwą kobietą gdy pokażesz światu swoją pewność siebie
... będziesz prawdziwą kobietą gdy nie utracisz przy tym skromności
... będziesz prawdziwą kobietą gdy wyjdziesz za mąż
... będziesz prawdziwą kobietą gdy będziesz miała dłuższy staż małżeński
... będziesz prawdziwą kobietą gdy urodzisz dziecko
... będziesz prawdziwą kobietą gdy urodzisz więcej dzieci
... będziesz prawdziwą kobietą gdy zawsze będziesz zadbana i elegancka
... będziesz prawdziwą kobietą gdy pokażesz, że umiesz dawać sobie radę ze wszystkim...

Będziesz prawdziwą kobietą... no właśnie - kiedy?
Co jeszcze musisz zrobić?
Czyje są te wymagania, które w sobie słyszysz? Bo wiesz, nawet jeśli mówi je do Ciebie Twój wewnętrzny głos, to one niekoniecznie są Twoje. I niekoniecznie są Boże...

Bóg, który stworzył Ciebie i mnie kobietą... stworzył Ciebie i mnie kobietą. To już się dokonało. To dar, który jest do odkrywania dziś, teraz, w tym co się dzieje w Tobie i wokół Ciebie. Aby to robić, nie musisz czekać do czasu gdy już wystawisz sobie bardzo dobrą ocenę z zachowania, wyglądu i pobożności...

Kobiety w Biblii to zarówno "dająca życie" - Ewa, jak i przez długi czas bezdzietna Elżbieta. To królowa Estera, ale i żyjąca w ciszy i skromności prorokini Anna. To bogactwo pokazuje nie tylko różne możliwości wyboru życiowych dróg i zaangażowań, ale również to, co kryje się w każdej z nas (w jednej z książek pisał o tym świetnie o. Anselm Grun, polecam - "Królowa i dzika kobieta"). Goniąc za tym, co powinnaś zrobić, możesz łatwo przegapić to, co masz teraz. A nawet jeśli wydaje Ci się, że nosisz w sobie sprzeczności, których nie potrafić zrozumieć - kto powiedział, że to w czymś przeszkadza?
Wszystko, co masz, jest bogactwem.
Wszystko jest darem.
Jesteś kobietą, dziełem Bożej miłości.
Jego głos z czułością wypowiada Twoje imię, właśnie teraz. 
Może jedyne, co powinnaś zrobić, to posłuchać?...


piątek, 3 kwietnia 2020

Niecodziennik w czasach zarazy (3)

Z roku osiemdziesiątego dziewiątego (poprzedniego stulecia) pamiętam wybory - ale tylko tyle, że było wtedy zimno. Pamiętam też kolejki, wszechobecne i wpisane w codzienny krajobraz jako coś zupełnie normalnego. Za to zapach ciepłego chleba i smak jego chrupiącej skórki, gdy już odstało się swoje w kolejce - ech, to było coś...

foto: http://extraswiecie.pl/wiadomosc/swieta-spod-lady-jak-wygladaly-bozonarodzeniowe-zakupy-w-prl-u


Dzisiaj też stałam w kolejce. Stałam w kolejce trzy razy, niezłomnie ;) i wytrwale poszukując w różnych sklepach produktu, który stał się obiektem pożądania wielu gospodyń domowych w ostatnim czasie - mąki żytniej. Stałam cierpliwie, bo czasu mam ostatnio bardzo dużo. Pomyślałam jednak, że nawet stać w kolejce można w różny sposób.

Sposób numer jeden, czyli na bomisia. Bo mi się należy - wejście do sklepu już i teraz. Bo pani tu nie stała. Bo ktoś sobie wymyślił i ja teraz muszę marznąć. I w ogóle - panie kochany, widział pan kiedyś jakiegoś wirusa? No widział pan? Bo ja nie.

[Swoją drogą, mimo 60 godzin mikrobiologii na studiach, ja też nie. Widziałam za to bakterie, sama je wybarwiałam i są piękne! A to, że podpaliłam sobie włosy, próbując wyżarzyć ezę*, pominę
milczeniem...]

Sposób numer dwa, czyli na przeczekanie lub dzięcioła. Dlaczego dzięcioła? Ano dlatego, że zwolennicy tego sposobu w dość charakterystyczny sposób pochylają szyję, próbując w oślepiającym niekiedy wiosennym słońcu dojrzeć wszystkie szczegóły kolejnej słitfoci wrzuconej właśnie na fejsa.

Sposób numer trzy, czyli na kontemplację. Bo można w tej kolejce mimo wszystko spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa i dalej niż w ekran telefonu. Można rozejrzeć się wokół. Można spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Można temu spojrzeniu pozwolić być modlitwą.

Zastanowiło mnie dzisiaj to, co zobaczyłam - zamknięte centra handlowe. Odzieżowe sieciówki, jeszcze nie tak dawno kuszące wyprzedażami i krzyczące w każdy możliwy sposób: MUSISZ to mieć, dzisiaj jakby spokorniały. W ciemnych szybach witryn widzę już nie najnowsze stylizacje i korzystne ceny, ale swoje odbicie. Patrzę sobie prosto w oczy. Dociera do mnie jeszcze mocniej: nie potrzebuję kolejnej pary spodni. Nie potrzebuję szałowej sukienki. Potrzebuję... mąki żytniej, żeby upiec chleb, który lubi moja rodzina. I który ja lubię piec, którego zapach wypełnia cały dom.
To takie proste.

Zobaczyłam dziś dużo więcej. Zobaczyłam ludzi - tych w kolejce i w pracy. Dziękuję Ci, nieznajoma pani kasjerko, która zapakowałaś moje zakupy w dodatkową siatkę, bo zrobiłam shake'a z ogórków kiszonych, czego skutkiem była mała awaria... no wyobraźcie sobie :) Dziękuję Ci, panie ochroniarzu, który wypuściłeś mnie bocznym wyjściem z kolejnego sklepu, gdzie nie dostałam mąki, dzięki czemu nie musiałam stać w kolejce. To takie drobne gesty, ale doceniam je podwójnie. Dostrzegam. Doceniam.

Nie zmienię rzeczywistości, która w tym momencie jest właśnie taka, a nie inna. Ale mogę zmieniać moje spojrzenie. I to już coś, To już dużo.

*Eza to taki wihajster, którego używa się do przenoszenia próbki pobranej z kolonii mikrobiologicznej. Między kolejnymi użyciami, trzeba ją umieścić nad płomieniem palnika. Czasami nad palnikiem znajduje się jeszcze coś innego i wtedy... no. Mam barwne wspomnienia. I te barwy dotyczą nie tylko barwienia metodą Grama ;)

środa, 1 kwietnia 2020

Niecodziennik w czasach zarazy (2)

Dzień dwudziesty pierwszy.

Nauczanie zdalne jest już trochę bardziej oswojone - na tyle, że zaczynamy dostrzegać pewne zalety. Po pierwsze, w tej sytuacji widać, że najważniejszą umiejętnością, jaką powinny trenować dzieci, jest czytanie ze zrozumieniem. Dotyczy to zresztą nie tylko tekstów, ale również tabeli i wykresów. No i oczywiście poleceń w dzienniku elektronicznym (choć to ostatnie dotyczy nie tylko dzieci, ale i mamy).

Po drugie,  widać że fajnie byłoby zmienić myślenie wyrażające się w słowach: "ale tego nie było na lekcji" (więc w domyśle: nie trzeba się tego uczyć) na "ale to ciekawe!". Staramy się więc jak możemy, wykorzystując youtuby do nauki historii, wyjście do ogrodu na powtórkę z biologii i gotowanie jako formę lekcji angielskiego.

I tak oto mija nam dzień dwudziesty pierwszy...

