piątek, 23 sierpnia 2019

Dzielne kobiety - dziękuję!

Minął prawie miesiąc, a ja nadal nie wiem, czy i w jaki sposób o tym pisać. Nie umiem ubrać tego w słowa - uczuć, jakie wybuchają, gdy słyszy się wiadomość o śmierci dziecka, które nosiło się pod swoim sercem i bólu, który tylko chwilami staje się lżejszy, a tak naprawdę wciąż trwa... Nie umiem. Więc nie o tym będę pisać.

Napiszę inaczej. O okruchach dobra. O spojrzeniach pełnych miłości. O słowach, które podnoszą i obecności, która wystarcza. O Kościele, który żyje...

Chciałabym móc ubrać maskę dzielnej dziewczyny i napisać, że wszystko było dobrze i że wszystko będzie dobrze. Nie umiem jednak tego zrobić. Nie umiem też przechodzić przez to, co trudne, bez niewygodnych pytań, łez i buntu. Dostałam jednak od Pana Boga cenny prezent - widzę dobro. Dostrzegam i doceniam nieprzypadki. I w moim trudnym doświadczeniu (którego ból zna na pewno część z Was...) czułam, że On działa. Działał przez miłość mojej Rodziny, która otaczała mnie troską. Otaczał mnie ramionami mojego Męża, który był i jest dla mnie ogromnym wsparciem. Pozwolił doświadczyć wsparcia przyjaciół, którzy zapewniali o modlitwie i byli ze mną w trudnym czasie, w szpitalu i podczas pogrzebu. Postawił też na mojej drodze ludzi, którzy nieśli mnie przez to doświadczenie tak samo, jak kiedyś czterech upartych facetów jednego, pewnie bardzo cennego dla nich, sparaliżowanego mężczyznę... prosto do Jezusa.

Doświadczyłam mocy Kościoła. I wiem, wiem, wielu z nas z Kościołem ostatnio nie po drodze. Rozumiem to. Sama mam różne przejścia i wspomnienia, zarówno dobre, jak i złe. A jednak zaskoczyło mnie bardzo to, czego doświadczyłam w kancelarii parafialnej, gdy załamał mi się głos - bo trudno, żeby się nie załamał, gdy mówi się o pogrzebie własnego dziecka. Ksiądz proboszcz położył rękę na mojej głowie, nakreślił mi na czole znak krzyża i pobłogosławił - mimo że nie znamy się dobrze, a ja byłam tego dnia kolejną parafianką w kolejce, kolejną osobą, która chciała załatwić formalności... Odeszłam nie tylko "załatwiona". Odeszłam z poczuciem wsparcia, takiego ojcowskiego, ludzkiego... Drobny gest o wielkiej sile. Umocnienie.

Doświadczyłam też mocy Kościoła, który do kobiety posyła... kobiety. I to chyba zadziwia mnie najmocniej - siła, jaka z tego płynie. Moc modlitwy, wymiany doświadczeń, prostego bycia. Moc troski o drugiego człowieka, słów wsparcia i wskazywania cicho, dyskretnie, ale niezmiennie - na Boga, który jest, kocha, czuwa. Nawet gdy nie rozumiemy wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu.

Kobiety, które się jednoczą, które tworzą wspólnotę - to ogromna moc. Ogromna pomoc. Dokładnie dzisiaj dotarła do mnie moja nowa książka - o kobietach właśnie. W czasie jej pisania wiele się działo... A ostatnie doświadczenia sprawiają, że jeszcze bardziej chcę szukać inspiracji w życiu osób, które zmierzyły się z podobnymi wyzwaniami i potrafiły wytrwać, zaufać, kochać jeszcze mocniej.

Pamiętam, jak którejś zimowej nocy spisywałam refleksje dotyczące życia Marii Zelii Martin:


Nie sądziłam, że gdy wrócę do tych słów, będę już inną mamą - mamą, która też poznała gorzki smak tego rodzaju macierzyństwa... macierzyństwa po stracie. Mamą, która zamiast wózka i kocyka wybiera nagrobek dla swojego dziecka...

Maria Zelia Martin i Joanna Beretta Molla pomagają mi spojrzeć w przyszłość z nadzieją. Stanisława Leszczyńska, dzielna położna z Auschwizt, zadziwia odwagą. Równie dzielne kobiety otaczają mnie na co dzień, tylko że (jeszcze) nikt nie napisał o nich książki. Pisze się za to coś innego - historia moich zmagań i wyborów oraz historia świata, w której moje zmagania i wybory mają jakiś swój udział. Dzielne kobiety, niewiasty, dziewczyny - dziękuję. Rodzino moja kocha i przyjaciele - dziękuję. Kościele tu na ziemi i tam w Niebie - dziękuję. Dziękuję za dobro, które rodzi nadzieję. Za dobro, którego mogę się chwycić i trzymać uparcie, nawet gdy wokół burza...

niedziela, 7 lipca 2019

Boża matematyka, czyli równanie z wieloma niewiadomymi

Równanie z jedną niewiadomą to niewielkie wyzwanie, możliwe do ogarnięcia nawet przez jednostki mało wybitne matematycznie (takie jak ja :) ). Z równaniem z dwiema niewiadomymi musiałabym się pewnie bardziej pomęczyć, ale w końcu dałabym radę. Gdy jednak niewiadomych robi się więcej - zarówno w obliczeniach, jak i w życiu - zaczynam się gubić. Czy tak naprawdę musi być?... Życie nie jest przecież ani tak proste, ani logiczne jak matematyka. W cyfrach usiłujemy zamknąć wiele, ale nie zawsze się to udaje. Nie wszystko możemy wyliczyć, nie wszystko potrafimy przewidzieć. Czasem to przytłacza, pozostawia nas z rękami rozłozonymi w geście bezradności, nawet gdy próbujemy złożyć je do modlitwy...

Ostatnie dni spędziłam w ciszy, pozwalając Słowu, by pokazywało mi świat, Boga i siebie z nieco innej perspektywy. Czas rekolekcji ignacjańskich jest niezwykły i po raz kolejny jestem za niego ogromnie wdzięczna. Jak zwykle, był to czas wielu niespodzianek. Jedną z nich było odkrycie Maryi - po raz pierwszy w ten sposób, bardzo życiowo i praktycznie, bardzo naturalnie.

(obraz: The Solemnity of Mary)


Pomyślałam, że Ona najlepiej radziła sobie z  niewiadomymi. Wiele razy stawała przed wyzwaniami, które mogły ją przerastać i mierzyła się z trudnymi pytaniami. "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" było tylko jednym z nich. Wydarzenia związane z narodzinami Jezusa czy też słowa Symeona i Anny w świątyni jerozolimskiej były kolejnymi sprawami, które Maryja, jak pisze święty Łukasz, zachowywała i rozważała w swoim sercu. Poruszyło mnie bardzo, że Ona właśnie tam szukała odpowiedzi. Nie biegła do innych ludzi, pytając ich o możliwe rozwiązania. Nie otwierała Biblii na chybł-trafił ani nie szukała najbardziej "skutecznych" modlitw, które pozwoliłyby jej w ekspresowym tempie zgłębić to, co niezgłębione. Szukała odpowiedzi w swoim sercu. Szukała jej w sobie.

Dlaczego? Bo Maryja nie musiała mierzyć się z równaniami z wieloma niewiadomymi. Dla Niej jasne było to, co dla mnie wciąż często stanowi zagadkę. Po pierwsze: wiedziała, kim jest Bóg. Oczywiście, dla Niej pewnie też był tajemnicą, ale Ona wiedziała to, co najważniejsze - że On jest dobry, że może Mu wierzyć, że jest Miłością. Nie traciła czasu i energii na roztrząsanie, czy na pewno warto być Mu zaufać. Nie dokładała sobie tego ciężaru, który wraz z burzą wątpliwości, przygniata mnie czasem do ziemi...

Po drugie, Maryja wiedzała kim jest ona sama. Wiedziała, że jest cenna w oczach Boga. Znała swoje piękno i umiała się nim cieszyć. To kolejna niewiadoma, która czasem komplikuje moje życiowe wybory - bo ja wciąż szukam i wciąż nie jestem pewna. Czy na pewno jestem dobra? Czy jestem wystarczająca? Czy mogę zaufać pragnieniom, które pojawiają się w moim sercu i próbują prowadzić w nieznane?...

No właśnie - nieznane jest częścią codzienności. Gdy do niewiadomych dotyczących naszych planów, przyszłości, marzeń i relacji dodajemy kolejne, życiowe równania mogą się komplikować, frustrować i przytłaczać. Ostatnie dni pokazały mi bardzo mocno, że gdy próbuję dźwigać na swoich barkach ciężar rozwiązywania tego, co wciąż niewiadome, biorę na siebie zadanie niemożliwe do wykonania. Dużo lepiej jest szukać odpowiedzi na pytania, które są zarówno dużo trudniejsze, jak i o Niebo prostsze: kim jest Bóg w moim życiu i kim jestem ja sama.

Maryja stała się dla mnie ostatnio nie tylko matką, ale również przyjaciółką i siostrą - kimś, kto pokazuje mi, jaką kobietą mogę się stawać i jaką kobietą już jestem. Każda z nas jest stworzona przez Boga, który naprawdę wiedział, co robi. Każda ma swoją misję i niewiarygodne wręcz zasoby dobra, które dobry Bóg w nas złożył - ciepło spojrzenia, serce które może uczyć się wrażliwości i miłości, matczyną troskę, pomysłowość w okazywaniu innym serdeczności i milion innych. Milion, naprawdę. Warto dać sobie czas, by to odkryć. Warto zaufać, że w swoim sercu każda z nas, razem z Bogiem, może znaleć odpowiedzi na pytania, które są najważniejsze w danej chwili. Nie na wszystkie, na pewno. Ale na wystarczająco dużo, by nie szarpać się ze zbyt wieloma niewiadomymi.

piątek, 28 czerwca 2019

Nadzieja

Trzy wydarzenia ostatniego czasu.

Wiadomość numer jeden - wypadek samochodowy pod Toruniem. Młody kierowca BMW wyprzedza w miejscu niedozwolonym. W czołowym zderzeniu ginie mężczyzna. Jego żona trafia do szpitala, dwójka dzieci wychodzi z tego bez szwanku - choć czy można użyć takiego wyrażenia, gdy traci się ojca?... Mężczyzna ma tyle lat, co mój mąż, a ja jestem dokładnie w tym samym wieku, co biorąca udział w wypadku kobieta. Mamy dwoje dzieci. Te podobieństwa mnie przytłaczają...

Wiadomość numer dwa - zbiórka na leczenie nowotworu, jedna z wielu w internecie. Ta historia bardzo mnie porusza: matka dwójki dzieci  walczy z rakiem piersi. Wcześniej z nowotworem zmagał się jej mąż, a jedno z ich dzieci jest poważnie chore. To rodzina, która zdecydowane zbyt wiele czasu spędziła w szpitalu, a teraz walczą o życie, o wspólną przyszłość, o normalność...

Wiadomość numer trzy - jedna z moich dawnych znajomych odebrała sobie życie. Jestem w szoku, bo zawsze widziałam, że była wrażliwa i poszukująca, nie przypuszczałam jednak, że miała takie problemy. Jak bardzo musiała cierpieć? Dlaczego nie udało się jej skutecznie pomóc? I dlaczego w ogóle takie rzeczy się zdarzają?...

Trzy wydarzenia ostatniego czasu. Trzy wiadomości z miliona takich, które sprawiają że drżę ze strachu i niepewności. Rozważam w głowie czarne scenariusze i w pewnym momencie zaczynam budować swój świat na słowach: "a co jeśli", "a gdyby", "tylko nie...". Tak jak budowla wznoszona na piasku, mój świat szybko zaczyna się chwiać, a ja wpadam w panikę. Wtedy potrzebuję przypomnienia, że budować można nie tylko na swoich słowach, ale też na Słowie Życia. Dzisiaj takim przypomnieniem była dla mnie uroczystość, jaką obchodzimy w kościele - uroczystość Najświętszego Serca Jezusa.



Mimo ciężkiej i w połowe nie przespanej nocy, udalo mi się wstać na poranną mszę. Słowa, które usłyszałam, były jak balsam dla mojej pełnej lęku duszy:

Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisko, mówi Pan Bóg. 
Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, 
skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał.
(Ez 34,16)

Pomogły mi też słowa Barbary Dawson RSCJ, której listem, skierowanym do Sióstr Sacre Coeur ale również do osób świeckich, które są z nimi związane, chciałam się dziś z Wami podzielić:

"Chaos i niepewność naszego świata jest wielkim wyzwaniem - globalnie, w skali kraju i nawet w naszym sąsiedztwie. Kondycja naszego świata może być paraliżująca (...) Nauczyłam się, że w takich chwilach pomocne jest zatrzymanie się, zamyślenie i modlitwa, po to by przeanalizować, co jest prawdziwe, a co nie, a potem podjąć małe, czasem radyklane kroki które prowadzą naprzód."

Co jest prawdziwe, a co nie - te słowa były dla mnie jak pobudka. Bo przecież nie wszystko, czego się lękam, jest realne. Wiele spraw, które mnie niepokoją, pozostaje na etapie: "a co jeśli...". Są chwile, w których tworzę w mojej głowie przeróżne, ale nieprawdziwe scenariusze, albo prowadzę hipotetyczne dialogi i kłótnie, roztrząsając zranienia z przeszłości. I to nie pomaga. To mnie pogrąża, wciąga w pełną ciemności przestrzeń, gdzie nie umiem znaleźć nadziei...