... a także dwadzieścia różnie przespanych nocy. Nasiliła się dolegliwość, która towarzyszy mi od wielu lat - caruselioris chronica, czyli karuzelioza. Na czym polega? Przyłożenie głowy do poduszki i zamknięcie oczu powoduje u mnie przesunięcie włącznika z off na on. I rusza karuzela myśli wszelakich. Bombardują mnie pomysły na dzień jutrzejszy i gonią widma przeszłości. Zastanawiam się, o czym zapomniała, co przeoczyłam i czego nie dopilnowałam. Myślę o tym, jaki skutek przyniesie wszystko to, na co niestety nie mam wpływu (niestety - bo ja przecież urządziłabym to, jak reklamie Ikei, najlepiej na świecie). Ostatecznie też, wraz z upływem czasu, coraz intensywniej myślę nad tym, co mam zrobić, żeby przestać myśleć i w końcu zasnąć.
A to wszystko w powtarzający się rytm: co to będzie. Co. To. Będzie. Co-to-bę-dzie...

Po jakimś czasie przychodzi do mnie taka myśl, że noc to też dobry czas na spotkanie. Że jestem trochę jak Nikodem - albo przynajmniej mogę być jak on. Może jedynym lekarstwem na karuzeliozę, jedynym sposobem, by nie dać się porwać w wir jałowych rozmyślań, jest pytanie, które rozpoczyna się od: "Rabbi...".
I może nawet nieważne o co się pyta, ale do kogo się to pytanie adresuje.
Nieważne, jak poprawnie dobiera się słowa, ale co słyszy się w odpowiedzi. I czy chce się ją usłyszeć.

grafika: https://i.pinimg.com/originals/7f/84/51/7f845100f613e977fe1ed25304ba5d9d.jpg

sobota, 28 marca 2020

Niecodziennik w czasach zarazy (1)

Na jednej ze stron internetowych zobaczyłam ostatnio zachętę do tego, by pisać dziennik. Kto wie, może to faktycznie dobry pomysł?

Dzień siedemnasty.

Pogoda sprzyjała kopaniu piłki w ogrodzie (co bardziej odważni kopali też grządki). Dzieci wybiegane, brudne i szczęśliwe. Po myciu rąk (trzydzieści sekund ofkors) i zjedzeniu jakichś trzystu pięćdziesięciu rogalików z dżemem, co to miały być na niedzielę, usłyszałam - ofkors - że nudzi się. Przewidziałam tę okoliczność, ha! Taka jestem cwana bestia. Dziesięć lat doświadczenia na stanowisku: "mama" robi swoje. Zadowolona z siebie wyciągnęłam cekiny, szpilki dekoracyjne i styropianowe jajka. Jajka po chwili okazały się być zbyt okrągłe jak na ozdoby wielkanocne, ale zgodnym głosem stwierdziliśmy, że kule też są wielce okej i że możemy robić bombki. Może w tym roku to my jako pierwsi zaśpiewamy "Last Christmas"?

"Mam piłkę! - z entuzjazmem stwierdził mój syn, kopiąc styropianową bombkę po dywanie. A ja po raz kolejny przekonałam się, że kwarantanna wpływa na kreatywność.

Jedna z wielu przezacnych grafik, które powstały ostatnio dzięki tejże kreatywności, przyciągnęła moją uwagę takim bardzo życiowym hasłem:

Pamiętacie te urocze różnice, które tak was kręciły na początku związku? Po 2 dniach kwarantanny Policja nazywa je "motywem"...

Wiem coś o tym. Chociaż każdy nasz dzień sponsoruje literka W jak Wdzięczność, zdarza się też F jak Frustracja czy Z jak Zaraz wyjdę z siebie i stanę obok. Żeby więc nie zwariować, staram się czasami uciekać... uciekać nie tylko od tego, co mi ciąży, ale przede wszystkim uciekać do - do siebie.

Niekiedy udaje się to tylko na chwilę. Niekiedy uciekam, a rzeczywistość nie tylko mnie goni, ale wręcz wyprzedza - jak wczoraj, gdy chciałam się pomodlić, wyciszyć, wiecie - pobożnie westchnąć do Nieba. I prawie się to udało  (Już był w ogródku, już witał się z gąską.) Zamknęłam oczy, rozkoszując się dziesięcioma sekundami ciszy. I wtedy usłyszałam dochodzące z drugiego pokoju:
"Muuuuuuu! Muuuuu! Jestem krową!"

Nie wiem, w co się bawili.
Wiem za to, że o mało nie zakrztusiłam się ze śmiechu.
Wiem też jeszcze jedno - Bóg, którego dzięki Jezusowi możemy nazywać Ojcem, patrzy z równie wielką czułością na pobożne westchnięcia i wybuchy śmiechu. Do tych drugich być może się przyłącza. I może bardziej od litanii czy automatycznie recytowanych zdrowasiek woli te chwile, kiedy mówię, próbując przekrzyczeć kipiącą hałasem codzienność:

"Strasznie tu głośno, więc nie będę dużo mówić. Możesz po prostu dziś ze mną posiedzieć?"

P.S. Złota rada nie tylko na czas epidemii: jeśli uda Wam się zdobyć maseczkę chirurgiczną, nie próbujcie sterylizować jej w mikrofali... Przetestowaliśmy to dla Was ;)



piątek, 3 stycznia 2020

Panna Desperacja

Przywiózł mi jeden z moich ulubionych kubków i kilka torebek herbaty z pudełka, które przygotowywałam na jedno z naszych gdyńskich spotkań kobiet. Naklejałam wtedy na etykiety różne kobiece cytaty. Tym razem jeden z nich trafił do mnie. Kiedy siedziałam na szpitalnym łóżku, w białej pościeli, gapiąc się na biały sufit, mój wzrok padł na słowa: "Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!" (Łk 8, 48).

To nie było nasze pierwsze spotkanie. Było to jednak spotkanie ważne. Spotkanie osób, które znają taki stan, kiedy nie ma się nic do stracenia. Spotkanie dwóch kobiet, które jeśli nie jako drugie, to jako trzecie, czwarte lub dziesiąte imię mogłyby wpisać Desperacja. Panna Desperacja.

Kobieta cierpiąca na krwotok. To do niej Jezus wypowiedział słowa, które wciąż chcę słyszeć.
To ona daje mi nadzieję.
Bo ta nadzieja jest - dla każdej z nas.
Dla tej, której drogi tylko przypadkowo przetną się z Jego drogami, nawet jeśli się jednocześnie poKRZYŻują.
Dla tej, która w kościele staje zawsze z tyłu i nie ma śmiałości wejść dalej.
Dla tej, która przerobiła już wszystko życiowe scenariusze i pomysły na coś nowego i lepszego, od A do Z, od początku do końca, od boku do boku i w poprzek. I nic.

I dla tej, której wydaje się, że Bóg odwrócił się od niej plecami.
Nawet jeśli tak jest, to tak nie jest. Bo w tym dotknięciu frędzli płaszcza, w tym spotkaniu na drodze, wśród tłumu, więcej jest prawdziwej bliskości niż w całym oceanie instagrama i facebooka.
Nawet jeśli On odwrócił się od niej plecami.
Nawet jeśli odwróciła się ona.

Do tego cudu trzeba tylko odrobiny wiary.
My, desperatki, nie mamy czasem niczego innego.


piątek, 13 grudnia 2019

Jak zepsuć sobie święta. Level expert ;)

Sposobów na zmarnowanie Adwentu i zepsucie sobie świąt jest sporo. 
Można na przykład śpiewać “All I want for Christmas” i zapomnieć, że “Archanioł Boży Gabriel” został posłany do Panny Maryi. Można być ciągle jeszcze wczoraj albo już jutro i  codziennie odliczać kolejne dni tylko po to, by w końcu z rozczarowaniem stwierdzić, że święta, święta i po świętach. Można też przeżywać kolejno: Międzynarodowy Dzień Szorowania Podłóg, Ogólnopolskie Zawody w Myciu Okien na czas albo Światowy Dzień Gotowania Kapusty Kiszonej.

Jeśli jednak wypróbowałyście już te sposoby i szukacie nowych, podpowiem Wam dzisiaj co najmniej trzy kolejne. Trzy zupełnie świeże, nowiutkie i gotowe do wypróbowania sposoby na to, by zepsuć sobie święta.



1. Dostrzegaj to, co dzieli.

Dla mnie nadchodzące święta to Boże Narodzenie. Dla niektórych: Gwiazdka, “święta” albo po prostu kilka dni wolnego przed Sylwestrem. Ja potrafię zobaczyć w tym wszystkim to, co najważniejsze - duchową stronę świąt. Inni tego nie potrafią. To pewnie stąd te tłumy w centrach handlowych (ja wpadłam tam oczywiście tylko dziś, tylko po najważniejsze zakupy, nie to co inni, którzy pewnie codziennie włóczą się po sklepach). Ciekawe ilu z nich pójdzie na roraty? Albo chociaż do kościoła na święta? Ech, świat zmierza w złym kierunku.

Jeśli chcesz zepsuć sobie święta, zagraj w fascynującą grę, którą być może znasz z dzieciństwa. Znajdź dziesięć, sto, tysiąc różnic między dwoma obrazkami - tym, który przedstawia Twój ideał przeżywającego Adwent  katolika, a tym, na którym zobaczysz kogoś z tak zwanej “reszty świata”. Za żadne skarby nie myśl o tym, że Twoje przeżywanie świąt też nie zawsze było/jest takie, jakiego chciałby Jezus. Pamiętaj też, że na Twoją życzliwość nie zasługują Ci, którzy bratają się z “podrabianym” Mikołajem albo życzą Ci “magicznych Świąt”, tak jakby to magia była wtedy ważna. Pokaż jak daleko im do prawdziwego świętowania.

2. Słuchaj tego, co mówisz

Nie tego, co mówią inni. I nie tego, co chcieliby delikatnie powiedzieć między wierszami, bo nie potrafią wyrazić czegoś wprost. Pamiętaj, że liczy się to, co chcesz usłyszeć, a nie to, co faktycznie mówią inni. Jeśli ciotka skomplementuje sukienkę, którą kupiłaś ostatnio, by ukryć dodatkowe kilogramy, pamiętaj że prawdopodobnie widzi że przytyłaś i chce dać Ci to odczuć. Gdy znajomy będzie mówił o tym, jak jest u niego na Wigilii (że grzybowa, a nie barszcz, lub odwrotnie), zwróć uwagę na to, że pewnie patrzy na Ciebie z góry. Zresztą dajcie spokój, kto by jadł grzybową na święta (albo barszcz)... ?!
Domyślaj się, dopowiadaj, utwierdzaj się w przekonaniu, że zawsze to, co słyszysz, jest tym, co chciał powiedzieć Twój rozmówca. Pamiętaj że to nie jest tak, że się czepiasz albo doszukujesz złych intencji. Po prostu znasz życie i nie jesteś naiwna.

3. Bądź nieomylna

Nie zapomnij że są tylko dwie opcje - to będą albo najlepsze, albo najgorsze święta w Twoim życiu. Dlatego już zawczasu przygotuj dla siebie złoty medal lub etykietę z napisem najgorsza kobieta/żona/matka/gospodyni we Wszechświecie. Masz do wyboru jedną albo drugą opcję, kompromisy są dla cieniasów.  Postaw sobie poprzeczkę na odpowiedniej wysokości, bo co - nie dasz rady?

Pamiętaj, że obrus musi być śnieżnobiały, a zdjęcie na insta magiczne i niepowtarzalne. Potraw ma być dwanaście, ani mniej, ani więcej. Ty wiesz, jak ma wyglądać ten wieczór i na pewno wszystko zaplanowałaś najlepiej. Najlepiej nie śpiewajcie kolęd, bo sąsiedzi mogą usłyszeć, jak wujek Stefek śpiewa “rondel z głowy zdjęła”.  Nie jedzcie też pierniczków, przecież nie po to zarywałaś trzy noce, robiąc najlepszy lukier królewski ever, żeby to teraz zniszczyli, łakomczuchy jedne. Pierniczki na paterze wyglądają idealnie, o może to serduszko obrócisz jeszcze o 30 stopni w lewo. W drugie lewo. To znaczy w prawo. I pamiętaj, jeśli wydarzy się katastrofa, taka jak plama z barszczu (albo z grzybowej), to na pewno wszyscy to zauważą. Będą myśleć i mówić tylko o tym, a Ty… masz już tę etykietkę, o której pisałam?

Święta można zepsuć sobie na jeszcze milion innych sposobów. 
Wiem, bo czasem mi się to udawało (choć wiecie, nawet "popsute święta" udaje się Panu Bogu naprawić :) ). I ja też irytuję się, słysząc o “magii Świąt” albo stojąc w korku w pobliżu centrum handlowego. Z dużą przyjemnością słucham jednak świątecznych piosenek. Chociaż sączą się ze sklepowych głośników już od połowy listopada, jakoś nie umiem się nimi znudzić. 
Jedną z piosenek, którą ostatnio nucę najczęściej jest ta:
“Do you hear what I hear”. 

To piękna opowieść. Wiatr szepce do małej owieczki: czy widzisz to, co ja widzę - wielką gwiazdę na niebie? Owieczka z kolei pyta pasterza: czy słyszysz to, co ja słyszę - unoszącą się ponad koronami drzew pieśń? Pastuszek zaś mówi do króla: czy wiesz to, co ja wiem? 
I opowiada o Dzieciątku, które drży z zimna...



To duża sztuka: zobaczyć to, co widzi ktoś inny. Bez swoich okularów, bez schematów, którymi tłumaczymy to, co niewygodne. I bez “ja wiem najlepiej”. 
To duża sztuka: usłyszeć to, co słyszy ktoś inny. Usłyszeć słowa, a nie ich interpretację. Odczytać w nich to, czym druga osoba się dzieli. I nie słuchać tak, by odpowiedzieć od razu: “A ja… A mi… A moje…”
To duża sztuka: mieć w sobie nie tylko odpowiedzi, ale i pytania. Przyznać, że czegoś nie wiem, nie potrafię, nie rozumiem. Przyjąć to, co nowe i zaskakujące.

Może usłyszysz te proste pytania w Twojej świątecznej opowieści, która już teraz pisze się w Twojej codzienności? Może uda Ci się poszukać na nie odpowiedzi? Bo wiesz, to tylko zwykła piosenka… ale co by się stało, gdyby to sam Jezus zapytał:
“Czy widzisz to, co ja widzę?
Słyszysz to, co ja słyszę? 
Wiesz to, co ja wiem?”.

Pozwoliłabyś Mu dojść do głosu?

czwartek, 28 listopada 2019

Taki cud, że skarpetki ratują świat.

Pamiętam, jak bardzo mnie to poruszyło. Czytałam wiele listów do Mikołaja, ten jednak był szczególny. Kilkuletni chłopiec prosił w nim o słodycze i ciepłe skarpetki. Nie o klocki Lego, gry komputerowe, tableta, ale o skarpetki. Taka skromna prośba nie wpadłoby chyba do głowy nikomu, kto nosi dobre zimowe buty i śpi pod wystarczająco ciepłą kołdrą w domu, w którym nie brakuje pieniędzy na opał...

Pomyślałam wtedy, że choć wokół słyszę nieustannie o "magii Świąt", to ode mnie zależą świąteczne cuda i to tak zwyczajne, jak skarpetki, które mogą uratować świat jakiegoś nieznanego dziecka. Bo będzie mu ciepło. Bo ktoś się o nie zatroszczy.




Nieco ponad dwa tysiące lat temu świat powitał - dość chłodno raczej - również pewne nieznane Dziecko. A my, choć składamy często podniosłe deklaracji i polerujemy ten dodatkowy talerz, który stawiamy dla niespodziewanego gościa w czasie wigilijnej wieczerzy, nie mamy lepszej okazji do tego, by się o nie zatroszczyć, niż ta.

Dla Niego nie było miejsca w Betlejem w żadnej gospodzie. Magia Świąt polega na tym, że to miejsce może się znaleźć w naszej rodzinie. Nie tylko dlatego, że powiemy: "Oooo, gdybym TO JA miała wtedy możliwość przyjęcia Maryi i Józefa do swojego domu, śpiewalibyśmy dzisiaj kolędy innej treści". Możemy przecież przygarnąć dziecko - to konkretne, z równie konkretnymi marzeniami, na przykład o ciepłych skarpetkach. To jak zaproszenie go do siebie, swojej rodziny i swojego serca.