"Jestem bardzo świadoma tego, że to co dzieje się w świecie zewnętrznym, dzieje się również wewnątrz nas, we wspólnotach i w nas samych. Chaos i niepewność świata oraz zmany w kościele mogą wtargnąć w nasze życie, w pewnym sensie jak "duchowy wirus", pochłaniający naszą zdolność do nadziei, przynoszący zmęczenie, frustrację czy gniew.  (...) Musimy zapytać siebie o to, co staje na drodze naszej nadziei, co powstrzymuje nas przed wiarą w to, że rzeczywistość może się zmieniać - lęk przed nieznanym, nieuzdrowione zranienia, brak umiejętności by zatrzymać się i oddać rozmyślaniom, brak zaufania."
(Całość listu TUTAJ - klik!)

Co zabija w Tobie nadzieję? Co nie pozwala Ci zaufać? Jakie wydarzenia ostatniego czasu sprawiły, że więcej w Tobie pytań niż odpowiedzi?

Dzisiaj jest dobry dzień, by sę temu przyjrzeć. Dzień, w którym możemy wpatrywac się w Serce Boga - zranione, ale otwarte (co mnie porusza, bo ja na zranienia reaguję inaczej: zamykam się i izoluję...). Dzień, w którym możemy przypomnieć sobie, że w tym Sercu mamy schronienie. A być w Sercu Boga - czy to nie jest niesamowite?...

sobota, 22 czerwca 2019

złość nie jest zła

Kiedy ostatnio opowiadałam o zdarzeniu, które mnie rozzłościło, zaskoczyło mnie pytanie, które usłyszałam: gdzie jest teraz Twoja złość? Musiałam chwilę się nad tym zastanowić. Wcześniej czułam przecież frustrację i gniew. Potem jednak przemyślałam wszystko, co się stało, zastanowiłam się nad tym, co mogę zmienić i... posmutniałam. Moja złość zmieniła się w smutek. Nie wybuchłam gniewem - jestem przecież opanowaną, dorosłą kobietą. W pewnym momencie zorientowała się jednak, że ta kobieta  z rezygnacją patrzy przez okno, ciężko wzdycha i nie potafi się uśmiechnąć...

Moje dzieci mają problem ze złością. U każdego z nich ten problem wygląda jednak inaczej. Moja córka, podobnie jak ja, nie zawsze potrafi postawić granice i tłumi swoje emocje. Mój syn z kolei nie do końca nad nimi panuje i kiedy się złości, w domu przechodzi małe tornado. Dlatego postanowiłam szukać podpowiedzi, jak możemy wspólnie sobie z tym poradzić. Dobry trop odnalazłam w bibliotece. I przy okazji - chociaż od zawsze byłam molem książkowym, miałam sporą przerwę w korzystaniu z bibliotek. Może to efekt tego, że na studiach spędzałam bardzo dużo czasu na wkuwaniu w czytelni ;) W zeszłym roku, kiedy zapisałam się do Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, zachwyciłam się tym, co zobaczylam. To nie była biblioteka, jaką znałam z czasów liceum - cicha i pełna starych, zakurzonych książek. Okazało się, że to miejsce, w którym tętni życie. Dzięki temu łatwo było mi zarazić moje dzieciaki pasją czytania (i wybierania książek, to przecież największa atrakcja!). Jeśli więc dawno nie odwiedzałaś biblioteki, zachęcam żeby spróbować :)

W bibliotece znalazłam książkę, którą chcę się z Wami podzielić - to "Złość i smok Lubomił" Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Zawiera krótkie opowiastki i zadania, które mogą pomóc dziecku (a czasem też i dorosłemu) w zrozumieniu tego, co się w nim dzieje.

źródło: https://www.gwp.pl/zlosc-i-smok-lubomil.html


Rozmowa na temat treści, o których czytaliśmy, to chyba najważniejsza dla moich dzieci część wspólnej lektury. Jakiś czas temu wzięliśmy na warsztat kilka książek zawierających bajki terapeutyczne. Najbardziej spodobała nam się ta:

źródło: https://sylwiakrajewska.pl/produkt/opowiedz-mi-co-u-ciebie-bajki-terapeutyczne-dla-rodzicow-i-dzieci/


"Opowiedz mi, co u ciebie" to nie tylko mądre historie na ważne tematy, ale również propozycje rozmów z dziećmi. I to jest to, co moje pociechy lubią najbardziej! Przekrzykiwały się wręcz, odpowiadając na zadane ptania, a to pokazuje mi, jak ważna jest moja umiejętność słuchania. Dzieci bardzo chcą być słyszane. A rozmowy na głębokie tematy pokazują, że one widzą, słyszą i czują więcej, niż nam to się na co dzień wydaje...

Mój syn włożył dziś naprawdę całe serce w zadanie, zaproponowane w książce o złości i smoku Lubomile. Narysował złość, ale nie byle jaką. Narysował swoją złość - swoją własną, osobistą, ważną dla niego.


Już wie, że złość nie jest zła. Małymi kroczkami będziemy zmierzać do tego, żeby nauczył się również żyć z nią w zgodzie. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze. Wyzwań podobnych do oswajania swoich emocji jest w domowej codzienności więcej. Myślę, że mądra książka, czas spędzony z dzieckiem i rozmowa, w czasie której ono czuje się wysłuchane, mogą być naprawdę dużą pomocą. Jeśli znacie inne książki, które mogą przydać się czytelnikom tego bloga, zapraszam do dzielenia się w komentarzach tytułami i Waszymi doświadczeniami.

środa, 29 maja 2019

W koronie.

Przyznałam się kiedyś tutaj, na blogu, że z sentymentem wspominam pochód pierwszomajowy. Nie musiałam długo czekać na komentarz - przeczytałam sporo o precz-z-komuną i lewactwie... Odwiedzającemu tę stronę patriocie umknął fakt, że miałam wtedy jakieś sześć lat i - przepraszam za wyrażenie - naprawdę jarałam się tym, że będę mogła machać moim pięknym gołąbkiem pokoju w czasie pochodu. Dodajcie do tego piękną pogodę i dzień wolny od pracy, więc spędzony z rodzicami, a otrzymacie odpowiedź - w siermiężnym świecie sprzed 1989 roku, w świecie, w którym bajki Disneya puszczano w telewizji dwa razy do roku (i mniej więcej tak samo często na stole pojawiał się rarytas w formie wyrobu czekoladopodobnego) taki dzień dla kilkulatka to była pewnego rodzaju atrakcja.

W ten sposób mogła zacząć się moja kariera pochodowicza, aktywisty i wymachującego transparentem bojownika o wartości przeróżne. Tak się jednak nie stało. Przyznam, że od tamtego czasu trudno jest mi znaleźć w pamięci jakąkolwiek manifestację czy pochód, w którym brałam udział. Jakoś tak się nie złożyło. Jakoś mnie nie ciągnęło - ani na czarne, ani na białe marsze, na maniferstacje, kontrmanifestacje i tym podobne. Może to dlatego, że bardzo lubię ludzi, ale unikam tłumu. A może dlatego, że naiwnie i wciąż na nowo staram się szukać tego, co łączy.

Dlatego mimo, że często aż się we mnie gotowało od emocji, ostatnio wybierałam milczenie. Nie pisałam tu po wstrząsającym dla mnie filmie Sekielskiego. Nie wypowiadałam się, gdy temat tęczy wokół Matki Bożej rozpalał do czerwoności fora internetowe, choć przyznam - budziło to mój niesmak. Tym razem jednak nie wytrzymałam...

W Gdańsku, w moim Gdańsku, mieście Heweliusza, Solidarności i wielkich ideałów, zdarzyło się coś, w co trudno mi było uwierzyć. Tak zresztą na początku pomyślałam - że to chyba niemożliwe. Albo że nie może być tak źle. Po tym jednak, jak zobaczyłam zdjęcia z Marszu Równości, stwierdziłam że owszem - jest tak źle. Albo i gorzej...

Niedowierzanie ustąpiło miejsca oburzeniu i złości, zataczając koło - wracając znów do niedowierzania. Potem jednak zrobiło mi się żal manifestujących. Stwierdziłam, że im współczuję. I  to nie jest ten typ współczucia, w którym patrzę na drugiego człowieka z góry, pokazując jednocześnie, że uważam się za kogoś lepszego. Nie - naprawdę, szczerze i autentycznie współczuję, że są ludzie, którzy nie znajdują innych form wyrażenia tego kim są. Że swoją tożsamość, czyli to KIM JESTEM muszą budować, przekreślając innych - wyśmiewając, raniąc, negując. Ukoronowana wagina z Marszu Równości budzi moje oburzenie, owszem, ale na dziesięć minut. Potem jednak zostaje we mnie tylko współczucie dla osób, które czują się zmuszone wyrażać swoją kobiecość w ten sposób. Co kryje się za taką desperacją? Jaki brak miłości, szczęścia i treści w życiu?...

Po raz kolejny dochodzę do podobnej refleksji - oburzenie i kontratak to nie sposób na naprawę świata. Zamiast walczyć z tymi, którzy protestują  manifestują, proponuję coś innego - dumę z tego, kim jestem. Świadomość tego, jaką jestem kobietą - co mam w sercu, jakie doświadczenia składają się na to, kim dzisiaj jestem, jaka jest moja mądrość. I ciche świadectwo - zwyczajne, ale karmiące ludzi bardziej niż protesty i puste słowa...



Zamiast walczyć z walczącymi, wolę dziś dumnie unieść głowę i bez manifestowania czegokolwiek, ale w pełni świadomie żyć w taki sposób, jaki wybrałam. Nie wyjdę na ulicę z transparentem, ale gdybym miała przedstawić to, co wyraża mnie w pełni, mogłabym z dumą zaprezentować obraz kobiety w ciąży, z czułością obejmującej rosnący brzuch i kochającej swoje zmieniające się ciało. Mogłabym pokazać matkę z dzieckiem na ręku, a nawet - pal licho - tę samą matką smażącą naleśniki w kuchni. Bo matce wtedy korona z głowy nie spada, wręcz przeciwnie. I matka sama siebie koronować nie musi. Ona ma tę godność. Ona to czuje, a przynajmniej może to poczuć. (I piszę to oczywiście z własnej perspektywy, więc jeśli czytasz mnie: żono, singielko, kobieto poszukująca, to chciałabym wyrazić to jasno - tę godność ma każda z nas i każda z nas, niezależnie od swojej drogi życiowej, może ją odkrywać).

Najlepszym sposobem na zmienianie świata nie jest zmienianie świata (czyli innych), ale bycie coraz bardziej sobą. Z dumą, ze zgodą na to, co niedoskonałe, z wewnętrznym spokojem. To nasze kobiece zadanie. Do tego możemy dorastać, ucząc się na błędach. Ucząc się siebie. I ciesząc się sobą. Żaden, nawet najbardziej obrazoburczy transparent nie jest w stanie tego zmienić. Przynajmniej taką mam dzisiaj nadzieję i tej nadziei chciałabym się trzymać...


sobota, 25 maja 2019

W głab i z powrotem

Co robicie, gdy lęk i niepokój opanowują wyobraźnię i podsuwają najgorsze możliwe scenariusze? Albo gdy musicie czekać na wiadomość, od której zależy kształt Waszej przyszłości i nie udaje się w żaden sposób przyspieszyć czasu, który jak na złość przestaje płynąć, a zaczyna się wlec?... Ja miałam i nadal mam różne sposoby. Często próbuję wygadać z siebie niepokój - i to niekiedy pomaga, zwłaszcza gdy trafię na cierpliwego rozmówcę (albo raczej słuchacza). Czasem próbuję ten niepokój zagłuszyć na różne sposoby. Niekiedy też szukam pomocy w Słowie Bożym. I to rozwiązanie zazwyczaj jest najlepsze, bo przynosi konkretne owoce.

Ostatnio byłam w sytuacji, którą opisałam powyżej - musiałam czekać. Czekałam w napięciu, stresie i lęku, który wzrastał z każdą godziną i z każdym dniem. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Pomyślałam wtedy, że czuję się trochę jak aposołowie w czasie burzy na jeziorze - widzę doskonale wszystkie zagrożenia, za to nie jestem w stanie dostrzec Jezusa (który jak wiemy z biblijnego opisu, spał w czasie nawałnicy). Postanowiłam wtedy sięgnąć do książki, którą dostałam od Wydawnictwa WAM - "W głąb i z powrotem", autorstwa Wojciecha Werhuna SJ.

Książka podzielona jest na rozdziały, które zgłębiają konkretny temat:


Zgodnie ze wskazówkami zawartymi w książce, najlepiej jest po kolei brac na modlitwę teksty, zaproponowane w każdym z etapów i potem przechodzić dalej (albo pogłębiać to doświadczenie, przygotowując modlitwy samodzielnie). Ja jednak byłam zdesperowana :) i szukałam tego konkretnego fragmentu z nadzieją, że mi pomoże. Szukałam w rozdziale "Obecność", ale nie znalazłam. Próbowałam w "Poznać Jezusa" i "Pokochać Jezusa", ale tam też znajdowałam inne treści. W końcu więc zostawiłam mój pomysł i zrobiłam to, co robi zazwyczaj czytelnik książki - zamiast szukać gdzieś w środku, postanowiłam zacząć od początku. Od MIŁOŚCI.