Piszę o tym, bo już za kilka dni większość z nas w takiej czy innej formie rozpocznie swoje adwentowe przygotowania. Jak co roku, wiele inspiracji dotyczących duchowego przeżycia tego czasu znajdziemy w internecie. Nie będzie to pewnie szczególne odkrywcza myśl, ale wraca ona do mnie uparcie od kilku dni - w adwentowym czuwaniu potrzebna jest równowaga. To wspaniałe, że tan czas dla wielu osób jest okazją do pewnego rodzaju mobilizacji, zadbania o modlitwę i poszukiwania duchowych inspiracji. Na końcu tego wpisu sama podam Wam kilka propozycji, z którymi warto się zapoznać.

Wydaje mi się jednak, że na tym nasze przygotowania nie mogą się skończyć. Kto naprawdę przyjmuje, kto angażuje się sercem w modlitwę i pyta o dobro, ten często odkrywa w sobie pragnienie, by dzielić się tym, czego doświadczył. Dlatego by adwentowa radość miała szansę nie tylko w nas zakiełkować, ale też rozkwitnąć w pełni, warto pomyśleć nad tym, co możemy dać innym. Może będą to po prostu pierniczki, przyprawione nie tylko cynamonem i goździkami, ale też miłością? A może zdecydujemy się otworzyć nasze serca, rodziny i... portfele :) by w jakimś nieznanym dziecku powiedzieć Jezusowi - "Lulajże... moja perełko. I niech Ci będzie ciepło w stópki"?

Przytłaczają mnie ostatnio wielkie słowa, nawet te niesamowicie pozytywne. Dlatego mój plan na Adwent, oprócz radości z przygotowania podarunków dla tym, którzy od życia otrzymali ich zbyt mało, zakłada bardzo prostą rzecz. Nie zawsze mam siłę na DOBRO. Nie zawsze stać mnie na heroiczną i bezwarunkową miłość. I w sumie z poprzedniego zdania mogłabym wykreślić słowo "zawsze..." ;) Mogę jednak pozwolić sobie na małą, zwyczajną, cichą życzliwość. Taki drobiazg, który sprawi, że dla kogoś dzień będzie trochę bardziej znośny, a zimna mniej chłodna. I kto wie, może takie drobiazgi też czasem ratują komuś świat?...

Propozycje rekolekcji adwentowych:

Internetowy Dom Rekolekcyjny - "Nie bój się przyjąć..."

Siostry Sacre Coeur w Warszawie - Raduj się Córo Syjonu - Skupienie adwentowe dla kobiet oraz Skupienie: Bóg w moim życiu - przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia

Rekolekcje dla rodziców po stracie dziecka: „Adwent, czyli jak przygotować się do świąt, gdy zabrakło szczęśliwego narodzenia”

"Czekając na Jezusa". Adwentowa droga Ubogaconych. 

Rekolekcje adwentowe Inny Wymiar.

... zaglądajcie też na profil Chrześcijańskiej Mamy na FB i Instagramie :) tam, zgodnie z tym co napisałam, zapanuje prostota. I Słowo :)

Jeśli chcesz dać komuś gwiazdkę z nieba...

Wirtualna Choinka - to właśnie tam kilka lat temu przeczytałam o skarpetkach...

Robótka, czyli akcja wysyłania kartek (i opcjonalnie też prezentów) "dla koedukacyjnej brygady niepełnosprawnych intelektualnie mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Niegowie"

Zbiórka na zakup materiałów plastycznych do terapii osób ze spektrum autyzmu.

"Skarpeta świętego Mikołaja" Chcemy obdarować skazanych na dzień świętego Mikołaja (6.12).... skarpetami.

Czy pomożecie mi dopisać kolejne punkty w obu tych listach? :) Bardzo proszę, dawajcie znać w komentarzach! :)

P.S. Bonus dla wszystkich ludzi dobrej woli :) bo na jest więcej!







niedziela, 24 listopada 2019

Czekając na to, co DOBRE, czyli kalendarz i inspiracje adwentowe.

Nigdy nie zapomnę tego smaku... Kiedy byłam dzieckiem, otwieranie kolejnych okienek kalendarza adwentowego było prawdziwym przeżyciem, bo liczył się zarówno smak czekolady, jak i odkrywanie kolejnych kształtów, skrywanych za tekturową zasłoną.



Od tego czasu minęło trochę lat, a ja, choć nadal lubię czekoladę, czerpię teraz przyjemność raczej z wpatrywania się w uśmiechy moich dzieci, czekających na kolejne zadania i drobne słodkości, kryjące się w  kalendarzu. Jakiś czas temu zrobiłam własnoręcznie kalendarz adwentowy z małymi pudełeczkami. Jest śliczny, a jednak niezbyt praktyczny. W tym roku postanowiłam więc zrobić coś prostszego. Jest to chyba najłatwiejsza do wykonania wersja kalendarza adwentowego. Do jego przygotowania potrzebne są papierowe torebki śniadaniowe, dziurkacz, sznurek i klej. Specjalnie dla Was przygotowałam również kolorowe etykiety z kolejnymi grudniowymi cyframi, od 1 do 24.


Torebkę wystarczy zgiąć,wykonać w niej otwory dziurkaczem, przewiązać sznurkiem i ozdobić.
 A efekt? Zobaczcie sami:






Przygotowanie i ozdobienie torebek zajmuje naprawdę niewiele czasu. Można do tego wykorzystać również świąteczne naklejki czy papiery, które można dostać np. w Lidlu, Pepco czy Tedi (w tym ostatnim jest duży wybór w bardzo korzystnych cenach - piszę to nie mając naprawdę żadnych powiązań z żadnym z powyższych sklepów :) )




Co powinno stanowić zawartość kalendarza? Najlepiej, by było to coś, co sprawi radość dzieciakom, a jednocześnie pomoże im przygotować się do świąt - nie zawsze wprost. Zadanie, które możemy dołączyć do kalendarza, nie zawsze musi bezpośrednio nawiązywać do adwentu. Może być to coś, co w jakiś sposób otworzy nas na drugiego człowieka czy skłoni do refleksji. Rozmowa na ten temat może być dobrym punktem wyjścia do tego, by wspólnie z dziećmi odkrywać, co może dla nas znaczyć BOŻE Narodzenie. Możemy być razem z nimi w drodze, towarzysząc im, a jednocześnie ucząc się tego, co Pan Bóg chce nam powiedzieć również przez naszych najbliższych.

Listę zadań do kalendarza adwentowego - listę subiektywna, skierowaną do osób w różnym wieku i zdecydowanie nie zamkniętą - znajdziecie na końcu tego wpisu.

Możecie również pobrać ją tutaj: KLIK.

Tutaj znajdziecie etykiety na kalendarz adwentowy w dwóch częściach: CZĘŚĆ1 i CZĘŚĆ2.

W materiałach do wydruku znajdziecie również teksty, które możecie wykorzystać w czasie wykonywania kartek świątecznych:





Wśród zadań znajdziecie również zachętę do wykonania instrumentu muzycznego. Można do tego wykorzystać jakiekolwiek plastikowe pudełeczko i ryż lub groch. Można również zainwestować kilka złotych w bardzo prosty zestaw instrumentów dla dzieci. Wspólne kolędowanie, w czasie którego można ZAGRAĆ np. na trójkącie, jest często dla dzieci ogromną atrakcją... Czują się wtedy nie tylko docenione przez to, że powierza im się ważne zadanie, ale również - czują się słuchane. Bardzo dosłownie :)



Wśród zadań znajdziecie propozycję własnoręcznego wykonania bożonarodzeniowej szopki. Można do tego wykorzystać darmowe materiały, znajdujące się w internecie, np. tutaj:

https://www.designdazzle.com/free-printable-nativity-coloring-page/
https://makinglifeblissful.com/2018/11/printable-christmas-kindness-cards.html

W przygotowaniu ozdób świątecznych również możecie puścić wodze fantazji. Warto poszukać inspiracji np. na pinterest.com. Znalazłam tam  fantastyczne dekoracje, wykonane ze zwyczajnych patyczków do lodów. W zeszłym roku kilka miejsc w naszym kalendarzu zajęły takie mini zestawy kreatywne - z patyczkami, pomponikami i cekinami. Zaangażowanie dzieci i efekt ich pracy były fenomenalne!