A tam czekała na mnie niespodzianka:




Okazało się, że pierwszą medytacją w pierwszym rozdziale książki jest właśnie ten tekst, którego szukałam. I już samo to odkrycie było dla mnie bardzo poruszające! Bo przecież miłość usuwa lęk, a skoro Jezus zaprasza do podróży (w głąb i z powrotem, w codzienność), to pewnie na początku warto Go zaprosić do każdej z burz, które szaleją lub szalały w moim sercu...

Ta modlitwa przypomniała mi o tym, co najważniejsze. Zobaczyłam jeszcze wyraźniej, że temat Bożej miłości można zgłębiać zawsze, niezależnie od tego, ile za nami rekolekcji, mądrych książek czy długich rozmów o Panu Bogu. Tęsknota za Jego obecnością, za bezwarunkowym przyjęciem i doświadczeniem tego, że On ogarnia również to, czego sama nie pojmuję, zawsze będzie w moim sercu. Dlatego w kolejnych dniach pozwoliłam poprowadzić się dalej, zatrzymując się w czasie modlitwy na kolejnych tekstach proponowanych przez Autora i pozwalając, by Bóg przypominał mi o tym, że JEST i że patrzy na mnie z miłością.

Książka jest dobrą propozycją dla wszystkich, którzy szukają czegoś WIĘCEJ :) Pomaga odkrywać głębię nawet w tekstach, które dobrze znamy. Pomaga odnosić je do swojego życia, do doświadczeń z przeszłości (które przecież nosimy w sobie) i do tego, co dzieje się w naszej codzienności. Medytacje ułożone są w taki sposób, że można na ich podstawie odprawić rekolekcje, a Autor podpowiada również, jak samodzielnie przygotować modlitwę i jak "wycisnąć" z niej ;) jak najwięcej:



Ogromnie podoba mi się też sposób, w jaki książka została wydana. Tytuł i detale budzą od razu skojarzenia z Tolkienem (uwielbiam!). Wyprawa "w głąb i z powrotem" jawi się jako niesamowita przygoda - i w sumie tym właśnie jest! Bo modlitwa to nie obowiązek, pańszczyzna do odrobienia i zdrowaśki do odklepania - to spotkanie z Kimś, kto kocha najbardziej na świecie i jednocześnie spotkanie ze sobą. Książka "W głąb i z powrotem" może być w tej podróży przydatnym przewodnikiem.






piątek, 12 kwietnia 2019

Co wybuchnie, jeśli zwolnisz?

Pamiętacie kultowy już chyba film "Speed. Niebezpieczna prędkość"? Zwyczajny dzień, zwyczajny autobus i nadzwyczajne niebezpieczeństwo - okazuje się, że jeśli autobus zwolni do prędkości mniejszej niż 50 mil na godzinę, eksploduje ukryta w nim bomba. Obecni na pokładzie Sandra Bullock i Keanu Reeves (eeeeech! :) ) robią wszystko, by temu zapobiec. I rzeczywiście historia kończy się dobrze.

"Niebezpieczna prędkość" to również tytuł, jaki mogłabym czasem nadać swojej codzienności. Czy Wam też Wielki Post śmignął przed nosem ot tak?


Czasem pędzę przez codzienność z taką determinacją, jakby zależały od tego losy świata, albo przynajmniej autobusu - jeśli by wrócić do obrazu Sandy Bullock za kierownicą. Czujesz się czasem podobnie? Jak sądzisz - co stanie się, jesli jednak... zwolnisz?

Może się tego boisz? Może jest tak, że faktycznie coś wybuchnie albo coś się rozsypie, kiedy wciśniesz hamulec? A może trzeba się będzie z czymś skonfrontować? Poświęcić uwagę temu, co na co dzień uciszasz wygodnym: "Później się tym zajmę"?...

Mam takie pokusy, żeby te ostatnie dni Wielkiego Postu wypełnić działaniem: więcej się modlić, pójść na drogę krzyżową, przygotować upominki dla dzieci, doprowadzić dom do porządku. I to wszystko jest dobre, oczywiście. Zastanawiam się jednak, czy na pewno tego chcę. I czy On tego chce ode mnie...

Próbuję zamknąć oczy i wyobrazić sobie taką Wielkanoc, jakiej pragnę. Żeby to zrobić, muszę pozbyć się tego, co napływa do mnie ze wszystkich stron: zajączków i jajeczek. Plakatów z kiełbachą i żurkiem, krzyczących o promocji, a milczących na temat kolejek w sklepach. Obrazków z sympatyczną kurką i jej pisklakami oraz reklam środków czyszczących, które pokazują efekt ich działania, ale ani słowem nie wspominają o tym, jak łatwo zrobić z domu muzeum, w którym nie można dotykać eksponatów.

Zostawiam też wszystkie moje wewnętrzne "muszę", "powinnam", "nie zdążyłam". Wielki Czwartek to nie deadline, a Kościół (wbrew temu, co sugerują niektórzy) to nie korpo. Nie udało mi się, nie zdążyłam, daleko mi do ideału - przyznaję, mea culpa.  Ale wiem, że i tak mogę być blisko Jezusa. Blisko jak jawnogrzesznica, obmywająca Mu stopy. Blisko jak grzesznicy i celnicy, z którymi jadł i pił - jak oburzali się faryzeusze. Do których się uśmiechał, jak nieśmiało wierzę. Za których umarł.

Zostało dziewięć dni do świętowania. To ciekawa liczba - kojarzy się z nowenną, z przygotowaniem. Już samo słowo "przygotowania" jest dla mnie najczęściej impulsem do działania. Dużo trudniej jest zwolnić. Dużo trudniej! Bo może czegoś nie dopilnuję, albo może odkryję w sobie coś, co w ogóle mi się nie podoba. A jednak do tego właśnie czuję się zaproszona: do ciszy, skupienia, zostawienia na boku tego wszystkiego, co mnie nakręca, napędza i sprawia, że nie zauważam w sobie i wokół siebie tego, co ważne.

Będę jednak chciała później - pobiec. Nie iść, nie dreptać, ale rzucić się w biegu razem z Marią Magdaleną, Janem i Piotrem. Do grobu - po Dobrą Nowinę o ŻYCIU. Żebym jednak mogła to zrobić, muszę mieć siły. Muszę spotkać się z Nim i z sobą. Muszę zwolnić, choć to niełatwe, bo trochę strach, prawda?...

A Ty? Zaryzykujesz?


czwartek, 7 marca 2019

Dzień Kobiet

Z okazji Dnia Kobiet...