źródło: https://pl.pinterest.com/pin/279504720597217001/

źródło: https://pl.pinterest.com/pin/706502260278722386/
źródło: https://pl.pinterest.com/pin/262968065725791243/

Jeśli macie ochotę, podzielcie się Waszymi propozycjami i pomysłami. Czekam na to bardzo! A po spodem wklejam propozycje zadań do kalendarza ( i przypominam, że powyżej w linku we wpisie znajdziecie je również w wersji do wydruku). Dobrej zabawy i pięknych rodzinnych przygotowań do świętowania!

Zadania do kalendarza:

Wykonajcie własnoręcznie instrument muzyczny (np. grzechotkę), który wykorzystacie w czasie kolędowania.

Nauczcie się nowej kolędy.

Upieczcie pierniczki.

Udekorujcie pierniczki.

Wykonajcie kartki świąteczne.

Wykonajcie łańcuch na choinkę albo inne ozdoby.

Przygotujcie własnoręcznie podarunek dla bliskiej osoby.

Wybierzcie się w odwiedziny do kogoś, kto jest samotny lub chory.

Policzcie dzisiaj, ile razy uśmiechnęliście się do innych.

Przeczytajcie historię narodzenia Jezusa (z Pisma Świętego). W jaki sposób opowiedzielibyście ją własnymi słowami?

Przeczytajcie fragment o zwiastowaniu Maryi (Łk 1, 26 – 38) i narysujcie tę scenę.

Przeczytajcie fragment Łk 1,46-56 (Magnificat) i pomyślcie, jak mógłby wyglądać Wasz hymn uwielbienia.

Przygotujcie listę 10 rzeczy, za które jesteście wdzięczni.

Policzcie dzisiaj, ile razy powiedzieliście dziś: „Dziękuję”.

Przygotujcie szopkę.

Napiszcie list do kogoś, kogo dawno nie widzieliście.

Przygotujcie dla kogoś miłą niespodziankę.

Przygotujcie lampion na roraty.

Wyręczcie kogoś w domowych obowiązkach.

Przygotujcie Wasze pokoje na święta – zróbcie porządki i przygotujcie świąteczną dekorację.

Policzcie, ile razy powiedzieliście dziś komuś komplement.

Zastanówcie się wspólnie, jak często w historii narodzenia Jezusa (od Zwiastowania) pojawia się anioł. Może spróbujecie go narysować?

Przeżyjcie ten dzień myśląc w szczególny sposób o Waszym Aniele Stróżu. Odmówcie modlitwę „Aniele Boży Stróżu Mój” zastanawiając się nad jej słowami.

Pójdźcie dziś na rodzinny spacer.

Przygotujcie wspólnie deser albo inne smakołyki, które lubi Wasza rodzina, a potem spędźcie razem trochę czasu.

Przeżyjcie dzisiejszy dzień bez korzystania z telefonu komórkowego (lub z mediów społecznościowych).

Włączcie się w jakąś akcję charytatywną, nawet jeśli będzie to drobiazg – niech to będzie pomoc płynąca z serca.

Powiedz dzisiaj Twojemu bratu/, co lubisz w nim najbardziej.

Powiedz dzisiaj Twojej siostrze, co lubisz w niej najbardziej.

Porozmawiaj dziś z tym kolegą/koleżanką z klasy, z który wydaje Ci się najbardziej samotny.

Pożycz komuś fajną książkę.
Zaśpiewajcie dziś jedną z pieśni adwentowych.

Wykonajcie wieniec adwentowy.

Przygotujcie prezent od serca dla przyjaciela.





niedziela, 17 listopada 2019

O kobiecie, która potrafiła czekać

Dwudziesty pierwszy dzień pierwszy marca roku Pańskiego 1818 niósł w sobie obietnicę wiosny, albo przynajmniej nowej nadziei. Tego dnia, w porcie Bordeaux, pewna czterdziestodziewięcioletnia kobieta wpatrywała się w linię horyzontu, jakby starała się upewnić, że to nie sen. Wiedziała, że przed nią jeszcze długa podróż. Wiedziała, że musi poczekać. A jednak czekanie już nie było jej straszne. Zdążyła je już oswoić…

Święta Filipina Duchesne, bo o niej mowa, przeszła długą drogę, zanim znalazła się w tym właśnie punkcie życia. Urodziła się w Grenoble w roku 1769. Jej ojciec był prawnikiem, a matka - oddaną rodzinie i pełną wiary kobietą. Filipina zdobywała wykształcenie w klasztorze sióstr Wizytek i to właśnie tam odczytała głos powołania - pragnęła poświęcić swoje życie tylko i wyłącznie Panu Bogu. Gdy miała osiemnaście lat, wstąpiła do klasztoru mimo początkowego braku aprobaty ze strony ojca. To była pierwsza przeszkoda, którą musiała pokonać na swojej drodze podążania za pragnieniami, jakie nosiła w sercu…

Niedługo później wybuchła Wielka Rewolucja Francuska. Klasztory zostały zamknięte, podobnie jak katolickie szkoły czy sierocińce. Dla Filipiny oznaczało to koniec życia, jakie wiodła do tej pory - a przynajmniej na to wskazywały okoliczności zewnętrzne. Wróciła do rodziny przebywającej w Grannes, a jednak mimo wszystko starała się prowadzić życie zbliżone do tego, jakie wiodła w klasztornych murach. Próbowała na tyle, na ile było to możliwe, żyć zgodnie z regułą zakonną, a jednocześnie pomagać tym, którzy na skutek rewolucyjnej zawieruchy doświadczali biedy i braku opieki, w tym dzieciom, pozbawionym pomocy, jakiej wcześniej udzielał im Kościół. Później zakupiła nawet budynek klasztorny, mając nadzieję na odbudowanie wspólnoty. Jej pragnienie spełniło się jednak w zupełnie inny sposób.

Rok 1804 był kolejnym rokiem jej oczekiwania na zmianę. Filipina nie wiedziała, jakim punktem zwrotnym będzie spotkanie z dziesięć lat od niej młodszą Magdaleną Zofią Barat, która cztery lata wcześniej założyła przy współpracy z o. Varin nowe zgromadzenie zakonne. Był to początek niezwykłej przyjaźni i wspólnego zaangażowania sił po to, by głosić światu miłość Serca Jezusa. Filipina przyłączyła się do Magdaleny Zofii i rozpoczęła nowy rozdział w swoim podążaniu za Jezusem - tym razem jako jedna z zakonnic Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa.

Pewnego dnia do Grenoble, gdzie przebywała nasza bohaterka, przybył misjonarz, który opowiadał o trudnym losie ludów z okolic Missisipi i Missouri. Jego przemówienie bardzo poruszyło Filipinę, która zaczęła odczytywać nowe pragnienie, rodzące się w jej sercu - wyjazd na misje. Podzieliła się tym w jednym z listów do Magdaleny Zofii, w którym wyrażała swój zapał w sposób, który jest mi bliski, bo przecież ja też, jeśli czegoś pragnę, to już, teraz, zaraz… Filipina pisała: Dobra Matko, gdy Matka mi powie: «Oto cię posyłam», odpowiem prędko: «Jadę!» Och! Gdyby to mogło być przed końcem tego roku!