Każdego dnia mierzymy się z mniejszymi i większymi wyzwaniami. Czasem potrzebujemy w tych zmaganiach dobrej rady, czasem wzoru do naśladowania, a czasem - po prostu obecności. Może w tym, co przeżywasz, pomogą Ci doświadczenia innej kobiety? Takiej, która żyła pełnią życia :) i swoją codziennością opowiadała o Bożej Miłości? Zapraszam! 

Przygotowałam dla Was mały quiz:


możecie rozwiązać go tu: Zaprzyjaźnij się ze świętą

Podzielicie się odpowiedziami? :)

środa, 6 marca 2019

Sercem wybrać życie.

Czułam się niepewnie.

Wokół mnie było pełno ludzi, a ja zastanawiałam się, co widać na mojej twarzy i w postawie ciała - bo przysiąc bym mogła, że naprawdę dźwigam na swoich barkach spory ciężar. Zastanawiałam się czy widać, z czym tam przyszłam. Ile waży moja przeszłość.  jak bardzo boli.

Trwała modlitwa o uzdrowienie w czasie seminarium Odnowy w Duchu Świętym, a ja byłam w pewnym sensie w przełomowym momencie życia. Jedną nogą jeszcze w przeszłości, z sercem pełnym nadziei na przyszłość i z bagażem lęku, poczucia winy i niedowierzania. Z niepewnością, której nie rozwiała nawet pełna ognia i pięknych słów modlitwa o uzdrowienie...

W pewnym momencie modlitwa jednak ustała, a ja, z mocno bijącym sercem i wciąż tą samą niepewnością, czekałam na Słowo.
I usłyszałam:
Nie lękaj się, ziemio! 
Raduj się i wesel, 
bo wielkie rzeczy uczynił Pan. 
Nie lękajcie się, polne zwierzęta, 
bo zielenią pokryło się pastwisko na stepie, 
bo drzewa [znów] rodzą owoce, 
drzewo figowe i krzew winny plon przynoszą. 
(Jl 2,21-22)

Poczułam ciepło łez, spływających mi po policzkach.

W tych słowach było coś, co totalnie mnie rozbroiło! Spodziewałam się przecież czegoś w stylu: “Idź i nie grzesz więcej. Nie grzesz, pamiętaj!”. Albo przynajmniej: “Jesteś na dobrej drodze, jak bardzo się postarasz, to może za jakiś czas coś w Twoim życiu się zmieni”.

A tu niespodzianka. Jezus, patrząc na pustynię, jaką w sobie widziałam, powiedział: “drzewo figowe i krzew winny plon przynoszą”. Dopiero co wrzucił ziarenko w ziemię, dopiero stworzył mu szansę na to, by mogło wykiełkować - a już mówi, że drzewa znów rodzą owoce. Marzyciel? Niepoprawny optymista?

A może… Bóg? :)

Te słowa z księgi Joela wróciły do mnie ostatnio, a potem przypomniałam sobie, że dzisiaj też będziemy słuchać wezwania z tej samej księgi:

Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, 
przez post i płacz, i lament». 
Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty!

To wezwanie, które również jest dla mnie dzisiaj bardzo aktualne. Dobrze jest tylko pamiętać, że "rozdzieranie serca", to nie cel i nie finał tej historii. Bo chodzi tak naprawdę o to, aby sercem wybrać to, co przynosi życie. Chodzi o to, na co może masz czasem nieśmiałą nadzieję, a co Bóg już widzi i z czego się cieszy: z drzew rodzących obfity owoc i krzewów winnych, które dają plon stokrotny.


On już widzi to dobro. On wie, że nie rzeczy niemożliwych i że nawet jeśli wydaje Ci się, że tkwisz na pustyni - rozkwitniesz. Jeśli tylko pozwolisz sercu, by wybrało życie.

On już to widzi. Już się z tego cieszy. Marzyciel? Niepoprawny optymista? A może... Bóg? :)

czwartek, 14 lutego 2019

zwyczajność

Błogosławiony bądź, Boże mojej codzienności
Boże rzeczy zwyczajnych,
Boże nie tylko Abrahama, Izraela, Jakuba
nie tylko Faustyny i Wielkiej Teresy
ale też każdej Anki, Marysi czy Kasi,
które w żaden sposób nie zapisały się w historii świata.

W żaden sposób oprócz miłości...



Lubię moją zwyczajność. Ciepły szlafrok, w którym siedzę, pisząc te słowa. Ulubiony kubek z ulubioną kawą, której zawsze mi mało. Leniwą modlitwę, która łączy te wszystkie elementy. I one nie stają się przez to mniej zwyczajne. Po prostu - więcej w nich światła. I jakiejś takiej lekkości nie do opisania.

Całkiem niedawno zaczytałam się w jednej z wielu dyskusji dotyczących zagrożeń duchowych, potencjalnych amuletów i takich tam. Nie znam się, pewnie czytam za mało pobożnych pism, a na youtubie oglądam tylko Nie Ma Go Tu, i to mój błąd. Nie jestem na czasie. Ale chyba nigdy nie byłam, bo nie umiem odnaleźć się w poszukiwaniach achów i ochów (tych pozytywnych i negatywnych). Może się mylę, ale widzę w tym pogoń za "cudownością". I chyba nawet rozumiem, że niektórzy mają taką potrzebę. Do mnie jednak Bóg mówi inaczej. Bóg mojej codzienności, Bóg rzeczy zwyczajnych, jest dyskretny jak cichy wielbiciel (nie tylko w Walentynki). Dzięki temu doświadczam cudów na co dzień - tyle że w tych cudach nie ma niczego nadzwyczajnego. "Mędrca szkiełko i oko" od razu znalazłoby na ich wytłumaczenie milion dowodów. Ale ja ich nie potrzebuję, bo zgadzam się, że to rzeczy zwyczajne. Tyle że mi ta zwyczajność wystarcza.

Zwykła łza po spowiedzi. Zwyczajny poranek pachnący herbatą i jajecznicą (no ok, dla mnie kawą). I bałagan w kuchni. Zwyczajna Biblia, ze słowami które pozornie też wydają się zwyczajne, a jednak mają moc dotykania mojego serca nie dlatego, że akurat wylosowałam takie naj naj, ale dlatego, że daję im czas. I ciszę - zwyczajną. Zwykła Eucharystia w zwykłym kościele - niesamowita nie z powodu sławnego kaznodziei, ale dlatego, że mogę w jej czasie spotkać Boga. W zwyczajnym kawałku chleba...

Mój Bóg jest potężny w mocy swej, cytując klasyka ;) Jest Stwórcą i Artystą w jednym - skoro wymyślił nie tylko budowę atomu, ale i wszystkie kolory zachodzącego słońca. Jest Miłością, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje. Jest Miłością, która po trzydziestu latach zwyczajnego życia w Nazarecie i trzech latach głoszenia Dobrej Nowiny gdzieś na totalnej prowincji, dała się ukrzyżować...

Mój Bóg jest Bogiem rzeczy zwyczajnych. Nie dlatego, że nie umie inaczej, ale dlatego, że właśnie tam możemy się spotykać najczęściej i najpełniej. Bo mój Bóg nie jest Bogiem od święta. Nie jest Bogiem jednego cudu i wielu wspomnień "ech, jak to kiedyś było cudownie". Jest tu i teraz, zawsze. Idzie krok w krok ze mną i - mam nadzieję - nie obraża się, gdy piję z Nim kawę.

Czy to nie jest cudowne? :)

poniedziałek, 11 lutego 2019

Sosna karłowata

Najwyższa Boga dobroć, niezmierzona miłość, i serce ojcowskie
chętniejsze są do udzielania nam doskonałości,
niż my do jej szukania.
św. Ignacy „Maksymy…”

Powyżej pewnej wysokości w górach można spotkać jedynie karłowate odmiany drzew iglastych, czyli powszechnie wszystkim znaną kosodrzewinę lub gatunki jej pokrewne, jak syberyjską sosnę karłowatą. Jej widok nie dziwi – jest to przecież forma dostosowania się do niekorzystnych warunków.

Pomyślałaś kiedyś, że z twoim sercem może być podobnie?

Jezus w jednej z przypowieści wspomina o tym, że drzewo poznajemy po owocach (por. Mt 7,15-20). Czasem jednak owoców nie ma, jest ich bardzo mało lub są niedobre. W takich chwilach rozliczamy same siebie skrupulatniej niż księgowa z tytułem pracownika miesiąca w firmie windykacyjnej. Dużo rzadziej pytamy siebie o przyczynę takiego stanu rzeczy.

A gdyby drzewo, o którym mówi Jezus, doświadczyło silnego mrozu? Gdyby smagały je zimne wiatry lub gdyby nikt nie zapewnił mu wystarczającej ilości wody w upalne dni? Wtedy mogłoby się z nim stać to samo co z górską kosodrzewiną. Mogłoby przestać rosnąć lub pomimo pięknych kwiatów nie miałoby możliwości zawiązania owoców.

Odkreślamy kolejne daty w kalendarzach. Zmieniamy garderobę – z młodzieżowej na kobiecą, z tej w mniejszym rozmiarze na nieco większą lub odwrotnie. Wchodzimy po kolejnych szczeblach edukacji i kariery. Lustro mówi nam to samo co dowód osobisty i kalendarz – jesteśmy starsze, dojrzewamy, rozwijamy się. Jestem jednak przekonana, że w sercu każdej z nas są takie przestrzenie, w których pozostałyśmy dziećmi. I nie chodzi mi tu wcale o pozytywne aspekty związane z postawą dziecka, takie jak ufność czy prostota.

W każdej z nas są gałązki, które nie przynoszą owocu, bo ich wzrost został zahamowany. Zraniono nas tak mocno, że w głębi serca wciąż jesteśmy małymi dziewczynkami, przerażonymi, samotnymi, bezradnymi. Na zewnątrz maskujemy to uśmiechem, bierzemy sprawy w swoje ręce i działamy. A jednak przychodzą chwile, gdy płaczemy bez powodu albo jedno niewinne słowo, wypowiedziane przez kogoś bez złych intencji, psuje nam cały dzień. Są też momenty, w których z ogromną tęsknotą wołamy do kogoś, do kogokolwiek, kto mógłby choć trochę pomóc nam oswoić samotność czy powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Czasem najważniejsze życiowe decyzje, takie jak wybór powołania czy męża, podejmujemy właśnie z takich pobudek. To nasz głód pcha nas do nieracjonalnych wyborów (i nie, żadna z nas dobrowolnie się do tego nie przyzna). Dokonuje ich nie dorosła, ukształtowana i świadoma siebie kobieta, ale dziecko, które doświadczyło dotkliwego braku.

Możesz mieć dwadzieścia, trzydzieści lub czterdzieści lat, a w jakiejś przestrzeni życiowej reagować dokładnie tak samo jak zapłakana siedmiolatka – i nie rozumieć, dlaczego tak się dzieje. Możesz też wkładać mnóstwo wysiłku w rozwój duchowy, a mieć wrażenie, że nic w twoim życiu się nie zmienia. Nie zawsze przyczyną będzie to, o czym piszę, ale pomyśl o tym teraz – które gałązki w twoim życiu uginają się nie pod ciężarem dorodnych owoców, lecz pod ciężarem łez, powracającego wciąż poczucia krzywdy i żalu? Które z twoich pragnień i marzeń zdążyły wykiełkować, bo przecież potrafiłaś się nimi cieszyć, lecz później zostały zagłuszone, stłamszone i zupełnie skarłowaciały?



Poczucie spełnienia, przekonanie, że życie ma sens, i radość z owoców własnych wysiłków (nie tylko w sferze dotyczącej ducha) to nie prosty efekt działania, w której po jednej stronie są twoje dobre chęci, a po drugiej gwarantowany sukces. Aby dobre drzewo przyniosło dobre owoce, potrzeba wielu czynników. Nikt nie wie tego lepiej niż ogrodnik. To przecież właśnie z ogrodnikiem pomyliła Jezusa Maria Magdalena. Może nieprzypadkowo Jezus chce pokazywać nam się właśnie z tej strony, zapewniając, że potrafi zadbać o nasz wzrost w sposób najlepszy z możliwych. I że naprawdę się na tym zna....

To fragment mojej książki "Pogoda ducha". Do 14.02 na moim profilu facebookowym trwa konkurs, w którym można wygrać 3 egzemplarze książki - zapraszam :)

czwartek, 31 stycznia 2019

wspomnienie szczególne

Od czasu do czasu Facebook wyświetla mi jakieś wspomnienia. Tego jednak przypomnieć nie mógł, bo nikt na świecie całym nie wie, co działo się we mnie dokładnie 7 lat temu. A ja pamiętam. Pamiętam dobrze.

Siedziałam na twardej szpitalnej ławce. Twardości nie łagodził nawet ciepły i miękki szlafrok. Może i dobrze - dzięki temu mocniej czułam otaczającą mnie rzeczywistość. Siedziałam w głębi korytarza, w takim miejscu, w którym nie byłam widoczna. Wsłuchiwałam się w kroki pielęgniarek, płacz dzieci i dochodzące z daleka rozmowy kobiet. I czekałam.

Szpitalne korytarze zbudowane są głównie z czekania. Mają niezwykłą właściwość: oswajają brak cierpliwości. Tutaj czas płynie inaczej, a rzeczywistość składa się tylko z przed i po. Ze wspomnień i z oczekiwania. I z nadziei, bo to umiera ostatnia i wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma.