Przed końcem roku? Nie… Miało minąć długich 13 lat, zanim Filipina ruszy w drogę, choć w jakimś sensie już się do tej drogi przygotowywała. Niezmiennie jednak na swoje prośby i pytania otrzymywała podobną odpowiedź: czekaj cierpliwie. „Twoje nadzieje się spełnią. Dużo rzeczy na to wskazuje. Bądź więc spokojna i czekaj cierpliwie, a przede wszystkim zgadzaj się, jak we wszystkim tak i w tym, z wolą Bożą, którą w swoim czasie pokaże.”- pisała do niej jej przyjaciółka i przełożona. Ale czekanie nie było łatwe dla kogoś, kto miał serce rozpalone wielkimi pragnieniami…

W końcu jednak nadszedł ten dzień. W Wielki Czwartek, 19 marca 1818 Filipina wraz z czterema towarzyszkami, stanęła na pokładzie statku, 21 marca ruszyła w drogę, a dzień później, w Wielkanoc, straciła z oczu Francję, do której miała już nigdy nie wrócić. Rozpoczęła się długa podróż.

W podobną trasę, choć z innego portu, niemal sto lat później wypłynie najbardziej znany transatlantyk, Titanic. Wygody czekające na luksusowym statku będą nieporównywalnie większe od tych, jakie czekały na pokładzie czteromasztowca “Rebecca”. W Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa (czy to nie wymowne?), po siedemdziesięciu dniach uciążliwej i niebezpiecznej morskiej podróży, Filipina wraz z trzema towarzyszkami przybyła do Nowego Orleanu. Stamtąd trafiła do… szpitala, czy raczej infirmerii prowadzonej przez siostry Urszulanki. Po tym krótkim przystanku czekało ją kolejne 40 dni podróży, tym razem na wolnym jak ślimak parostatku “Franklin”, również bez wygód, w tłoku i upale. W jednej z miejscowości, w których zatrzymał się statek, proboszcz przyjął zakonnice na plebani, która była bardzo uboga. W dzienniku z podróży zapisały one jednak coś, co bardzo mnie porusza: „Tam rozkoszowałyśmy się obecnością Pana Jezusa. Pięć tygodni spędzonych z dala od  Niego dało nam żywo odczuć, że jedna godzina u Jego stóp więcej warta niż tysiące na świecie.”  

W końcu, 22 sierpnia, parowiec dotarł do Saint Louis, gdzie Filipina i jej towarzyszki spotkały się z miejscowym biskupem. Zgodnie z jego wskazówkami, udały się do pobliskiej miejscowości Saint Charles, gdzie założyły pierwszą pierwszą poza Europą szkołę Najświętszego Serca Jezusa. Jej prowadzenie było jednak bardzo trudne z powodu warunków lokalowych i finansowych. Ludność zamieszkująca tamte tereny stanowiła mieszankę różnych kultur i narodowości, a wiele dzieci nie potrafiło czytać, pisać i praktycznie nie znało Jezusa i nauczania Kościoła. Było to duże wyzwanie - i takim wyzwaniom przez kolejne lata Filipina musiała stawiać czoła. W tym wszystkim znowu czekała - wprawdzie aktywnie, modląc się i działając tam, gdzie aktualnie była taka potrzeba, a jednak przecież życie, które prowadziła po przyjeździe do Ameryki to wciąż było zbyt mało. Pragnęła zanieść Dobrą Nowinę pierwotnym mieszkańcom tamtych ziem. Musiała na to czekać jednak kolejnych kilkadziesiąt lat, do roku 1841. Miała wtedy 72 lata, a stan jej zdrowia nie sprzyjał kolejnym podróżom. Podążanie za głosem pragnienia wydawało się szaleństwem. A jednak Filipina, zmierzając ku temu, za czym tak bardzo tęskniła, wyglądała ponoć, jakby ubyło jej połowę lat - tak przynajmniej opisywano jej podróż rzeką Missisipi ku ziemiom Indian Potomatowi.



„Oto, moje dzieci, kobieta, która od 35 lat nie przestaje prosić Boga, by mogła do was przyjść” - w ten sposób została przedstawiona przez księdza, który również współpracował z ludnością zamieszkującą miejscowość, do której dotarli, czyli Sugar Creek. Filipina wraz z towarzyszącymi jej zakonnicami otworzyły tam małą szkołę i uczestniczyły w życiu wioski. Niestety zakonnica nie była w stanie opanować języka Indian, który był bardzo skomplikowany i na który składały się długie, 8-10 sylabowe słowa. Nie mogła więc robić tego, czego tak bardzo pragnęła - opowiadać o Jezusie. A przynajmniej nie mogła robić tego wprost… Filipina znalazła jednak inny sposób na dzielenie się wiarą. Robiła to, co od zawsze wypełniało jej życie - po prostu modliła się. Indianie, obserwując ją trwającą nieruchomo i w milczeniu, patrzyli na nią z szacunkiem i nazywali ją “kobietą, która zawsze się modli”.

Ja  nazywam ją kobietą, która potrafiła czekać nawet wtedy, gdy wydawało jej się to zadaniem niewykonalnym… Kobietą odwagi i nadziei. Kobietą, która potrafiła nazwać swoje pragnienia i uwierzyć w to, że one są prawdziwe i dobre, że są sposobem, w jaki mówi do niej Bóg. Potrafiła też w Jego dłoniach złożyć to, czego tak bardzo pragnęła.

Nie umiem czekać - to dla mnie bardzo trudne. Patrząc na Filipinę, uczę się od niej cierpliwości i zaufania, bo trwać w oczekiwaniu może tylko ten, który wierzy, że na końcu oczekiwania czeka go coś dobrego. Chciałabym też tak jak ona trwać w zasłuchaniu i modlitwie niezależnie od okoliczności, bo wydaje się, że właśnie dzięki temu można działać mądrze i dobrze. Nie wiem, jakie imię nadaliby mi ludzie, którzy idą wraz ze mną przez życie. Ja sama wiem, że czasem jestem “kobietą, która nie umie czekać”... albo “kobietą, która dopiero uczy się miłości”. Nie wiem, czy kiedyś moje życie będzie można podsumować w tych prostych, pięknych słowach - “zawsze się modli”. Filipina pokazuje mi jednak, że coś takiego nie jest efektem jednorazowego wysiłku, ale wierności temu, co czasem nazywamy drobiazgami. Do tego co wielkie, piękne, wytęsknione, prowadzą nas wysiłki każdego dnia. Prowadzi nas wierność.

Wiem, że nie odkryję Ameryki - i kto wie, może Ty też słyszałaś takie słowa. Nie odkryjesz Ameryki, to prawda, tak jak nie zrobiła tego Filipina. Zrobiła za to coś więcej - zostawiła tam część siebie. Zostawiła tam swoje serce i zapał. Nie zawsze trzeba odkrywać nowe lądy i przemierzać nieznane wcześniej szlaki. Wystarczy, że na każdej z tych dróg będzie niosło się miłość, tak zwyczajnie, po prostu. 

Kto wie, może Twoja “Rebecca” już czeka w porcie, a może dopiero kreślisz mapę swoich pragnień i szukasz odwagi, by ruszyć własną drogą za tym, co podpowiada serce. Niezależnie od wszystkiego, niech Cię prowadzą te same słowa, który wyznaczały szlak świętej Filipiny i które być może pomagały jej trwać w oczekiwaniu, choć było to tak trudne: “Odwagi i ufności”.

Odwagi i ufności. 
To wystarczy.

(pisząc korzystałam ze źródeł:
https://www.siostry-sc.pl/kim-jestesmy/osobowosci-zgromadzenia/sw-filipina-duchesne/91-zycie-sw-filipiny-duchesne-baunard - stąd pochodzą też wszystkie cytaty;
https://www.siostry-sc.pl/kim-jestesmy/osobowosci-zgromadzenia/sw-filipina-duchesne/256-krotki-zyciorys-sw-filipiny-duchesne-rscj
 Mademoiselle Duchesne: Mere Duchesne, Rscj Theresa Riley Shaw 2018)

sobota, 9 listopada 2019

proste słowo: dziękuję

W zeszłym roku mniej więcej o tej porze, w kilku miejscach w internecie spotkałam się z pomysłem, aby jedenastego listopada upiec szarlotkę, zaprosić sąsiadów i również w taki sposób - integrujący i sprzyjający pogłębianiu więzi - świętować niepodległość. Do pieczenia nie trzeba mnie jakoś szczególnie zachęcać, dlatego również dziś - na niedzielę i na świąteczny poniedziałek - przygotuję ciasto, które dzięki zapachowi jabłek i cynamonu sprawi, że w domu będzie naprawdę ciepło i przytulnie...