Siedem lat temu wrosłam w jeden ze szpitalnych korytarzy i nie umiałam spojrzeć w przyszłość. Bałam się. Bałam się tego, że lekarze nie mówią mi wszystkiego, co powinnam usłyszeć. Obawy były uzasadnione, bo po amniopunkcji ciężko było mi z nich cokolwiek wyciągnąć, a podsłuchane rozmowy o stopniu rozwoju płuc u mojego syna sprawiły, że bardzo gorliwie poszukiwałam odpowiedzi u wujka Googla. A wiecie - to nie pomaga. Nie pomagały też inne pytania - o to, jak bardzo będzie bolało. Ile nieprzespanych nocy przede mną. Czy dam radę, skoro w domu czekała na mnie jeszcze domagająca się uwagi dwulatka. Te pytania nie przynosiły ze sobą żadnej odpowiedzi. Tylko łzy spływały mi po policzku.

Nie było też nikogo, kto mógłby powiedzieć mi te proste słowa: że będzie dobrze. Że jakkolwiek będzie, damy radę. Że nie przesadzam i mam prawo się bać. Byłam tylko ja, szpitalny korytarz, bardzo dobrze znane przed i kompletnie nieznane po.

I wtedy wśród piosenek, które słuchałam, próbując zagłuszyć mój lęk, pojawił się ten: Moje uwielbienie. I słowa, które przyniosły ukojenie:

Kryjesz w swojej dłoni świat,
Delikatnie jak puch.
Swoją ręką chronisz go.
Chociaż jest pełen kłamstw i ludzkich wad,
Jak dziecko tulisz go.
Ty usłyszysz cichy płacz, 
Kiedy inni się śmieją,
I ukoisz ból, gdy inni ranią tak.
Ty uzdrawiasz swą miłością -
Leczysz nas...

Nie pamiętam, ile czasu spędziłam, wsłuchując się w te słowa. Pamiętam jednak, że towarzyszyły mi również dzień później i w kolejnych dniach. Już nie byłam sama. Już nie jestem i nie będę - nigdy.

Siedem lat później patrzę na bałagan w kuchni. Właśnie skończyłam robić biszkopt, niedługo zabiorę się za krem, a jutro rano na śniadanie zjemy tort. I nie będziemy mieli żadnych wyrzutów sumienia, a co! Siódme urodziny obchodzi się przecież raz w życiu.

Z pokoju docierają do mnie na przemian odgłosy dobrej zabawy, śmiechu, ale też kłótni i buntu. Tak już jest - to nasza codzienność, nieidealna, ale taka, która sprawia, że w coraz mniejszym stopniu słucham swoich lęków. Nadzieja jest lepszym doradcą.

Za chwilę ruszę się w końcu by posprzątać. Po domu rozchodzi się słodki zapach ciasta. A ja jestem wdzięczna. I śpiewam cicho, tak że pewnie tylko On to słyszy:

Moje uwielbienie ofiaruję Ci,
Tyle mogę Tobie dać.

Mam za co dziękować <3



sobota, 12 stycznia 2019

Chciałam napisać o WOŚP...

Chciałam napisać o WOŚP. O pompie insulinowej, którą od nich dostałam. O moich dzieciach w inkubatorze i o finansowanych przez Orkiestrę przesiewowych badaniach słuchu. Chciałam napisać o moich wspomnieniach sprzed lat ponad dwudziestu, kiedy było mi tak strasznie, strasznie zimno, ale dzielnie trwałam na posterunku i zbierałam datki do puszki. Zamiast naklejek mieliśmy wycięte z kolorowego papieru serduszka, które przyczepialiśmy szpilkami - to były trochę inne czasy. A miejscem, w którym mogliśmy się ogrzać, była salka parafialna.

Chciałam o tym wszystkim napisać, ale jestem zmęczona przepychankami. Wszystkimi przepychankami. Jestem zmęczona czytaniem o tym, że pan X powiedział to, a pan Y tamto. Jestem zniesmaczona wszystkimi manipulacjami, które się nam serwuje, przemycając je w atrakcyjnie wyglądającej informacyjnej papce. Wkurza mnie to, że z aferami kojarzy mi się nawet Brzechwa! Bo "dzik jest dziki, dzik jest zły...".

Dlatego nie będę pisać o WOŚP, choć nie ukrywam, że jutro na pewno włączę się w tę akcję, dorzucając od siebie kilka groszy i kilka ciepłych słów dla (zapewne zmarzniętych) wolontariuszy. Napiszę o czymś innym. Bez zbędnych komentarzy. Do przemyślenia.

Łatwo jest oceniać ludzi. Łatwo jest wywlekać takie fakty z ich przeszłości, które świadczą o tym, że są złymi ludźmi, a więc ich słowa, pomysły, działania automatycznie powinny zostać potępione. Tak stało się kilka dni temu, gdy na facebookowym profilu Chrześcijańskiej Mamy grafikę ze słowami Meryl Streep: "Minuta, w której zaczynasz myśleć, jak odbierają cię inni, jest minutą, w której przestajesz być sobą". Dowiedziałam się wtedy, że aktorka była obecna na imprezie organizowanej przez Planned Parenthood. No i oczywiście - jestem przeciwniczką aborcji! Nie popieram działalności ani Planned Parenthood, ani żadnej innej organizacji tego typu. Ale znowu - to nie o tym chcę pisać. Tylko o ocenianiu. O tej wszechwiedzy, która pojawia się w nas, gdy widzimy zachowanie innych i wyrokujemy: na stos!...

To zabrzmi mocno, ale nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była Meryl Streep. Gdybym urodziła się na innym kontynencie, w innej rodzinie, jako wyznawca innej religii. Gdyby mój narzeczony - jak narzeczony Meryl Streep - zmarł na raka. Gdybym gdzieś po drodze zgubiła Pana Boga. Nie wiem, jakich wyborów bym dokonywała. Lepszych niż ci, których mam pokusę oceniać? Daj Panie Boże! A jeśli gorszych?...

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym przyszła na świat w niepełnej rodzinie. Gdyby mój bunt nastolatka przybrał mniej grzeczną formę, niż to się stało w moim przypadku. Gdybym mieszkała w jakiejś wiosce na końcu świata albo pośrodku miejskiej pustyni. Gdybym była dzieckiem patologicznie zaniedbanym albo otoczonym patologiczną nadopiekuńczością.

Nie wiem, jakich wyborów dokonywałabym, gdybym była tym młodym gościem na Woodstoku, który po prostu przyjechał posłuchać tam dobrej muzyki. Albo tym, który upił się w sztok i bełkotał do kamery. Albo wykrzykiwał swój bunt, przyzwyczajony do tego, że gdy mówi szeptem, nikt go nie słyszy. Więc krzyczy: głosem, zachowaniem, ubiorem. Nie wiem.

A Ty - wiesz?
Jesteś tego pewna?