Taki chwile jak ta, gdy spokojnie płynie sobie kolejny zwyczajny dzień, są dla mnie okazją do refleksji. Dużo we mnie ostatnio wdzięczności... Jestem oczywiście wdzięczna za to, że żyję w wolnym kraju i że będę mogła świętować sto pierwszą rocznicę odzyskania niepodległości. Ale cieszę się również tym, co składa się na moją codzienność i co jest dużo bardziej zwyczajne...

Najprościej jest zawsze wyliczyć to, czego nie mamy - zwłaszcza gdy bardzo czegoś pragniemy, gdy za czymś tęsknimy. Gdy w sercu pojawia się ukłucie żalu, że coś nie wyszło... I gdy zagląda się przez płot do ogródka sąsiada, a tam trawa jest bardziej zielona, a życie prostsze i jakoś tak chyba bardziej udane..



Najprościej wyliczyć to, czego się nie posiada. Nieco trudniej - znaleźć radość w tym, co nasze i docenić smak codzienności. Nazwać marzenia i pragnienia, i żyć nimi, dążyć do ich spełnienia, ale nie na zasadzie narzekania, że gwiazdka jeszcze nam nie spadła z nieba. Zanim spadnie, minie trochę czasu. Zamiast marnować go na wzdychanie z żalem, fajnie jest ucieszyć się tym, czego na co dzień nie doceniamy.

Nie piszę tego, żeby wywierać jakąkolwiek presję czy wpędzać kogoś w wyrzuty sumienia. Nie chcę pisać: "ciesz się, bo inni mają gorzej" ani tym bardziej: "ciesz się, bo kiedyś sama będziesz miała gorzej". Bardzo dobrze wiem, że są takie dni, gdy widzi się wszystko w czarnych barwach i wcale nie trzeba do tego listopada za oknem. Takie dni też są potrzebne. Dobrze jednak traktować je jako przystanek na drodze, a nie miejsce stałego pobytu. I dobrze jest w takich chwilach popatrzeć nie tylko na to, co dzieje się teraz, ale na to, co było i do czego zmierzamy.

W wielu miejscach w Biblii wspominane jest wyjście Izraelitów z Egiptu i cuda, jakich doświadczali w drodze przez pustynię. Większość z nas ma w swoim życiu takie wydarzenia: swój Egipt i udrękę niewoli, niepewność drogi, cud Bożej opieki i radość bycia odnalezionym. To historia, która pisała się i pisze w naszej codzienności. Wracając do tego, co było doświadczeniem mocy Miłości, przypominamy sobie nie tylko tym, w jaki sposób sposób działa Bóg, ale również o tym, kim naprawdę jesteśmy. Jeśli więc masz poczucie, że zgubiłaś w życiu drogę, mapę, kompas i radość, może warto wrócić po samego początku? Zobaczyć, Kto powiedział Ci: "chodź za mną, będzie pięknie"? I zamiast patrzeć pod nogi, z rezygnacją, spojrzeć w kierunku, który On chce Ci pokazać?...

Wdzięczność jest drogowskazem, który nie zawsze łatwo jest zauważyć. Czasami jednak proste słowo: "dziękuję" jest dobrym początkiem. Od tego warto zacząć nawet gdy wydaje się, że wszystko się skończyło.

piątek, 1 listopada 2019

Elżbieta i jej najdroższy niedowiarek


„Elżbieto, znasz moje nastawienie, przysiągłem Bogu nienawiść, żyję tą nienawiścią i w niej umrę!” – krzyczał. Zadziwiał go jej spokój i pogodne spojrzenie, od zdziwienia silniejszy był jednak wszechogarniający gniew spotęgowany całkowitą bezsilnością. Jego ukochana żona odchodziła. Nie mógł z tym absolutnie nic zrobić.

Feliks Leseur, bo o nim mowa, był francuskim dziennikarzem i lekarzem. Jego małżeństwo z piękną, pogodną i pełną elegancji Elżbietą było bardzo szczęśliwe. Tylko jednego nie potrafił w niej rozumieć. To jedno ich dzieliło: jej wiara.

Nie mieściło mu się w głowie, że te „przesądy” można brać na poważnie. Na krótki okres nawet udało mu się zachwiać wiarą Elżbiety. Podsuwał jej antyreligijne książki, dyskutował z nią, aż w końcu prawie się złamała. Potem jednak sama zaczęła dociekać, czytać, szukać odpowiedzi na pytania budzące jej wątpliwości. Nie tylko wyszła z tej próby zwycięsko, ale jej wiara tak się umocniła, że nawet pomimo osamotnienia i cierpienia więcej nie zwątpiła. Mimo trudności zaufała Jezusowi tak mocno, że tej wiary starczyło nie tylko dla niej, ale i dla jej męża. Jego nawrócenie jest jednym z najbardziej spektakularnych nawróceń, o których słyszałam. Zanim do niego doszło, Feliks przeszedł wspólnie ze swoją żoną długą drogę.

Elżbieta urodziła się w zamożnej paryskiej rodzinie w 1866 roku. Jej ojciec był znanym adwokatem, matka prowadziła dom i dbała o wychowanie dzieci, przekazując im również swoją miłość do Boga. Być może to właśnie dzięki świadectwu mamy Elżbieta już od wczesnych lat trwała w relacji z Jezusem.

Możliwe też, że wzięła sobie do serca to, co usłyszała od jednego ze swoich krewnych – że jej imię znaczy po hebrajsku „dom Boży”. I to chyba właśnie widać w jej życiu: Bóg nie był w nim gościem, nawet najdostojniejszym i przyjmowanym z honorami. On był dla niej Domownikiem – kimś, kto szedł z nią przez codzienność i swoją obecnością przemieniał nawet to co po ludzku nie dawało nadziei na zmianę.

Dzienniczek młodej Elżbiety pełen jest opisów codzienności i małych zmagań, takich jak kłótnie z bratem czy odmawianie zrobienia tego, o co ją proszono: „Gdy mnie o coś proszą, to zawsze odmawiam przez przekorę; to bardzo brzydko i postaram się z tego poprawić; proszę Boga, aby mi dał łaskę potrzebną, abym się poprawiła”

Tuż obok znajdują się jednak zapiski, które zdumiewają i zachwycają dojrzałością. Młoda
Elżbieta pisze o komunii: „Nic mówić nie mogłam, zanadto byłam szczęśliwa. Słuchałam Boga, który przemawiał do mej duszy, który mi wciąż powtarzał: «Jestem z tobą, posiadasz
mnie!»”


Codzienność dorastającej Elżbiety wypełniał czas spędzany z rodziną i nauka na prywatnej pensji. Choć atmosfera panująca w domu była pełna życzliwości i ciepła, w młodości Elżbiety nie brakowało trudnych wydarzeń. Jednym z nich była śmierć jej młodszej siostrzyczki, Marii, która zmarła niedługo po uroczystości pierwszej komunii świętej Elżuni.

W wieku dwudziestu lat Elżbieta poznała swojego przyszłego męża, Feliksa Leseura. Połączyło ich zainteresowanie muzyką i literaturą. Wydaje się, że naprawdę do siebie pasowali - on kulturalny i wykształcony, ona miła, elegancka i również z bardzo dobrym wykształceniem. Pobrali się w roku 1889 i wtedy zaczęło się ich wspólne życie.

Elżbieta była szczęśliwa w swojej roli. Należała do elity towarzyskiej tamtych czasów, zawsze
wytworna, taktowna i uprzejma. Nikt nie wiedział, że ta światowa dama w sercu była skupiona na Bogu, zatopiona w modlitwie i żyła duchem ofiarowania.
Kilka miesięcy po ślubie zapadła na przewlekłą chorobę, która z czasem sprawiała jej coraz więcej cierpienia. Elżbieta oddawała je Bogu wraz z modlitwą za swoich niewierzących przyjaciół. Przeczuwając być może, w jaki sposób rozwinie się jej choroba, prosiła Boga również za swojego ukochanego. Prosiła w sposób niezwykły, mówiąc Bogu, że oddaje swoje życie w intencji powrotu Feliksa do wiary. A na co dzień, zwyczajnie i po cichu, chciała opowiadać o Bogu, nie wymawiając Jego imienia, tak by przybliżać Go mężowi. „Najdroższy niedowiarek” – pisała o Leseurze z czułością.



Nie prowadziła krucjat. Nie manifestowała swojej dezaprobaty dla jego wyborów. Wybrała inną drogę: bycia blisko, z troską, czułością i modlitwą. Czuła, że właśnie do tego zaprasza ją Bóg:

Bóg dał mi tę łaskę, że widzę, jakie mam szczególne przeznaczenie. Kazał mi Bóg żyć wśród ludzi, którzy przeczą prawdom wiary, którzy prawd tych nie znają. Chciał On zapewne, abym poznała i zrozumiała najróżnorodniejsze stany dusz, abym mogła z niemi współczuć i z większą miłością i wyrozumieniem potrafiła pochylać się nad niewiarą lub zwątpieniem. Być dobrym Samarytaninem względem tylu zgorzkniałych serc, umysłów niespokojnych, zmąconych sumień; okazywać poszanowanie, delikatność, zrozumienie dla dusz; z całą łagodnością starać się przenikać do ich wnętrz, wlewając do nich po kropli, stosownie do stanu ich słabości lub rany, kojący balsam lub wzmacniające wino; ukazywać im Boga, promieniującego niejako z duszy naszej, w której On przebywa; wszystkim służyć i tym sposobem zdobywać serca dla Jezusa – oto zadanie apostoła, które przyjmuję od Ciebie, Panie mój, pomimo mej niegodności.
.

Elżbieta pisze o „zadaniu apostoła”. Ja jednak widzę w tym zadanie matki – duchowej matki, z troską i delikatnością dbającej o zagubionych. Elżbieta wybrała drogę, która jest mi bliska.
Wybrała zacieśnianie relacji z Jezusem i wiarę, że On może działać również dzięki niej. Czuję, że to dobra podpowiedź zwłaszcza dla tych, którzy mają wokół siebie osoby niewierzą- ce. Co zrobić w takiej sytuacji? Jak dawać świadectwo i autentycznie głosić Ewangelię, a jednocześnie nie wznosić murów między sobą a ludźmi, którzy myślą i czują inaczej?

Ojciec Ronald Rolheiser, autor książki Duchowość seksualności genialnie ubrał to w słowa:

Co zrobić, gdy ci, których kochamy, nie podzielają już naszej wiary, nie kierują się naszymi wartościami i zasadami moralnymi?
Oczywiście można się modlić i żyć dalej zgodnie z własnymi przekonaniami z nadzieją, że nasze życie będzie dla nich lepszą zachętą niż nasze słowa. Ale można zrobić coś jeszcze. Można ich nadal kochać i przebaczać im, wiedząc, że jak długo będą otrzymywać miłość i przebaczenie od nas, będą otrzymywać miłość i przebaczenie od Boga. My jesteśmy częścią ciała Chrystusa, a oni nas dotykają.
Będąc członkami ciała Chrystusa, gdy obejmujemy kogoś w miłości, obejmuje go ciało Chrystusa


Elżbieta obejmowała swojego męża w miłości, pozwalając jednocześnie, by dzięki niej obejmował go swoją miłością sam Jezus. Pozostawiała przy tym przestrzeń i dawała wolność, wierząc, że Bóg sam znajdzie najlepszy czas i sposób działania, bo „to, co dzieje się między duszą ludzką a Bogiem, jest rzeczą świętą i nikt nie ma prawa niebacznie tego dotykać”
.
Z biegiem czasu Elżbieta doświadczała coraz większych cierpień fizycznych, choć długo ukrywała je przed otoczeniem. Codzienność niosła również inne wyzwania. W 1905 roku umarła jej kolejna młodsza siostra, Julia, którą Elżbieta otaczała niemalże macierzyńską miłością. Elżbieta gorąco modliła się o jej uzdrowienie, a po jej odejściu boleśnie przeżywała stratę, choć wiara była jej w tym pomocą. Później postanowiła duchowo zaopiekować się chrześniaczką Julii (a jednocześnie swoją siostrzenicą). Przed uroczystością pierwszej komunii napisała dla niej rozprawkę na temat życia chrześcijanki. Pisze tam o relacji z Bogiem w sposób daleki od sztywnych regułek katechizmu. Pisze od serca, podkreślając, że duch jest ważniej szy niż litera prawa, a autentyczna wiara i miłość znaczą więcej niż zewnętrzne postawy: „Nie sądź bynajmniej, iż mówiąc to, potępiam praktyki religijne. Daleka jestem od tego. Lecz praktyki owe powinny być jedynie wyrazem głębokich uczuć
duszy: musimy być najpierw przeniknięte Prawdą, harmonią owej wielkiej całości, jaką stanowi Kościół, żywotnością i skutecznością dogmatów chrześcijańskich oraz wartością moralną i społeczną nauki katolickiej”

Podobny tekst Elżbieta napisała również z myślą o swoim
siostrzeńcu. Mimo pragnienia macierzyństwa nie miała dzieci, ale otaczała sercem i troską dzieci swoich najbliższych, spędzając z nimi czas i dbając o ich rozwój duchowy.

Można się tylko domyślić, jak bardzo czuła się osamotniona w wierze, nie mogąc dzielić się tym, co dla niej cenne, ze swoim mężem. Po wspomnianym już kryzysie wiary w 1899 roku Elżbieta zaczęła systematycznie zapisywać swoje przeżycia w pamiętniku. Kilka lat później, w 1910 roku, otrzymała w końcu wsparcie duchowe po nawiązaniu kontaktu z siostrą zakonną, Marie Goby. W listach do niej mogła opowiedzieć o tym, co czuła i przeżywała, o swoich najgłębszych pragnieniach. Po jej śmierci korespondencja ta została zebrana i wydana pod wymownym tytułem Listy o cierpieniu.

A cierpienie z biegiem czasu się nasilało. Choroba Elżbiety stopniowo wyniszczała jej organizm. Kobieta przechodziła kolejne operacje, do jej przewlekłych dolegliwości dołączył nowotwór i została niemalże przykuta do łóżka. Zmarła 3 maja 1914 roku, pozostawiając ukochanych przyjaciół, rodzinę oraz pełnego goryczy i rozpaczy męża. Po pogrzebie Amelia, siostra Elżbiety, wskazała mu skrytkę w biurku, a w niej zapiski żony. Feliks odczytywał kolejne kartki i ze zdumieniem odkrywał znane fakty z życia żony w zupełnie innym świetle. Dwa lata później pisma te ukazały się drukiem i mimo szalejącej we Francji wojny były przekazywane z rąk do rąk i czytane z wielkim zainteresowaniem.

A Feliks? Feliks w pewnym sensie również umarł, przynajmniej dla świata. Nie tylko w końcu zrozumiał swoją żonę, nie tylko uwierzył, ale w wieku pięćdziesięciu sześciu lat wstąpił do nowicjatu dominikanów. Przeżył dwadzieścia siedem lat jako kapłan, do końca życia opowiadając o historii Elżbiety i dając świadectwo swojego nawrócenia
.
„Każda dusza, która wznosi się ku Bogu, wznosi również ku Niemu cały świat” – napisał Jan Paweł II. Elżbieta uniosła ku niebu swojego męża. Trudno o piękniejsze wypełnienie słów małżeńskiej przysięgi.

(fragment mojej książki "O matko święta!", Wydawnictwo WAM 2019; pełna bibliografia - w książce :) tu podam tylko, że tekst powstał po lekturze książki: Suchodolska Felicja, Niewiasta mężna: Elżbieta Leseur, Katowice 1935)